poniedziałek, 10 grudnia 2018

Marek Krajewski „Mock”

Okładka książki Mock


Mimo że jestem miłośniczką kryminałów retro, nie znałam książek Krajewskiego z Mockiem. Najbardziej rzuca się w oczy to, że  Mock różni się, przynajmniej na tym etapie jego życia, od innych książkowych detektywów i policjantów. Jest szalenie ambitny i pracowity, a praca jest jego pasją. Chce prowadzić śledztwa w poważnych sprawach kryminalnych, co równoznaczne jest ze robieniem policyjnej kariery. Jest uczciwy, chce wykryć sprawcę bez zwracania uwagi na to, kim on jest i jakie ma koneksje i bez względu na pogląd przełożonych na taką postawę. Ale jednocześnie nie może sobie pozwolić na bycie totalnym outsiderem. Jeżeli jest potrzeba, to potrafi być wobec swoich szefów bardzo miły. Nie ma nałogów, które mogłyby go zgubić  i zaprzepaścić szanse na tą karierę. Jest w stanie świadomie podporządkować pracy wszystko i to bez żadnego żalu.

     Tło historyczne Krajewski potrafi odmalować jak mało kto. Nie znam Wrocławia, ale dla osób, które tam mieszkają, taka książka musi być czymś rewelacyjnym. Nie za bardzo kojarzę kryminały retro o Warszawie, może coś przegapiłam. O Lublinie sprzed kilkudziesięciu, prawie stu latach, fenomenalnie pisze Wroński. Krajewski również ma tą umiejętność, że  zwraca uwagę na zjawiska ponadczasowe. Przykładowo, gdy jeszcze nie wiadomo było, kto faktycznie stoi za powieściową zbrodnią, już pewne grupy miały plany, aby kogoś w nią wrobić. A kogo na przestrzeni dziejów często tzw. lud obarcza  odpowiedzialnością za różne mało ciekawe wydarzenia? Żydów i masonów oczywiście. Zwalenie czegoś na masonów z jednej strony odwraca uwagę od innego środowiska, które ma coś do ukrycia, a z drugiej  może osłabić pozycję poszczególnych masonów i to nie w loży, ale w społeczeństwie. A gdy z kolei obarcza się odpowiedzialnością Żydów, to już większość ludzi jest zadowolona, jest się na kim wyżyć. Brzmi to strasznie, ale taka jest niestety prawda.  

          Wydarzenia rozgrywają się we Wrocławiu w 1913r. i młody policjant Mock rozpoczyna służbę. Nie godzi się na rolę podrzędnego pionka w zespole i na własną rękę zaczyna śledztwo w sprawie zabójstwa czterech młodych chłopców i nieznanego mężczyzny, przebranego w strój mitologicznego Ikara. Wrocław jest trochę polski, trochę niemiecki, nikt nie myśli o niepodległości Polski, każdy żyje swoimi sprawami. Zbliżającej wojny też jeszcze się nie przeczuwa.  

       Nasunęły mi się porównania do innych kryminałów retro, do całych serii. Seria Wrońskiego z Zygą, niestety już zakończona, jest moją ulubioną. Jest bardzo mroczna, ale za to realna aż do bólu, zarówno pod względem realiów życia, jak i charakterów postaci. Zyga pod wieloma względami jednak nie przypomina Mocka, wspólna jest chyba tylko ich uczciwość. Ćwirleja znam tylko jedną pozycję, ale też bardzo ją cenię. Seria z Rhys Bowen z Molly Murphy , umiejscowiona w Nowym Jorku 100 lat temu, rewelacyjnie odzwierciadla realia, ale pod względem charakterologicznym jest już pół żartem pół serio. Jest za to jest dużo lżejsza od tych polskich. Podobnie jest z rosyjskim Akuninem,  o ile Rosja 100 lat temu  szalenie ciekawi, o tyle Fandorin jest sztucznym charakterem. Myślę, że chyba aktualny nastrój czytelnika najlepiej może zadecydować, co na daną chwilę jest najodpowiedniejsze.

