wtorek, 21 sierpnia 2018

Orhan Pamuk „Stambuł. Wspomnienia i miasto”

Okładka książki Stambuł. Wspomnienia i miasto


Jest to książka dziwna, na wskroś oryginalna, trochę wspomnienia , trochę rozmyślania o historii, sztuce, literaturze, a wszystko to w ścisłym powiązaniu z miastem, które pisarz kocha od urodzenia i w którym mieszka całe życie. Jest to miłość dojrzała, bo ma jednocześni świadomość upadku i nędzy obecnego Stambułu.  Czytając ją nie sposób nie myśleć o miastach, z którymi czytelnik jest czy też był uczuciowo związany. Pamuk stwierdza i słusznie zresztą, iż miasto, w którym się mieszka, ma głęboki wpływ na człowieka, że mieszkaniec przesiąka atmosferą, klimatem tego, czy miasto i było i jest. Gdyby ktoś urodził się i mieszkał w innym mieście, niż to ma miejsce w rzeczywistości, byłby innym człowiekiem.

      Mówiąc miasto,  ma na myśli ulice, budynki, skwery, klimat, dźwięki, zapachy, literaturę, jaka w nim powstała i jaka powstała o nim, wydarzenia, które kiedyś się na jego terenie rozegrały i które rozgrywają się obecnie , ludzi , którzy w nimi żyli, nawet choćby i przejazdem i tych, którzy żyją obecnie. W przypadku Stambułu częścią jego integralną jest Bosfor, statki, promy, mewy, katastrofy, które się na jego wodach rozegrały, a nawet i te, które zaistnieją w przyszłości. To przechadzki z rodzicami nad Bosfor, potem wypady z kolegami, spotkania z pierwszą miłością. To wspomnienia, które nierozerwalnie związane są z konkretna ulicą, czy dzielnicą, muzeum, czy jakimkolwiek innym miejscem Stambułu.

     Każde miasto z racji usytuowania mierzy się z innymi problemami. W Stambule spotyka się Wschód z Zachodem, Azja z Europą, nowoczesność z tradycją. Żyjąc na skrzyżowaniu kultur zyskuje się szerokość spojrzenia. Patrzy się na zjawiska, mając świadomość, że wszystko staje się względne w zależności od perspektywy patrzenia. Przykładowo dla Europejczyka rok 1453 to „upadek Konstantynopola”, a dla Azjaty i nawet dla Turka data ta nie ma nic wspólnego z żadnym upadkiem, tylko ze wspaniałym  zwycięstwem ich niegdysiejszego imperium.  

      Pamuk snuje swoją opowieść bez wyznaczania sobie jakichkolwiek ograniczeń, czasowych czy innych, mało jest ścisłych dat, podkreśla natomiast mocno subiektywność swojego spojrzenia. Dla niego jako dziecka gdy Bosforem płynął w okresie zimnej wojny szpiegowski okręt radziecki, trząsł się w sensie dosłownym cały dom i całe miasto. On to odebrał właśnie tak i nawet jako dorosły nie widzi potrzeby , aby weryfikować to z odczuciami innych osób, które pamiętają ten okręt. Każdy ma bowiem swoją własną historię ukochanego miasta i wszelkie próby zobiektywizowania wydarzeń nie mają żadnego sensu. On czuł, że dom się trzęsie, może nawet się rozpaść i tego doznania nikt mu nie odbierze, podobnie jak i strachu przed tym okrętem. Na jednej z kart powieści pada też porównanie do malarstwa. Dobre są jedynie te obrazy, gdzie malarz przedstawił malowane miejsca subiektywnie, a niekoniecznie zgodnie z realiami. Bo to było właśnie jego, jedyne w swoim rodzaju spojrzenie.

      W ten właśnie sposób napisana jest cała książka. To unikalne spojrzenie na mieszkańców coraz bardziej podupadającego miasta, ogarniętych wieczną melancholią, którzy nawet mimowolnie patrząc na wspaniałe zabytki, wracają myślami do dawnej potęgi. Ale wbrew pozorom nie jest to tylko opowieść o Stambule, Noblista napisał swoje dzieło tak, że każdy chyba czytając je, snuje jednocześnie swoją własną historię swojego miejsca na ziemii.

