czwartek, 12 lutego 2015

Henry James „Dom na Placu Waszyngtona” – audiobook, czyta Ryszard Nadrowski





      Tekst książki jest równie wyśmienity, jak i wykonanie audiobooka przez mało znanego Ryszarda Nadrowskiego. Aczkolwiek „Dom na Placu Waszyngtona” jest klasykiem , znałam go jedynie z filmu Agnieszki Holland o tytule „Plac Waszyngtona”. Film jest dość wierną ekranizacją książki, jest wybitny, ale powieść zawiera masę tych elementów, których w filmie być nie mogło, a które zadecydowały właśnie o tym, że stała się klasyką literatury.

    „Dom na Placu Waszyngtona” jest powieścią psychologiczną , w której wydarzenia toczą się  nieśpiesznie i która idealnie nadawałaby się – po odpowiednich oczywiście przeróbkach - do wystawienia jako sztuka teatralna.   Bohaterów jest zaledwie kilku. Majętny i inteligentny lekarz – doktor Sloper, w średnim wieku,  jest ojcem Katarzyny, lat około 20. Katarzyna jest niezbyt bystra, ale wyjątkowo uczciwa, prostolinijna i prawdomówna. Mieszka z nimi siostra pana domu, wdowa, pani Penniman. Jest też druga siostra gospodarza, ale ona nie odgrywa większej roli. A jednym z głównych bohaterów zostaje pretendent do ręki Katarzyny – Maurycy Townsend. Ojciec dziewczyny, dostrzegając w nim obiboka i łowcę posagu,  zdecydowany był, aby nie dopuścić do małżeństwa. Katarzyna zaś była szaleńczo zakochana w Maurycym. Rozgrywające się wydarzenia skupiają się na rozgrywce pomiędzy tymi osobami. Przyznam, że mimo iż wiedziałam z filmu, co się stanie, byłam mocno zaciekawiona.  Ryszard Nadrowski czyta powoli, wyraźnie, robi nawet w niektórych miejscach kilkusekundowe przystanki. Jest więc czas, aby wchłonąć to, co się działo .

     Ta książka nasunęła mi porównania  Henry` ego Jamesa z Fiodorem Dostojewskim. Obaj pisarze opisują niesamowicie wnikliwie ludzką duszę.  Dostojewski opisuje głównie biedotę, James bogate mieszczaństwo czy arystokrację.  Rozgrywka w „Domu na Placu Waszyngtona” pozornie jest dość prosta i można rzec – stara jak świat. Młoda dziewczyna znalazła sobie nieodpowiedniego kandydata do ręki i rodzic stara się zapobiec małżeństwu.  W wykonaniu Jamesa bohaterowie są prześwietleni do głębi . Interesujący jest każdy moment . Chociażby gdy pojawia się Maurycy zarówno Katarzyna, jej ojciec i ciotka inaczej go postrzegają. Ojciec momentalnie  zauważył, że chłopak nie ma ani stałego zajęcia , ani stałego dochodu. Przypuszczał, że ubieganie się o to zajęcie nie przychodzi chłopakowi do głowy, utrzymywać go może przecież niebogata siostra, mająca na dodatek gromadę dzieci. Udał się do tej siostry i podszedł ją wyjątkowo umiejętnie, poprosił aby poinformowała go, co sądzi o swym bracie, jako kandydacie na małżonka. Siostra lekarza nie dostrzegała tych faktów. Sprawiała wrażenie, jakby podkochiwała się w Maurycym. Pozornie stateczna i prawa, na dodatek utrzymanka, zaczęła snuć różne obłudne intrygi, o które nikt by jej nie podejrzewał.

    Szalenie ciekawe , właściwie najciekawsze,   są spostrzeżenia natury psychologicznej , które wkładane są najczęściej w usta narratora, ale również i doktora, a nawet i Katarzyny. Odkrywczo podchodzi  on do relacji rodzicielskich. Katarzyna wyznała w jednym z momentów książki, że ma świadomość, iż ojciec jej nie kocha. Ona nie miała o to pretensji i rozumiała, że on nie może zapomnieć żony, która zmarła przy porodzie. Wyznała, że wie, iż nie spełnia wymagań ojca, głównie dlatego, że nie jest zbyt inteligentna.    Co najbardziej zaskakujące, Katarzyna nie miała pretensji do ojca o ten brak uczuć i uznała, że to nie jest jego wina, że  nad uczuciami zapanować nie można. Ona np. nie planowała miłości do Maurycego, ale stało się. Przyznać ponad 100 lat temu, że człowiek z wyższej klasy, wykształcony i majętny może nie kochać swego dziecka, było prawdopodobnie sporym aktem odwagi. No i świadczy o niesamowitej przenikliwości. Dowodów na to, że tak naprawdę doktor Sloper nie kochał Katarzyny, jest sporo.  Trzeba tylko uważnie czytać, czy słuchać.

                  Wyjątkowo nowatorskie wydało mi się nie tylko podejście Henry`ego Jamesa  do rodzicielstwa, ale i do małżeństwa. Jest ono nawet nowatorskie i dzisiaj. Otóż H. James , czyli nasz narrator, ma świadomość, że niekiedy odmawianie wyjścia za mąż może być aktem świadomym , a nawet w pewnych warunkach korzystnym dla kobiety. Z reguły znaczna część osób uważa, że jest odwrotnie, że za maż nie wychodzi tylko ta kobieta, która nie ma kandydata. Nie ujawniając biegu wydarzeń, mogę zasygnalizować, że po zaręczynach Katarzyny i Maurycego, opór ojca stał się sporym  problemem.  Małżeństwo nie zostało zawarte wtedy, kiedy się tego spodziewano. Ale po pewnym czasie ten temat stał się znowu aktualny, a poza tym pojawili się inni kandydaci.  Nie powiem oczywiście, jak się to zakończyło, ale doszło do takiej sytuacji, że Katarzyna za mąż nie wychodziła i odprawiała kandydatów z kwitkiem.    Odpowiedź, dlaczego tak się działo, jest oczywiście w naszej powieści.

    Zagadnień psychologicznych, które podejmuje H. James,  jest sporo.  Bieg wydarzeń doprowadził do tego, że i Katarzyny uczucie wobec ojca zaczęło się zmieniać, a nawet zanikać . Doktor o córkę się troszczył  , zapewnił jej edukację i zaspokoił potrzeby materialne.  Ale nie stać go było na nic ciepłego i wymagał ślepego posłuszeństwa. Czy dziwne jest, że Katarzyna przestała go kochać ?