4/6

piątek, 7 grudnia 2018

Arthur Conan Doyle „Pożegnalny ukłon” – audiobook, czyta Janusz Zadura

Audiobook Pożegnalny ukłon  - autor Arthur Conan Doyle   - czyta Janusz Zadura

 

       Był listopad, było i jest jest ciemno, są mgły, musiał więc być Sherlock Holmes. Na szczęście w Pożegnalnym ukłonie” Sherlock nie został po raz kolejny uśmiercony przez Conan Doyla. Trochę obawiałam się tego wariantu, biorąc pod uwagę tytuł. Tytuł jest trochę mylący, bo Holmes jest w pełni sprawny pod każdym względem i rozwiązuje kryminalne zagadki. Ostatnie opowiadanie to już emerytura, poza Londynem, ale jak się okazało, nie uniemożliwiła ona powrotu do gry na prośbę samej królowej. Pada w tym opowiadaniu piękne zdanie, dla którego warto je całe przeczytać, czy odsłuchać. Holmes i Watson rozmawiają, będąc już w starszym wieku. W ich życiu i w świecie dookoła wiele rzeczy się zmieniało. Ale było też coś niezmiennego. To była ich przyjaźń, dzięki której zawsze mogli liczyć na swoją pomoc w razie potrzeby.

    Opowiadania są raczej mniej znane, ale nie znaczy to, że są gorsze o tych najpopularniejszych. Diabelskie kopyto” okazało się jednym z ciekawszych, jakie w ogóle znam. W domu, zamieszkałym przez rodzinę, znaleziono w jednym pokoju przy stole dwóch braci, którzy postradali zmysły i zwłoki siostry. I brak jakichkolwiek śladów, które mogłyby naprowadzić na trop rozwiązania, co się właściwie stało.

   Inne opowiadanie Plany Bruce`a Partingtona” zostało sfilmowane w serialu Sherlock w odcinku pod tytułem Wielka gra. Serial Sherlock jest idealnym przykładem, jak można świetnie, zachowując ducha literackiego pierwowzoru, przenieść akcję z XIX wieku do współczesności. Współczesny Holmes jest niedostoswany społecznie, jest egocentrykiem i wielkim oryginałem, intelektem przerasta otoczenie. Czyli tak, jak w opowiadaniach. Nie jest jednak żadnym gentelmanem, wręcz przeciwnie, każdemu ciężko jest z nim wytrzymać. Film jest znacznie bardziej dynamiczny. Wydarzenia pędzą, Holmes korzysta ze smartfona, Watson pisze bloga o ich wspólnych przygodach. Zamiast 5 pestek pomarańczy, będących w jednym z opowiadań ostrzeżeniem, jest 5 sygnałów w telefonie, które pełnią tą samą rolę. Zamiast tajnych papierowych dokumentów są nośniki z elektronicznymi wersjami. Wśród policjantów, z którymi Holmes musi współpracować jest Afroamerykanka, która na dodatek nazywa detektywa świrem. Reżyser te elementy, które mogłyby wydawać się już anachroniczne pozmieniał tak, aby stały się w obecnych czasach bardziej prawdopodobne i bliższe realności. Tam gdzie u Conan Doyla straszył straszliwy pies, straszy już co innego. I są jeszcze fenomenalne dialogi.

   Sherlock czy to w opowiadaniach czy w serialu pozostaje jednym z oryginalniejszych bohaterów. W filmie wyróżnia się również i ubiorem. W żadnej z wersji nigdy nie dostosowuje się do otoczenia. To otoczenie musi dostosować się do niego. Obie wersje są jedną wielką pochwałą i intelektu i indywidualizmu. Szkoda tylko, że tak mało takich oryginałów jest dookoła.