5/6

piątek, 17 sierpnia 2018

Maria Dąbrowska „Noce i dnie” - audiobook, czyta Zofia Kucówna

Audiobook Noce i dnie  - autor Maria Dąbrowska   - czyta Zofia Kucówna


      „Noce i dnie” to audiobook gigant, 60 godzin słuchania. Nie da się uciec od pytania, czy warto spędzić te 60 godzin w ten właśnie sposób, czy nie lepiej byłoby przeczytać w tym czasie coś nowego lub wysłuchać innego tekstu. Miałam szczery zapał, aby po raz chyba trzeci wgłębić się w lekturę  i liczyłam na to, że z racji tego,  że tekst jest wspaniały, odkryję w nim znowu dalsze nieodkryte jeszcze wątki i znaczenia. Ledwo dotrwałam do połowy i spasowałam, żałując, że trwało to tak długo. Tekst znam jednak dość dobrze i zwyczajnie jest już nudnawy, a nieznanych rozważań aż tak wiele nie znalazłam. Są fragmenty tekstu, gdzie np. godzinę zajmuje jedynie opis określonych sytuacji, a refleksje pojawiają się dopiero potem i to bardzo skąpo. Ktoś, kto powieści nie czytał, będzie ją z pewnością inaczej odbierał. W moim przypadku był to pomysł nieco bezsensowny.

            Nie ujmując rzeczywiście wielkości tekstu, trudno było mi przejść do porządku dziennego nad pewnymi elementami. Portret charakterologiczny Bogumiła jest płyciutki, kocha żonę, pracę na roli, jest uczciwy, wrażliwy i empatyczny, ale nieco naiwny, walczył w powstaniu jako niemal jeszcze dziecko. Jest przewidywalny aż do bólu, jak tekturowa postać. Ciężko znaleźć w tej książce naprawdę ciekawą postać, od której można byłoby coś czerpać, lub chociażby na tyle oryginalną, aby zapomnieć o niej nie było można. Wszyscy są dość przeciętni i średnio inteligentni, specjalnie się z niczym ponad standard nie wychylają. Z życia też nie są specjalnie zadowoleni.

       Drażniące jest wyraźne zafascynowanie socjalizmem autorki. Gdy pojawiła się nauczycielka Maria Hłasko, aż promieniała swoimi opisami ruchu rewolucyjnego. Podobnie jest z Marcinem, ale tym razem aż tak daleko nie dotarłam. Przeciwwagi dla tej postawy nie ma. Historia też pokazana jest jednostronnie, o powstaniu styczniowym i jego bezsensie nie ma żadnego krytycznego słowa. Krytycznie i jednostronnie za to jest ukazane ziemiaństwo, m. in.  też i z powodu tego, że w powstanie się nie zaangażowało.  

        Kobiety też ukazane są niemal wyłącznie w kontekście polowania na męża i rozmyślania o ukochanych, urojonych lub realnych. Barbara całe życie rozmyśla o Tolibowskim, który miał ją daleko gdzieś. Nauczycielka Celina Mroczkówna owszem jeszcze trochę czytała, ale większość czasu marzyła o przysłowiowym księciu na białym koniu i przebierała się w oczekiwaniu na niego w różne stroje. Nawet i panna Hłasko opiekując się chorymi w czworakach zaczęła z braku męża czuć się gorsza od chłopek.  

    Część opisów jest zwyczajnie nudna, jak chociażby pensja Agnisi i jej dziecięce przyjaźnie. A zajmują one naprawdę sporo czasu.

    Zofia Kucówna czyta dość egzaltowanie, bez dystansu do tekstu, np. podczas opisów pensji Agnisi piszczy jak pensjonarka. Gdy wczuwa się w histerię Barbary i czyta jej kwestie, momentami jest to trudne do słuchania. Czasem sposób czytania nie jest w ogóle adekwatny do tekstu. Agnisia np. rozmyśla o tym, że ludzie jej się nudzą i że z pewnością nawet z najbliższą przyjaciółką szkolną, z którą bardzo dużo ją łączy,  nie będzie w stanie podtrzymać przyjaźni na dłuższy czas. Kucówna czyta to z zafascynowaniem, jakby było to coś naprawdę mądrego. Nie jest to moja ulubiona lektorka, wszystkie audiobooki, jakie czytała, a których słuchałam, czytała według tej samej maniery.   

4/6

niedziela, 12 sierpnia 2018

Rhys Bowen "O Mój Ukochany" - tom 5 cyklu z Molly Murphy

Okładka książki O mój ukochany

    
Kolejny tom serii z Molly nie zawiódł. Młoda  detektyw jak zwykle kipi od energii, nie poddaje się żadnym przeciwnościom losu, ale tym razem ma wyjątkowo pod górkę.  Tym razem nigdzie z Nowego Jorku nie wyjeżdża. Rhys Bowen umie pisać książki wciągające i pozwalające zapomnieć o bieżących sprawach. Czytając ten właśnie tom szczególnie można doskonale sobie uświadomić, jak wiele od stu lat  zmieniło się w kwestii i praw człowieka i pozycji kobiety w świecie. 
   Molly jest w tym tomie  zdana, poza dwoma przyjaciółkami Sid i Gus,  tylko na samą siebie. Jej ukochany Daniel, nowojorski policjant, został aresztowany za rzekome przyjęcie łapówki. Molly postanowiła  znaleźć dowody, potwierdzające że nie było żadnej łapówki i że zostało to przez kogoś zaaranżowane.