    Wątek ciotki jest dość humorystyczny, chociaż odsłonięcie obłudy i obraz charakteru, jaki się potem wyłonił, był przerażający.

    Henry James miał brata,  wybitnego psychologa. By może ta znajomość charakterów ludzkich Henry`ego Jamesa była również po części zasługą brata. Trudno powiedzieć.

    „Dom na Placu Waszyngtona” nie jest pierwszą książką H. Jamesa, jaką poznałam. Czytałam wcześniej „Ambasadorów” i „W kleszczach lęku”. Najbardziej podobał mi się jednak „Dom”, był najciekawszy, chociaż oczywiście to kwestia gustu.

6/6

      

    

sobota, 7 lutego 2015

Zygmunt Miłoszewski „Gniew”



  
      Książka ta jest teraz tak powszechnie czytywana , że pisanie dokładne o czym ona jest ,  mija się z celem. Każdy niemal wie, że prokurator Szacki prowadzi śledztwo w związku ze znalezieniem kościotrupa w Olsztynie. Kościotrup okazał się zaś całkiem świeży.  

       Przez dłuższy czas nie miałam wcale zamiaru czytać tej książki, fakt, że jest bestsellerem, był dość odstraszający i spodziewałam się czegoś idiotycznego.  Czytałam kiedyś wywiad z Miłoszewski i jego osoba zrobiła na mnie koszmarne wrażenie, co też zachęcające nie było. Ale rekomendacja koleżanki, do której mam zaufanie jako do czytelnika, zrobiła swoje. Nie czytuję zbyt wiele polskich kryminałów , ale mogę bez wątpienia stwierdzić, że książka ta jest unikalna. Plusów jakie przynosi jej przeczytanie, jest cała masa.

    Miłoszewski jest pisarzem, który  nie zanudza. „Gniew” czyta się bardzo dobrze. Wciąga, nie cały czas, ale w znacznych fragmentach . Zdaniem znajomych prawników , nie ma w niej wpadek i błędów, dotyczących funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości i stosowanych  procedur . Przewijający się w niej temat przemocy domowej jest co prawda opisany w wielu innych książkach, chociażby u Mankella i można mieć już go dosyć, ale opisany jest w taki sposób, że budzi i zainteresowanie i nawet zaangażowanie czytelnika. Dla mnie np. zagadką są kobiety, które coś takiego znoszą , nigdzie nie zgłaszają i nic z tym nie robią.  W książce występuje np. jedna z ofiar przemocy domowej – kobieta, która  jest atrakcyjna, wykształcona, ma swoją pracę i środki finansowe na utrzymanie. Opisuje ona, dlaczego to znosiła. Porównuje sytuację do genu bycia ofiarą, najpierw dziecko ogląda przemoc wobec matki, potem znosi ją samo ze strony ojca, a w dalszej kolejności od męża. Jest to niewytłumaczalne i określane jako coś w rodzaju jednostki chorobowej bycia ofiarą.

    Wszystko to nie jest jednak najważniejsze.  Najciekawsze i najcenniejsze w moim odczuciu jest co innego. Najciekawszy jest opis otaczającej nas rzeczywistości, widzianej głównie oczami  Szackiego, prawdopodobnie alter ego pisarza, chociaż w tym zakresie pewności nie mam  .  Mam na myśli to, że przez cały czas czytania obcuje się niejako z osobą, która jest szalenie ciekawa i której poglądy na wiele spraw są wyjątkowo nietuzinkowe.

    Zacznijmy od zawodu prokuratora, który ani w  mediach, ani wśród polityków nigdy nie ma dobrej passy . W większości filmów tzw. sądowych prokurator jest czarnym charakterem, to on oskarża niewinne osoby. W filmach tych zbawcą świata jest adwokat, broniący niesłusznie oskarżonego , niewinnego człowieka.    Miłoszewski tą sytuację odwrócił i postawił wszystko na właściwym miejscu. To prokurator bowiem narażając się,  walczy z bandytami i chroni nas, normalnych obywateli . Adwokat zaś reprezentuje tych , którzy nas krzywdzą.  Miłoszewski mógłby pójść po najmniejszej linii oporu i dołączyć do nagonki na prokuraturę, ale tego nie zrobił.

     Prokurator Szacki mimochodem przedstawia swój punkt widzenia na masę problemów, a ten punkt widzenia jest  jednocześnie trochę sarkastyczny ale w dużym stopniu prawdziwy.  Przykładowo w telewizji pokazano,    jak myśliwi wydobyli z jakiegoś dołu czy rowu, a może bagna - łosia, który nie mógł się samodzielnie stamtąd wydostać. Szacki uznał, że myśliwi ci zapewne wcześniej tego łosia do tego bagna sami wrzucili, zaraz potem powiadomili telewizję po to, aby pokazać przed kamerą , jak bardzo „kochają” zwierzęta.  W innym fragmencie mowa jest o psychiatrach. Na topie teraz w niektórych kręgach jest chodzenie do psychiatry. Szacki vel Miłoszewski miał odwagę , aby pani psychiatrze powiedzieć wprost, że przedstawiciele jej zawodu są tak bardzo oderwani od rzeczywistości, że nie są w stanie nikomu udzielić żadnej pomocy i że w żadnych psychiatrów on nie wierzy.  Podobne poglądy ma też i na zawód psychologa. W książce jest to oczywiście nieco bardziej rozwinięte.

      W niektórych miejscach Miłoszewski naświetla w sarkastyczny sposób punkt widzenia wielu osób na niektóre sprawy i niekiedy wręcz kpi sobie z niego, sporo jest też humoru,  a nawet czarnego humoru.  Przykładowo - jeden z bohaterów musiał innego zmusić do czegoś.  Nie udawało się tego zrobić prośbą, musiał sięgnąć do szantażu. Zakomunikował szantażowanemu, że może za pośrednictwem innych osób zrobić coś złego jego rodzinie. Wyszczególnił, że żonie  nic nie zrobi, bo przecież „żona to nie rodzina”, i że ma świadomość, że tamten ma ją jako żonę w  d. i że na żonie nikomu nie zależy. Gdy zagroził, że coś stanie się synowi, natychmiast zadziałało.  Jest to kwintesencja poglądów wielu mężczyzn na małżeństwo.

