czwartek, 11 czerwca 2015

Hakan Nesser „Jaskółka, kot, róża, śmierć”



         Od dłuższego już czasu usiłuję znaleźć jakąś nową serię kryminałów z przyciągającym uwagę prywatnym detektywem czy policjantem. Teraz dałam szansę Nesserowi. Hakan Nesser jest pisarzem  szwedzkim,  znanym głównie z serii książek o komisarzu Van Veeterenie, a kilka dni temu otrzymał za całokształt twórczości nagrodę Wielkiego Kalibru , czyli nagrody za najlepszą powieść kryminalną roku.

       „Jaskółka, kot, róża, śmierć” jest   dziewiątym tomem z serii o komisarzu Van Veeternie. Nie czytałam wcześniej żadnego innego tomu z tej serii, nie czytałam w ogóle niczego, napisanego przez Hakana Nessera. Oryginalnym pomysłem było umieszczenie akcji w bliżej nieokreślonym miejscu , w fikcyjnej miejscowości Maardam. W Szwecji wydana została w 2001r. , ale jeżeli nie wiedziałabym o  tym , byłabym pewna, że dotyczy to wcześniejszego okresu, nie przypominam sobie, aby ktoś z bohaterów książki używał telefonu komórkowego czy komputera. Komisarz w tym tomie jest już emerytem i oddaje się swojej pasji, tj. książkom, prowadzi bowiem antykwariat . Mimo, że odszedł na emeryturę,  został wciągnięty w prowadzenie śledztwa zmierzającego do ujęcia seryjnego dusiciela. Zabójca atakował młode kobiety i aż do pewnego momentu nie zostawiał śladów. Wiadomo o nim było tylko tyle, że lubi dobrą literaturę. Miejscowi policjanci nie do końca dawali sobie radę z tym problemem i stąd też pojawiła się konieczność wciągnięcia w sprawę komisarza. W tym tomie ma on około 60 lat, mieszka z partnerką mniej więcej w swoim wieku. Wiadomo, że miał syna, który nie żyje. Żyje natomiast  wnuk, jeszcze niemowlę. Ulrikę , swa partnerkę, poznał w bardzo dojrzałym wieku.

   Sposób napisania książki też działa na jej korzyść, w niektórych momentach akcja toczyła się wolno, w niektórych ostro przyśpieszała. Były i takie, że zdenerwowana musiałam sprawdzić „skacząc” po kilku kartkach, jak skończy się określone wydarzenie, czy ofiara zostanie uduszona, czy uda się jej umknąć.  

      Podobało mi się to, że sporo mówi się w tym tomie o książkach, skoro literaturą fascynuje się i komisarz i morderca, nie mogło być inaczej. Z tego też względu postać komisarza jest ciekawsza, niż innych policjantów z jego otoczenia. O jego życiu osobistym wiadomo właściwie tylko tyle, co już napisałam, nie wiadomo, jak to się stało, z jego syn nie żyje, co stało się z matką tego syna, od kiedy jest z Ulriką.  Sam komisarz staje się postacią pierwszoplanową dopiero pod koniec książki .   Sam fakt, że ktoś tak bardzo fascynuje się książkami,  sprawił, że polubiłam Van Veeterna . Znajomość pewnych książek sprawiła, że trafił na trop mordercy. Otóż morderca ten poznając kobiety, które stawały się potem jego ofiarami, przedstawiał się imieniem i nazwiskiem bohatera powieści, w jednym przypadku postacią z powieści był dusiciel . Kobiety nie znały książek , żadna się nie zorientowała, w jakim jest niebezpieczeństwie . Prawdę powiedziawszy, ja też nie znałam ani jednej z książek, o których jest mowa w powieści Nessera. A poza jednym wyjątkiem mowa jest o klasyce. Myślę, że Van Veetern może postacią , która zaciekawi jeszcze bardziej, gdy pozna się go bliżej.

        Natrafienie na serię powieści kryminalnych, w której występuje ciekawy bohater, detektyw czy policjant, nie jest wcale takie łatwe. To chyba trochę tak, jak z zaprzyjaźnianiem się. Trzeba trafić na kogoś, do kogo się poczuje sympatię i z kim ma się trochę wspólnego. Jest to kwestia bardzo indywidualna.  Usytuowanie akcji powieści też ma swoje znaczenie.  Na pierwszym miejscu zawsze chyba będzie u mnie Sherlock Holmes, panna Marple i detektyw Poirot. Ale świat się na nich nie zakończył.    

        Nie mogę się oprzeć urokowi powieści Donny Leon, chociaż komisarz Brunetii nie jest postacią szczególnie oryginalną, a autorka za często jak dla mnie porusza tematy polityki. Ale Brunetti mieszka w Wenecji i wszystkie zabójstwa rozgrywają się właśnie tam. I razem z nim można poznać wszystkie uroki i  bolączki zamieszkiwania w tym mieście, można niemal poczuć smaki i zapachy włoskich potraw. I dlatego sięgam po książki Leon.

    Niezmiernie urokliwy jest też dla mnie Fandorin z powieści retro Akunina. To postać nieco mało realna, bardziej bajkowa: szalenie inteligentny, wysportowany, błyskotliwy , z poczuciem humoru. Każdy tom dzieje się w innym środowisku, np. jeden wśród przestępców moskiewskich, innych wśród ludzi teatru, jeszcze inny w Baku, wśród ludzi, zarabiających na wydobyciu nafty.    Podobały mi się tez niezmiernie tomy z siostrą Pelagią, ale było ich zaledwie trzy. Swój osobliwy urok ma też znany chyba każdemu Wallander z powieści Mankella. Oryginalności nie można też odmówić Nastii Kamieńskiej z powieści Aleksandry Maryninej. Usytuowanie akcji w Rosji, głównie w Moskwie , też powoduje, że zainteresowanie wzrasta.  

      Ale są też i tacy detektywi, którzy mnie irytują lub nudzą. Jest nią chociażby  Annika, dziennikarka z serii powieści Lisy Marklund, która kojarzy mi się z płaczliwością i nie odpowiada mi jej  typ charakteru .  Harry Hole z powieści Jo Nesbo jest niewątpliwie postacią ciekawą, zmaga się z alkoholizmem, poszukuje drugiej połówki. Przeszkadza mi jednak zbyt duża dawka przemocy w książkach Nesbo, opisy są drastyczne, szczegółowe, nie dla mnie.  Nie do końca wiem dlaczego, ale nie spodobała mi się Camilla Lackberg . Nie znoszę celebrytów i wątpię, abym mogła polubić coś , co napisała ta autorka . Jej książki wydają mi się puste. Ale może to uprzedzenie. Nie przekonałam się do naszego rodzimego Eberharda Mocka z powieści Krajewskiego. Książki Krajewskiego są tak ponure, że nie mam ochoty, mimo niemal entuzjastycznych recenzji,  ich czytać.

           Chętnie przeczytałabym też cos jeszcze Mari Jungstedt, wysłuchałam z ogromnym zainteresowaniem jednego z audiobooków, z jej cyklu kryminałów, rozgrywających się na Gotlandii. Miejsce akcji – wyspa , której centrum otoczone jest murem, ma taki urok, jak i Wenecja. Chętnie też sięgnę po coś jeszcze, napisanego przez Martę Guzowską, usytuowanie wydarzeń wśród archeologów na wykopaliskach,  było oryginalnym pomysłem. Fakt, że zrobiła to już znacznie wcześniej Agata Christie,  nie ma znaczenia, bo realia pracy archeologów teraz są  inne, niż kilkadziesiąt lat temu.  Na szczęście wśród książek tego typu można wybierać i przebierać. Można zaczynać czytać nowe serie, licząc, że będzie to jakaś rewelacja. Można też uzupełniać braki, poprzez czytanie pozycji z tej serii, którą już się zaczęło. Van Veeter nie jest złym pomysłem.

5/6

  

niedziela, 7 czerwca 2015

Felicitas D. Goodman „Egzorcyzmy Anneliese Michel . Opętanie w Klingenberg w świetle nauki”.