5/6

niedziela, 25 listopada 2018

Wiliam Szekspir "Sen nocy letniej" - spektakl teatralny

         Teatr Dramatyczny w Warszawie reż. Gabor Mate

     Jedna z najzabawniejszych komedii Szekspira pokazana została w wersji "na smutno", jako tragedia. Pozwala to popatrzeć na sztukę z innego punktu widzenia, niż standardowy. Są elementy śmieszne, ale nie ma ich za wiele. Tekst jest oryginalny, tzn. w tłumaczeniu K. I. Gałczyńskiego. Scenografia jest szalenie uboga, aktorzy występują w strojach współczesnych, muzyka też jest współczesna.
         Smiać się odechciewa, gdy elfy z orszaku Tytanii są schorowanymi starcami o kulach lub z chodzikiem, w ohydnych strojach, kojarzących się ze szpitalem. Patrząc w ten sposób można dostrzec zamiast komizmu tragizm. Nadprzyrodzona ingerencja Puka, na skutek której Lizander nagle odkochał się w Hermii i zakochał się w Helenie, może być odbierana jako wizja człowieka, będącego igraszką w rękach sił wyższych. Zamiast aspektu zabawnego w tej sytuacji można też dostrzec chwilową co prawda, ale jednak mini tragedię Hermii, porzuconej bez żadnej dostrzegalnej przyczyny i to w jednej chwili. Z wątku Hermii można zapamiętać koszmarnego ojca, dla którego interes polityczny był ważniejszy, niż szczęście córki i z tego powodu dał jej wybór: albo ślub z niekochanym mężczyzną, albo klasztor. Przypatrując się niemal każdemu aspektowi komicznemu , można dostrzec też i warstwę dramatyczną.

      Jest to dość oryginalne spojrzenie na sztukę, ale dla mnie nieprzekonujące. Z każdej komedii można w ten sposób zrobić dramat i stać na stanowisku, że w życiu nie ma nic śmiesznego. Wolę w tym przypadku interpretację standardową. 
3/6

 

 


czwartek, 22 listopada 2018

Agatha Christie "Strzały w Stonygates"

                                                           
  
            "Ludzie, którzy potrafią być bardzo dobrzy, potrafią być jednocześnie bardzo źli."
     Tym razem zagadkę rozwiązuje panna Marple, która przyjechała w odwiedziny do swojej przyjaciółki z lat szkolnych - Carrie Louise, zamieszkującej z rodziną w olbrzymim i sypiącym się ze starości i zaniedbania, pamiętającym jeszcze wiktoriańskie czasy domostwie. Zarówno ona, jak i jej przyjaciółka na tle młodszych domowników robią z pozoru wrażenie również takich wiktoriańskich reliktów w nowoczesnym świecie. Ale nic bardziej mylnego. Panna Marple dzięki przenikliwości i znajomości ludzkiej natury jest w stanie znaleźć wspólny język z każdym. I zdecydowanie lepiej od młodszych od siebie, potrafi przeniknąć ludzkie charaktery, skrywane sekrety i ukrywaną ciemną stronę osobowości. I to ona wie lepiej od innych, że "Wszyscy musimy pogodzić się z nieuniknionymi zmianami."
     Na terenie posiadłości poza domownikami mieszkują jeszcze leczeni i resocjalizowani młodzi przestępcy. Zamordowany zaraz na początku powieści pasierb przyjaciolkii, Christian Guldbransen, założył fundację, która zajmowała się właśnie tymi młodymi przestępcami. Na pozór relacje pomiędzy domownikami wydają się być zrozumiałe i pozbawione podtekstu. Ale jak to u Agathy, mało co wygląda w rzeczywistości tak, jak to się wydaje. To, że ktoś jest zgorzkniały i pełny pretensji do wszystkich, jeszcze o niczym nie świadczy, a bynajmniej nie o tym, że ktoś tej osobie zrobił krzywdę. "Ludzie często nie maja żadnych podstaw, aby żywić takie uczucie, jakie żywią. Po prostu są tak stworzeni".
             W trakcie czytania obserwować można 3 pokolenia, spotykające się pod jednym dachem. Staroświeckość i nowoczesność. Jest np. wnuczka Carrie Louis, Gina, która "wypróbowuje bez przerwy swoją siłę przyciągania" wobec mężczyzn. Jest jej mąż, Amerykanin, który marzy o powrocie do Ameryki i wszystkich niemal domowników uważa za stukniętych. Podczas wojny był lotnikiem, w potem, w trakcie pokoju jest mu zdecydowanie ciężej się odnaleźć. Jego osoba daje pannie Marple asumpt do porównań dwóch sposobów myślenia, angielskiego i amerykańskiego. Jej zdaniem w Ameryce człowieka ocenia się na podstawie jego sukcesów, w Anglii zaś sympatią obdarza się tych, którym się raczej nie powiodło. Anglicy, jej zdaniem, są bardziej dumni ze swoich klęsk, niż zwycięstw.
       Jest i dwoje innych pasierbów, o artystycznych upodobaniach, Stephen i Alex. Jest córka Carrie Louis, wdowa po kanoniku. No i jest też pan domu, również zaangażowany w sprawy fundacji.
    Poza Christianem, zanim zabójcę odkryje go panna Marple, zabójca zabije też drugą osobę. A wykrycie go będzie trudne. bo mało kto jest tylko zły.
5/6
 