     Nie będę wymieniać enumeratywnie wszystkich takich ciekawych przykładów, każdy może wyłaniać je sobie sam.  Można się z nimi zgadzać, albo nie, ale dają sporo do myślenia.

     Dla mnie książka ta mimo tych niezaprzeczalnych walorów była jednak zbyt drastyczna. Opis zabójstwa jest tak straszny, że trudno mi sobie przypomnieć coś bardziej drastycznego. I cała intryga była trochę zbyt wydumana. Prawdopodobieństwo opisanego przebiegu zdarzeń jest zdecydowanie mniej realne, niż wygrana w totka. Wiele osób zakończenie ocenia jako wyjątkowo zaskakujące. Częściowo tak jest.

5/6

środa, 28 stycznia 2015

Frances Hodgson Burnet „Tajemniczy ogród” – audiobook, czyta Maja Komorowska


Tajemniczy ogród
      
      „Tajemniczy ogród” to najwspanialsza książka mojego dzieciństwa. I czytałam ją parę razy jako osoba dorosła. Wracanie do niej to niemal zmysłowa przyjemność.  O takiej właśnie przyjemności czytania mówili bohaterowie „Klubu Dumas” A. Pereza-Reverte . Właściwie to tylko w dzieciństwie  książkę tą  odbierałam dosłownie, potem chłonęłam ją na zasadzie skojarzeń i symboli . I o dziwo, zawsze w niej coś odkrywałam nowego. I nigdy mi się nie znudziła. I wiem, że z pewnością za jakiś czas sięgnę do niej ponownie. Poziomem książce dorównuje też jego wersja filmowa w reżyserii Agnieszki Holland. Trudno mi sobie wyobrazić bardziej tajemnicze domostwo, niż to z filmu.

   Czym jest tajemniczy ogród? Jest symbolem wyjścia do świata i otwarcia się na niego.  Do pewnego momentu i Colin i Mary byli  od tego świata odwróceni i widzieli w nim tylko albo zło, albo coś niewartego uwagi. Colin był małym hipochondrykiem, leżącym całymi dniami w łóżku i zadręczającym otoczenie napadami histerii. Ojciec od niego uciekał i nikt go nie znosił. Mary w Indiach też była odseparowana od świata i otoczona służbą. Żadne z nich nie miało ani radości życia, ani przyjaciół. Ojciec Colina podróżował po świecie i żył w żałobie po śmierci żony. Gdy dzieci odkryły tajemniczy ogród odkryły radość życia. Znalazły coś,  co cieszy, zaczęły się śmiać i bawić. Każdy dzień zamiast nudy stawał się niespodzianką. Ojciec Colina też odżył, gdy po latach znowu znalazł się w ogrodzie.

     Ogród jest też symbolem czegoś, co daje zarazem  wytchnienie od codzienności i   energię i radość  życia.  Może to być ulubione miejsce, ale niekoniecznie, może to być i ulubione zajęcie i hobby, co kto chce. Każdy ma , lub powinien mieć swój własny tajemniczy ogród.

   Ogród to też symbol uważności i odkrywania tego, co było na wyciągnięcie ręki , a pozostawało niezauważalne lub nawet odrzucone. Ogród został przecież zamknięty 10 lat wcześniej, klucz zakopano, a furtkę zamknięto. Mary odnalazła i klucz i furtkę. I ogród stał się dla niej czymś bardzo ważnym. W nim nauczyła się kochać przyrodę  i ludzi.

    Tych wyliczanek mogłoby być więcej. Książka dodaje sił i zawsze wprowadza w radosny nastrój. Dzieje się tak zawsze.

     Co zaś do audiobooka, to takich zachwytów już we mnie nie wzbudził. Treść książki znam na tyle, że  szybko wychwyciłam, że Komorowska czyta wersję pełną, bez skrótów.  I to jest niewątpliwie plusem.  Ale sposób czytania bywał dla mnie momentami drażniący. Być może to tylko kwestia gustu, ale podczas słuchania audiobooka nie powinno się  jakby mieć świadomości, że to czyta aktor czy lektor. Jest to porównywalne z muzyką filmową. Gdy muzyka jest dobra, to często podczas pierwszego oglądania filmu jej się jakby nie słyszy. Widz nie wie, dlaczego np. czuje grozę, a ta groza narasta. Dopiero podczas kolejnego oglądania patrzy uważniej i wychwytuje już konkretną melodię. Gdy ktoś czyta dobrze, to na sposób czytania uwagi się nie zwraca , wszystko jest w porządku, myśli się jedynie o treści. W tym konkretnym przypadku M. Komorowska mnie często drażniła, chwilami czytała tak, jakby zapoznawała się z książką po raz pierwszy, lub jakby czytała ją po bardzo długiej przerwie. Robiło to niekiedy wrażenie, jakby ktoś czytał tekst w obcym języku i nie rozumiał, o czym jest mowa. Nie była w stanie stworzyć nastroju. Nigdy nie lubiłam M. Komorowskiej i z reguły drażniła mnie w filmach. Tutaj było tak samo.  Właściwie to nabrałam już ochoty na to, aby odsłuchać tą książkę w innej interpretacji.  

4/6

wtorek, 20 stycznia 2015

Charlotte Link „Dom sióstr” – audiobook, czyta Joanna Jeżewska

Obraz znaleziony dla: Dom sióstr

   









 
    Kupiony przypadkowo audiobook okazał się rewelacyjnym czytadłem. Od dobrych kilku lat, kiedy to słucham audiobooków, były 2 przypadki, kiedy to ciężko było mi wychodzić z samochodu i przestać słuchać , dotyczy to „Gry o tron” i właśnie „Domu sióstr.” Nie jest to książka na miarę Nobla czy chociażby innej prestiżowej nagrody literackiej,  ma swoje wady, ale ma też swoje niezaprzeczalne   walory.  Nie do końca jest to kryminał, to bardziej powieść obyczajowa, romans, kryminał też, taka mieszanka. 