        Wydarzenia opisane w tej książce były również przedstawione w znanym filmie „Egorcyzmy Emily Rose” i znane są głównie z tego filmu . Jest to historia, określana jako opętanie, a dotyczy  młodej dziewczyny, przypadek jest autentyczny, miał miejsce prawie 40 lat temu.  Dwaj duchowni katoliccy stosowali wobec niej,  za jej zgodą i zgodą jej rodziny , egzorcyzmy. Gdy dziewczyna zmarła,  była skrajnie wycieńczona, pobita, a za przyczynę zgonu uznano zagłodzenie. Prawomocnym wyrokiem Sądu rodzice i wspomniani dwaj duchowni zostali uznani za winnych przyczynienia się do jej śmierci. Wyrok wzbudził olbrzymie kontrowersje. Budzi je do dziś.
          Autorka jest profesorem lingwistyki i antropologii na Uniwersytecie w Ohio. Zajmowała się naukowo m. in. szamanizmem, opętaniem,  doświadczeniami religijnymi , jest też założycielką   Instytutu do Badań nad Doświadczeniami Religijnymi w Meksyku. Opisała ona historię życia Anneliese  Michel, szczególnie zaś uwzględniła w swej pracy towarzyszące życiu Anneliese dziwne zdarzenia, które potraktowane były przez samą dziewczynę właśnie jako opętanie. Pisząc próbowała dociec, co faktycznie było przyczyną jej śmierci i czym były budzące tak wielkie zainteresowanie dziwne zjawiska. Autorka przeprowadziła rozmowy z żyjącymi świadkami wydarzeń, udostępniono jej zapiski zmarłej, odsłuchała też kasety , na których zarejestrowano przebieg egzorcyzmów. Kasety poddała też naukowej analizie. Obszerne cytaty z zapisów z kaset , zapisków dziewczyny , różnorakich pism czy listów są w książce. Nieprzypadkowo książka ma również podtytuł „Opętanie w Klingenberg w świetle nauki”. Co ciekawe, egzorcyzmy odprawiane były za zgoda biskupa, ale oficjalnie, ani podczas procesu, ani później,  kościół nie potwierdził  stanowiska, że Anneliese była opętana .
      W „Egzorcyzmach  Anneliese  Michel” poza tekstem autorki  jest też sporo szalenie ciekawych dodatków. Wprowadzenie do wydania polskiego napisał jezuita ks. dr Aleksander Posacki, egzorcysta, autor książek o egzorcyzmach, magii i okultyzmie . O ile tekst prof. Goodman przedstawia punkt widzenia naukowca, to wprowadzenie ks. Posackiego jest  oceną opisywanych wydarzeń z punktu widzenia księdza egzorcysty . Jest  to także to mini wykład na temat tego, czym jest opętanie w świetle nauki Kościoła Katolickiego, czym się różni od choroby psychicznej  i na czym polegają egzorcyzmy.  Są też dwa pisemne stanowiska jednego z duchownych, dokonującego opisanego w książce obrzędu egzorcyzmu,  w których wypowiada się na temat wydarzeń. Co do meritum nie różnią się one, ale pierwsze stanowisko sporządzone było 10 lat po wydarzeniach, drugie zaś zostało sporządzone po upływie dłuższej perspektywy czasowej , po 30 latach od daty wydarzeń.  W książce są też zdjęcia zarówno Anneliese, jak też i członków jej rodziny. Wczesne zdjęcia dziewczyny są zupełnie standardowe, za to te z późniejszego okresu są straszne . 
                 Okazuje się, że pani profesor, mimo że nie jest  osobą duchowną i nie jest katoliczką,  uważa, iż Anneliese faktycznie była opętana. Co ciekawe, wspomina ona podobne przypadki  w innych częściach świata i innych kulturach.   Całość jest wyjątkowo ciekawa i napisana tak, że czyta się ją bez problemów, nie ma nudy, dłużyzn czy czegoś podobnego. Film „Egzorcyzmy Emily Rose” był bardzo dobry, z książki można się jednak dowiedzie więcej. 

 5/6

niedziela, 31 maja 2015

Gustaw Flaubert „Pani Bovary” - audiobook, czyta Małgorzata Korzuchowska

     

Pani Bovary

 „Pani Bovary” nie podobała mi się.  Kiedy zdarza mi się przeczytać /odsłuchać coś z uznanej klasyki i nie podoba mi się to, mam przez chwilę dość dziwne odczucie. Jest to przecież klasyka, uznana już od pokoleń i przez czytelników i przez krytyków, musi przecież mieć w sobie jakieś wartości, a ja mam odmienne odczucia. Magia wielkiego nazwiska, wielkiego klasyka też ma swoje znaczenie.  Ale na szczęście to zadziwienie, czemu mi się to nie podoba, może coś ze mną  jest nie tak,  trwa chwilę . Odbiór książki zależny jest przecież też od osobowości , charakteru ,  trybu życia, jaki się pędzi i całej masy innych rzeczy. Nie każdemu wszystko musi się podobać. A poza tym, każdy układając listy z pozycjami tzw. żelaznej klasyki, pewne pozycje   dopisałby, a niektóre z kolei usunął. Nie tylko nie zauroczyłam się „Panią Bovary”, ale jeszcze poza tym słuchając jej,  nudziłam się.

    „Pani Bovary” to opowieść o młodej i zanudzonej do granic możliwości kobiecie, która z niczego nie była zadowolona , a nudę zbijała miłymi chwilami z kochankami. Nie kochała ani męża, ani dziecka, ani ojca . Nie znalazła jakiegokolwiek zajęcia, które sprawiałoby jej satysfakcję. Owszem, była w stanie przeżyć chwile uniesienia w operze, ale zajmować się  muzyką na co dzień, ochoty już nie miała. Zadbać o to, aby bywać w tej operze częściej, też nie chciała. Z nikim nie była w stanie prawdziwie się zaprzyjaźnić.  Czas spędzała na rozmyślaniu o kochankach , wymyślaniu prezentów dla nich i na obmyślaniu, jak oszukać męża. Do tego jeszcze była skrajnie bezmyślna i egoistyczna. Mimo że jej mąż , lekarz, nie był źle sytuowany, ogromnymi wydatkami zaczęła doprowadzać rodzinę do katastrofy finansowej. Pani Bovary była też szalenie egzaltowana, miała przykładowo dość krótki okres fascynacji religią , ale podobnie jak i wszystko inne, uczestnictwo w obrzędach szybko się jej  znudziło. Jako bardzo młoda dziewczyna żyła w świecie książek, ale tylko takich,  które nie dotyczą codzienności . Myślała często też o bliżej nieokreślonych rzeczach wzniosłych, np. o wyidealizowanym życiu z kochankiem, do czego mogłoby dojść po porzuceniu męża.  Uważała, że stworzona jest do wyższych celów, nie wiadomo tylko za bardzo, do  jakich.  Mimo, że spychała rodzinę, w tym dziecko,  w przepaść finansową, była bardzo dumna z siebie, gdy dała jałmużnę żebrakowi . Danie jałmużny uważała za coś wyjątkowego a doprowadzanie rodziny do ruiny nie budziło w niej jakiejkolwiek refleksji . I to właściwie cała historia, zakończenia nie zdradzę.  Dla mnie nie było w tym nic szczególnie ciekawego .

           Jeśli rozejrzymy się po otoczeniu, widać współczesne panie Bovary.   Może nie wszystkie są aż tak skrajnymi przypadkami, jak ta z książki, ale jest ich trochę, w różnych odmianach. Portret psychologiczny takich kobiet nakreślony został trafnie i jest on ponadczasowy .  Temu zaprzeczyć się nie da. Ale moim zdaniem jest wiele ciekawszych charakterów do opisywania.  Nie znalazłam w tej książce niczego pociągającego, do niczego też mnie ona nie zainspirowała.  W czasie słuchania czułam coraz bardziej narastającą irytację  zachowaniem bohaterki . 

         Czasem do niektórych lektur trzeba dorosnąć, a niektórych nigdy nie jest się w stanie   polubić i nie ma się ochoty, aby sięgać do nich ponownie .  Nigdy nie podobał mi się np. Hemingway i nie rozumiem fascynacji jego książkami. Flauberta dotychczas nie czytałam. Wygląda na to, że nie nabrałam ochoty na to, aby zgłębiać się w lekturze innych jego powieści.

    Przyszło mi też na myśl, że w literaturze, podobnie zresztą jak i w kinie, podział na pozycje wybitne, wartościowe czyli tzw. ambitne, często będące już tzw. klasyką, i na pozycje rozrywkowe, już się zatarł.  Dotyczy to również i muzyki. Niejedna książka , zaliczana do tych lżejszych i nie będąca klasyką, więcej wniosła do mojego życia, niż uznana za arcydzieło „Pani Bovary”. 
 3/6

   

   

poniedziałek, 25 maja 2015

Javier Marias „Zakochania”


 Zakochania - okładka książki

          Marias to jeden  moich ulubionych pisarzy współczesnych. Pisałam o jego trylogii  pt. „Twoja twarz jutro” i o  „Sercu tak białym”. W jego przypadku jestem absolutnie przekonana o tym, że zasługuje na Nobla. Mam wszystkie wydane u nas jego książki, nie wszystkie jeszcze przeczytałam. Chcę mieć świadomość, że jeszcze coś mam, że zawsze ta przyjemność czytania jego dzieł jest przede mną. Wiem, że mogę czytać coś po raz drugi, z pewnością tak będę robić. Ale przyjemność czytania czegoś po raz pierwszy jest wyjątkowa. Może on cały czas tworzyć, ale też nigdy nie wiadomo, czy określona książka zostanie przetłumaczona na j. polski i czy będzie wydana. I nie śpieszę się z przeczytaniem wszystkiego, co napisał.  Nie chcę się powtarzać i pisać o tym, że jest fenomenalnym obserwatorem ludzkich zachowań. Skupię się wyłącznie na tej konkretnej książce.

