niedziela, 28 czerwca 2015

Paul Werner „Polański. Biografia”


Obraz znaleziony dla: Polanski Biografia Paul Werner
    








 
       Bardzo długo nie przepadałam za Polańskim. Zniechęcał mnie też do niego słynny incydent z gwałtem na nieletniej. Ale z biegiem czasu coraz częściej  kolejne filmy zaczęły mnie coraz bardziej poruszać, w niektórych przypadkach wręcz olśniewać, np. „Autor widmo” czy „Gorzkie gody”.  Gdy patrząc w ekran zapomina się o całym świecie , a potem nie można o tym filmie zapomnieć, uprzedzenia zanikają.

    Życiorys Polańskiego w pewnym, ogólnym zarysie znany jest niemal powszechnie. Każdy prawie wie o jego koszmarnym dzieciństwie w getcie,  a potem o ukrywaniu się, o zamordowaniu jego drugiej żony Sharon Tate i w końcu o słynnych poszukiwaniach reżysera za gwałt na nieletniej sprzed kilkudziesięciu lat.   Książka oczywiście uszczegóławia te fakty, a ponadto wskazuje też nowe. Przytoczę tu kilka przykładów, takich które  z jednej strony wydały mi się bardzo charakterystyczne dla reżysera, a z drugiej budzące sporo refleksji. Nie zamierzam streszczać życiorysu.

           Najprawdopodobniej kluczem do twórczości jest w tym przypadku wyjątkowo koszmarne dzieciństwo. Jego rodzie byli Żydami ( matka była pół Żydówką, ale w tamtych czasach ten niuans nie miał jakiegokolwiek znaczenia), a wojna zastała ich w Krakowie. W chwili wybuchu wojny Roman miał 6 lat.  Wszyscy znaleźli się w getcie, ale ojciec Romana zapłacił wszystkimi niemal posiadanymi pieniędzmi za przekazanie syn na poza getto, gdzie ukrywał się u polskiej rodziny. Rodziny te potem zmieniały się , a z całej rodziny wojnę przeżył tylko ojciec, z którym potem kontakty były bardzo trudne.  Był to totalny koszmar. Roman stał się nagle dorosły, mimo iż faktycznie był dzieckiem. Myślę, że to,  co przeżył  doprowadziło do rozwoju i inteligencji i mądrości. Będąc dzieckiem był nieporównanie mądrzejszy, niż cała masa dzieci wychowywanych w cieplarnianych warunkach.  Gdy patrzę np. na obecną sytuację na rynku pracy i nie tylko, wydaje mi się , że jeżeli ktoś od dziecka ma wyjątkowo łatwo, nie musiał pracować na studiach, rodzice wszystko co było możliwe mu „załatwiali” to będzie miał olbrzymi problem w znalezieniu pracy, utrzymaniu jej i nie tylko, będzie miał masę innych problemów. Ci z kolei  co mieli trudno i zdani byli na własne siły, są tak zahartowani i tak pełni samozaparcia, że prędzej , czy  później osiągną swe cele.

        Ta siła Polańskiego i jego samozaparcie są porażające. Do tej pory nie miałam świadomości, że miał bardzo długi, bo 20 – letni okres bardzo złej passy w pracy reżysera. W 1979 r. nakręcił „Tess”, która była sukcesem, ale jednocześnie był to początek wyjątkowo mrocznego okresu w  jego życiu.  W tym samym czasie zaczęła się sprawa gwałtu na nieletniej i poszukiwań Polańskiego listem gończym, co trwa do dziś. Absolutnie nie usprawiedliwiam go, ale faktem jest, że sama ofiara wielokrotnie publicznie mówiła, że nie może normalnie żyć , że zawsze jest traktowana jak właśnie ofiara gwałtu. Być może dostała za to pieniądze, może nie dostała. Ale sprawa ta spowodowała, że Polański nie mógł już kręcić filmów w USA , a odium niesławy sprawiło z kolei, że nie każdy chciał z nim współpracować. A bez chętnej wytwórni filmowej,  nie były w stanie stworzyć żadnego filmu. Co gorsze, gdy już doszło do realizacji filmu, to żaden aż do roku 1999, nie spełnił pokładanych w nim nadziei, albo okazywał się klapą , jak np. ”Piraci”, albo koszty się nie zwracały. Dotyczyło to poza „Piratami” - „Frantica”, „Gorzkich godów”, „Śmierci i dziewczyny” i „Dziewiątych wrót”. Tak było aż do 2012r. tj. do wyreżyserowania „Pianisty”, który wszystko zmienił. Polański urodzony w 1933r. miał w czasie tej złej passy od 46 do 69 lat. Nie znam chyba nikogo, kto nie załamałby się w takiej sytuacji. Można przeżyć jedną klęskę, dwie, ale 20 lat i w tym czasie same niemal niepowodzenia? Fakt, że jakiś film podobał się w jednym np. kraju, a finalnie odniósł klapę, traktowany był jako klapa całkowita, coraz trudniej było o znalezienie chętnego do sfinansowania i o dobry zespół aktorów.  Nie znam nikogo, kto przez 20 lat odnosiłby klęski  i jednocześnie nie poddawałby się. Znam zaledwie kilka osób, którym wieku  60-ciu lat i więcej w ogóle coś się chce robić, poza gapieniem się w telewizor i bawieniem wnuków. 

    Zastanawiające było także to, aż do 60-ciu kilku lat Polański w ogóle nie chciał wracać pamięcią do czasów dzieciństwa i traumatycznych przeżyć z tamtego czasu. Nie wracał do tego ani prywatnie, ani w filmach. Odblokował się bardzo późno, a „Pianista” stał się filmem jego życia i to za niego dostał Oscara za reżyserię. Zawsze z lekkim przymrużeniem oka patrzyłam na psychoterapie i psychoanalizy, na hasła wiecznego powracania do dzieciństwa i analizowania różnorakich niemiłych przeżyć. Ale w tym przypadku teorie te chyba były trafne. Od czasu „Pianisty” kolejne filmy Polańskiego świecą triumfy.  

     Charakterystyczne dla Polańskiego są też, prawdopodobnie datujące się właśnie z czasów dzieciństwa, umiejętności przystosowywania się i przetrwania. W tych miesiącach czy latach  gdy z braku środków finansowych lub z innych względów nie mógł kręcić , nie siedział bezczynnie i nie użalał się nad sobą, ale zajmował się np. reżyserią w teatrze.

        Zaletą książki  dla mnie z pewnością było to, że obejmuje ona całokształt twórczości i jednocześnie, tzn. w tych samych rozdziałach opisywane są  zarówno wydarzenia i prywatne i związane z pracą z określonego okresu życia . Kiedyś w jednej z książek spotkałam się z tym, że praca omawiana była oddzielnie i życie prywatne oddzielnie. Tu pomysł był lepszy. Dobrym pomysłem było też omawianie filmów i przedstawianie refleksji na ich temat.  Oczywiste jest to, że  każdy odbiera czy książkę czy film indywidualnie przez pryzmat własnych doświadczeń. Ale nigdy nie zaszkodzi posłuchać, jak to samo dzieło odbierają inni. W tym przypadku niektóre przemyślenia Paula Wernera  lub osób, które on cytował, były mocno inspirujące, o czym już wspomniałam wcześniej.

     Wspomniany już przeze  mnie „Pianista” nie za bardzo podobał mi się i uważałam, że jest więcej historii godnych uwiecznienia niż historia ukrywającego się, stroniącego od walki człowieka. Okazuje się, że można na ta sprawę popatrzeć jeszcze z innego punktu widzenia. Można popatrzeć właśnie jako na historię kogoś, kto nie chce  walczyć i chce tylko przetrwać. I niekoniecznie musi to  być przykład do naśladowania, ale prawda jest taka, że przeważająca większość ludzi  w czasach wojny nie chce żadnego angażowania się, chce tylko i aż przetrwać. I o tym m. in., o doznaniach tych ludzi i ich perspektywie jest ten film.

   Biografia ta nie jest ideałem. Za mało jest według mnie wnikania w psychikę Polańskiego i motywów,  jakimi się kierował w różnych sytuacjach.  Za mało jest też rozważań, jaki wpływ pewne wydarzenia na niego wywarły. Refleksje na temat niektórych filmów wydały mi się zbyt powierzchowne.  Za mało było też wypowiedzi różnych osób o Polańskim, mam na myśli jego znajomych czy przyjaciół.  Robi ona wrażenie zbyt powierzchownej.