    Walory „Domu sióstr” to bez wątpienia szalenie wciągająca akcja. Wszystko zaczyna się od tego, że małżeństwo – Barbara i Ralf , postanowili spędzić święta Bożego Narodzenia tylko we dwoje, na odludziu. Miało to pozwolić odbudować niezbyt udane małżeństwo. Udali się na północ Anglii, gdzie zaraz po przyjeździe  zaczęła się zamieć śnieżna. Kataklizm trwał parę dni, a Barbara przypadkowo znalazła zapiski, właściwie książkę poprzedniej właścicielki posiadłości - Frances Gray. Była to książka autobiograficzna. Wydarzenia z przeszłości przeplatają się w „Domu sióstr”  z wydarzeniami bieżącymi. Na zewnątrz pada śnieg, a Barbara czyta zapiski. Wątek z przeszłości jest  dominujący, ale wydarzenia współczesne dają  odetchnąć raz na jakiś czas od tej właściwej akcji, czyli od życia Frances . We współczesności dzieje się niewiele, cały czas pada śnieg, Barbara czyta , a Ralf wyrusza po żywność. Po tym wątku nie spodziewałam się już niczego, ale na samym końcu na czytelnika czeka olbrzymia niespodzianka. Dzieje się coś absolutnie niespodziewanego i nagłego.

       Odnośnie Frances to kobieta ta przeżyła dwie wojny, działała w ruchu sufrażystek, mieszkała i na prowincji i w Londynie. Wojny, zarówno I i II z perspektywy mieszkańca prowincjonalnej wioski na dalekiej północy Wielkiej Brytanii to coś zupełnie innego , niż w Europie Środkowej. Tam gdzie mieszkała Frances, nie przechodził front, nie było bombardowań. Jeśli  w rodzinie nie było młodych chłopaków, którzy musieliby iść do wojska, wojnę odczuwało się tylko przez to, że były problemy z żywnością. Ale z rodziny Frances młodzi mężczyźni szli na wojnę, a ona nawet przez krótki czas pojechała na front i jako niewykwalifikowana pielęgniarka pomagała w lazarecie.  Opisy ruchu sufrażystek są mało spotykane, a o więzieniu ich i protestach głodowych właściwie nic nie wiedziałam.  Postać Frances jest szalenie ciekawa, to kobieta , która potrafi podobać się mężczyznom, mimo że jest bardzo silna, nie kokietuje ich, jest cały czas sobą i nikogo nie udaje. W książce jest i o Frances i o całej jej rodzinie, o znajomych nawet i o sąsiadach.  

    Najciekawsze są wątki psychologiczne, sfera uczuciowa też pokazana jest interesująco. Frances z siostrą całe życie łączyła specyficzna więź, będąca mieszanką miłości, nienawiści, zazdrości , a uczucia te ewaluowały w zależności od przebiegu wydarzeń. W powieści pojawia się też trup. I żadnych szczegółów dodać nie można, ani kto, kiedy , kogo i dlaczego zabił.  W „Domu sióstr” jest i miłość – w różnych odmianach,  zdrada,  odwaga ,  tchórzostwo, są zarówno wielkie wydarzenia, jak  i małe. Siłą tej książki jest chyba zwyczajność, nie ma w niej nadzwyczajnych zbiegów okoliczność, nie ma kogoś w stylu księcia na białym koniu, który zakochałby się w kopciuszku . Wszystko jest szalenie realistyczne. Frances nie jest ani biednym kopciuszkiem, ani nie jest  bogaczką, urodę ma przeciętną, za to charakter z pewnością  nietuzinkowy.  Wszystko to, co jest opisane o życiu Frances, teoretycznie mogło się zdarzyć.  

      Joanna Jeżewska czyta książkę wyśmienicie. Nie udaje ani dziewczynki, ani starszej kobiety, czyta naturalnie.

   W książce nie ma niczego odkrywczego czy wielkiego, są nawet momenty grafomańskie, szczególnie gdy Barbara zaczyna z Ralfem rozmowy na temat kryzysu ich małżeństwa, ale są to tylko na szczęście momenty.  Rzadko zdarza się jednak, aby książka była napisana tak ciekawie i aby audiobook był tak wyśmienicie czytany .  

5/6

sobota, 17 stycznia 2015

Sophie Hannah „Inicjały zbrodni”




„Wskrzeszanie” Poirot`a w wykonaniu Sophie Hannah okazało się dla mnie wielką klapą. Ta książka nie broni się ani jako  odrębny byt, ani jako naśladownictwo  Agaty Christie.  Rodzina A. Christie wpadła na pomysł, jak na zmarłej prawie 40 lat temu pisarce zarobić jeszcze więcej. Pod znakiem firmowym Agaty Christie, za pełną akceptacją rodziny pisarki,  wydano tandetną podróbkę, czyli kryminał z lat 20-tych z Herculesem Poirot w roli głównej, czyli „Inicjały zbrodni” S. Hannah.

    Poirot rozwiązuje tym razem zagadkę zabójstwa trzech osób, których zwłoki znaleziono w całkiem dobrym  hotelu w centrum miasta.  Okazało się, że wszystkie te osoby przyjechały do hotelu poprzedniego dnia, zamieszkały w różnych pokojach, każdy został znaleziony w innym pokoju hotelowym. Detektywowi pomaga niezbyt rozgarnięty policjant,  Catchpool. W dniu zabójstwa niczego nieświadomy Poirot pił kawę w jednej z kawiarni i był świadkiem niespotykanego zdarzenia, a mianowicie do kawiarni wbiegła niesamowicie zdenerwowana kobieta , Jannie. Po krótkiej rozmowie z Poirotem zakomunikowała mu, że jest w olbrzymim niebezpieczeństwie i że może zostać zamordowana. Detektyw po ujawnieniu zbrodni w hotelu uznał,  że pomiędzy zachowaniem tej kobiety , a tym, co stało się w hotelu, musi być jakiś związek.

         Akcja wraz z biegiem wydarzeń staje się coraz bardziej skomplikowana. Momentami czyta się tą książkę całkiem nieźle, ale często zwłaszcza w drugiej połowie jest zwyczajnie nudna . Nawet sama zagadka zbrodni  staje się mało interesująca. Są oczywiście podobieństwa do Agathy Christie, ale mają one charakter wyłącznie pozorny.  Zasadnicza różnica tkwi w tym, że u Christie w każdej książce jest głębia psychologiczna postaci , pisarka miała niezwykły dar obserwacji charakterów ludzkich i zawsze czegoś ciekawego o różnych zachowaniach można było się dowiedzieć. U S. Hannah  żadnej głębi psychologicznej nie ma. Christie potrafiła opisywać człowieka w kilku zdaniach , po jakimś czasie w kolejnych kilku itd., nie było to nudne,  zawsze opis był celny i wnikliwy, a często opisywała osoby  o skomplikowanych  charakterach i pełne sprzeczności. W „Inicjałach zbrodni” w ogóle nie ma o czymś takim mowy.