              Opowieść snuta jest przez narratorkę, Marię, lat ok. 35, zatrudnioną w wydawnictwie, publikującym literaturę współczesną. Opisywane wydarzenia rozgrywają się na przestrzeni około dwóch lat. Maria miała zwyczaj jadania śniadania w jednej z restauracji w drodze do pracy. Zauważyła, że w tej samej restauracji śniadania jada też małżeństwo, które nazwała w myślach „idealną parą”. Para ta, będąca w średnim wieku i mająca dwoje dzieci, była wyjątkowo dobrana. Mężczyzna i kobieta w dalszym ciągu byli w sobie zakochani, widać było, że lubili ze sobą przebywać i lubili ze sobą rozmawiać. Maria lubiła ich obserwować, bo spoglądanie na szczęśliwych ludzi, których przecież tak dużo nie jest,  wprawiało ją w dobry nastrój. W pewnym momencie okazało się, że para przestała się pojawiać na śniadaniach, kelnerzy nie byli w stanie powiedzieć, dlaczego ich nie ma. Maria dowiedziała się pewnego razu, że mężczyzna został zabity przez chorego psychicznie bezdomnego. Były o tym wzmianki w gazetach. Krótki czas potem spotkała w tej restauracji wdowę - Luizę, nawiązała z niż kontakt, złożyła jej kondolencje. Luiza zaprosiła ją do siebie do domu. 

    Opowieść pełna jest sporych zaskoczeń i poza przemyśleniami natury głównie psychologicznej, wydarzenia toczą się w sposób niespodziewany.  Zmysł obserwacyjny Mariasa jest widoczny od początku, ale staje się szczególnie wyraźny od momentu, gdy Maria odwiedziła Luizę. Maria miała świadomość, że Luiza przeżywa autentyczną, głęboką żałobę i że jest w skrajnej rozpaczy. Obserwując ją uświadomiła sobie, że Luiza podźwignie się z tej żałoby bardzo szybko, szybciej, niż się sama spodziewa. I mimo przeżycia tragedii, nie poniesie żadnego uszczerbku, ani fizycznego, ani psychicznego. Jeśli ktoś jest zainteresowany, jak można było dojść do takiej konkluzji, powinien sięgnąć po lekturę.

     Jak zwykle u Mariasa, sporo jest różnych nawiązań do literatury, w tym przypadku do Balzaka, a konkretnie do jego powieści „Pułkownik Chabert”. Mężczyzna, w którym kochała się Maria wypowiada dające dużo do myślenia zdania o literaturze : „To, co się stało nie jest najważniejsze. To tylko powieść, a wydarzenia powieściowe nie są nieistotne, po ich przeczytaniu natychmiast się o nich zapomina.  Najciekawsze są możliwości, idee, do których nas pobudzają, które w nas zasiewają, poprzez swe fikcyjne przypadki, bo te pozostają w nas bardziej wyraziste niż rzeczywiste wydarzenia i  bardziej się nad nimi rozwodzimy”.    Jest też trochę nawiązań do „Trzech muszkieterów” Dumas`a, czytałam tą książkę dawno temu i nie potrafiła mnie zafascynować. Ale wyraźnie jest nią zafascynowany także  Arturo Perez – Reverte w „Klubie Dumas”.

               Ulubione moje fragmenty „Zakochań”  to rozmowy Marii z mężczyzną, w którym była w tamtym czasie zakochana. Przedstawienie przebiegu rozmowy to u Mariasa nie tylko pytania i odpowiedzi. Maria jest wyjątkowo wnikliwym obserwatorem, a jej ukochany też jest szalenie przenikliwy. W najważniejszej rozmowie w ich związku ona patrzy na każdy jego gest i każdemu przypisuje określone znaczenie. Analizuje ton głosu, intonację, nawet zawieszenie zdania, kiedy co nastąpiło, co to może znaczyć.  On robił to samo. Wygląda to jak swoisty pojedynek.

     W książce jednym z ciekawszych dla mnie wątków jest kwestia życia przeszłością i życia teraźniejszością. W przypadku śmierci kogoś bliskiego można pogrążyć się w rozpaczy i tak tkwić, lub po przeżyciu żałoby iść naprzód.  Ale to tylko taki punkt wyjściowy do dalszych rozważań na ten temat. To właśnie Balzac w „Pułkowniku Chabercie” opisał hipotetyczne dzieje człowiek, który miał żonę, majątek, pozycję społeczną. Poszedł na wojnę i omyłkowo został uznany za zabitego w bitwie. On zaś był ciężko chory, dopiero po kilku latach udało mu się powrócić do ojczyzny. Tam nastąpiła konsternacja, bo żona przejęła już cały majątek męża i wyszła za mąż powtórnie. Pułkownik uważany był za umarłego i to bez cienia wątpliwości.  Każdy z kim się widział udawał, że go nie zna i upatrywano w nim oszusta. To właśnie u Mariasa w "Zakochaniach"Maria i jej ukochany toczą dyskusje o tej książce Balzaca. I wbrew pozorom, wychodzą z założenia, że żywi mają prawo do życia i że nie muszą wiecznie opłakiwać zmarłych, nawet gdy kiedyś szalenie ich kochali . 

     W książce poruszonych jest znacznie więcej problemów. Mnie osobiście, idąc wzorem jednego z bohaterów, ukochanego Mariii, zainspirowały do myślenia te fragmenty, gdzie była mowa o oddzieleniu przeszłości z jej zmarłymi od teraźniejszości. Ten problem można oczywiście widzieć znacznie szerzej. W książce jest np. scena, gdzie jeden/jedna z bohaterów/bohaterek widzi osobę, którą kochał/kochała z kimś innym i to już po ślubie.   Mimo tego, że resztki uczucia się jeszcze tlą, macha na pożegnanie, jakby chcąc symbolicznie tą znajomość zapisać w przeszłości. Nie chce się unieszczęśliwiać, rozważać tego związku całymi latami . Chce dalej żyć. Scena ta bardzo mi się podobała. Wiele osób ma zamiłowanie do życia w przeszłości lub z dużymi jej elementami . Nie oznacza to oczywiście faktu, aby zrywać z rodziną, lub aby nie mieć trwałych, prawdziwych przyjaźni przez całe życie. Ale niekiedy coś się kończy, a ludzie nie potrafią się z tym pogodzić. Ktoś zdradzony i porzucony rozważa latami swoją krzywdę i marnuje te lata.

    Marias pisze w charakterystycznym dla siebie stylu, pisałam tu już – w czerwcu 2014r. o trzeciej części trylogii „Twoja twarz jutro” i w grudniu ubiegłego roku o  „Sercu tak białym”. Gdy robiłam w grudniu 2014r. podsumowanie najlepszych książek roku 2014 to właśnie trzecia część „Twojej twarzy jutro” czyli „Trucizna , cień i pożegnanie” zajęła pierwsze miejsce. W każdej z tych powieści akcja jest jakby drugoplanowa, za to na pierwsze miejsce wysuwają się rozważania natury głównie psychologicznej. W przypadku „Zakochań” intryga przypomina jednak trochę kryminał, sprawa zabójstwa okazuje się nie taka prosta, jak to wydawało się na początku.        