    Przypomina mi się przeczytana kiedyś przeze mnie biografia idealna. Idealna nie w sensie, że ktoś żył idealnie, tylko, że ktoś inny opisał to ciekawe życie szalenie interesująco i rzetelnie. Mam na myśli biografię Steva Jobsa , autorstwa Waltera Issacsona .  Tam była cała masa wypowiedzi różnych osób o Jobsie. Były rozważania, dlaczego np. z określoną osobą utrzymywał kontakty towarzyskie, a z inną zerwał. Było o pracy, o tym, dlaczego jedna kobieta mu się podobała, inna nie, nawet o tym, co jadał. Najwięcej było oczywiście o wizjonerstwie Jobsa. Tutaj tego brakowało. Są pewne próby dostrzeżenia wspólnych cech filmów, np. człowiek w trudnej lub nawet ekstremalnej sytuacji, działanie pod presją czasu,  poczucie zamknięcia czy zagrożenia, ale jest tego za mało, za mało jest wnikania w głąb.  

       Dla osób lubiących literaturę, biografia autorstwa Wernera ma dodatkową zaletę. Część scenariuszy do filmów Polańskiego powstała w oparciu o książki beletrystyczne lub o sztuki teatralne. I jest też co nieco o tych książkach czy sztukach. Polański utrzymuje zażyłe bardzo kontakty z Robertem Harrisem , autorem m. in. „Autora widmo” .    To właśnie on z uwagi na zainteresowanie Polańskiego napisał „Oficera i szpiega” o tej aferze.  Paul Werner pisze też kontaktach reżysera z Jasminą Rezą, autorką sztuki „Bóg mordu”, którą Polański sfilmował jako „Rzeź”. Sporo jest o tej sztuce , o wizji autorki, jak powinna być ona reżyserowana i o tym, jak powstawał scenariusz do filmu i jak zrealizował to Polański. Jest też i o „Klubie Dumas” Pereza Revereta , o „Wenus w futrze” Leopolda Sachera – Masocha.

   Mimo wspomnianych wad, książkę warto mimo wszystko przeczytać.  Większość biografii Polańskiego jest w j. angielskim.  
4/6

środa, 24 czerwca 2015

Robert Galbraith ( J. K. Rowling) „Jedwabnik” - audiobook, czyta Maciej Stuhr

Jedwabnik audiobook


       Jak na mój gust jest to książka celebrytki o celebrytach, pozbawiona jakiejkolwiek głębi , nudna i nie dająca niczego do myślenia. Zaczyna się od tego, że do prywatnego detektywa Cormorana Strike`a zgłosiła się żona średnio znanego pisarza  - Owena Quina i poinformowała , że jej maż zaginął. Strike zaangażował się w tą sprawę, szybko znalazł zwłoki. A przy okazji swego prywatnego śledztwa poznał środowisko literackiego Londynu, tj. wydawców, pisarzy czy agentów literackich.  Jego praca polegała głównie na prowadzeniu rozmów, a wydatnie pomagała mu w tym jego sekretarka – Robin .  Środowisko literatów okazało się bardzo jednolite, nie zauważyłam tam jakichkolwiek indywidualności , wszyscy dbali o sławę, pieniądze , seks, różnego rodzaju używki i niemal wszyscy spali ze wszystkimi . Była to grupa wyjątkowo aroganckich , głupkowatych snobów.  Najgorsze było to, że mimo postępów akcji, wydarzenia nie potrafiły mnie wciągnąć. Nikogo nie typowałam na sprawcę i prawdę mówiąc, w ogóle nie interesowało mnie, kto zabił.   Wszyscy potencjalni zabójcy byli tak bardzo do siebie podobni, że nie robiło mi różnicy, kto okaże się  zabójcą.  Gdy audiobook się kończył, zorientowałam się, że najprawdopodobniej nazwisko zabójcy nie pozwoli mi na zindywidualizowanie, kto to nazwisko nosi. Po dłuższym namyśle jednak tą osobę zidentyfikowałam, ale nie wywołało te we mnie żadnych emocji. Wszystko było nudne i nijakie. Pisarka nie potrafiła wykorzystać nawet tego, że akcja toczy się w Londynie, gdyby wydarzenia rozgrywały się w jakimkolwiek innym mieście, nie byłoby potrzeby, aby poza nazwą miejscowości cokolwiek zmieniać w tekście. 

      Totalnym rozczarowaniem był dla mnie główny bohater. Cormoran Strike jest postacią nijaką. Wyróżnia go chyba tylko to, że  gdy w przeszłości był żołnierzem,  stracił nogę.  A poza tym to jego ojcem jest słynny muzyk rockowy, który kiedyś przypadkowo przespał się z jego matką . Ale ani jeden ani drugi fakt sam w sobie  nie uczyni jeszcze nikogo ciekawym, przynajmniej dla mnie, bo w Londynie znany ojciec i rozwiązanie wcześniejszej zagadki kryminalnej, uczyniły i z Cormorana celebrytę.  Nie zauważyłam, aby Cormoran czymś się interesował lub czymś innym wyróżniał. Rozpaczał za to sporo czasu z powodu rozpadu związku z piękną celebrytką.  Jak zauważył kiedyś w trakcie rozmyślań nad tą kwestią, jej jedynym atutem była tylko niezwykła uroda. Rozpacz nad utratą celebrytki i praca były jedynymi rzeczami, które go zajmowały .

        J. Rowling opisała środowisko, w którym się obraca. Ale mam wątpliwości, czy jest to obiektywny opis. Literatura angielska stoi na bardzo wysokim poziomie. Nie byłoby to możliwe, gdyby tworzyła ją   banda  takich debili , jakich sportretowała  pisarka . Rowling moim zdaniem nie jest dobrą obserwatorką, nie potrafiła w ogóle wgłębić się w psychikę bohaterów, ograniczyła się do kwestii nałogów i tego, kto z kim uprawia seks . W porównaniu do ostatnio czytanych przez mnie „Perswazji” Jane Austin ,  „Jedwabnik” jest pustą wydmuszką. Nie czytałam „Wołania kukułki”, czyli pierwszej części przygód Cormorana Strike`a, wiem tylko tyle, że zajmuje się wówczas  zabójstwem supermodelki , której ciało znaleziono pod jej rezydencją.  Wygląda na to, że i pierwsza i druga część cyklu rozgrywa się w środowisku  celebrytów.  A żadne inne środowisko nie wydaje mi się tak żałosne , jak „znani z tego, że są znani” . I moim zdaniem szkoda tracić czas na takie opowieści. Tym bardziej, że ta właśnie jest taka nudna.

    Po wysłuchaniu nic we mnie nie zostało. Nie zapamiętałam żadnego problemu psychologicznego czy socjologicznego.  Nie było takiego zachowania jakiegokolwiek bohatera, które dałoby cos do myślenia. Słuchanie nie było nawet rozrywką.

   Audiobooka ratuje Maciej Stuhr. Gdyby nie on,  nie dałoby się tego słuchać. Dzięki pewnym modulacjom głosu udało mu się spowodować , że momentami , krótkimi  niestety , mogłam zainteresować się urywkami tekstu.

2/6

czwartek, 18 czerwca 2015

Jane Austen „Perswazje”



            Coraz bardziej przekonuję się do Jane Austen. Jeszcze parę lat temu byłam mylnie sądziłam , że jest to autorka powieści, które można określić jako nadzwyczaj prostacze romanse. Po dwóch książkach i dwóch audiobookach w moim prywatnym rankingu Austin pomknęła ostro w górę.  Pięła się w górę właściwie po  każdej kolejnej książce, którą poznałam. Paradoksalnie, jest to pisarka jak najbardziej współczesna , a jej książek nie powinno się kojarzyć tylko z wątkami romansowymi .

               W „Perswazjach” Austen opowiedziała historię Anny Elliot i kapitana Fryderyka Wentwortha . Jest to historia stara jak  świat, która powtarzać się będzie i w przyszłości setki razy. Para poznała się, pokochała, a potem wkroczyła rodzina Anny – ojciec sir Walter Elliot i przyjaciółka -  lady Russel, którzy zaczęli zniechęcać ją do tego związku. Argumenty oponentów nie były byle jakie. Istniało gigantyczne prawdopodobieństwo, że  młoda para musiałaby żyć w biedzie .  Kapitan  biorąc pod uwagę całokształt jego  sytuacji osobistej i sytuacji politycznej kraju, miał minimalne szanse na to, aby jego rodzina mogła żyć na przyzwoitym poziomie materialnym. Co gorsze, w hierarchii pozycji towarzyskiej, wynikającej z urodzenia, on stał niżej, zamążpójście byłoby więc swoistego rodzaju mezaliansem. Współcześnie też często tak bywa, a porady, dotyczące zerwania i nadzieje rodziny , że „trafi się lepsza szansa” maja swoje uzasadnienie.   Anna uległa perswazjom i zerwała zaręczyny. Wydaje się to głupie, ale czy istnieje ktoś, kto byłby w 100% asertywny i głuchy na głosy bliskich , bez względu na to, jakiej sprawy te głosy dotyczyłyby ? On poczuł się urażony i mimo nadal istniejącego uczucia, zaczął żywić wobec Anny niechęć. Czy zerwanie zaręczyn można wybaczyć ? Czy można nie czuć po czymś takim urazy? Czy w ogóle tak wielka krzywdę można wybaczyć ?  Między innymi o tych komplikacjach w relacjach międzyludzkich opowiada pisarka.