         Christie z reguły stawiała na prostotę. Gdy akcja się zawiązywała i dochodziło do zabójstwa wiadomym było,  że sprawcą może być tylko i wyłącznie jedna np. z 5, czy 10 osób przebywających np. w domu czy hotelu czy jeszcze gdzieś indziej. Warunki z reguły są kameralne.  Można było obserwować zachowania tych potencjalnych sprawców , w tym również słyszeć to, co mówią oni wzajemnie o sobie.   I można było snuć domysły, kto i dlaczego mógł to zrobić. Zawsze niemal konieczne było także sięganie do przeszłości, bo często właśnie tam kryły się motywy. Zagadką było kto i dlaczego zabił. A kluczem była osobowość i charakter. Przykładowo w „Kartach na stół” A. Christie  cztery osoby grały w brydża, w rogu pokoju siedział zaś gospodarz domu, jeszcze parę innych osób było w domu. To właśnie gospodarz  został zamordowany. Wiadomo od razu było,  jak zginął. Każdy z graczy kilkakrotnie odchodził od stołu w trakcie gry. Przy szukaniu zabójcy zbadano nawet, jak przebiegała gra, kto był zachowawczy, kto lubił ryzyko.

         U Hannah zabójcą może być jedna z kilkudziesięciu osób, pracowników lub gości hotelowych, o  których nic się nie wie.  Najważniejsze dla niej było skomplikowanie biegu wydarzeń. Już niemal się wydaje, że wiemy, kto i dlaczego to zrobił, okazuje się, że jest inaczej, potem znowu wydaje się, że wiemy i znowu jest inaczej, a potem przestaje nas to interesować. Postacie są średnio wiarygodne psychologicznie. Tak jak i u Christie na koniec wszyscy zbierają się i Poirot wygłasza mowę i oznajmia, kto zabił. W „Inicjałach zbrodni”   są dwie takie mowy, nie ma kameralności, odbywają się one w obecności około 100 osób, w trakcie takiego spotkania detektyw zadaje różne pytania  i nie bierze pod uwagę tego, że ktoś może nie znosić wystąpień publicznych.    Hannah jest przegadana. Dyskusje Poirota z Catchpoolem są strasznie długie , mowy Poirota tez są długie. U Christie dłużyzny nie istnieją. Niezaprzeczalnym plusem jest tylko to, że szczególnie na początku jest kilka ciekawych momentów. I chyba tyle.

       Na okładce „Inicjałów zbrodni” jest informacja, że Hannah przeczytała w ciągu roku wszystkie powieści A. Christie. Powieści tych jest ponad 90. Problem polega na tym, że Hannah nie jest przenikliwa i nie ma wykształconego zmysłu obserwacji, a talent literacki też ma mierny. A rodzina A. Christie chyba nie za bardzo pojęła, na czym polega wielkość jej twórczości, skoro zgodziła się na coś takiego.

2/6

niedziela, 11 stycznia 2015

Arnaldur Indridason „Jezioro”




                 „Jezioro” wciąga, zaskakuje i jeszcze sporo uczy. Jest to szósty tom serii z Erlendurem Sveinssonem autorstwa A. Indridasona.   W książce występują 2 równoległe wątki, współczesny toczący się w Islandii oraz retrospektywny z latach 50-tych , dla odmiany toczący się w Lipsku, czyli w dawnej NRD.  Wydarzenia współczesne koncentrują się na ustalaniu, kim była osoba, której szkielet znaleziono w jeziorze nieopodal Rejakaviku. Wiadomo, że szkielet należał do mężczyzny, mającego w chwili śmierci ok. 40 lat, a w wodzie leżał od lat również około 40.  W czaszce szkieletu widnieje dziura. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że do zwłok przywiązana była radiostacja z napisami w języku rosyjskim.  Policja i komisarz   Erlendur Sveinsson   ustalają, kto w zbliżonym czasie zaginął i odwiedzają rodziny zaginionych, próbując dowiedzieć się jeszcze czegoś nowego . Niezależnie do tego nieznany mężczyzna, Islandczyk, który ewidentnie ma związek ze szkieletem,  snuje wspomnienia o czasach studenckich w Lipsku. Okazało się,  że zarówno on, jak też i jego koledzy studenci , zarówno z Islandii, jak i z innych krajów, byli zafascynowani socjalizmem, służby specjalne bowiem tylko takich dopuszczały do zagranicznych studiów w krajach bloku socjalistycznego. Okazuje się dość szybko, że są też i osoby kontestujące  socjalizm.  Wszędzie, i na uczelni, i w akademikach, czuć oddech Stasi, nie wiadomo, kto donosi, strach jest mówić, co się  myśli.    Oba te wątki – współczesny i ten z lat 50-tych niechybnie zmierzają ku temu, aby się połączyć.

     „Jezioro” jest właściwie  książką o upływie czasu, o niezmienności ludzkich charakterów bez względu na to, czy ktoś ma lat 20 czy 75 , o tym jak ustrój totalitarny mógł na zawsze zniszczyć życie ludzkie, niekoniecznie kogoś uśmiercając . Ludzie, których bliscy zaginęli ,  w zdecydowanej większości żyją tak, jakby czas stanął w miejscu, jakby dramat wydarzył się wczoraj , robią wrażenie zahibernowanych w czymś w rodzaju kapsuły czasowej. Rozważają stale, co mogło się stać. Szalenie ciekawe są te fragmenty książki, kiedy to możemy zobaczyć ,  co dzieje się obecnie  z ludźmi, których wspominał nieznany (do pewnego momentu) mężczyzna.   Okazuje się, że wcale się nie zmienili, kto był kanalią, szedł w tym kierunku, uczciwi pozostali uczciwi itd.  Część ma „wyprany” socjalistycznymi hasłami  mózg już na zawsze. Problem polegał tylko na tym, że   w Lipsku w latach 50-tych trudno było odróżnić przyjaciela od wroga i że wróg przybierał maskę przyjaciela.   Ku mojemu zaskoczeniu Indridasur poradził sobie całkiem dobrze z opisem życia z kraju komunistycznym w latach powojennych. Czytając właśnie o Lipsku czytelnik czuje  coraz bardziej gęstniejąca atmosferę i gubi się w domysłach, kto jest donosicielem Stasi, a kto nie. Opisana jest też sytuacja w Islandii w tym czasie. Z racji bliskości sąsiedztwa ZSRR, wpływ komunizmu na część młodych ludzi był bardzo silny, socjalistyczne hasła były bardzo chwytliwe. Najbardziej zaangażowani i najbardziej pewni mogli nawet wyjechać za granicę na studia do któregoś państw komunistycznych. Co najważniejsze w kryminałach, „Jezioro” mnie zaskoczyło. Przez znaczną cześć książki byłam pewna, kto i przez kogo został zabity. Byłam w błędzie. Zaskoczenie było  pełne.