6/6  

poniedziałek, 18 maja 2015

Lee Child „Jednym strzałem” – audiobook, czyta Wiktor Zborowski

                                                 













    
     Lee Child jest ulubionym autorem mojego wyjątkowo inteligentnego kolegi. Czyta on jego książki dla czystej, mądrej rozrywki. Zapewniał mnie wiele razy, że Lee Child, mimo iż w powszechnym odbiorze  tworzy tzw. literaturę męską , może być czytany również i przez kobiety. Nie mogłam pojąć, co takiego ciekawego może być w książkach o kimś w rodzaju niezniszczalnego supermana, który jest super mądry i super sprawny, a z każdej opresji wychodzi bez szwanku.  
       „Jednym strzałem” faktycznie jest całkiem niezłą rozrywką. Ponieważ wiedziałam, że Jackowi  Reacherowi , mimo że jest normalnym człowiekiem,  nic się nie może stać, nie musiałam nawet minimalnie się denerwować. Ale bynajmniej nie oznacza to, że było nudno. Wręcz przeciwnie. Nie wiadomo było przecież, jak się rozstrzygną różne wątki.  Książka trzyma w napięciu w sposób niesamowity. 
      Zaczyna się zupełnie nietypowo, bowiem następuje opis, jak to nieznany bliżej snajper zaczął realizować pomysł, iż zabije kilka osób, wychodzących z biura. Przyjechał więc na miejsce o odpowiedniej porze , ustawił stanowisko i gdy nastąpił odpowiedni moment, oddał kilka strzałów i zabił 5 osób, a po wykonaniu tego zadania  odjechał. Okazało się, że zostawił sporo śladów, co pozwoliło na błyskawiczną identyfikację sprawcy i jego ujęcie. Nie jest to spojler, bo ujęcie Jamesa Barra to dopiero początek wydarzeń. W sprawę zaangażował się właśnie Jack Reacher, były żołnierz, a o jego powiadomienie poprosił sam zabójca . 
Jednym strzałem           Po wysłuchaniu „Jednym strzałem”  już wiem, co takiego jest w tej książce i w ogóle w twórczości Lee Childa, co powoduje , że czytają go również faceci , w tym ci z IQ grubo powyżej 160. Child każe czytelnikowi sporo myśleć. Jack Reacher jest nie tylko wysportowany, ale wyjątkowo bystry, błyskawicznie łączy różne fakty i wyciąga z nich wnioski.  Odkrywa drugie, a nawet i trzecie dno  całej sprawy. 
        Skoro kobiety czytują romanse, bo utożsamiają się z ich bohaterkami, to z czym konkretnie utożsamiają się faceci, czytający Lee Childa ? Za czym nawet podświadomie tęsknią ? Jack nie ma ani  żony, ani stałej partnerki, miewa za to partnerki do seksu i jest zadowolony z życia. Gdy idzie do łóżka z kobietą, to nie ma tam podtekstu, typu, że może to będzie ta jedyna na całe życie. Oznacza to jedynie, że ma ochotę na seks. Nie ma kompleksów.  Koncentruje się na szybkim myśleniu i błyskawicznym działaniu.  Nie rozważa całymi dniami, miesiącami czy nawet latami, czy jest zakochany, czy ktoś go kocha itp. Nie przejmuje się swoim wyglądem, ma jeden komplet ubrań, gdy się zniszczą, lub są brudne, kupuje drugi. Nie ma mieszkania, kiedy chce, wyjeżdża,  gdzie chce. Jest absolutnie wolny i nie ma żadnych zobowiązań. Nie lubi stagnacji, ciągnie go do sytuacji, gdzie może się sprawdzić i gdzie jest trudno . Jest tam, gdzie jest  ryzyko. Poza tym jest potężnym facetem, dysponuje olbrzymią siłą fizyczną, opanował doskonale sporty walki, znakomicie też strzela. Wygląda na to, że do czegoś takiego mężczyźni tęsknią. Z pewnością nie chcieliby żyć w 100% tak, jak Jack, czyli chociażby bez mieszkania czy nawet samochodu, nie wspomnę już o żonie czy dzieciach, ale do pewnych elementów tego wizerunku tęsknić muszą. Lee Child sprzedaje się przecież bardzo dobrze.
                      Wiktor Zborowski jest idealnym czytającym. 

                     5/6

środa, 13 maja 2015

Erich Maria Remarque „Dom marzeń”




   
     „Dom marzeń” to pierwsza powieść Ericha Marii Remarque`a . A że Remarque jest jednym z moich ulubionych pisarzy, to książkę tą musiałam prędzej czy później przeczytać.  Czytanie „Domu marzeń”   było czymś w rodzaju eksperymentu. Znam całkiem nieźle dojrzałą twórczość pisarza i jest ona moim zdaniem wybitna. A czy była ona wybitna od początku?  Czy warsztat pisarski , czyli talent,  ma się od razu, czy też wymaga on jednak pracy i szlifowania ? Jak się ma do tego doświadczenie życiowe? Czy rzeczywiście jest tak bardzo potrzebne ? Czy po pierwszej książce można już  wyłowić talent literacki ? Czy gdybym była wydawcą, zdecydowałabym się na druk tej pozycji ?

     Po przeczytaniu mam uczucia mieszane. Nie ulega żadnych wątpliwości, że  nie jest to poziom „Łuku triumfalnego”. Ale książka jednak tzw. „coś” w sobie ma. Fabuła jest pozornie dosyć banalna. Rzecz dzieje się w rodzinnej miejscowości pisarza, w Osnabruck jeszcze przed pierwszą wojną światową. Fritz – 39-cio  letni mężczyzna, ciężko chory na płuca jest malarzem, kocha muzykę i opłakuje śmierć ukochanej kobiety. Jego przyjaciółmi są Ernst , lat około 20-tu i nieco młodsza Elisabeth. Ernst przeżywa rozterki wieku młodzieńczego, kocha Elisabeth, ale gdy wyjeżdża na studia do wielkiego miasta, zakochuje się w znanej śpiewaczce operowej, a o Elisabeth na jakiś czas zapomina.

    „Dom marzeń” jest mała książeczką, nie ma w niej zbyt obszernych rozważań ani o psychologii  ani o   filozofii. Tak jak jednak napisałam, ma ona „coś” w sobie. Bohaterowie dużo ze sobą rozmawiają, właściwie o wszystkim, zarówno o wydarzeniach dnia codziennego, jak też i o sprawach najważniejszych, typu - co w życiu jest najważniejsze. To dziwne, ale właśnie o takich tematach, tych najważniejszych, rozmawia się głównie w bardzo młodym wieku. Potem rozmowy toczą się o troskach dnia codziennego. Z racji tego, że Ernst i Elisabeth są młodzi, sporo rozmów toczy się właśnie o poważnych sprawach. Dzięki temu w książce tej jest wiele ciekawych myśli. Np. „Prawdziwe szczęście to wewnętrzny spokój. Jest on rezultatem walki, wewnętrznych zmagań, popełnionych błędów”.    Albo: „Starajmy się żyć w zgodzie z sobą, jak ukształtowała nas natura”. Lub : „Prawdziwą skalę wszelkich ocen wyznaczają wartości duchowe; dochodzimy do nich dzięki temu, co uda nam się przeżyć. Ale niepodobna je poznać przez światową ruchliwość. Owszem, taka aktywność może owocować wyrafinowaniem, ogładą, krótko mówiąc tym, co składa się na warstwę zewnętrzną. Ale jeżeli ograniczymy się tylko do tego, nasze życie będzie puste. Konieczna jest głębsza refleksja”.

             W „Domu marzeń” język jest trochę pompatyczny, ale da się to przeżyć. Drażniąca jest też jednowymiarowość bohaterów, Fritz jest mądry, prawy, empatyczny, uczciwy itp. Elisabeth to uosobienie dobroci i łagodności. Nieco urozmaicenia wprowadza Ernst, który jest niekonsekwentny i zmienny.

              Pomiędzy „Domem marzeń” a drugą z kolei pod względem chronologicznym  książką Remarque`a jest przepaść, na korzyść oczywiście „Na Zachodzie bez zmian”.  A co się stało w międzyczasie?  Otóż „Dom marzeń” Remarque zaczął pisać mając lat 16, był wówczas dzieckiem bez jakiegokolwiek doświadczenia.  I prawdę mówiąc, nie miał wówczas wiele do przekazania czytelnikowi. ( Nie chce mi się wierzyć, że książkę tą skończył dopiero po zakończeniu I wojny, musiałby ją przeredagować.) W przeciągu paru lat sytuacja zmieniła się diametralnie.  Pisarz walczył w trakcie I wojny światowej, był ranny, widział bezsensowną śmierć swoich rówieśników, cierpienie . Przeżył koszmar.  Wojna nie miała w sobie nic z romantyzmu, co doskonale opisał. W przeciągu kilku lat niebywale zmądrzał i dojrzał. Miał już o czym pisać.

     Ale napisanie „Domu marzeń” i kilku innych drobiazgów było jednak potrzebne. Po „Domu marzeń” już widać, że autor,  nawet jako nastolatek,  miał naturę refleksyjną . Zastanawiał się, jaki jest cel życia, jaka jest rola sztuki czy muzyki .  Już wówczas nie uciekał od tematów najtrudniejszych, jak chociażby śmierć. Ukochana Fritza żyła bardzo krótko, w książce umiera przedwcześnie też jeszcze ktoś inny .