         Tytuł książki dotyczy właśnie perswazji, dotyczących zerwania związku. Ale pisarka przewrotnie pokazuje i drugą stronę medalu. Czy właściwym  jest, gdy  ktoś nikogo nie słucha i nie liczy się z niczyimi poradami ? Kapitan 8 lat później poznał  kobietę, która okazała się głucha na cudze sugestie i wpadła na pomysł, aby przy bardzo wietrznej pogodzie skakać po molo. Próby wyperswadowania tego pomysłu nie dały żadnego efektu. Dziewczyna w czasie skoków upadła, straciła przytomność i nie wiadomo  było, czy w ogóle wyjdzie żywa z tego wypadku.

            Ciąg dalszy w kontaktach kapitana Wentwortha i Anny nastąpił po 8 latach, kiedy los sprawił, że znowu się na siebie natknęli i zaczęli przebywać w tym samym środowisku ,  wśród tych samych osób. Kochali się w dalszym ciągu.  Co ważne jednak ,  żadne nie wiedziało nic o uczuciach drugiego. Zaczęły się podchody, próby wybadania, czy on mnie jeszcze kocha, czy ona mnie jeszcze kocha, co zrobić, aby się dowiedzieć? I czy w ogóle można zrobić coś, aby w tej drugiej stronie to odczucie odżyło? Jak to zrobić, aby się nie ujawnić ? Sytuacja jest całkowicie ponadczasowa. Dwieście lat temu sytuację kobiecie utrudniało tylko to, że wypadało, aby była bierna, a może raczej,  wypadało, aby wszystko wskazywało na to, że jest bierna.  Jej możliwości wykazania inicjatywy były pozornie ograniczone.  Nie mogła przecież wysłać do faceta maila czy sms-a, nie mogła zadzwonić. Ale lektura książki wyraźnie wskazuje na to, że były w zamian inne możliwości. Przykładowo na ojca Anny miała chrapkę bliska koleżanka jej starszej siostry - Elżbiety, młoda wdowa, pani Clay. Ta rozwiązała swój problem , poszła na całość i na okres kilku miesięcy przybyła w odwiedziny „do Elżbiety”. Sytuacja ta była całkowicie akceptowalna społecznie . Inicjatywa w tych sprawach zależy zdecydowanie bardziej od charakteru osoby, niż od uwarunkowań społecznych.

    Poza wątkiem Anny i jej ukochanego można śledzić również zmagania i problemy innych osób , a nie każdy żył tylko romansami. Dość zabawny był dla mnie watek wspomnianej już pani Clay. Jej faktyczne zamierzenia dość szybko odkryła  sama Anna, ale nie miało to znaczenia. Pani Clay nie była ani bogata, ani urodziwa, a obiekt jej marzeń , ojciec Anny i Elżbiety,  miał tytuł baroneta, co czyniło go wielce atrakcyjną partią.  Co gorsze, baronetowi pani Clay się nie podobała. Uważał, że ma ona piegi i wystający ząb. Ale pani Clay była uparta , w rzeczywistości wyrachowana i cwana,  udawała miłą i naiwną, we wszystkim baronetowi przytakiwała  i od rana do wieczora prawiła mu komplementy. Musiała też stale zabiegać o utrzymanie doskonałych kontaktów z Elżbietą, kłótnia z nią mogła doprowadzić do katastrofy całego planu. Cóż, nawet w tamtych czasach tego rodzaju osobom nie było lekko. Sama Austin oceniając szanse pani Clay na powodzenie, uważała, że nie ma takich wad urody, które nie mogłyby być zrekompensowane uśmiechem i innymi przymiotami charakteru, nawet gdy w przypadku pani Clay były tylko przymiotami udawanymi . Efekty taktyki, zastosowanej przez panią Clay, każdy czytelnik może  obserwować. Anna,  mimo iż widziała , co się dzieje i na co się zanosi, była  zaskoczona, gdy pewnego dnia ojciec jej zakomunikował, że pani Clay używa wyjątkowego specyfiku na piegi,  który spowodował zanik tych piegów. Było to totalną bzdurą, bo w rzeczywistości mimo stosowania specyfiku, piegi były nadal, tyle tylko, że baronet przestał je zauważać.

                Interesujące były też spostrzeżenia natury ogólnej. Austen wyśmienicie opisała obsesję Brytyjczyków na punkcie pochodzenia. Wygląda na to, że w XVII i XIX wieku była  to dla nich najważniejsza rzecz na świecie. Nawet majątek był drugoplanowy. Biorąc pod uwagę to, co mówią ludzie , którzy trochę na Wyspach przebywali , nie zmieniło się to zbyt mocno do dziś.  Baronet, ojciec Anny , zajmował się głównie sprawdzaniem, jakie kto ma pochodzenie. Charakter, intelekt czy różne zalety  nie miały jakiegokolwiek znaczenia. Gdy doszło do zacieśnienia więzów z dalszymi, wysoko postawionymi kuzynkami, skoncentrował się całkowicie na strategii skutecznego podlizywania się tym paniom i jednoczesnemu pokazywaniu otoczeniu, w jak wyśmienitych z nimi jest układach.  Czy to się różni od tego, co jest teraz? Może powodem podlizywania się współcześnie nie jest bezpośrednio czyjeś pochodzenie, ale  pozycja społeczna, znajomości, układy, możliwości „załatwienia” czegoś. Wychodzi prawie na to samo. Walter Elliot to klasyczny przykład typowego brytyjskiego snoba,   zaryzykowałabym twierdzenie, że niemal ojca wszystkich snobów . Zabawnie było czytać, jaki skomplikowany  system różnego rodzaju zwyczajów obowiązywał w związku z powyższym. Klasyczna norma , że mężczyzna kłania się kobiecie, wyglądała nieco inaczej. Ukłon kogoś  niskiego pochodzenia mógłby być dla kogoś wyżej postawionego poniżający.  Ukłonić się mogła więc jako pierwsza osoba wyżej postawiona. Mogła, bo nie musiała, mogła kogoś zignorować. To oczywiste, że trzeba było w sprawach urodzenia być na bieżąco. Przypominam sobie, że o tej brytyjskiej manii wyższości była też mowa w książce Winnickiej „Angole”.

                Są też i inne zabawne, ponadczasowe wątki w powieści, chociażby watek dwóch sióstr : Luizy i Henrietty, które w pewnym momencie zaczęły zabiegać o względy tego samego mężczyzny. Są i wątki mniej zabawne, chociaż  Austen nigdy nie epatuje cierpieniem, wspomina o nim, ale koncentruje się na jaśniejszej stronie życia. Opisana jest np. pani Smith, znajoma Anny z pensji, która wcześnie owdowiała i popadła w biedę , względną biedę oczywiście . Pisarka wyjątkowo sugestywnie opisała ją jako osobę, która mimo tylu przeciwności losu , zachowała pogodę ducha i nawet zaangażowała się w pomoc dla uboższych.  Podobnie jak i inne wątki, są to sprawy ponadczasowe . Każdy może zastanowić się nad charakterami bliskich sobie osób, z rodziny czy znajomych . I rzeczywiście każdy znajdzie wśród nich osoby, którym wszystko dobrze się układa i są niezadowolone, wiecznie narzekają, ale  i takie, którym z reguły jest pod górkę, a mimo to sobie radzą, nie mają pretensji do całego świata  i nie są zgorzkniałe. Trochę śmieszne było czytanie o tej biedzie pani Smith i litowanie się nad tym, że może pozwolić sobie jedynie na jedną służącą i mieszka zaledwie w  dwóch pokojach. Ale jak na tamte warunki, można sobie wyobrazić, że była spauperyzowana, w końcu nikt nie chciał jej odwiedzać.