     Zamiast szukać zleceń dla swojego biura detektywistycznego, zajęła się Danielem. Problem polegał na tym, że poza  biurem nie miała żadnych innych źródeł utrzymania. Sto lat temu w Nowym Jorku i właściwie nigdzie indziej żadnego socjalu nie było, nie mogła liczyć na żadne zasiłki z opieki społecznej, ani na nic podobnego. Gdy zorientowała się, że jest w ciąży, uświadomiła sobie, że gdy urodzi jako samotna matka, panna na dodatek, nie będzie miała z czego żyć. Wstęp do wielu domów będzie dla niej zabroniony. Purytańskie zasady cały czas obowiązywały. Nie uzyska już wówczas żadnych zleceń w swoim zawodzie. Podjęcie się innego zajęcia też nie byłoby możliwe. Kto chciałby wówczas zatrudnić taką kobietę? I co zrobiłaby z dzieckiem? W ogóle miejsc, gdzie kobieta mogła znaleźć zatrudnienie,  nawet gdy nie była w ciąży, była znikoma ilość. Mogła patroszyć ryby, być służącą, szwaczką, kobietą do towarzystwa kogoś z wyższych sfer, nauczycielką i to chyba wszystko. Bezpłatnej opieki zdrowotnej też nie było. Pieniędzy na lekarza nie miała. To, jak sobie poradzi z ciążą i połogiem bez opieki zdrowotnej, było tylko i wyłącznie jej problemem,  z czego będzie żyć, również. Prawa Daniela, jako aresztowanego, były żadne. To czy Molly będzie mogła się z nim zobaczyć, zależało od widzimisię strażników.  Na dodatek miasto było potwornie skorumpowane i wraz z burmistrzem rządziły w nim gangi. Imigranci, a szczególnie Irlandczycy, czyli m. in. Molly, byli wyjątkowo źle widziani.

     Poza problemem z Danielem, Molly udało się jednak uzyskać jedno detektywistyczne zlecenie. Dotyczyło odnalezienia zaginionej kobiety. A w  mieście szalał wtedy seryjny zabójca, działający na wzór londyńskiego Kuby Rozpruwacza. Dość szybko Molly zaczęła podejrzewać, że poszukiwana dziewczyna padła już jego ofiarą. Całość mimo scenerii upalnego amerykańskiego lata, robi wrażenie mroczne. Nieco luzu daje obraz wesołego miasteczka na Coney Island, ale tylko chwilowo, bo tam właśnie prowadziły tropy do zabójcy.

     Piąty tom jest porównywalny do innych tomów z tej serii, w sensie pozytywnym oczywiście. Czyta się go wyjątkowo lekko. Niektórzy mówią, że "nie mają siły na czytanie, bo są zmęczeni", na tą lekturę nie trzeba żadnych sił, czyta się samo.   

4/6

   

środa, 8 sierpnia 2018

Lee Child „Nocna runda”


    Okładka książki Nocna runda
 Lee Child ma niebywałe umiejętności pisania tak, że można zapomnieć o całym świecie. Poza dawką naprawdę dobrej rozrywki jest jednocześnie w stanie podjąć przy okazji temat poważniejszy, w tym przypadku nawet dramatyczny, ale robi to tak, że zamiast  „dołowania” czytelnika,  wprowadza atmosferę działania i walki o co się tylko w tym przypadku da. Nie wiem, jak on to robi, ale Jack Reacher nie ma prawa się znudzić. Ma w sobie coś, o czym każdy raz na jakiś czas marzy i jest tym, kim każdy chciałby być. Jeśli nie w 100%, to częściowo. I chociaż oczywiste jest, że nie jest możliwe, aby ktoś taki istniał i chociaż wiadomo, że nie może mu się stać coś naprawdę złego, to chce się czytać o nim nadal i nadal.