           Na przykładzie Remarque`a widać doskonale, że sam talent nie wystarcza, talent musi być szlifowany. No i do napisania czegoś naprawdę wielkiego potrzebne jest doświadczenie życiowe, a pod tym pojęciem rozumiem nie tyle wiek autora, ale określone przeżycia. Nie jestem ani polonistką, ani literatem i nie interesowałam się tym problemem w odniesieniu do innych pisarzy. Przypomniało mi się jednak , jak czytałam  „Listy” Tolkiena, wyraźnie z nich wynika, że zadebiutował on późno. Najpierw bardzo długo uczył się , potem wykładał, a gdy zaczął pisać, był bardzo dojrzałym człowiekiem. W jego twórczości nie można byłoby odnaleźć dzieł , nazwijmy to, gorszej jakości.   Ale wynika to właśnie z tego, że zaczął pisać bardzo późno i miał w tym czasie inne, stałe,  źródło utrzymania. Tolkien mógł poprawiać swoje książki niemal w nieskończoność. Z autorem „Łuku triumfalnego” było inaczej.

     Jeśli ktoś czuje , że chce coś pisać, ze ma coś do przekazania, a ma jakiekolwiek wątpliwości, czy ma to sens, bo np. nikt nie chce wydać tego dzieła i nie zasługiwało ono zdaniem wydawców na entuzjazm, niech przeczyta „Dom marzeń” . Potem niech weźmie do ręki  jakąkolwiek inną, z okresu dojrzałego,  książkę tego samego autora. Po lekturze dwóch takich pozycji oczywiste będzie, że warto próbować, że nawet gdy w pierwszym dziele są pewne elementy gniotu, kolejne mogą być już niemal genialne. A nawet w tej mniej udanej pozycji coś uda się znaleźć. Nie znam szczegółów, ale któryś z wydawców ostatecznie zaryzykował i dał pisarzowi szansę.  

4/6    

niedziela, 10 maja 2015

George Orwell „Rok 1984” – audiobook, czyta Jerzy Radziwiłowicz


Obraz znaleziony dla: Rok 1984







       „Rok  1984”  to chyba jedna z nielicznych książek, o której sporo wiedziałam i której nigdy nie czytałam. I po zapoznaniu się z nią mogę stwierdzić, że niewątpliwie jest to pozycja wyjątkowa, wybitna nawet, ale której nie będę chciała przeczytać czy odsłuchać  po raz drugi.  Jest przerażająca, szczególnie końcówka, bo ostatnie kilka godzin audiobooka to opis tortur, fizycznych i psychicznych, jakim poddawany był główny bohater.
      Wiem, że uciekanie od tematów trudnych jest chowaniem głowy w piasek. I od tematów tych nie uciekam, patrząc nawet na tytuły czytanych książek. Raz na jakiś czas trafia mi się  jednak książka tak straszna, że   czytając ją czuję, że pogrążam się w dole. Ten koszmarnie obniżony nastrój utrzymuje się dłużej , niż kilka dni, czasem tydzień, albo i więcej. Jest to delikatnie mówiąc, mało przyjemne odczucie. Tego rodzaju książek nie ma wiele. Od kiedy prowadzę bloga  , mogę już stwierdzić, że jest to mniej więcej jedna książka na rok lub nawet na dwa lata . Przypominam sobie, że od kiedy piszę bloga, zbliżone odczucia miałam podczas słuchania „Bazy Sokołowskiej” Hłaski, utwór był wyjątkowy i totalnie dołujący. Podobnie było też z Ziemkiewiczem i jego pozycją „Jakie piękne samobójstwo”, ale nasilenie tego doła podczas czytania było jednak mniejsze, bo jednak tą książkę kiedyś przeczytam ponownie . Moja koleżanka z kolei nie jest w stanie dokończyć „Obłędu 44” Zychowicza. Jej zdaniem, ma on rację co do oceny naszej historii, ale jest to zbyt dołujące, aby mogła się w to wgłębiać.  Nie ulega wątpliwości, że odbiór poszczególnych dzieł jest  subiektywny i ktoś inny  mógł przeczytać chociażby właśnie Orwella bez takich odczuć. Dla mnie jednak słuchanie tego konkretnego tytułu było koszmarne.

             Akcja książki rozgrywa się w społeczeństwie , zamieszkującym państwo totalitarne, w niezbyt odległej przyszłości.   Ludzie poddani są permanentnej inwigilacji, kontrolowane są nawet ludzkie myśli, w policji działa komórka, która zajmuje się właśnie tym aspektem. W każdym pomieszczeniu , nawet w prywatnych mieszkaniach jest odbiornik, przypominający telewizor, a będący również kamerą, który sprawdza, czym kto się zajmuje. Wszelki indywidualizm jest zabroniony. Wszyscy muszą być tak samo ubrani . Wolny czas najlepiej jest spędzać w grupie,  w świetlicy,  lub na różnych zajęciach, organizowanych przez państwo. Jada się w stołówkach, serwujących różne obrzydlistwa . Regułą jest, że co jakiś czas znikają ludzie z najbliższego otoczenia, nie wiadomo dlaczego, wiadomo zaś, że stoi za tym policja. Jednego razu aresztowany został właśnie główny bohater książki. Lista jego przewinień była wyjątkowo obszerna. Spotykał się potajemnie z kobietą i uprawiał z nią seks, lubił przebywać sam, podobały mu się różne piękne, stare przedmioty, które produkowane były jeszcze przed zmianą ustroju i in. Najgorsze było zaś to, że miał on wątpliwości, czy aby na pewno panujący ustrój jest dobry dla ludzi, czyli inaczej mówiąc nie kochał swojego państwa . Tortury fizyczne i psychiczne połączone były z „praniem mózgu”, realizowane było to nawet przy użyciu czegoś w rodzaju elektrod i wstrząsów elektrycznych. Jeżeli ktoś to przeżył, stawał się wrakiem psychicznym i fizycznym, a jego „wyprany mózg” kochał już Wielkiego Brata i to chyba było najgorsze.

     Odniesienia do stalinizmu są wyjątkowo czytelne, aczkolwiek utwór , co oczywiste, może odnosić się i do innych tego typu systemów . Łamanie ludziom kręgosłupów moralnych i upodlanie ich na wszelkie możliwe sposoby , pokazane jest wyjątkowo sugestywnie.  Wyjątkowo sugestywnie pokazane jest też związane z tym  życie w permanentnym strachu wśród ludzi, gdzie wszyscy donoszą na wszystkich, znajomi na znajomych, rodzice na dzieci, dzieci na rodziców itd.

     Tego audiobooka wysłuchałam  już jakiś czas temu i nie mogłam się zabrać do tego,    aby o nim napisać. Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego właśnie „Rok 1984” był dla mnie tak przerażający, czytałam przecież chociażby „Archipelag Gułag” Sołżenicyna. Treść „Roku 1984” była dla mnie, podobnie chyba jak i dla każdego, w dużym stopniu znana.  Jedyny logiczny wniosek, jaki mi się nasunął to ten, iż jest to zasługą Jerzego Radziwiłłowicza. Potrafił wprowadzić w nastrój autentycznego przerażenia i grozy.
6/6

 

 

poniedziałek, 4 maja 2015

Borys Akunin „Czarne Miasto”




     Czytałam sporo książek Akunina, ale w tym przypadku szału nie ma, jest to jedna ze słabszych pozycji . W tym przypadku wydarzenia są mocno pogmatwane i mimo że rozgrywają się w 1914r. odnosiłam wrażenie, że czytam opis działania współczesnej mafii.

     Fandorin tym razem zajmuje się tropieniem terrorysty o pseudonimie „Odyseusz” vel „Dzięcioł”. Stało się tak dlatego, że na oczach Fandorina „Odyseusz” na pierwszych kartach powieści dokonał zabójstwa szefa ochrony cara. W pogoni za terrorystą Fandorin wraz z nieodłącznym służącym Masą wyjechał do Baku, gdzie wydarzenia zaczęły się błyskawicznie komplikować. Już na dworcu doszło do nieudanego zamachu na życie Fandorina, potem zaś okazało się, że „Odyseusz” jest bardzo poważnym przeciwnikiem i dotarcie do niego jest wyjątkowo trudne. W Baku , tyglu narodowościowym, panowało coś w rodzaju gorączki złota, była to gorączka ropy naftowej. Wydobycie ropy gwarantowało gigantyczne pieniądze, konkurencja walczyła ze sobą ostro, sentymentów nie było, a na dodatek odczuwalne były bardzo wyraźnie nastroje rewolucyjne.  Zaczynało też już wrzeć na Bałkanach, bo w trakcie pobytu Fandorina w Baku doszło do zamachu w Sarajewie. Okazało się, że istnieje jednak możliwość zapobieżenia wybuchowi wojny. Jak  można się domyślić, świat ocalić mógł tylko Fandorin. Poprosiło go o to dwóch cesarzy europejskich.