       Austen doskonale obserwuje, w książce jest sporo scen humorystycznych, lektura jest lekka i przyjemna, ale zarazem daje sporo do myślenia. Nie są to może przemyślenia i analizy psychologiczne na poziomie Fiodora Dostojewskiego  czy Henry`ego Jamesa, ale to całkiem przyzwoity poziom, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę, że Austen żyła na przełomie XVIII i XIX wieku , a zmarła w 1817r. Opisane obserwacje psychologiczne są celne, a  zachowania ludzkie i charaktery wydają się być stale takie same.  W trakcie czytania zaczęły mi stawać przed oczami znajome mi osoby, opisy były bardzo sugestywne i bezwiednie zaczęłam dopasowywać , np.  pani Clay to opis mojej znajomej x, kapitan to z kolei mój znajomy Y itd. W porównaniu do innych znanych mi książek tej autorki, czyli „Emmy”, „Rozważnej i romantycznej” i „Dumy i uprzedzenia” to nie widzę żadnej różnicy w poziomie czy doborze tematu. Jeżeli komuś spodobała jakakolwiek pozycja Austen, może śmiało sięgnąć po inne.

5/6           

   

    

czwartek, 11 czerwca 2015

Hakan Nesser „Jaskółka, kot, róża, śmierć”



         Od dłuższego już czasu usiłuję znaleźć jakąś nową serię kryminałów z przyciągającym uwagę prywatnym detektywem czy policjantem. Teraz dałam szansę Nesserowi. Hakan Nesser jest pisarzem  szwedzkim,  znanym głównie z serii książek o komisarzu Van Veeterenie, a kilka dni temu otrzymał za całokształt twórczości nagrodę Wielkiego Kalibru , czyli nagrody za najlepszą powieść kryminalną roku.

       „Jaskółka, kot, róża, śmierć” jest   dziewiątym tomem z serii o komisarzu Van Veeternie. Nie czytałam wcześniej żadnego innego tomu z tej serii, nie czytałam w ogóle niczego, napisanego przez Hakana Nessera. Oryginalnym pomysłem było umieszczenie akcji w bliżej nieokreślonym miejscu , w fikcyjnej miejscowości Maardam. W Szwecji wydana została w 2001r. , ale jeżeli nie wiedziałabym o  tym , byłabym pewna, że dotyczy to wcześniejszego okresu, nie przypominam sobie, aby ktoś z bohaterów książki używał telefonu komórkowego czy komputera. Komisarz w tym tomie jest już emerytem i oddaje się swojej pasji, tj. książkom, prowadzi bowiem antykwariat . Mimo, że odszedł na emeryturę,  został wciągnięty w prowadzenie śledztwa zmierzającego do ujęcia seryjnego dusiciela. Zabójca atakował młode kobiety i aż do pewnego momentu nie zostawiał śladów. Wiadomo o nim było tylko tyle, że lubi dobrą literaturę. Miejscowi policjanci nie do końca dawali sobie radę z tym problemem i stąd też pojawiła się konieczność wciągnięcia w sprawę komisarza. W tym tomie ma on około 60 lat, mieszka z partnerką mniej więcej w swoim wieku. Wiadomo, że miał syna, który nie żyje. Żyje natomiast  wnuk, jeszcze niemowlę. Ulrikę , swa partnerkę, poznał w bardzo dojrzałym wieku.

   Sposób napisania książki też działa na jej korzyść, w niektórych momentach akcja toczyła się wolno, w niektórych ostro przyśpieszała. Były i takie, że zdenerwowana musiałam sprawdzić „skacząc” po kilku kartkach, jak skończy się określone wydarzenie, czy ofiara zostanie uduszona, czy uda się jej umknąć.  

      Podobało mi się to, że sporo mówi się w tym tomie o książkach, skoro literaturą fascynuje się i komisarz i morderca, nie mogło być inaczej. Z tego też względu postać komisarza jest ciekawsza, niż innych policjantów z jego otoczenia. O jego życiu osobistym wiadomo właściwie tylko tyle, co już napisałam, nie wiadomo, jak to się stało, z jego syn nie żyje, co stało się z matką tego syna, od kiedy jest z Ulriką.  Sam komisarz staje się postacią pierwszoplanową dopiero pod koniec książki .   Sam fakt, że ktoś tak bardzo fascynuje się książkami,  sprawił, że polubiłam Van Veeterna . Znajomość pewnych książek sprawiła, że trafił na trop mordercy. Otóż morderca ten poznając kobiety, które stawały się potem jego ofiarami, przedstawiał się imieniem i nazwiskiem bohatera powieści, w jednym przypadku postacią z powieści był dusiciel . Kobiety nie znały książek , żadna się nie zorientowała, w jakim jest niebezpieczeństwie . Prawdę powiedziawszy, ja też nie znałam ani jednej z książek, o których jest mowa w powieści Nessera. A poza jednym wyjątkiem mowa jest o klasyce. Myślę, że Van Veetern może postacią , która zaciekawi jeszcze bardziej, gdy pozna się go bliżej.

        Natrafienie na serię powieści kryminalnych, w której występuje ciekawy bohater, detektyw czy policjant, nie jest wcale takie łatwe. To chyba trochę tak, jak z zaprzyjaźnianiem się. Trzeba trafić na kogoś, do kogo się poczuje sympatię i z kim ma się trochę wspólnego. Jest to kwestia bardzo indywidualna.  Usytuowanie akcji powieści też ma swoje znaczenie.  Na pierwszym miejscu zawsze chyba będzie u mnie Sherlock Holmes, panna Marple i detektyw Poirot. Ale świat się na nich nie zakończył.    

        Nie mogę się oprzeć urokowi powieści Donny Leon, chociaż komisarz Brunetii nie jest postacią szczególnie oryginalną, a autorka za często jak dla mnie porusza tematy polityki. Ale Brunetti mieszka w Wenecji i wszystkie zabójstwa rozgrywają się właśnie tam. I razem z nim można poznać wszystkie uroki i  bolączki zamieszkiwania w tym mieście, można niemal poczuć smaki i zapachy włoskich potraw. I dlatego sięgam po książki Leon.

    Niezmiernie urokliwy jest też dla mnie Fandorin z powieści retro Akunina. To postać nieco mało realna, bardziej bajkowa: szalenie inteligentny, wysportowany, błyskotliwy , z poczuciem humoru. Każdy tom dzieje się w innym środowisku, np. jeden wśród przestępców moskiewskich, innych wśród ludzi teatru, jeszcze inny w Baku, wśród ludzi, zarabiających na wydobyciu nafty.    Podobały mi się tez niezmiernie tomy z siostrą Pelagią, ale było ich zaledwie trzy. Swój osobliwy urok ma też znany chyba każdemu Wallander z powieści Mankella. Oryginalności nie można też odmówić Nastii Kamieńskiej z powieści Aleksandry Maryninej. Usytuowanie akcji w Rosji, głównie w Moskwie , też powoduje, że zainteresowanie wzrasta.  

      Ale są też i tacy detektywi, którzy mnie irytują lub nudzą. Jest nią chociażby  Annika, dziennikarka z serii powieści Lisy Marklund, która kojarzy mi się z płaczliwością i nie odpowiada mi jej  typ charakteru .  Harry Hole z powieści Jo Nesbo jest niewątpliwie postacią ciekawą, zmaga się z alkoholizmem, poszukuje drugiej połówki. Przeszkadza mi jednak zbyt duża dawka przemocy w książkach Nesbo, opisy są drastyczne, szczegółowe, nie dla mnie.  Nie do końca wiem dlaczego, ale nie spodobała mi się Camilla Lackberg . Nie znoszę celebrytów i wątpię, abym mogła polubić coś , co napisała ta autorka . Jej książki wydają mi się puste. Ale może to uprzedzenie. Nie przekonałam się do naszego rodzimego Eberharda Mocka z powieści Krajewskiego. Książki Krajewskiego są tak ponure, że nie mam ochoty, mimo niemal entuzjastycznych recenzji,  ich czytać.

           Chętnie przeczytałabym też cos jeszcze Mari Jungstedt, wysłuchałam z ogromnym zainteresowaniem jednego z audiobooków, z jej cyklu kryminałów, rozgrywających się na Gotlandii. Miejsce akcji – wyspa , której centrum otoczone jest murem, ma taki urok, jak i Wenecja. Chętnie też sięgnę po coś jeszcze, napisanego przez Martę Guzowską, usytuowanie wydarzeń wśród archeologów na wykopaliskach,  było oryginalnym pomysłem. Fakt, że zrobiła to już znacznie wcześniej Agata Christie,  nie ma znaczenia, bo realia pracy archeologów teraz są  inne, niż kilkadziesiąt lat temu.  Na szczęście wśród książek tego typu można wybierać i przebierać. Można zaczynać czytać nowe serie, licząc, że będzie to jakaś rewelacja. Można też uzupełniać braki, poprzez czytanie pozycji z tej serii, którą już się zaczęło. Van Veeter nie jest złym pomysłem.