sobota, 17 listopada 2018

Wojciech Chmielarz "Żmijowisko"

 
        
    Znam całą serię z komisarzem Mortką i oceniam ją bardzo wysoko. Ale "Żmijowisko" arcydziełem nie jest. Nie jest nawet thrillerem psychologicznym. Jest nudnawą opowieścią o grupie "przyjaciół", którą stanowią niczym nie wyróżniający się przeciętniacy. Są typowi pod każdym względem. Mieliby nawet szansę na wygraną w konkursie "Najbardziej typowy statystyczny Polak", o ile taki konkurs kiedyś gdzieś zostałby ogłoszony. Jako znajomi, gdyby przenieśli się do realu, byliby przeraźliwie nudni.
     Mają oni po 30 kilka lat i zdecydowali się spędzić urlop w gospodarstwie agroturystycznym w malutkiej wiosce, otoczonej lasami. Przybyli tam z małżonkami i dziećmi, jedynie jedna osoba była rozwiedziona i przyjechała sama. A jedna para nie miała ślubu. W przypadku tych osób, które były bliżej opisane, to tkwili oni w nieudanych związkach. Praca nie była ich pasją, była potrzebna, żeby zarabiać na życie. Prawdziwych przyjaciół nie mieli. Niczym szczególnym się nie interesowali. I nie każdy miał ochotę na wyjazd na agroturystykę do wioski.
      Poza kwestiami, związanymi bezpośrednio z zaginięciem 15 latki, wszystko, co działo się pomiędzy tymi ludźmi było szalenie przewidywalne. Przykładowo gdy jedna z kobiet zobaczyła, że jej były facet ma nową narzeczoną, wiadomo już było, że te dwie kobiety się nie zaprzyjaźnią. Zaskoczeniem nie może być przecież to, że ta "była" dziewczyna będzie złośliwa wobec tej nowej. To, że towarzystwo będzie pić piwo wieczorami, prawić sobie złośliwości, obgadywać się wzajemnie i zdradzać swoje tajemnice, też zaskakujące nie jest. Zdrada też w tym gronie nie dziwi.
     Zaskakujące może być jedynie to, jak ludzie mogą wieść tak długo, tak nie dające żadnej satysfakcji, frustrujące życie w toksycznych związkach. Jak można nie znaleźć niczego, co dawałoby chociaż trochę zadowolenia. Jak bardzo można nie mieć odwagi, aby cokolwiek w tym życiu zmienić. To jest porażające.
Zakończenie jest rewelacyjne, pełne zaskoczenie
3/6