          W „Nocnej rundzie” Reacher swoją przygodę zawdzięcza zwykłemu współczuciu i ciekawości.  Zauważył bowiem wystawiony do sprzedaży w sklepie sygnet  absolwenta  West Point. Wiedział, że ukończenie uczelni jest szalenie trudne i gdy ktoś już ją skończy, sygnet jest taką pamiątką, której nigdy się nie pozbędzie. Zaczął obawiać się, że właścicielowi mogło stać się coś naprawdę złego. I ruszył tropem sygnetu, tym razem do stanu Wyoming. Gęstość zaludnienia jest tam najniższa w całych Stanach, a przyroda za to piękna, bo z jednej strony równiny, a drugiej Góry Skaliste. Reacher – samotnik, czuł się tam rewelacyjnie.

        Książka zadedykowana jest  żołnierzom, którzy odnieśli rany  w działaniach bojowych. Zostali oni odznaczeni orderem „Purpurowe Serce”. Paradoks tkwi w tym, że odznaczony jest i ten, kto był ledwo draśnięty i ten, kto stał się kaleką. To jest właśnie ten dramatyczny element w powieści. Jak się okazuje, wśród rannych też panuje swoistego rodzaju hierarchia. Wbrew wszelkim pozorom, rany na kończynach są najbardziej pożądane, najstraszniejsze zaś to rany twarzy, u mężczyzn też i krocza. Lee Child nawiązuje też i do rannych w innych, niż współczesne, wojnach. Dość makabryczne jest nawiązanie do I wojny  światowej. Ranni w twarz po powrocie do domów, wychodząc na ulice nakładali na twarz maskę, a w parku mogli siadać tylko na  specjalnie pomalowanych ławkach. Wówczas bez chirurgii plastycznej od strony medycznej naprawdę nic się nie dało już robić. Na samym początku powieści Reacher dowiedział się, kim jest właścicielka sygnetu i że była odznaczona „Purpurowym Sercem”.  Lee Child niczym jego bohater również jest w stanie narażać się określonym środowiskom. W tym tomie zgłębia m. in. w zagadnienie, czy ranni żołnierze otrzymują od państwa taką opiekę, na jaką zasłużyli? Co w ogóle się z nimi dzieje po powrocie do domów, gdy są już cywilami?

            Reacher w tym tomie, jak i w poprzednich  jest błyskotliwy, inteligentny, silny, odważny i wysportowany , bywa i złośliwy i nieprzyjemny, jak tylko jest taka potrzeba. Robi , co chce i mówi też , co chce. Nie ma domu i rodziny, nie ma żadnego majątku. Nie ma żadnych zobowiązań. Idzie z reguły pod prąd wszystkiemu. Jako były żandarm jest solidarny z żołnierzami. Potrafi być i współczujący i bezinteresowny. Żyje jak nomad, przemieszcza się po Ameryce autobusem i tzw. okazją. Jedzie tam, dokąd zmierza pierwszy autobus. Czyż nie jest to pociągająca perspektywa? I czy każdemu chociaż czasami po głowie nie błąka się myśl, że można byłoby wszystko zostawić i iść, gdzie oczy poniosą? Robić tylko to, na co ma się ochotę itp. itd.

4/6


poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Katarzyna Kolska i Roman Bielecki OP - "Smaki Życia"



 
       
"Smaki życia" to jedne z najlepszych, najbardziej inspirujących i oryginalnych wywiadów, jakie kiedykolwiek czytałam. Unikalny w tej książce jest i sposób zadawania pytań i dobór rozmówców. Rozmowy przeprowadza świecka dziennikarka i dominikanin, redaktor naczelny dominikańskiego miesięcznika "W drodze". Poruszane są m. in. tematy, o których z reguły się nie rozmawia, zostawiające je w sferze wyjątkowo osobistej, a więc o Bogu, o wierze w życiu konkretnych osób. Mowa jest też i o książkach, wielu rozmówców powołuje się na nie. Rozmówcami są zarówno świeccy, np. jak też i osoby duchowne, jak biskup, ksiądz, zakonnicy czy zakonnica. Wspomniana zakonnica to siostra z klasztoru popularnie zwanego zamkniętym. Ksiądz to alkoholik, który mówi otwarcie o swoim nałogu. Zakonnik z kolei jest trapistą, a to zakon o jednej z najsurowszych reguł. Wspomniane rozmowy były już wcześniej publikowane na łamach miesięcznika "W drodze", stąd też można przeczytać rozmowę chociażby z Władysławem Bartoszewskim.  W jednych rozmowach o Bogu jest więcej, w innych mniej, są też i takie, w których właściwie nie ma tego tematu. 