5/6

  

niedziela, 7 czerwca 2015

Felicitas D. Goodman „Egzorcyzmy Anneliese Michel . Opętanie w Klingenberg w świetle nauki”.





        Wydarzenia opisane w tej książce były również przedstawione w znanym filmie „Egorcyzmy Emily Rose” i znane są głównie z tego filmu . Jest to historia, określana jako opętanie, a dotyczy  młodej dziewczyny, przypadek jest autentyczny, miał miejsce prawie 40 lat temu.  Dwaj duchowni katoliccy stosowali wobec niej,  za jej zgodą i zgodą jej rodziny , egzorcyzmy. Gdy dziewczyna zmarła,  była skrajnie wycieńczona, pobita, a za przyczynę zgonu uznano zagłodzenie. Prawomocnym wyrokiem Sądu rodzice i wspomniani dwaj duchowni zostali uznani za winnych przyczynienia się do jej śmierci. Wyrok wzbudził olbrzymie kontrowersje. Budzi je do dziś.
          Autorka jest profesorem lingwistyki i antropologii na Uniwersytecie w Ohio. Zajmowała się naukowo m. in. szamanizmem, opętaniem,  doświadczeniami religijnymi , jest też założycielką   Instytutu do Badań nad Doświadczeniami Religijnymi w Meksyku. Opisała ona historię życia Anneliese  Michel, szczególnie zaś uwzględniła w swej pracy towarzyszące życiu Anneliese dziwne zdarzenia, które potraktowane były przez samą dziewczynę właśnie jako opętanie. Pisząc próbowała dociec, co faktycznie było przyczyną jej śmierci i czym były budzące tak wielkie zainteresowanie dziwne zjawiska. Autorka przeprowadziła rozmowy z żyjącymi świadkami wydarzeń, udostępniono jej zapiski zmarłej, odsłuchała też kasety , na których zarejestrowano przebieg egzorcyzmów. Kasety poddała też naukowej analizie. Obszerne cytaty z zapisów z kaset , zapisków dziewczyny , różnorakich pism czy listów są w książce. Nieprzypadkowo książka ma również podtytuł „Opętanie w Klingenberg w świetle nauki”. Co ciekawe, egzorcyzmy odprawiane były za zgoda biskupa, ale oficjalnie, ani podczas procesu, ani później,  kościół nie potwierdził  stanowiska, że Anneliese była opętana .
      W „Egzorcyzmach  Anneliese  Michel” poza tekstem autorki  jest też sporo szalenie ciekawych dodatków. Wprowadzenie do wydania polskiego napisał jezuita ks. dr Aleksander Posacki, egzorcysta, autor książek o egzorcyzmach, magii i okultyzmie . O ile tekst prof. Goodman przedstawia punkt widzenia naukowca, to wprowadzenie ks. Posackiego jest  oceną opisywanych wydarzeń z punktu widzenia księdza egzorcysty . Jest  to także to mini wykład na temat tego, czym jest opętanie w świetle nauki Kościoła Katolickiego, czym się różni od choroby psychicznej  i na czym polegają egzorcyzmy.  Są też dwa pisemne stanowiska jednego z duchownych, dokonującego opisanego w książce obrzędu egzorcyzmu,  w których wypowiada się na temat wydarzeń. Co do meritum nie różnią się one, ale pierwsze stanowisko sporządzone było 10 lat po wydarzeniach, drugie zaś zostało sporządzone po upływie dłuższej perspektywy czasowej , po 30 latach od daty wydarzeń.  W książce są też zdjęcia zarówno Anneliese, jak też i członków jej rodziny. Wczesne zdjęcia dziewczyny są zupełnie standardowe, za to te z późniejszego okresu są straszne . 
                 Okazuje się, że pani profesor, mimo że nie jest  osobą duchowną i nie jest katoliczką,  uważa, iż Anneliese faktycznie była opętana. Co ciekawe, wspomina ona podobne przypadki  w innych częściach świata i innych kulturach.   Całość jest wyjątkowo ciekawa i napisana tak, że czyta się ją bez problemów, nie ma nudy, dłużyzn czy czegoś podobnego. Film „Egzorcyzmy Emily Rose” był bardzo dobry, z książki można się jednak dowiedzie więcej. 

 5/6

niedziela, 31 maja 2015

Gustaw Flaubert „Pani Bovary” - audiobook, czyta Małgorzata Korzuchowska

     

Pani Bovary

 „Pani Bovary” nie podobała mi się.  Kiedy zdarza mi się przeczytać /odsłuchać coś z uznanej klasyki i nie podoba mi się to, mam przez chwilę dość dziwne odczucie. Jest to przecież klasyka, uznana już od pokoleń i przez czytelników i przez krytyków, musi przecież mieć w sobie jakieś wartości, a ja mam odmienne odczucia. Magia wielkiego nazwiska, wielkiego klasyka też ma swoje znaczenie.  Ale na szczęście to zadziwienie, czemu mi się to nie podoba, może coś ze mną  jest nie tak,  trwa chwilę . Odbiór książki zależny jest przecież też od osobowości , charakteru ,  trybu życia, jaki się pędzi i całej masy innych rzeczy. Nie każdemu wszystko musi się podobać. A poza tym, każdy układając listy z pozycjami tzw. żelaznej klasyki, pewne pozycje   dopisałby, a niektóre z kolei usunął. Nie tylko nie zauroczyłam się „Panią Bovary”, ale jeszcze poza tym słuchając jej,  nudziłam się.

    „Pani Bovary” to opowieść o młodej i zanudzonej do granic możliwości kobiecie, która z niczego nie była zadowolona , a nudę zbijała miłymi chwilami z kochankami. Nie kochała ani męża, ani dziecka, ani ojca . Nie znalazła jakiegokolwiek zajęcia, które sprawiałoby jej satysfakcję. Owszem, była w stanie przeżyć chwile uniesienia w operze, ale zajmować się  muzyką na co dzień, ochoty już nie miała. Zadbać o to, aby bywać w tej operze częściej, też nie chciała. Z nikim nie była w stanie prawdziwie się zaprzyjaźnić.  Czas spędzała na rozmyślaniu o kochankach , wymyślaniu prezentów dla nich i na obmyślaniu, jak oszukać męża. Do tego jeszcze była skrajnie bezmyślna i egoistyczna. Mimo że jej mąż , lekarz, nie był źle sytuowany, ogromnymi wydatkami zaczęła doprowadzać rodzinę do katastrofy finansowej. Pani Bovary była też szalenie egzaltowana, miała przykładowo dość krótki okres fascynacji religią , ale podobnie jak i wszystko inne, uczestnictwo w obrzędach szybko się jej  znudziło. Jako bardzo młoda dziewczyna żyła w świecie książek, ale tylko takich,  które nie dotyczą codzienności . Myślała często też o bliżej nieokreślonych rzeczach wzniosłych, np. o wyidealizowanym życiu z kochankiem, do czego mogłoby dojść po porzuceniu męża.  Uważała, że stworzona jest do wyższych celów, nie wiadomo tylko za bardzo, do  jakich.  Mimo, że spychała rodzinę, w tym dziecko,  w przepaść finansową, była bardzo dumna z siebie, gdy dała jałmużnę żebrakowi . Danie jałmużny uważała za coś wyjątkowego a doprowadzanie rodziny do ruiny nie budziło w niej jakiejkolwiek refleksji . I to właściwie cała historia, zakończenia nie zdradzę.  Dla mnie nie było w tym nic szczególnie ciekawego .

           Jeśli rozejrzymy się po otoczeniu, widać współczesne panie Bovary.   Może nie wszystkie są aż tak skrajnymi przypadkami, jak ta z książki, ale jest ich trochę, w różnych odmianach. Portret psychologiczny takich kobiet nakreślony został trafnie i jest on ponadczasowy .  Temu zaprzeczyć się nie da. Ale moim zdaniem jest wiele ciekawszych charakterów do opisywania.  Nie znalazłam w tej książce niczego pociągającego, do niczego też mnie ona nie zainspirowała.  W czasie słuchania czułam coraz bardziej narastającą irytację  zachowaniem bohaterki . 