środa, 14 listopada 2018

Lilian Jackson Braun "Kot który znał kardynała" - tom 12 cyklu z Qwillem


   Jeden  z moich ulubionych cyklów kryminalnych będzie, jak bumerang, raz na jakiś czas się tu pojawiał. W tomie dwunastym Qwill, dziennikarz i detektyw amator, mieszka wraz ze swoimi dwoma kotami już czwarty rok w malutkim  Pickax. Odremontował, przy pomocy odpowiedniej ekipy oczywiście, stary skład jabłek, wielki i piękny i wprowadził się do niego.  Przy okazji tego cyklu pisałam już o Qwillu, pisałam i o kotach. Ażeby poczuć klimat tych tomów, konieczne jest wspomnienie o książkach, o których mowa jest w każdej części. Wspominałam już, że Qwill jest miłośnikiem literatury, a jego partnerka Polly jest dyrektorką miejscowej biblioteki. Polly ma zwyczaj, że każdego dnia rano na drzwiach biblioteki zapisuje tzw. cytat dnia z Szekspira. Wyboru konkretnego cytatu dokonuje sama. Czytelnicy mają więc co nieco do myślenia i dodatkową atrakcję.   


      W "Kocie który znał kardynała" miejscowa społeczność zaangażowana jest w przygotowanie i wystawienie przez amatorski teatr spektaklu na podstawie sztuki Szekspira "Sławna historia żywota króla Henryka VIII". Bohaterowie książki rozmawiają sporo o tej sztuce , mówi ona bowiem o aktualnych problemach "takich jak korupcja, chciwość, władza, wykorzystywanie kobiet", "potępia też chwałę tego świata" i ukazuje zgubną ambicję. Trwają dyskusje, kto biorąc pod uwagę jego charakter,  pasuje do swojej roli, kto nie. Sztukę reżyserował ją dyrektor miejscowej szkoły, człowiek nietuzinkowy, budzący olbrzymie emocje, przez wielu znienawidzony, przez innych odwrotnie, wielki bibliofil. Głosił otwarcie, że uczenie się poszczególnych szkolnych przedmiotów nie jest najważniejsze. "Esencją prawdziwej edukacji jest wyrobienie w dziedzinie sztuk plastycznych, muzyki, literatury i architektury, przygotowanie do ich odbioru", a "ludzie winni przyczyniać się do rozwoju kulturalnego społeczności". To właśnie on zostanie zamordowany na początku książki. 


    Qwill poza biblioteką odwiedza też ulubiony antykwariat i nigdy nie wychodzi z niego bez zakupu. W tym tomie natomiast został zaangażowany do porządkowania księgozbioru po zamordowanym dyrektorze. Czytanie fragmentów, dotyczących tego wątku, daje gigantyczną frajdę. Qwill znalazł dzieła swojego ulubionego pisarza, Dickensa. Zajrzał do poszczególnych tomów, chociaż niektóre ich fragmenty znał na pamięć. A jakie to były ????????? Każdy ma swoje ulubione, a u Qwilla był to pierwszy akapit "Opowieści o dwóch miastach", opis płaszcza z "Klubu Pickwicka" i opis wigilii u Cratchitów z "Opowieści wigilijnej".
    Cały cykl z Qwillem to uczta to miłośników książek.
5/6
 
 

poniedziałek, 12 listopada 2018

Sandor Marai "Cztery pory roku"