    Ewa Błaszczyk opowiada m. in. o tym, jak się żyje w cieniu tragedii, jak rozpacz po wypadku córki i jej śpiączka dała jej siły na budowanie fundacji "Akogo?”. Gdy wspomniano jej słowa śpiewanej kiedyś przez nią piosenki :
"Że nie dałeś mi, Panie, zasypiać słodkim snem, 
Nie,  nie żałuję , przeciwnie, bardzo ci dziękuję" ,
 odparła, że to przesłanie nadal jest aktualne w jej życiu.
    Wspomniany trapista, Michał Zioło z kolei sugeruje, że człowiek winien być w życiu zamiast rygorystycznego zaplanowania wszystkiego, "otwarty na nieprzewidywalne", bo w ten sposób Bóg do człowieka przemawia. To otwarcie to różne niespodziewane przypadki, spotkania, propozycje, nawet choroba. Każda taka sytuacja po coś jest, coś z niej musi wynikać.

   Władysław Bartoszewski opowiadał z kolei, jak załamany był po powrocie z obozu w trakcie wojny. Gdy poszedł do spowiedzi i dał wyraz swojemu żalowi, ks. Ziaja, kapelan Szarych Szeregów, powiedział mu słowa, które zapamiętał na całe życie Zasugerował mu, aby zastanowił się, dlaczego Bóg go uwolnił, że jest to dla niego znak, aby pomagał chorym i cierpiącym, aby dawał świadectwo temu, co się dzieje. Jego dojrzałą wiarę podbudowała jeszcze Zofia Szczucka – Kossak. 

    Janina Ochojska z kolei opowiada, jak to w przypadku ludzkich nieszczęść i swojego kalectwa zamiast rozpaczać i się załamywać, działa. Skupia się na tym, co można zrobić, a nie na tym, czego zrobić nie można.

    Elżbieta Cherezińska zaś gdy opowiadała o swoich książkach o Piastach wyznała, że miała już dość tego naszego cierpiętniczego podejścia do historii  i permanentnego skupiania się na klęskach i dramatach. Chciała przypomnieć, że mamy też z czego być dumni. I po to też są jej książki.

 
6/6

     

piątek, 20 lipca 2018

Agata Christie „Karaibska tajemnica”

Okładka książki Karaibska tajemnica


          Jedna z ostatnich książek Agaty Christie zaskakuje pogodą ducha i humorem. Jest zupełnie niepodobna do następnej powieści, nawiązującej zresztą do wydarzeń z ”Karaibskiej Tajemnicy”, tzn. do „Nemezis”, która jest mroczna i gorzka. 

                Z racji zaawansowanego wieku pisarki, sporo jest porównań tzw. strych czasów i nowych, ale na szczęście obywa się bez moralizatorstwa. Przykładowo panna Marple stwierdza, że dawniej mówiło się prościej, ale za to zrozumiale, nazywając rzeczy po imieniu. Używano chociażby określenia „codzienne kłopoty”, teraz zaś mówi się zamiast tego „niepokój neurotyczny”. Zamiast „atak żółciowy” mówi się „wirusowa infekcja”. Dawniej gdy ktoś nie mógł zasnąć, liczył barany lub czymś się zajmował, teraz królują leki, które muszą działać natychmiast. Nie przezwycięża się już problemów, tylko się je znieczula tabletkami.  Starsza pani pokazana jest jako osoba o błyskotliwym intelekcie, ogromnym doświadczeniu życiowym i która jednocześnie potrafi wejść w satysfakcjonujący dialog z osobami znacznie młodszymi, bez pouczania ich, bez protekcjonalizmu  i bez stałego opowiadania o przeszłości.  Szkoda, że niewiele osób to potrafi. 
           W tym tomie po raz pierwszy panna Marple się modli, jest to jedna drobna scena. Już w łóżku wieczorem najpierw poczytała Tomasza Kempisa , potem zaś zaczęła się modlić, bo „Człowiek nie może zrobić wszystkiego sam. Potrzebuje pomocy.” W innych powieściach bohaterowie owszem, chodzą do kościoła, ale raczej wynika to z obyczajowości i tradycji, a nie z potrzeby ducha.

        Nasza bohaterka też coraz bardziej wierzy intuicji. Skoro intuicja mówiła jej, że określona osoba miała związek z zabójstwem, to taki wariant również  brała pod uwagę mimo tego, że nie przemawiały za tym żadne dowody.   