         Czasem do niektórych lektur trzeba dorosnąć, a niektórych nigdy nie jest się w stanie   polubić i nie ma się ochoty, aby sięgać do nich ponownie .  Nigdy nie podobał mi się np. Hemingway i nie rozumiem fascynacji jego książkami. Flauberta dotychczas nie czytałam. Wygląda na to, że nie nabrałam ochoty na to, aby zgłębiać się w lekturze innych jego powieści.

    Przyszło mi też na myśl, że w literaturze, podobnie zresztą jak i w kinie, podział na pozycje wybitne, wartościowe czyli tzw. ambitne, często będące już tzw. klasyką, i na pozycje rozrywkowe, już się zatarł.  Dotyczy to również i muzyki. Niejedna książka , zaliczana do tych lżejszych i nie będąca klasyką, więcej wniosła do mojego życia, niż uznana za arcydzieło „Pani Bovary”. 
 3/6

   

   

poniedziałek, 25 maja 2015

Javier Marias „Zakochania”


 Zakochania - okładka książki

          Marias to jeden  moich ulubionych pisarzy współczesnych. Pisałam o jego trylogii  pt. „Twoja twarz jutro” i o  „Sercu tak białym”. W jego przypadku jestem absolutnie przekonana o tym, że zasługuje na Nobla. Mam wszystkie wydane u nas jego książki, nie wszystkie jeszcze przeczytałam. Chcę mieć świadomość, że jeszcze coś mam, że zawsze ta przyjemność czytania jego dzieł jest przede mną. Wiem, że mogę czytać coś po raz drugi, z pewnością tak będę robić. Ale przyjemność czytania czegoś po raz pierwszy jest wyjątkowa. Może on cały czas tworzyć, ale też nigdy nie wiadomo, czy określona książka zostanie przetłumaczona na j. polski i czy będzie wydana. I nie śpieszę się z przeczytaniem wszystkiego, co napisał.  Nie chcę się powtarzać i pisać o tym, że jest fenomenalnym obserwatorem ludzkich zachowań. Skupię się wyłącznie na tej konkretnej książce.

              Opowieść snuta jest przez narratorkę, Marię, lat ok. 35, zatrudnioną w wydawnictwie, publikującym literaturę współczesną. Opisywane wydarzenia rozgrywają się na przestrzeni około dwóch lat. Maria miała zwyczaj jadania śniadania w jednej z restauracji w drodze do pracy. Zauważyła, że w tej samej restauracji śniadania jada też małżeństwo, które nazwała w myślach „idealną parą”. Para ta, będąca w średnim wieku i mająca dwoje dzieci, była wyjątkowo dobrana. Mężczyzna i kobieta w dalszym ciągu byli w sobie zakochani, widać było, że lubili ze sobą przebywać i lubili ze sobą rozmawiać. Maria lubiła ich obserwować, bo spoglądanie na szczęśliwych ludzi, których przecież tak dużo nie jest,  wprawiało ją w dobry nastrój. W pewnym momencie okazało się, że para przestała się pojawiać na śniadaniach, kelnerzy nie byli w stanie powiedzieć, dlaczego ich nie ma. Maria dowiedziała się pewnego razu, że mężczyzna został zabity przez chorego psychicznie bezdomnego. Były o tym wzmianki w gazetach. Krótki czas potem spotkała w tej restauracji wdowę - Luizę, nawiązała z niż kontakt, złożyła jej kondolencje. Luiza zaprosiła ją do siebie do domu. 

    Opowieść pełna jest sporych zaskoczeń i poza przemyśleniami natury głównie psychologicznej, wydarzenia toczą się w sposób niespodziewany.  Zmysł obserwacyjny Mariasa jest widoczny od początku, ale staje się szczególnie wyraźny od momentu, gdy Maria odwiedziła Luizę. Maria miała świadomość, że Luiza przeżywa autentyczną, głęboką żałobę i że jest w skrajnej rozpaczy. Obserwując ją uświadomiła sobie, że Luiza podźwignie się z tej żałoby bardzo szybko, szybciej, niż się sama spodziewa. I mimo przeżycia tragedii, nie poniesie żadnego uszczerbku, ani fizycznego, ani psychicznego. Jeśli ktoś jest zainteresowany, jak można było dojść do takiej konkluzji, powinien sięgnąć po lekturę.

     Jak zwykle u Mariasa, sporo jest różnych nawiązań do literatury, w tym przypadku do Balzaka, a konkretnie do jego powieści „Pułkownik Chabert”. Mężczyzna, w którym kochała się Maria wypowiada dające dużo do myślenia zdania o literaturze : „To, co się stało nie jest najważniejsze. To tylko powieść, a wydarzenia powieściowe nie są nieistotne, po ich przeczytaniu natychmiast się o nich zapomina.  Najciekawsze są możliwości, idee, do których nas pobudzają, które w nas zasiewają, poprzez swe fikcyjne przypadki, bo te pozostają w nas bardziej wyraziste niż rzeczywiste wydarzenia i  bardziej się nad nimi rozwodzimy”.    Jest też trochę nawiązań do „Trzech muszkieterów” Dumas`a, czytałam tą książkę dawno temu i nie potrafiła mnie zafascynować. Ale wyraźnie jest nią zafascynowany także  Arturo Perez – Reverte w „Klubie Dumas”.

               Ulubione moje fragmenty „Zakochań”  to rozmowy Marii z mężczyzną, w którym była w tamtym czasie zakochana. Przedstawienie przebiegu rozmowy to u Mariasa nie tylko pytania i odpowiedzi. Maria jest wyjątkowo wnikliwym obserwatorem, a jej ukochany też jest szalenie przenikliwy. W najważniejszej rozmowie w ich związku ona patrzy na każdy jego gest i każdemu przypisuje określone znaczenie. Analizuje ton głosu, intonację, nawet zawieszenie zdania, kiedy co nastąpiło, co to może znaczyć.  On robił to samo. Wygląda to jak swoisty pojedynek.

     W książce jednym z ciekawszych dla mnie wątków jest kwestia życia przeszłością i życia teraźniejszością. W przypadku śmierci kogoś bliskiego można pogrążyć się w rozpaczy i tak tkwić, lub po przeżyciu żałoby iść naprzód.  Ale to tylko taki punkt wyjściowy do dalszych rozważań na ten temat. To właśnie Balzac w „Pułkowniku Chabercie” opisał hipotetyczne dzieje człowiek, który miał żonę, majątek, pozycję społeczną. Poszedł na wojnę i omyłkowo został uznany za zabitego w bitwie. On zaś był ciężko chory, dopiero po kilku latach udało mu się powrócić do ojczyzny. Tam nastąpiła konsternacja, bo żona przejęła już cały majątek męża i wyszła za mąż powtórnie. Pułkownik uważany był za umarłego i to bez cienia wątpliwości.  Każdy z kim się widział udawał, że go nie zna i upatrywano w nim oszusta. To właśnie u Mariasa w "Zakochaniach"Maria i jej ukochany toczą dyskusje o tej książce Balzaca. I wbrew pozorom, wychodzą z założenia, że żywi mają prawo do życia i że nie muszą wiecznie opłakiwać zmarłych, nawet gdy kiedyś szalenie ich kochali . 

     W książce poruszonych jest znacznie więcej problemów. Mnie osobiście, idąc wzorem jednego z bohaterów, ukochanego Mariii, zainspirowały do myślenia te fragmenty, gdzie była mowa o oddzieleniu przeszłości z jej zmarłymi od teraźniejszości. Ten problem można oczywiście widzieć znacznie szerzej. W książce jest np. scena, gdzie jeden/jedna z bohaterów/bohaterek widzi osobę, którą kochał/kochała z kimś innym i to już po ślubie.   Mimo tego, że resztki uczucia się jeszcze tlą, macha na pożegnanie, jakby chcąc symbolicznie tą znajomość zapisać w przeszłości. Nie chce się unieszczęśliwiać, rozważać tego związku całymi latami . Chce dalej żyć. Scena ta bardzo mi się podobała. Wiele osób ma zamiłowanie do życia w przeszłości lub z dużymi jej elementami . Nie oznacza to oczywiście faktu, aby zrywać z rodziną, lub aby nie mieć trwałych, prawdziwych przyjaźni przez całe życie. Ale niekiedy coś się kończy, a ludzie nie potrafią się z tym pogodzić. Ktoś zdradzony i porzucony rozważa latami swoją krzywdę i marnuje te lata.