      Całość optymistyczna nie jest , jest lekko melancholijna, jak zawsze gdy mowa jest o upływającym czasie. Gdy czytałam poprzednie książki Indridasona, odbierałam je jako smutne, a bohaterów jako nieszczęśliwych . Teraz z kolei popatrzyłam na to jeszcze inaczej.  Nasz bohater – Erlendur Sveinsson jest rozwiedziony, ma dorosłe dzieci, córka jest narkomanką a z synem kontakt ma sporadyczny. Jego najbliżsi to koledzy i koleżanki z pracy.  A jego pasja to książki o zaginięciach ludzi, co wiąże się z tym, że w dzieciństwie zaginął bez wieści jego mały braciszek. Całość nie wygląda wesoło, ale jest też druga strona medalu. Jest on wrażliwy, empatyczny, refleksyjny, sumienny  i niczego przed nikim nie musi udawać.  Jest sobą.  Czy taki wariant jest gorszy od życia w zakłamaniu np. w nieudanym małżeństwie? Mimo z pozoru mrocznej tematyki w książce jest też miejsce na humor. 
    Autor, żywiący  wyraźną sympatię do takich osób, jak nasz Erlendur, nie przepada z kolei za rodzinkami przypominającymi reklamy, wszyscy uśmiechnięci, żadnych problemów . Koleżanka Erlendura napisała książkę  i przygotowywała mowę na imprezę promocyjną. Mowę tą kolega Erlendura skomentował tak : „nic śmieszniejszego, niż „gdzie przy stole codziennie zbiera się rodzina, by przeżywać chwile błogiego spokoju” nie mogłaś wymyślić”.  Tu pojawia się też iskierka nadziei dla Erlendura, spotyka się z kobietą, rzadko bo rzadko, ale jednak, wydaje się też , że kontakty z dziećmi mogą leciutko się polepszyć.
    Dla mnie urok miały nawet zwykłe wzmianki o pogodzie, typu narzekanie Erlendura na trwający aż 6 miesięcy dzień i jego tęsknota za odrobiną ciemności. Ale on był wyjątkiem, bo większość postaci ma przez 5 miesięcy nocy depresję.

5/6

wtorek, 6 stycznia 2015

Eryk Ostrowski „Charlotte Bronte i jej siostry śpiące”



      W trakcie słuchania książki „Dziwne losy Jane Eyre”  nurtowało mnie niemal cały czas pytanie, jak to możliwe, że tak młoda autorka, mieszkająca  całe życie w małej wiosce na dalekiej prowincji i bardzo rzadko tą wioskę opuszczająca , słabo wykształcona i mająca niewiele kontaktów z ludźmi, była w stanie napisać  arcydzieło z tak wnikliwymi obserwacjami psychologicznymi ? 
     Książka ta rzeczywiście jest wyjątkowa. W moim odczuciu czytanie biografii ma sens tylko wtedy, gdy autor nie tylko pokazał jak najwięcej faktów o osobie,  osobę o której pisał  , ale gdy potrafił odnaleźć  takie wydarzenia, które są kluczem do osobowości. Czasem mogą to być okoliczności, które były znane, ale nikt nie przywiązywał do nich wagi , wyjątkowo może znaleźć się coś, o czym nikt nie wiedział.  No i powinien jeszcze umieć przedstawić to wszystko w sposób zajmujący, aby czytanie było przyjemnością. „Charlotte Bronte i jej siostry śpiące” właśnie takie są.  

                    Jedna z najciekawszych  kwestii, jakie są poruszone w tej książce,  to autorstwo powieści sióstr Bronte. E. Ostrowski stawia tezę,  że wszystkie książki, których autorstwo przypisuje się siostrom Bronte, w rzeczywistości napisała Charlotte Bronte . Argumentów na poparcie tej tezy jest cała masa i są one przekonujące.  Głosy o tym, że autor jest jeden, pojawiły się już za życia Charlotte, stanowisko takie zaprezentował jej wydawca, twierdząc, że wszystkie rękopisy sporządzone były tym samym charakterem pisma.  We wszystkich książkach występują motywy z życia Charlotty i zawarte są tam poglądy, zgodne z jej światopoglądem. Charlotta była osoba wierzącą, ale jednocześnie była też antyklerykałem i znana była z krytycznego podejścia do wielu zachowań duchowieństwa. Zupełnym przeciwieństwem w tym zakresie była Ann, która była nie tylko wierząca , ale i czująca do duchownych wielki i bezkrytyczny szacunek . Tymczasem w twórczości Ann Bronte zawarte są poglądy wyjątkowo antyklerykalne.   Inny z powodów zabiegu, aby autorstwo przypisać wszystkim siostrom, a nie tylko Charlotte , jest czysto ekonomiczny .  Mianowicie Charlotte była najstarszą z sióstr i czuła się odpowiedzialna za rodzeństwo. Cała rodzina żyła tylko z pensji ojca, w razie gdyby go zabrakło, byłby dramat. W przypadku gdyby pierwsza książka się nie spodobała, wydanie drugiej byłoby sporym problemem, a w sytuacji, gdy książki były teoretycznie innych  autorów, ewentualna klapa jednej pozycji jednego autora, nie obciążała innego autora. Książki wydawane były pod pseudonimami.  Jedynym wyjątkiem od autorstwa tylko Charlotte są „Wichrowe wzgórza”, które najprawdopodobniej  wymyślił brat sióstr. Argumentów jest zdecydowanie więcej i jeżeli ktoś jest zainteresowany, może sobie poczytać.