     Panna Marple wypoczywa na Karaibach w towarzystwie obcych sobie ludzi, obserwuje ich, a w trakcie jej  pobytu na wyspie dochodzi do zabójstwa starszego majora. Major najprawdopodobniej chciał pokazać pannie Marple zdjęcie mordercy sprzed kilku lat. Wkrótce potem padł drugi trup.  Podejrzanych jest sporo, w tym 3 pary małżeńskie. Na początku małżonkowie robią wrażenie szczęśliwych i zakochanych, rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej skomplikowana. Poza kwestią zabójstwa na szczególną uwagę zasługują pary Gregorego i Lycke Dysonów oraz Edwarda i Evelyne Hildingów. Jeden z mężczyzn ma romans z żoną drugiego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zdradzana żona wie o tym i nic z tym nie robi. Małżonkowie nawet przeprowadzają ze sobą rozmowę na ten temat. Christie będąc zdradzaną i przez pierwszego i drugiego męża miała traumę i obsesję na tym punkcie, nie uwolniła się od niej do końca życia, echa tych wydarzeń odnaleźć można w wielu jej książkach.  W  przypadku tej powieści kochanka pokazana jest w iście demonicznym świetle, jako osoba, mająca realną władzę nad mężczyzną i to z kilku powodów.  
           Obserwacje wiekowej panny Marple podczas pobytu nawiązują do myśli, że „Nigdy nic nie wiadomo. Naprawdę nie wiadomo”, tzn. że ludzie z reguły nie są tacy, jak nam się wydaje na początku. Mogą robić rzeczy, których nigdy po nich byśmy się nie spodziewali. Każdy niemal z gości w ostatni dzień pobytu okazał się pod względem charakterologicznym kimś innym, niż wydawał się na początku. „Jakże inne wszystko się z początku wydawało”. Spostrzeżenia te nie dotyczą tylko osób obcych. Nawet jedna z opisywanych par małżeńskich stoczyła ze sobą dialog

-„Zdarza się, że ludzie, po których byśmy się tego nigdy nie spodziewali , tracą panowanie nad sobą.

-  Prawda jest taka, że nic o innych nie wiemy. Nawet o naszych najbliższych”.

A na pytanie, czy ty trochę nie przesadzasz,  kobieta odparła

 - „Nie sądzę. Myśląc o kimś, masz przed sobą tylko własne wyobrażenie o tej osobie.  

- Ale ciebie znam

- Tak ci się wydaje”.

5/6

niedziela, 15 lipca 2018

Ryszard Ćwirlej "Tylko umarli wiedzą" tom 2 cyklu z Antonim Fischerem

Okładka książki Tylko umarli wiedzą


"Tylko umarli wiedzą" zostało uhonorowane w tym roku Nagrodą Wielkiego Kalibru, bardzo słusznie. Ćwirlej pisze o XX - leciu międzywojennym i Poznaniu oraz o Pile. Marcin Wroński w moim ulubionym cyklu o Zydze z tego samego okresu historycznego pisał o Polsce Wschodniej, Lublinie czy Zamościu. Okres ten sam, ale problemy inne, Poznania chociażby kwestia ukraińska w żaden sposób nie dotyczyła. Marek Krajewski z kolei opisywał Lwów i Wrocław. Świetne są kryminały retro Borysa Akunina z Rosją sprzed 100 lat. Leochares z powieści Jakuba Szamałka z kolei prowadził całkiem sprawnie śledztwa już w starożytności. Jako miłośniczka kryminałów i kryminałów retro, o książkach tych  pisałam już w tym blogu,

    W tym tomie część akcji rozgrywa się w polskim już Poznaniu, a część w niemieckiej jeszcze  Pile, czyli w Schneidmuhl. W wielu przypadkach trudno jest jednoznacznie określić, kto jest Polakiem, a kto Niemcem, było przecież wiele mieszanych małżeństw, a większość ludzie była dwujęzyczna. W Pile silny był ruch komunistyczny.  Wszędzie zaś w siłę rośli faszyści i NSDAP. Co do NSDAP, to fascynowali się nią w dużej mierze niewykształceni prostacy, którzy wiązali z nią nadzieje na karierę i objęcie lukratywnych stanowisk. Wykształcenie czy doświadczenie nie odgrywało tu żadnego znaczenia. Media i Hitler, kandydujący już wówczas na kanclerza, rozniecali antysemityzm. Każdy, kto odniósł na jakimkolwiek polu jakieś niepowodzenia nie musiał już obarczać się za nie odpowiedzialnością. Dowiadywał się, że on jest świetny, a wszystkiemu winni są Żydzi. Hitler obiecywał wszystko, co tylko możliwe, dowartościowywał naród niemiecki, nakazując mu "wstać z kolan", charyzmatycznie stwierdzał, że zrobi ze wszystkim porządek, i zapanuje niemal raj na ziemi, o ile oczywiście zostanie wybrany. Analogie z tym, co dzieje się obecnie, są nieuniknione. Większość mężczyzn walczyła wcześniej w czasie Wielkiej Wojny, nazwanej później I wojną światową, a część z nich jeszcze w 1920 w czasie wojny bolszewickiej, wracają często do tych walk  pamięcią.