    Marias pisze w charakterystycznym dla siebie stylu, pisałam tu już – w czerwcu 2014r. o trzeciej części trylogii „Twoja twarz jutro” i w grudniu ubiegłego roku o  „Sercu tak białym”. Gdy robiłam w grudniu 2014r. podsumowanie najlepszych książek roku 2014 to właśnie trzecia część „Twojej twarzy jutro” czyli „Trucizna , cień i pożegnanie” zajęła pierwsze miejsce. W każdej z tych powieści akcja jest jakby drugoplanowa, za to na pierwsze miejsce wysuwają się rozważania natury głównie psychologicznej. W przypadku „Zakochań” intryga przypomina jednak trochę kryminał, sprawa zabójstwa okazuje się nie taka prosta, jak to wydawało się na początku.        

6/6  

poniedziałek, 18 maja 2015

Lee Child „Jednym strzałem” – audiobook, czyta Wiktor Zborowski

                                                 













    
     Lee Child jest ulubionym autorem mojego wyjątkowo inteligentnego kolegi. Czyta on jego książki dla czystej, mądrej rozrywki. Zapewniał mnie wiele razy, że Lee Child, mimo iż w powszechnym odbiorze  tworzy tzw. literaturę męską , może być czytany również i przez kobiety. Nie mogłam pojąć, co takiego ciekawego może być w książkach o kimś w rodzaju niezniszczalnego supermana, który jest super mądry i super sprawny, a z każdej opresji wychodzi bez szwanku.  
       „Jednym strzałem” faktycznie jest całkiem niezłą rozrywką. Ponieważ wiedziałam, że Jackowi  Reacherowi , mimo że jest normalnym człowiekiem,  nic się nie może stać, nie musiałam nawet minimalnie się denerwować. Ale bynajmniej nie oznacza to, że było nudno. Wręcz przeciwnie. Nie wiadomo było przecież, jak się rozstrzygną różne wątki.  Książka trzyma w napięciu w sposób niesamowity. 
      Zaczyna się zupełnie nietypowo, bowiem następuje opis, jak to nieznany bliżej snajper zaczął realizować pomysł, iż zabije kilka osób, wychodzących z biura. Przyjechał więc na miejsce o odpowiedniej porze , ustawił stanowisko i gdy nastąpił odpowiedni moment, oddał kilka strzałów i zabił 5 osób, a po wykonaniu tego zadania  odjechał. Okazało się, że zostawił sporo śladów, co pozwoliło na błyskawiczną identyfikację sprawcy i jego ujęcie. Nie jest to spojler, bo ujęcie Jamesa Barra to dopiero początek wydarzeń. W sprawę zaangażował się właśnie Jack Reacher, były żołnierz, a o jego powiadomienie poprosił sam zabójca . 
Jednym strzałem           Po wysłuchaniu „Jednym strzałem”  już wiem, co takiego jest w tej książce i w ogóle w twórczości Lee Childa, co powoduje , że czytają go również faceci , w tym ci z IQ grubo powyżej 160. Child każe czytelnikowi sporo myśleć. Jack Reacher jest nie tylko wysportowany, ale wyjątkowo bystry, błyskawicznie łączy różne fakty i wyciąga z nich wnioski.  Odkrywa drugie, a nawet i trzecie dno  całej sprawy. 
        Skoro kobiety czytują romanse, bo utożsamiają się z ich bohaterkami, to z czym konkretnie utożsamiają się faceci, czytający Lee Childa ? Za czym nawet podświadomie tęsknią ? Jack nie ma ani  żony, ani stałej partnerki, miewa za to partnerki do seksu i jest zadowolony z życia. Gdy idzie do łóżka z kobietą, to nie ma tam podtekstu, typu, że może to będzie ta jedyna na całe życie. Oznacza to jedynie, że ma ochotę na seks. Nie ma kompleksów.  Koncentruje się na szybkim myśleniu i błyskawicznym działaniu.  Nie rozważa całymi dniami, miesiącami czy nawet latami, czy jest zakochany, czy ktoś go kocha itp. Nie przejmuje się swoim wyglądem, ma jeden komplet ubrań, gdy się zniszczą, lub są brudne, kupuje drugi. Nie ma mieszkania, kiedy chce, wyjeżdża,  gdzie chce. Jest absolutnie wolny i nie ma żadnych zobowiązań. Nie lubi stagnacji, ciągnie go do sytuacji, gdzie może się sprawdzić i gdzie jest trudno . Jest tam, gdzie jest  ryzyko. Poza tym jest potężnym facetem, dysponuje olbrzymią siłą fizyczną, opanował doskonale sporty walki, znakomicie też strzela. Wygląda na to, że do czegoś takiego mężczyźni tęsknią. Z pewnością nie chcieliby żyć w 100% tak, jak Jack, czyli chociażby bez mieszkania czy nawet samochodu, nie wspomnę już o żonie czy dzieciach, ale do pewnych elementów tego wizerunku tęsknić muszą. Lee Child sprzedaje się przecież bardzo dobrze.
                      Wiktor Zborowski jest idealnym czytającym. 

                     5/6

środa, 13 maja 2015

Erich Maria Remarque „Dom marzeń”




   
     „Dom marzeń” to pierwsza powieść Ericha Marii Remarque`a . A że Remarque jest jednym z moich ulubionych pisarzy, to książkę tą musiałam prędzej czy później przeczytać.  Czytanie „Domu marzeń”   było czymś w rodzaju eksperymentu. Znam całkiem nieźle dojrzałą twórczość pisarza i jest ona moim zdaniem wybitna. A czy była ona wybitna od początku?  Czy warsztat pisarski , czyli talent,  ma się od razu, czy też wymaga on jednak pracy i szlifowania ? Jak się ma do tego doświadczenie życiowe? Czy rzeczywiście jest tak bardzo potrzebne ? Czy po pierwszej książce można już  wyłowić talent literacki ? Czy gdybym była wydawcą, zdecydowałabym się na druk tej pozycji ?

     Po przeczytaniu mam uczucia mieszane. Nie ulega żadnych wątpliwości, że  nie jest to poziom „Łuku triumfalnego”. Ale książka jednak tzw. „coś” w sobie ma. Fabuła jest pozornie dosyć banalna. Rzecz dzieje się w rodzinnej miejscowości pisarza, w Osnabruck jeszcze przed pierwszą wojną światową. Fritz – 39-cio  letni mężczyzna, ciężko chory na płuca jest malarzem, kocha muzykę i opłakuje śmierć ukochanej kobiety. Jego przyjaciółmi są Ernst , lat około 20-tu i nieco młodsza Elisabeth. Ernst przeżywa rozterki wieku młodzieńczego, kocha Elisabeth, ale gdy wyjeżdża na studia do wielkiego miasta, zakochuje się w znanej śpiewaczce operowej, a o Elisabeth na jakiś czas zapomina.

    „Dom marzeń” jest mała książeczką, nie ma w niej zbyt obszernych rozważań ani o psychologii  ani o   filozofii. Tak jak jednak napisałam, ma ona „coś” w sobie. Bohaterowie dużo ze sobą rozmawiają, właściwie o wszystkim, zarówno o wydarzeniach dnia codziennego, jak też i o sprawach najważniejszych, typu - co w życiu jest najważniejsze. To dziwne, ale właśnie o takich tematach, tych najważniejszych, rozmawia się głównie w bardzo młodym wieku. Potem rozmowy toczą się o troskach dnia codziennego. Z racji tego, że Ernst i Elisabeth są młodzi, sporo rozmów toczy się właśnie o poważnych sprawach. Dzięki temu w książce tej jest wiele ciekawych myśli. Np. „Prawdziwe szczęście to wewnętrzny spokój. Jest on rezultatem walki, wewnętrznych zmagań, popełnionych błędów”.    Albo: „Starajmy się żyć w zgodzie z sobą, jak ukształtowała nas natura”. Lub : „Prawdziwą skalę wszelkich ocen wyznaczają wartości duchowe; dochodzimy do nich dzięki temu, co uda nam się przeżyć. Ale niepodobna je poznać przez światową ruchliwość. Owszem, taka aktywność może owocować wyrafinowaniem, ogładą, krótko mówiąc tym, co składa się na warstwę zewnętrzną. Ale jeżeli ograniczymy się tylko do tego, nasze życie będzie puste. Konieczna jest głębsza refleksja”.

             W „Domu marzeń” język jest trochę pompatyczny, ale da się to przeżyć. Drażniąca jest też jednowymiarowość bohaterów, Fritz jest mądry, prawy, empatyczny, uczciwy itp. Elisabeth to uosobienie dobroci i łagodności. Nieco urozmaicenia wprowadza Ernst, który jest niekonsekwentny i zmienny.