Okładka książki Cztery pory roku 

  
 "Cztery pory roku" to forma, która przypomina trochę dziennik, trochę pamiętnik, tylko że bez dat. To luźne refleksje praktycznie na wszystkie niemal tematy, w tym o życiu, śmierci, miłości , sensie życia, literaturze, sztuce, muzyce. Zgrupowane są w rozdziałach, odpowiadających nazwom miesięcy. Są tam oczywiście i rozmyślania, poświęcone przyrodzie, porom roku i nastrojom im towarzyszącym. Podejscie do pór roku Marai miał takie, jak i wiekszość ludzie, nie lubił jesieni i zimy.
    Refleksje w dużym stopniu należą do tych głębszych, lektura nie jest więc lekka. Większość z nich ma pesymistyczny wydźwięk. Zbiór wydany zostały w 1938r., brak jest jednak tam refleksji na temat tego, co działo się w tamtym czasie w Europie. Poczas lektury przyszło mi nawet na myśl, że łatwo było Maraiowi teoretyzować i rozważać dylematy moralne, a nie wiadomo przecież było, jak zachowa się w makabrycznych czasach, które właśnie nadchodziły. Ale być może właśnie te refleksje przygotowały go chociażby mentalnie do tych chwil próby, bo po lekturze ksiazki wyczytalam w internecie, ze w czasie wojny ukrywał żydowskie dzieci, po wojnie pracował jakiś czas w Radiu Wolna Europa. Czas względnie spokojnych rozmyślań przygotował go więc do tego, co miało nadejść.
   Pisał : "Ślubuję , że do ostatniego słowa lub do ostatniego tchnienia, co wychodzi na jedno, chcę dochować wierności rozumowi, prawdzie i odwadze myślenia." I tak się własnie stało. Pisał, że są sytuacje , w których "W milczeniu lub na głos oskarżam lub lamentuję" na określony stan rzeczy. Ale dodał, że "To coś, co nazywają ogólnym stanem rzeczy, nie zależy od upałów ani wypadków wojennych, ani od kryzysu kapitalizmu. Tym czymś jestem ja, to ja jestem tym ogólnym stanem rzeczy. To ja coś przegapiłem, to ja nie byłem dość silny, odważny, niecny, obłudny, bohaterski, dobry, lub okrutny dla kogoś. Dlatego mój ogolny stan rzeczy jest zły."
   Zachwycał się "Wojną i pokojem". Tołstoj gdy napisł to arcydzieło "wiedział już wszystko o człowieku, jego naturze i losie". "W kilku podrzędnych zdaniach, w rysunku kilku postaci okazał sie prawdziwszym psychoanalitykiem, niż późniejsi uczeni, którzy metodycznie uprawiali ten zawód."
     Fascynowały go też niektóre krajobrazy. "Ten krajobraz, tak cudownie znajomy, często powraca do mnie we śnie i na jawie. Jakbym tam coś zostawił... To, co niezmiennie przemawia do mnie z owgo krajobrazu i wzywa mnie, to głos fatum, jakbym już tutaj kiedyś żył. Istnieją takie krajobrazy. I nagle zamykają cię w mocnym uścisku. I nie możesz nic na to poradzić".
    Kilka lat po napisaniu "Czterech pór roku" Marai zaczął pisać dziennik. Może być równie ciekawy, a nawet ciekawszy. "Żar", który napisał też w podobnym czasie, a o którym pisałam tutaj, jest dla mnie arcydziełem.


5/6


sobota, 10 listopada 2018

Paweł Jasienica "Rzeczpospolita Obojga Narodów. Srebrny Wiek" - audiobook, czyta Marcin Popczyński

Audiobook Rzeczpospolita Obojga Narodów. Srebrny wiek   - autor Paweł Jasienica   - czyta Marcin Popczyński