     Poza zagmatwaniem akcji,  osadzenie Fandorina w roli jedynego na świecie człowieka, który może zapobiec wybuchowi I wojny światowej , było nierealnym nonsensem. Poprzedni tom cyklu, czyli „Świat jest teatrem”, był zupełnym przeciwieństwem „Czarnego Miasta”.  W tomie poprzednim wydarzenia były realistyczne i teoretycznie, w takim kształcie mogły się rozegrać. W tym tomie jest to niemożliwe. Miałam problem, aby wciągnąć się w akcję, myślałam o różnych innych rzeczach, o wszystkim, tylko nie o książce. Jest trochę nudnawa.

    Tą pozycję nieco ratuje kilka innych zupełnie elementów. Jednym z nich jest humorystycznie opisane małżeństwo Fandorina. Zakochał się on w znanej  aktorce i ożenił się z nią w poprzednim tomie, co było niesamowitym wydarzeniem. Fandorin był przecież zatwardziałym starym kawalerem. W tej części już na początku wiadomym jest, że w małżeństwie dzieje się bardzo źle. Gdy Fandorin wrócił do domu po jednej z podróży, okazało się, że żony nie ma w domu , bo wyjechała za zdjęcia z ekipą filmową. Nasz bohater ucieszył się niezmiernie i zaczął sobie przypominać, jak to wcześniej, bez niej, było świetnie. Radość jego nie trwała długo, gdyż dowiedział się, iż  jego Klara przebywa w Baku.  W poprzednim tomie mowa była o tym, jak szaleńcza była ta miłość, jak Fandorin idealizował tą kobietę. W tym tomie, przysłowiowe bielmo spadło mu z oczu i wszystko widział już w normalnym świetle. Zorientował się, że jego żona potrafiła na zawołanie udawać śmiech, łzy, radość , smutek i całą masę innych uczuć i doznań. Uzmysłowił sobie, jak bardzo nim manipulowała i jaki on był zaślepiony. Wszystko to opisane jest ze spora dawką humoru. 

     Opisy Baku też są ciekawe, wszędzie spotykało się korupcję i oszustwa, a w związku z bliskością ropy, czyli grubych pieniędzy, kwitnęły różne  lewe interesy . Można się zastanawiać, czy nie są to aluzje do współczesnej sytuacji w Rosji.
   Zabawne były też fragmenty z udziałem  kobiety – przedsiębiorcy, muzułmanki. Zakochała się ona w Fandorinie. Byłą wdową i kobietą bezwzględną, prowadzącą biznes, odziedziczony po mężu żelazną ręką. Co zabawne , na zewnątrz udawała głupiutką i wobec braku mężczyzny, bezbronną, cnotliwą  kobietkę.   A faktycznie liczba jej kochanków była imponująca.

    Generalnie jednak rzecz biorąc „Czarne Miasto” nie było najlepszym pomysłem. Nie dorównuje w ogóle do mojego ulubionego cyklu z siostrą Pelagią, ani do innych tomów z Fandorinem.
3/3    

 

czwartek, 30 kwietnia 2015

James Herriot „Jeśli tylko potrafiłyby mówić”


okładka Jeśli tylko potrafiłyby mówićksiążka |  | James Herriot

            Jest to zachwycająca książka,  ciekawa, pełna humoru, czyta się ją rewelacyjnie. Konkretnie są to wspomnienia młodego weterynarza, który zaczął praktykę w latach 30-tych ubiegłego wieku  w małej, angielskiej wiosce. Autor kochał i zwierzęta,  i ludzi,  i w ogóle kochał życie. „Jeśli tylko potrafiłyby mówić”  to pierwszy tom wspomnień. Całość zrobiła furorę w wielu krajach świata, a na podstawie wspomnień nakręcony został brytyjski serial „Wszystkie stworzenia duże i małe”. Serię właśnie teraz wydaje Wydawnictwo Literackie, w sprzedaży są już dwa pierwsze tomy.

               Herriot przeplata w tej książce wydarzenia, związane z pracą,  z tymi które z kolei dotyczą życia prywatnego.  Jako absolwent weterynarii pierwszą pracę uzyskał u  starszego o kilka lat weterynarza, mieszkającego właśnie w tej małej wiosce. Starszy weterynarz zapewnił młodemu również mieszkanie i wyżywienie u siebie. W tamtych czasach taka właśnie była praktyka. Pacjentami były głównie zwierzęta gospodarskie, typu krowy, byki, konie, owce  . Z reguły do pacjentów lekarz musiał jeździć.

         Herriot miał niesamowity talent literackie, bo jego książkę czyta się niczym prawdziwy, wciągający  kryminał. Nie wiem, jak on to zrobił, ale w  wielu fragmentach byłam tak zaaferowana akcją, że nie mogłam powstrzymać się przed przekartkowaniem kilku stron do przodu i sprawdzeniem, jaki będzie koniec zdarzenia. Przykładowo Herriot  został wezwany do gospodarstwa, gdzie zbyt długo cieliła się krowa. Musiał on włożyć rękę do środka, do macicy,  i sprawdzić, czy cielaczek żyje , a potem  spróbować zawiązać mu sznurek na dolnej szczęce i delikatnie go wyciągnąć. Skurcze porodowe , jak to kreślił, miażdżyły mu rękę, a kilkadziesiąt prób dotarcia do cielaka skończyło się niepowodzeniem. Czasu było coraz mniej.  Cielak w każdej chwili mógł umrzeć. Jest to tak fascynująco opisane, że zapomniałam o całym świecie.  Różnego rodzaju wydarzeń , związanych ze zwierzętami jest bardzo dużo.  Byli też i stali pacjenci, np. rozpieszczony  piesek , który permanentnie był przekarmiany i tak otyły, że ledwo co się ruszał.

          Różne ciekawe historie zdarzały się również w życiu prywatnym autora . Z naszymi dwoma panami zamieszkał brat starszego weterynarza. Studiował on weterynarię, ale do nauki niespecjalnie się przykładał, oblał egzaminy i  przyjechał do brata, dając mu do zrozumienia, że ma go utrzymywać. Weterynarz, jak się można domyślić, wpadł w szał i zaczął zlecać bratu pomoc w pracy. Podobało mi się bardzo, że Herriot nie idealizował ani siebie, ani swoich kolegów. Opisywał różne większe i mniejsze złośliwości, jakie bracia sobie robili. O sobie też pisał, jak to np. nie chciało mu się wstawać nocą, w zimie, na wezwania i ż wolałby leżeć  w ciepłym łóżku. Opisane jest to z humorem. Przez takie podejście do życia i pisania, książka jest wiarygodna, charaktery ludzkie są autentyczne, mamy do czynienia z ludźmi z krwi i kości  z ich wadami i zaletami, a nie z ideałami.


           „Jeśli tylko potrafiłyby mówić” mają masę zalet. Autor kochał swoją pracę i miał wyjątkową umiejętność patrzenia na życie z pozytywnego punktu widzenia.  Skupiał się na pozytywach, a nie negatywach. Obiektywnie rzecz biorąc praca weterynarza w tamtym czasie, na dodatek w biednej  wsi,  była szalenie ciężka. Co prawda Herriot dysponował starym samochodem, który się sypał i należał do starszego weterynarza, ale drogi nie były wówczas asfaltowe ,  nie wszędzie dało się dojechać, a wioska położona była na górzystym terenie. Elektryczność też nie była powszechnie stosowana, a o elektrycznym oświetleniu stajni czy obory w ogóle,  poza jednym przypadkiem,  nie było mowy. Nie wszędzie była bieżąca ciepła woda. A zabiegi np. na byku czy chociażby krowie często kończyły się dla weterynarza mocnym poturbowaniem. Pamiętać należy też chociażby o brudzie , zimnie i tego typu  kwestiach. Herriot  podchodził do tych niedogodności z dystansem, nie udawał, że ich nie ma, ale skupiał się nie na nich, ale na pozytywnych aspektach tego wszystkiego.   Przyjęcie porodu, wyleczenie zwierzęcia sprawiały mu gigantyczną frajdę i inne kwestie przy tym bladły. Zachwycał się przyrodą  cieszył się, że jest piękna pogoda i że nie musi siedzieć w tym czasie w biurze.