              Pomiędzy „Domem marzeń” a drugą z kolei pod względem chronologicznym  książką Remarque`a jest przepaść, na korzyść oczywiście „Na Zachodzie bez zmian”.  A co się stało w międzyczasie?  Otóż „Dom marzeń” Remarque zaczął pisać mając lat 16, był wówczas dzieckiem bez jakiegokolwiek doświadczenia.  I prawdę mówiąc, nie miał wówczas wiele do przekazania czytelnikowi. ( Nie chce mi się wierzyć, że książkę tą skończył dopiero po zakończeniu I wojny, musiałby ją przeredagować.) W przeciągu paru lat sytuacja zmieniła się diametralnie.  Pisarz walczył w trakcie I wojny światowej, był ranny, widział bezsensowną śmierć swoich rówieśników, cierpienie . Przeżył koszmar.  Wojna nie miała w sobie nic z romantyzmu, co doskonale opisał. W przeciągu kilku lat niebywale zmądrzał i dojrzał. Miał już o czym pisać.

     Ale napisanie „Domu marzeń” i kilku innych drobiazgów było jednak potrzebne. Po „Domu marzeń” już widać, że autor,  nawet jako nastolatek,  miał naturę refleksyjną . Zastanawiał się, jaki jest cel życia, jaka jest rola sztuki czy muzyki .  Już wówczas nie uciekał od tematów najtrudniejszych, jak chociażby śmierć. Ukochana Fritza żyła bardzo krótko, w książce umiera przedwcześnie też jeszcze ktoś inny .

           Na przykładzie Remarque`a widać doskonale, że sam talent nie wystarcza, talent musi być szlifowany. No i do napisania czegoś naprawdę wielkiego potrzebne jest doświadczenie życiowe, a pod tym pojęciem rozumiem nie tyle wiek autora, ale określone przeżycia. Nie jestem ani polonistką, ani literatem i nie interesowałam się tym problemem w odniesieniu do innych pisarzy. Przypomniało mi się jednak , jak czytałam  „Listy” Tolkiena, wyraźnie z nich wynika, że zadebiutował on późno. Najpierw bardzo długo uczył się , potem wykładał, a gdy zaczął pisać, był bardzo dojrzałym człowiekiem. W jego twórczości nie można byłoby odnaleźć dzieł , nazwijmy to, gorszej jakości.   Ale wynika to właśnie z tego, że zaczął pisać bardzo późno i miał w tym czasie inne, stałe,  źródło utrzymania. Tolkien mógł poprawiać swoje książki niemal w nieskończoność. Z autorem „Łuku triumfalnego” było inaczej.

     Jeśli ktoś czuje , że chce coś pisać, ze ma coś do przekazania, a ma jakiekolwiek wątpliwości, czy ma to sens, bo np. nikt nie chce wydać tego dzieła i nie zasługiwało ono zdaniem wydawców na entuzjazm, niech przeczyta „Dom marzeń” . Potem niech weźmie do ręki  jakąkolwiek inną, z okresu dojrzałego,  książkę tego samego autora. Po lekturze dwóch takich pozycji oczywiste będzie, że warto próbować, że nawet gdy w pierwszym dziele są pewne elementy gniotu, kolejne mogą być już niemal genialne. A nawet w tej mniej udanej pozycji coś uda się znaleźć. Nie znam szczegółów, ale któryś z wydawców ostatecznie zaryzykował i dał pisarzowi szansę.  

4/6    

niedziela, 10 maja 2015

George Orwell „Rok 1984” – audiobook, czyta Jerzy Radziwiłowicz


Obraz znaleziony dla: Rok 1984







       „Rok  1984”  to chyba jedna z nielicznych książek, o której sporo wiedziałam i której nigdy nie czytałam. I po zapoznaniu się z nią mogę stwierdzić, że niewątpliwie jest to pozycja wyjątkowa, wybitna nawet, ale której nie będę chciała przeczytać czy odsłuchać  po raz drugi.  Jest przerażająca, szczególnie końcówka, bo ostatnie kilka godzin audiobooka to opis tortur, fizycznych i psychicznych, jakim poddawany był główny bohater.
      Wiem, że uciekanie od tematów trudnych jest chowaniem głowy w piasek. I od tematów tych nie uciekam, patrząc nawet na tytuły czytanych książek. Raz na jakiś czas trafia mi się  jednak książka tak straszna, że   czytając ją czuję, że pogrążam się w dole. Ten koszmarnie obniżony nastrój utrzymuje się dłużej , niż kilka dni, czasem tydzień, albo i więcej. Jest to delikatnie mówiąc, mało przyjemne odczucie. Tego rodzaju książek nie ma wiele. Od kiedy prowadzę bloga  , mogę już stwierdzić, że jest to mniej więcej jedna książka na rok lub nawet na dwa lata . Przypominam sobie, że od kiedy piszę bloga, zbliżone odczucia miałam podczas słuchania „Bazy Sokołowskiej” Hłaski, utwór był wyjątkowy i totalnie dołujący. Podobnie było też z Ziemkiewiczem i jego pozycją „Jakie piękne samobójstwo”, ale nasilenie tego doła podczas czytania było jednak mniejsze, bo jednak tą książkę kiedyś przeczytam ponownie . Moja koleżanka z kolei nie jest w stanie dokończyć „Obłędu 44” Zychowicza. Jej zdaniem, ma on rację co do oceny naszej historii, ale jest to zbyt dołujące, aby mogła się w to wgłębiać.  Nie ulega wątpliwości, że odbiór poszczególnych dzieł jest  subiektywny i ktoś inny  mógł przeczytać chociażby właśnie Orwella bez takich odczuć. Dla mnie jednak słuchanie tego konkretnego tytułu było koszmarne.

             Akcja książki rozgrywa się w społeczeństwie , zamieszkującym państwo totalitarne, w niezbyt odległej przyszłości.   Ludzie poddani są permanentnej inwigilacji, kontrolowane są nawet ludzkie myśli, w policji działa komórka, która zajmuje się właśnie tym aspektem. W każdym pomieszczeniu , nawet w prywatnych mieszkaniach jest odbiornik, przypominający telewizor, a będący również kamerą, który sprawdza, czym kto się zajmuje. Wszelki indywidualizm jest zabroniony. Wszyscy muszą być tak samo ubrani . Wolny czas najlepiej jest spędzać w grupie,  w świetlicy,  lub na różnych zajęciach, organizowanych przez państwo. Jada się w stołówkach, serwujących różne obrzydlistwa . Regułą jest, że co jakiś czas znikają ludzie z najbliższego otoczenia, nie wiadomo dlaczego, wiadomo zaś, że stoi za tym policja. Jednego razu aresztowany został właśnie główny bohater książki. Lista jego przewinień była wyjątkowo obszerna. Spotykał się potajemnie z kobietą i uprawiał z nią seks, lubił przebywać sam, podobały mu się różne piękne, stare przedmioty, które produkowane były jeszcze przed zmianą ustroju i in. Najgorsze było zaś to, że miał on wątpliwości, czy aby na pewno panujący ustrój jest dobry dla ludzi, czyli inaczej mówiąc nie kochał swojego państwa . Tortury fizyczne i psychiczne połączone były z „praniem mózgu”, realizowane było to nawet przy użyciu czegoś w rodzaju elektrod i wstrząsów elektrycznych. Jeżeli ktoś to przeżył, stawał się wrakiem psychicznym i fizycznym, a jego „wyprany mózg” kochał już Wielkiego Brata i to chyba było najgorsze.

     Odniesienia do stalinizmu są wyjątkowo czytelne, aczkolwiek utwór , co oczywiste, może odnosić się i do innych tego typu systemów . Łamanie ludziom kręgosłupów moralnych i upodlanie ich na wszelkie możliwe sposoby , pokazane jest wyjątkowo sugestywnie.  Wyjątkowo sugestywnie pokazane jest też związane z tym  życie w permanentnym strachu wśród ludzi, gdzie wszyscy donoszą na wszystkich, znajomi na znajomych, rodzice na dzieci, dzieci na rodziców itd.

     Tego audiobooka wysłuchałam  już jakiś czas temu i nie mogłam się zabrać do tego,    aby o nim napisać. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego właśnie „Rok 1984” był dla mnie tak przerażający, czytałam przecież chociażby „Archipelag Gułag” Sołżenicyna. Treść „Roku 1984” była dla mnie, podobnie chyba jak i dla każdego, w dużym stopniu znana.  Jedyny logiczny wniosek, jaki mi się nasunął to ten, iż jest to zasługą Jerzego Radziwiłłowicza. Potrafił wprowadzić w nastrój autentycznego przerażenia i grozy.
6/6