    Akcja zaczyna się od zabójstwa znanego działacza komunistycznego, potem ginie kolejny taki działacz, a potem jeszcze następny. Wszystko wskazuje na to, że być może to robota NSDAP. Ale pojawia się też równie mocna hipoteza, że zabójstwa te mogą mieć związek z zupełnie innymi wydarzeniami z 1919r.  i mieć charakter wyłącznie kryminalny. Śledztwo teoretycznie powinien prowadzić kapitan policji  Carl Aschmutat, ale scedował je na młodziutkiego policjanta. Prowadzenie śledztwa utrudniał fakt, że w tym samym czasie do miasta w związku ze zbliżającymi się wyborami miał przybyć kandydat na kanclerza Rzeszy, Adolf Hitler. Do Carla w odwiedziny, a jednocześnie w celach służbowych przybył inny policjant, jego przyjaciel, Antoni Fischer, który pełnił służbę w Poznaniu.

       Antoni Fischer to główny bohater całego cyklu, a zarazem najsłabszy jego punkt. W tym tomie jest bohaterem drugoplanowym. Czytelnik nie wie o nim wiele. Walczył i w Wielkiej Wojnie i potem w 1920r. Ożenił się z miłości z Niemką Ursulą, z którą ma dwójkę dzieci. Ma związki z polskim wywiadem. Jego życie wydaje się być bardzo standardowe i przewidywalne, zarówno  w sferze prywatnej i zawodowej. Jest dobrym policjantem, tak samo mężem i ojcem. Ale może to specyfika tego właśnie tomu, może w innych wygląda to inaczej. Znacznie ciekawsze wydają się losy tego młodzika, który faktycznie prowadzi śledztwo.

   Powieść czyta się dobrze , gdy akcja jest już zawiązana, czytelnik zna większość bohaterów zaczyna coraz bardziej wciągać.

5/6

czwartek, 12 lipca 2018

Hermann Hesse "Wilk Stepowy" - audiobook, czyta Jan Peszek



     Tytułowy Wilk Stepowy to główny bohater, Harry Haller, 50 - latek, samotnik, który nie musi pracować. Całymi dniami snuje refleksje o przeczytanych książkach, chodzi na koncerty muzyki poważnej, włóczy się po mieście, ale nade wszystko rozważa, co dzieje się w jego   wnętrzu. Analizuje, co czuje, czy np. ma ochotę na towarzystwo, czy wręcz odwrotnie, bierze w nim górę samotniczy wilk, oraz jak bardzo jest niedopasowany do współczesnego mu świata i go nie rozumie. Raz na jakiś czas coś publikuje w gazetach, ale i to nie przynosi mu specjalnej satysfakcji. Nadmiar wolnego czasu i brak obowiązków doprowadziły go do lekkiego sfiksowania. Niektórzy oczywiście oburzą się, że jest to spłaszczenie powieści, ale odbieram to właśnie w ten sposób. Bezustanne rozczulanie sie nad sobą, w stylu np.  jaki to jestem nieszczęśliwy, typu musiałem pójść w gości, irytuje. Albo rozważania, czy to już dobra pora, aby popełnić samobójstwo. Brak jest oczywiście konkretnej przyczyny pojawienia się myśli samobójczych, ale generalnie wynikają one z "bólu istnienia", lub moim zdaniem, z nudy. Inne rozważania dotyczą chociażby kwestii, ile Harry ma osobowości, czy tylko dwie, czy może więcej. Myślę, że większosć tych pseudoproblemów zniknęłaby, gdyby Harry nie był tak bardzo skoncentrowany na sobie lub gdyby się czymś konkretnym zajął, albo też, gdyby w końcu pojawił się jakiś realny,  a nie wydumany problem.  