         W książce jest też cała masa innych ciekawostek co do kwestii życiorysu Charlotte . Na mnie spore wrażenie wywarło porównanie opisu wydarzeń opisywanych przez Charlotte w książkach i potem ich zrealizowanie się w rzeczywistości wiele lat później w jej życiu . Niekoniecznie były to wydarzenia radosne. To spostrzeżenie jest nieco irracjonalne, ale fakty są właśnie takie.  Kiedyś spotkałam się z tezą „o czym myślisz, to zawsze przyciągniesz”, w tym przypadku teza ta się sprawdziła.

        Znalazłam oczywiście odpowiedź na moje pytanie, w jaki sposób prosta dziewczyna mogła napisać arcydzieło.  Poza talentem było rzeczywiście coś jeszcze. Życie Charlotte było koszmarne, pełne nieszczęść, ona sama miała naturę refleksyjną, była typową introwertyczką, ale też znakomitym obserwatorem. Przedwcześnie dojrzała wskutek tragedii rodzinnych nie skupiała się na sobie , była empatyczna. Żyjąc na tzw. prowincji zachowała oryginalność.  Można powiedzieć, że całe życie miała „pod górkę”. W dobrostanie i szczęściu talent chyba nie mógłby się tak rozwinąć.
           Gdy czyta się o tym życiu , niesamowite jest myśleć, jak mimo tych koszmarów, można było zrobić tyle dobrego, właśnie poprzez twórczość. W dramatycznych sytuacjach ludzie reagują różnie, jedni się rozpijają, inni nie są w stanie wiele lat, a czasem i do końca życia się podnieść i pogrążają się w rozpaczy,  inni jeszcze wyżywają się na otoczeniu. Charlotte zamiast tego uciekała w pisanie i wiele pokoleń już na tym korzysta.
5/6  

wtorek, 30 grudnia 2014

Najlepsze książki 2014r.


     Lubię takie zestawienia i podsumowania. W swoim podsumowaniu nie będę robiła podziału na literaturę obcą i polską. Nie będzie także odrębnego zestawienia w zależności od tego, czy jest to powieść czy  reportaż lub biografia itp. Po dłuższym zestawieniu doszłam do wniosku, że biorę pod uwagę książki, które przeczytałam w 2014r. , nawet gdy nie były one nowościami  i nawet gdy zostały wydane 100 lat wcześniej. O miejscu w podsumowaniu decyduje to, jakie wrażenie wywarła na mnie książka.  Z pierwszą trójką miałam jednak spory problem, długo nie mogłam się zdecydować, która pozycja ma być pierwsza, która druga, a która trzecia. Gdy wydawało mi się, że już wszystko mam ustalone,  zmieniałam zdanie i w ramach tej pierwszej trójki następowały przetasowania. Potem okazywało się, że nie są one ostateczne. Znowu zmieniałam.

 1.       Javier Marias „Twoja twarz jutro. Trucizna, cień i pożegnanie”

          Jedna z najlepszych powieści, jakie kiedykolwiek w ogóle przeczytałam. Niespotykana jest głębia psychologiczna postaci, w tomie jest też trochę historii, oczywiście o incydentach z historii mniej znanych.  Ta konkretna książka jest zdecydowanie najlepszą powieścią Mariasa , jaką  przeczytałam, pisał ją w bardzo dojrzałym wieku i to wielkie doświadczenie widać. Z pewnością w przyszłym roku sięgnę po inne książki Mariasa.
 
2.       Charlotte Bronte „Dziwne losy Jane Eyre”

         Jest to powieść, którą w tym roku czytałam po raz drugi i doskonale znam ją z adaptacji filmowych. Za pierwszym razem , gdy czytałam ją kilkanaście lat wcześniej , nie zrozumiałam jej. Dostrzegłam w niej tylko płytki romans . Tym razem było to totalne olśnienie, tak jakby ktoś miał gdzieś pod ręką wielki skarb, patrzyłby na niego stale i dopiero po latach zorientowałby się, jak bardzo wartościowy on jest.  Wbrew pozorom, do tej lektury trzeba dojrzeć. I tak jak w przypadku Mariasa, w 2015r. również sięgnę po inne książki sióstr Bronte. Czytam teraz biografię sióstr, z której wynika, że tak faktycznie pisarką była tylko Charlotte Bronte i to ona jest autorką książek przypisywanych Emily i Ann. Wywód jest bardzo przekonywujący, ale więcej będzie o tym w następnym poście, już w Nowym Roku.

 3.       Piotr Zychowicz „Obłęd 44”

        To jedna z nielicznych książek, która zmieniła w sposób znaczący postrzeganie przeze mnie wydarzeń historycznych i to na zawsze. Zainspirowała mnie do zgłębianie historii, zastanowienia nad nią. Dzięki niej sięgnęłam po Cata- Mackiewicza. Jest to zdecydowanie najbardziej wstrząsająca książka o tematyce historycznej, jaką czytałam. Co paradoksalne, mowa jest w niej o wydarzeniach, o których rzekomo sporo się wie.

 4.       Marcel Proust „W stronę Swanna”

      Refleksyjny tom  nie tylko o dzieciństwie, ale nie tylko właściwie o wszystkim, w tym o kulturze, sztuce, a nawet o zdobywaniu mężczyzny – właśnie tytułowego Swanna przez kobietę.  Nie mogę zapomnieć o tej książce, każdy kto ma choć trochę refleksyjną naturę, będzie zachwycony.  

 5.       B. Dobroch, P.Wilczyński „Broad Peak. Niebo i Piekło”.

        Od dawna nie czytuję reportaży czy tzw. literatury faktu. Powinnam powiedzieć, że nie czytywałam, od czasu przeczytania tej książki znowu zaczęłam takie pozycje czytywać. Jest to wyjątkowy przykład na to, jak bardzo można wgłębić się w temat wałkowany we wszystkich mediach przez wiele miesięcy . Można wgłębić się do tego stopnia, że okazuje się, iż wiedza przekazywana przez media była nie tylko powierzchowna  i wybiórcza, ale też mało ciekawa. Dopiero pod piórem B. Dobrocha i P. Wilczyńskiego stało się jasne, co tak naprawdę zaszło na Broad Peaku. Dodać do tego trzeba  jeszcze   całą masę rozważań na inne, niż góry tematy, typu przyjaźń, lojalność, pasja i in.