      Takie podejście do życia jest czymś zupełnie innym, niż rozpowszechnione obecnie amerykańskie „keep smiling”. Podejście Herriota jest bardziej naturalne.  Wracając do wcześniejszego przykładu :  nie ma ochoty wstawać z ciepłego łóżka do wezwania, ale wie, że chore zwierzę potrzebuje pomocy, więc wstaje. Nie udaje, że jest w tym konkretnym momencie zadowolony.  Jedzie, jest mu zimno i dalej nie uśmiecha się i nie twierdzi, że jest świetnie. Przybywa na miejsce, jest mu zimno, też jest nieciekawie.  Ale widzi zwierzę, koncentruje się na udzieleniu pomocy, nie snuje już rozważań, czy jest zadowolony, czy nie jest. Gdy udaje mu się pomóc , jest autentycznie szczęśliwy i wie, że było warto. Nie myśli o tym, że tak trudno było mu wstać, tylko się cieszy. Opisane są też i przypadki, kiedy nie dało już się pomóc, na szczęście nie ma ich wiele.

     Atutem jest oczywiście to, że Herriot opisywał zwyczajne życie. Gdy zaczynał pracę klepał biedę. W tamtych czasach praca weterynarza  nie dawała szans na bogate życie, o czym doskonale wiedział. Cieszył się zwyczajnym życiem.

       Dawno nie byłam tak bardzo oczarowana  książką. Z pewnością idealnym czytelnikiem będą miłośnicy zwierząt, ale nie tylko. Nawet jeżeli ktoś nie ma zwierzęcia, może ją przeczytać chociażby dla jej uroku i dla opisanej i udzielającej się czytelnikowi pogody ducha i radości życia .  Z pewnością warto będzie przeczytać drugi tom cyklu. W tomie II pojawi się kobieta, czyli będzie coś nowego.

6/6

wtorek, 21 kwietnia 2015

Marcel Proust „W cieniu zakwitających dziewcząt” (tom II „W poszukiwaniu straconego czasu”



 
       To , co jest najbardziej charakterystyczne dla tej książki to wyjątkowo ciężki styl. Czytałam ten tom od paru miesięcy, równolegle z innymi książkami. Pozostałe książki szybko zaczynałam i szybko kończyłam. Z Proustem musiało być inaczej. Pozostaje pytanie, czy było warto? Było warto. Lektura przypominała mi trochę wchodzenie na górę, jest wówczas ciężko, ale trud jest cały czas, sukcesywnie,  nagradzany olśniewającymi widokami. Tak samo jest i tutaj. Treść jest na tyle ciekawa i odkrywcza, że nagroda za przebrnięcie zdania, zajmującego pół strony, jest natychmiastowa.  Może odbiór tej książki jako wyjątkowo ciężkiej w czytaniu wynika też doboru poprzednich lektur. Może inne książki są na tyle łatwe i proste, że z czymś trudniejszym jest już problem. Nie mogę porównać swojej reakcji po tym tomie do doznań podczas  lektury pierwszego tomu, czyli  „W stronę Swanna” . Pierwszego tomu wysłuchałam.  Audiobook był prostszy w odbiorze, tym bardziej że słuchałam go w samochodzie, nie mogłam go odłożyć i wymienić na coś lżejszego.   Przebrnięcie przez tą książkę to kwestia pewnej wprawy, na początku było naprawdę źle, czytało mi się ją wyjątkowo ciężko, często przerywałam lekturę . Ale im dalej, tym było lepiej, a pod koniec wydawało mi się, że jest to normalna książka, która nie różni się zbytnio od innych.  Wpadłam też na pomysł, aby podczas czytania podkreślać różne myśli. Jeżeli od razu zaczęłabym trzeci tom, to prawdopodobnie odbierałabym go zupełnie inaczej. No i oczywiste jest też to, że Marcel w miarę jak dorasta, prowadzi coraz ciekawsze życie. Wspomnienia w całym cyklu snute są przez narratora dojrzałego, który patrzy na swe życie z pewnej perspektywy. W drugim tomie, gdy jest już młodzieńcem, zaczyna być jednak ciekawiej, niż gdy był małym dzieckiem. Zaczyna się powoli coś dziać.

       Podstawowa rzecz to to, że akcja jest pretekstem do rozważań na każdy niemal temat, psychologiczny, socjologiczny, a także są tam i rozważania o literaturze, teatrze, sztuce, o wszystkim . Nie brak też jest i tematów zwyczajnych, jak chociażby zakochanie się, odkochanie, „złapanie męża” i cała masa innych. Gdyby ktoś chciał wypisywać sobie tzw. złote myśli z książki, to miałby problem, bo musiałby  książkę przepisać w około 80%. U mnie podkreślenia zajmują niekiedy całą stronę.

      „W cieniu dojrzewających dziewcząt” , tak jak i cały cykl jest quasi-autobiografią . W tomie są dwie części, jedna „Wokół pani Swann”, a druga  „Imiona miejscowości : miejscowość”. Pani Swann była matką Gilberty, w której narrator się podkochiwał, bywał u niej w domu no i siłą rzeczy, miał kontakty z rodzicami. W tej części są właśnie opisy wizyt i opisy uczucia do Gilberty.  Najciekawsze są właśnie refleksje na różne inne tematy. Pani Swann to  była dama lekkich obyczajów, której udało się wyjść za maż za dobrze urodzonego i bardzo bogatego mężczyznę. Ona aspirowała do bywania w wyższej sferze, ale pozostałą prostaczką. Sporo jest opisów różnych zabiegów, jakie osoby takiego pokroju, jak Odeta Swann, stosują, aby ich zdaniem być dobrze postrzeganymi i aby wszyscy neijako zapomnieli, kim były te osoby wcześniej.  Pani Swann przykładowo lubiła używać obco brzmiących dla niej słów, np. koniunkcja . Z racji jej przeszłości prawie nikt z tzw. śmietanki towarzyskiej, nie bywał u niej w salonie. Ona sobie wmówiła, że jest dokładnie odwrotnie i uwierzyła w ten wymysł. Co ciekawe, Odeta podobała się mężczyznom, sam Marcel też był w nią wpatrzony i pełen podziwu .

           Druga cześć opisuje z kolei pobyt naszego bohatera z babką i służącą nad morzem. To tam poznał kolejną miłość życia - Albertynę.  Tam się zaprzyjaźnił ze swoim rówieśnikiem, Robertem de Saint Loup, poznał też malarza Elstira, który wywarł na niego olbrzymi wpływ. To właśnie tutaj zaczyna się coś dziać. Marcel początkowo znał Albertynę tylko z widzenia, miał spory problem, jak tu nawiązać z nią kontakt. W tamtych czasach samotne podejście do obcej kobiety i przedstawienie się nie wchodziło w grę.   Opisy i spostrzeżenia  autora są naprawdę szalenie ciekawe. Czytałam np. o wizycie Marcela w pracowni malarza. Marcel zorientował się, że artysta  widząc modela do portretu, wiedział od razu, co model chce zatuszować, w wyglądzie czy w charakterze. Przykładowo Elstir miał namalować kobietę w wieku dojrzałym . Dostrzegł zaraz, że  ukrywa ona swój wiek.   Momentalnie zauważył warstwę pudru i inne sztuczki. Cały kamuflaż uwypuklił na obrazie. Proust opisuje też różne szczegóły pobytu naszego bohatera w hotelu. Zachowania personelu są ponadczasowe. Dyrektor zakwalifikował Marcela i jego babkę jako klientów nieco gorszej kategorii, niż pozostali. Kłaniał się im i nawet w pewien sposób okazywał szacunek, ale w mimice i gestach zawsze dawało się zauważyć, że są kimś gorszym. Babka Marcela nic sobie z tego nie robiła, gra pozorów jej nie interesowała i nie wyprowadzała  ani dyrektora, ani pozostałego personelu z błędu. Babka w ogóle jest jedną z najciekawszych postaci w książce. Potem dyrektor i reszta pracowników nieco zmienili zachowanie, ale wynikało to głównie właśnie ze zorientowania się, że rodzina jest jednak bardzo ustosunkowana. Fakt zżycia  się też swoje robił. Wyjazd nad morze przed I wojną światową nie trwał, jak teraz, tydzień czy dwa tygodnie, tylko kilka miesięcy. W miastach pozostawali tylko biedacy.