poniedziałek, 9 lipca 2018

Lilian Jackson Braun "Kot, który rozmawiał z duchami" - tom 10 cyklu


Okładka książki Kot, który rozmawiał z duchami
      Najpotężniejszy atut mojego ulubionego cyklu powieści obyczajowych / kryminałów  z Qwillem to on sam, główny bohater. Zasługuje zatem na nieco szersze spojrzenie. Jest oryginałem i ma charyzmę. Jest w wielu średnim, po rozwodzie i nie zamierza się żenić powtórnie i z kimkolwiek poza kotami mieszkać. Nie oznacza to jednak, że jest samotnikiem.  Ma partnerkę, grono bliskich przyjaciół, oczywiście nie w liczbie takiej , w jakiej jak obecnie ma się tzw. "przyjaciół" na facebooku. Ma też  i dalszych znajomych , ale potrzebuje też i samotności i możliwości, aby zasiąść  w fotelu i wgłębić się w książkę, czy posłuchać muzyki. W przeciwieństwie do osób, których interesuje „wszystko” i mają tzw. rozległe zainteresowania, czyli mówiąc wprost żadne, jego pasją jest literatura i koty.  Nie poddał się natarczywej modzie na podróżowanie, najlepiej czuje się po prostu u siebie w domu i w swoim małym miasteczku. Ciekawych rzeczy szuka i to skutecznie wokół siebie i nie zmusza potem nikogo do oglądania setek zdjęć z wyjazdów. Gdy ma na coś ochotę, robi to bez oglądania się na to, "co ludzie powiedzą". Odnajduje radość życia w zwyczajnej codzienności, nie analizuje w kółko dawnego alkoholizmu i rozwodu, właściwie czarnych kart swojego życia. Nie skupia się też na tym, co będzie i nie zamartwia tym, co było.  Lubi dobrze zjeść i mimo wielu nacisków ze strony różnych osób  i wmawiania mu, że „dla zdrowia” winien jeść to, co mu nie smakuje, robi dokładnie odwrotnie. Jak każdy oryginał, ma też swoje dziwactwa, chociażby rozmawia z kotami i mimo swego zdrowego rozsądku i dystansu wobec wszelkich zjawisk nadprzyrodzonych jest przekonany, że Koko nie jest tylko kotem, ale że ma zdolności, zdecydowanie przekraczające percepcję ludzką.

czwartek, 5 lipca 2018

Sacha Batthyany „A co ja mam z tym wspólnego”


Okładka książki A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945. Dzieje mojej rodziny
„A co ja mam z tym wspólnego” jest naprawdę niezwykłym dziełem. W zalewie tandety i nachalnie promowanych pozycji, mimo nominacji do Nagrody R. Kapuścińskiego,  jednak się nie wybiło. Autor, dziennikarz, Węgier z pochodzenia, u nas jest nikomu nieznany. Tematyka książki też może nie wydawać się zbyt pociągająca, odnosi się częściowo do czasu wojny i do  kwestii bierności, braku zaangażowania, tchórzostwa i wygodnictwa. Ale oczywiście nawiązuje do teraźniejszości, a nawet i do przyszłości. Jest częściowo reportażem, ale są tam też wspomnienia i jest cała masa refleksji. 

   „Nie jesteśmy wprawdzie strażnikami i nie prowadzimy przesłuchań, nie każemy też nikogo rozstrzelać, ale jak się zachowujemy w sytuacjach, które znacznie mniej są groźniejsze niż wojny? Na przykład w biurze, kiedy nam zależy, żeby dobrze wypaść. Czy mamy dość odwagi, by stanąć po stronie prawdy, chociaż może to być w dane chwili niewygodne? Czy braliśmy w obronę ludzi, którzy stali się ofiarami mobbingu szefów, czy też staliśmy bezczynnie obok, jak tamci przechodnie w Budapeszcie, kiedy topiono Żydów w Dunaju?”, „Czy w ogóle bywamy gotowi do podejmowania jakiegokolwiek ryzyka? Kto bywa do tego gotów? I w imię czego?” „Czy kiedykolwiek przeciwko czemu się buntowałem?”  Autor ma w pamięci liczne wirtualne akcje protesty czy też akcje poparcia, ale pyta „Jakbyśmy reagowali, gdyby wszystkie te wydarzeni zaczęły się przenosić z ekranów naszych komputerów na ulice?”

piątek, 29 czerwca 2018

Andrzej Sapkowski „Czas Pogardy” – tom IV sagi o Wiedźminie – audiobook, czyta zespół aktorów


Książka Czas pogardy


Tom szalenie mroczny, najmroczniejszy z dotychczasowych . Mówi o czasach ciekawych, w których nikt normalny nie chciałby żyć. To czas wojny i zdrady, kiedy jest źle, a potem jeszcze gorzej, kiedy tym bohaterom, którym każdy czytelnik sprzyja, dzieją się straszne rzeczy. Sposób przekazania treści w formie audiobooku jest genialny. Audiobook czytany jest przez zespół aktorów, a główne role przez cały cykl odtwarzane są przez tych samych aktorów, łącznie jest ich kilkudziesięciu, w tym Krzysztof Gosztyła jako narrator , Krzysztof Banaszyk jako Wiedźmin,  Anna Dereszowska jako Yennefer. Muzyka i efekty specjalne powalają. Muzyka dla każdego tomu stanowi odrębną całość, ale motywy muzyczne są wspólne dla całego cyklu.