    Srebrny Wiek naszego państwa to według Jasienicy okres od  pierwszej wolnej elekcji w 1573r. do powstania Chmielnickiego w 1648r.  To czas od w miarę sprawnie funkcjonującego, potężnego państwa, do powolnego jego upadku. Nie było wówczas jeszcze najgorzej, ale od czasów Zygmunta III Wazy tendencja schyłkowa była bardzo wyraźna. A nie wynikała ona bynajmniej z układu sił w Europie czy innych niezależnych od nas przyczyn, tylko głównie z nieudolności na najwyższych szczeblach władzy. W owym czasie sytuacja była jeszcze do odwrócenia, tyle tylko że nie miał kto jej odwrócić. Jasienica pisze fenomenalnie pod tym względem, że opisuje zarówno mechanizmy określnych działań, jak i konkrety. Pisze o tym, co działo się u nas i porównuje, jak to wyglądało w innych państwach. Zwraca przy tym uwagę na dysproporcję pomiędzy mylnym wrażeniem potęgi, jakie mogła Rzeczpospolita sprawiać na zewnątrz, a postępującym i nieodwracalnym niszczeniem struktur państwa wewnątrz. Ten tom to idealny wykład na temat tego, jak zaczyna się upadek państwa, co do niego prowadzi

sobota, 27 października 2018

Daphne du Maurier "Moja kuzynka Rachela"


  "Moja kuzynka Rachela" jest prawdziwą powieścią grozy, chociaż nie ma w niej duchów i nic nadprzyrodzonego nie straszy. Nastrój jest niesamowity, a wydarzenia niejednoznaczne. Wyjątkowo ciężko jest oderwać się od tekstu, a kwestia "jak to się skończy" nurtuje z całą mocą. Będąc gdzieś w połowie nie wytrzymałam i przeczytałam końcówkę. Kontynuowałam potem już z nieco większym spokojem. Główna bohaterka to prawdziwa femme fatale, która w chwili poznania Filipa, głównego bohatera, pochowała już dwóch mężów. Jest to jedna z ciekawszych tego typu bohaterek literackich. Autorka pokazuje, na czym polega jej uwodzenie i styl bycia. Narracja pisana jest zaś z punktu widzenia Filipa, który nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jak zaczyna wariować na jej punkcie. Rzecz się dzieje na angielskiej prowincji w arystokratycznym dworku. Mistrz suspensu Alfred Hitchcock sfilmował "Rebekę" Daphne du Maurier. A sama autorka była laureatką National Book Award w 1938r. i innych nagród.  

poniedziałek, 22 października 2018

Lee Child "Poszukiwany" - audiobook, czyta Jan Peszek

Okładka książki Poszukiwany


    Tym razem pisząc o Reacherze, spróbuję na przykładzie tej konkretnej książki wskazać, co tak bardzo w niej pociąga. Pociąga nie tylko mnie, ale i całe rzesze czytelników na całym świecie.

    Jack Reacher późnym wieczorem, zimą, stojąc przy wjeździe na autostradę usiłuje złapać autostop. Trochę mu zazdrościmy, bo zaczyna się przygoda. Bardziej chyba jednak jesteśmy zadowoleni, że możemy czytać o tym w ciepłym mieszkanku na bezpiecznej kanapie, albo słuchać audiobooka np. w we własnym samochodzie, bez autostopowicza. Jack nie ma rodziny, własnego mieszkania, ani bagażu. Każdy ma swoje dziwactwa, może nie aż tak ekstremalne, ale w pewien sposób się z nim, jako takim trochę dziwakiem, już na samym wstępie się utożsamiamy.   

czwartek, 18 października 2018

Mari Jungstedt "Słodkie lato"

Okładka książki Słodkie lato

    
     Jeśli ktoś sięgnie po Mari Jungstedt z pewnością nie natrafi na żadną książkę głęboką i nie doszuka się w niej drugiego czy trzeciego dna. Charaktery ludzkie zawsze są ledwie zarysowane, a intrygi do nadmiernie wyszukanych też nie należą.  Główni bohaterowie są przewidywalni i zarazem mało skomplikowani. Motywy zabójców są proste.

    Ale książki te mimo tego wszystkiego mają jednak pewien urok.