      Jestem przekonana, że przeczytam  pozostałe tomy. Mimo, że akcja jest bardzo powolna i nie ma w niej spektakularnych wydarzeń po lekturze drugiego tomu znana już jest spora część bohaterów.  I zaczyna to coraz bardziej ciekawić. Jak dalej będzie układać się w małżeństwie Swannów?  Jak z kolei będzie wyglądać znajomość Marcela z Albertyną ? Czekam też z niecierpliwością na te chwile, kiedy będzie więcej o moim ulubionym malarzu. Swann , mąż Odety, był miłośnikiem Vermeera, ulubiony pisarz  Marcela - Bergotte też.  Podziw Prousta dla Vermeera był też  jednym z powodów, dla których sięgnęłam po „W poszukiwaniu straconego czasu”. Wiem, że za jakiś czas przeczytam cykl  po raz drugi. Nie kojarzę żadnej innej książki, w której byłaby tak wielka ilość tak przenikliwych obserwacji i tak wiele rzeczy, godnych zapamiętania. Nic się też nie zdezaktualizowało.  Inne są tylko stroje i panujące obyczaje. Uczucia , relacje między ludźmi są stałe. Zamiłowanie do piękna, miłość do literatury , muzyki  i sztuki też są ponadczasowe.

6/6

niedziela, 19 kwietnia 2015

Rafał Ziemkiewicz „Jakie piękne samobójstwo”



  
Jest to absolutnie wyjątkowa książka, którą czyta się niemal z zapartym tchem i po której czuje się, że jest się znacznie mądrzejszym, niż przed lekturą. Jest to rzadko spotykany, ale  moim zdaniem bardzo mądry punkt spojrzenia na naszą historię.  A w czym tkwi ta wyjątkowość? Otóż mamy wszyscy chyba w głowach pewne schematy myślowe, np. nasze położenie geograficzne jest fatalne, albo: mamy pecha, bo spotykają nas same nieszczęścia, typu rozbiory i wojny . Inne schematy to np. nasze położenie sprawia, że historia stawia nas przed faktami dokonanymi, np. II wojna musiała się od nas zacząć. W związku z tym, że generalnie przyjmujemy taki punkt widzenia, nie widzimy swoich błędów i finalnie nie wyciągamy z przeszłości żadnych wniosków . A za jakiś czas te same błędy popełniamy ponownie. Ziemkiewicz podejmuje walkę z tych schematami i przedstawia swój punkt widzenia na te sprawy. Zaczyna swój wywód od końcówki XVIII wieku. Osobiście jestem zauroczona tą książką i polecam ją każdemu, nie tylko tym, którzy interesują się historią.

       Książka napisana jest lekko, w tym sensie, że czyta się ją bardzo dobrze. Mimo, że całość wymaga zastanowienia, żaden fragment nie dłuży się. Nie ma też problemu ze stylem pisania, Ziemkiewicz pisze jasno i prosto. Co zaskakujące, fakty, o których pisze  w większości są znane, a mimo to opisując je potrafi utrzymać napięcie, niczym w thrillerze. 

    Zasygnalizuję tutaj niektóre tylko myśli zawarte w „Samobójstwie”. Dobór będzie bardzo subiektywny. Już na początku autor stawia tezę, że prawdziwa historia, czyli rzeczywisty przebieg faktów różni się znacznie od tej, która znana jest z podręczników szkolnych. Dzieje się tak dlatego, że historie piszą zwycięzcy, fakty niewygodne dla siebie  pomijają, eksponują zaś lub w ogóle wymyślają wydarzenia i motywy działania, które świadczą o nich dobrze. I z tego też powodu np. kraje skandynawskie nigdzie nie nagłaśniają np. udziału swoich obywateli  w czasie wojny w walkach po stronie Niemców. My z kolei mamy obsesję, wszystkich za wszystko przepraszamy, nawet i za wyimaginowane przewinienia. Boimy się zaś przypomnieć Niemcom czy Rosjanom, że na nas napadli. Boimy się mówić o Wołyniu, bo Ukraińcy mogliby się na nas obrazić. Od wieków dajemy się manipulować Zachodowi i wierzymy w sojusze z Wielką Brytanią czy Francją, nawet gdy od początku wiadomo było, że traktaty te były  tylko świstkami papieru.  Przykładów jest masa.

    W odniesieniu do historii XIX wieku Ziemkiewicz sygnalizuje, jak wyglądały decyzje o wybuchu powstań narodowych  . Inicjatywa wychodziła od garstki bardzo młodych, pobawionych politycznego i jakiegokolwiek innego doświadczenia ludzi. Nie zważano na sytuację międzynarodową, czy jest korzystna, czy nie. Nie patrzono , czy powstańcy będą mieli jakiekolwiek uzbrojenie . Nie brano pod uwagę realnego układu sił. Społeczeństwo było terroryzowane koniecznością poparcia powstania, w przeciwnym bądź razie ci, co nie uczestniczyliby w walkach, uznani byliby za zdrajców. Prawie nikt nie odważył się sprzeciwić takiemu punktowi widzenia. A kolejne pokolenia uczono, że udział w takich walkach jest czymś godnym podziwu , zaś krytyczny do nich stosunek oznacza zdradę.  Tych, którzy robili karierę np. w administracji czy w wojsku zaborców , traktowano jako  zdrajców, a bez nich, bez ich doświadczenia i wykształcenia, odbudowa państwa w 1918r. nie byłaby możliwa.

     Ostro Ziemkiewicz rozprawia się z dwudziestoleciem międzywojennym. Stawia tezę, że w tamtym czasie to my demokracji uczyliśmy się zaledwie kilka lat, do zamachu majowego. I spowodowało to, że nie wykształciliśmy normalnych elit, o doborze na stanowiska , szczególnie na najwyższe stanowiska państwowe decydował za czasów Piłsudskiego fakt , czy ktoś walczył w legionach. Sam fakt walki w legionach był wystarczający do tego, aby zostać np. premierem. Zwraca też uwagę na olbrzymi wpływ, jaki mieli na nasze losy rosyjscy agenci wpływu, jak niepostrzeżenie i zręcznie manipulowali i opinią publiczną i tzw. elitą państwa. Wystarczy wspomnieć jak w 1920 r. każdy miał świadomość, ze naszym największym wrogiem jest Rosja i do czego jest zdolna. Po upływie zaledwie kilku lat, w latach 30-tych Rosją przestano się przejmować , niechęć do niej zaczęła jakby wyparowywać, zaś  głównego wroga zaczęto upatrywać w Niemcach.   

    Jedynym minusem tej książki jest to, że jest dołująca. Gdy spędzi się sporo godzin na czytania, jakie błędy popełnialiśmy i widzimy, że cały czas na przestrzeni dziejów, były one takie same, robi się mało przyjemnie. Może inni inaczej reagują na taką lekturę, ja złapałam doła . Każde państwo poza nami angażowało się w wojny i inne walki tylko wówczas, gdy miało w tym interes. My od wieków wszystkim naokoło pomagamy, walczymy o nie swój interes na różnych frontach, ginie masa ludzi, za nas nikt oczywiście nie walczy i nam nikt nie pomaga.  Ta mentalność jest niezmienna. Porażające były też przypomnienia, jak to pasjonujemy się walkami bez uzbrojenia i bez przygotowania i mimo , że okoliczności takie są znane dowództwu, stale wydawane były rozkazy, aby walczyć. I działo się tak przez wszystkie powstania narodowe, życie naszych obywateli dla naszych dowódców wojskowych i naszych polityków nie miało znaczenia. Żadne inne państwo nie decydowało się na takie szaleństwo na taką skalę. Kult walki jest wyjątkowo silnie rozpowszechniony ,  akceptowany i szanowany. A kult rozumu i racjonalizmu traktowany jest zupełnie odmiennie.

   W  „Jakim pięknym samobójstwie” Ziemkiewicz podjął tematykę zbliżoną w pewnym stopniu do tego, o czym pisał Zychowicz w „Obłędzie 44” czy „Pakcie Ribbentrop – Beck”. Zychowicz także pisał o błędach, popełnionych przez władze II RP, jak również przez dowódców wojskowych , które doprowadziły finalnie do upadku państwa. Zychowicz skupił się bardziej szczegółowo na okresie II wojny i na czasach, bezpośrednio ją poprzedzających. Ziemkiewicz opisał problem obszerniej, cofając się w czasie jeszcze o ponad 100 lat. Są też i różnice w podejściu do pewnych zagadnień, ale   książki się nie powielają i warto jest przeczytać każdą z nich. Każda na co innego zwraca uwagę. Wszystkie są bolesne.

   Podkreślam jeszcze raz, nie streściłam tutaj wszytych tez autora, zasygnalizowałam tylko te, które wydały mi się najciekawsze.

6/6