 6.       Piotr Zychowicz „Pakt Ribbentrop – Beck”

Ta pozycja różni się trochę sposobem podejścia do tematu od „Obłędu 44”. Nie każdy lubi rozważania w stylu – co by było, gdyby… Ja takie rozważania lubię bardzo. W historii to one dają najwięcej do myślenia. A do takich rozważań wiedza jest wyjątkowo potrzebna.

 
7.       Jane Austin „Duma i uprzedzenie”

        Z Jane Austin było trochę tak, jak z siostrami Bronte. Znałam je z filmów , czytałam jedną pozycję, i jej książki wydawały mi się dość prostaczymi romansami, które na dodatek w ogóle nie są interesujące  , bo zakończenie jest zawsze proste do przewidzenia, tzn. zawsze jest happy end. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na poczucie humoru autorki i na niesamowity zmysł obserwacji.  O ile w „Dziwnych losach Jane Eyre”  opisane było życie nietypowe , pełne dramatycznych sytuacji, o tyle u Austin bohaterowie pokazani są w sytuacjach zwyczajnych i mają dylematy takie, jak niemal każdy. Austin nie dramatyzuje, ale jest kąśliwa, bystra i szalenie inteligentna.

 8.     E. M. Remarque "trzej towarzysze"

 9.       Piotr Zychowicz – „Opcja niemiecka”

       Rok 2014r. należy do Zychowicza, wydawało mi się, że po lekturze poprzednich jego książek nie będzie już w stanie mnie niczym zaskoczyć. Ale zaskoczył. Jego rozważania mogą początkowo wydawać się szokujące, w naszej świadomości ktoś, kto w czasie wojny współpracował z Niemcami jawi się jako ktoś skrajnie obrzydliwy. Okazuje się, że nie wszystko jest takie czarno – białe.

 10.   Stanisław Mackiewicz – Cat „Stanisław – August”

       Mackiewicz – Cat to kolejne odkrycie, sylwetka Stanisława Augusta nigdy mnie nie pociągała, ale jego osoba i czasy, w których żył zostały opisane tak barwnie,  że nie sposób się tym nie zainteresować. Autor pokazuje, że to, co uważaliśmy za białe może być czarne i odwrotnie. Pokazuje, jak inaczej i wnikliwiej można patrzeć na historię.

     Zastanawiałam się, czy brać pod uwagę „Rozważania biblijne” ks. Bp. J. Życińskiego, które wywarły na mnie olbrzymie wrażenie . Ale doszłam do wniosku, te rozważania o Piśmie Świętym  i innego rodzaju literatura są czymś, co jest nieporównywalne.

    Generalnie miniony rok pod względem  przeczytanych książek był wyjątkowo udany, odkryłam Zychowicza, Prousta, Cata-Mackiewicza, na nowo odkryłam Charlotte Bronte, Jane Austin.

 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Stanisław Mackiewicz – Cat „Stanisław August” - audiobook, czyta Andrzej Piszczatowski

Okładka produktu


    Nazwisko Mackiewicz – Cat jest już legendą.  Stanisław August  Poniatowski nigdy nie był dla mnie postacią godną uwagi, a moja wiedza na jego temat miała charakter wyłącznie szkolny. Po odsłuchaniu książki  muszę przyznać, że Mackiewicz – Cat to rzeczywiście niesamowita wnikliwość, zdolność podążania za prawdą wbrew powszechnie panującym poglądom i wyjątkowo szerokie spojrzenie. Po tej lekturze nie tylko  moja wiedza uległa poszerzeniu, ale w ogóle inaczej spojrzałam na całą epokę i trochę inaczej postrzegam ją w kontekście całych dziejów.   Nie jest to książka łatwa , nie ma w niej rozdziałów lekkich. Jest oczywiście mowa o młodzieńczym romansie Stanisława Augusta  z carycą  Katarzyną, ale autor pisze o tym tylko dlatego, że romans ten miał gigantyczny wpływ na życie Augusta , a tym samym wpłynął na losy całego państwa.  Nie ma za to w ogóle mowy o innych romansach, jest o nich tylko enigmatycznie wspomniane. Nie jest tak samo zbyt rozbudowany wątek prywatny , np. kwestia zainteresowań Augusta, sposobu spędzania wolnego czasu , nie wiadomo, z kim się przyjaźnił i czy w ogóle miał przyjaciół, nie wiadomo, czy miał nałogi i jakie. We współczesnych biografiach wątki , nazwijmy to plotkarskie , są mocno rozbudowane  i pierwszy chyba raz spotykam się z książką, gdzie tego właściwie nie ma. Nie wiem, czy tak się pisało w latach 50-tych, czy to element charakterystyczny autora, pewnie i to i to.  Myślę, że gdyby było więcej tego rodzaju lżejszych informacji, książka nie tylko nie straciłaby,  a mogłaby zyskać większą ilość czytelników.  Bez tego jednak też jest wyjątkowa .
         Streszczanie książki pozbawione jest w tym przypadku sensu. Wskażę natomiast tylko kilka przykładów spojrzenia Mackiewicza – Cata na różne aspekty wydarzeń.  Ciekawe jest również to, że autor nie kryje swoich poglądów, sympatii i antypatii, ale przytacza jeszcze opinie innych historyków, nie zawsze zgodne ze swoimi . 

             Generalnie rzecz biorąc autor uważa, że nasz ostatni król był postacią wyjątkową , który zrobił co w jego mocy, aby nie dopuścić do rozbiorów. Słabość i  chwiejność prezentował   w okresie młodości, potem zaś wyrósł na prawdziwego męża stanu. To zaś, co się stało, jest wynikiem częściowo warcholstwa poprzedniego stulecia, a częściowo postawy reprezentowanej przez  współczesną mu szlachtę i magnaterię. Autor stawia tezę, że znaczna część szlachty i magnaterii żyła jeszcze mentalnie w poprzedniej epoce , gdzie królowie Sasi  byli tylko figurantami, którzy do niczego się nie wtrącali, a bieg wydarzeń wynikał w dużej mierze z przypadków i konfiguracji międzynarodowych. Król, który chciał rządzić, miał swoją wizję, był dla nich nie do przyjęcia i stąd też w czasie rządów Stanisława Augusta wielokrotnie udawali się do Katarzyny z petycjami, aby broniła ich przez królem. Katarzyna nie musiała więc długo szukać pretekstów, aby coraz bardziej ingerować się w nasze sprawy. Uzależnienie kraju od Katarzyny było porównywalne do uzależnienia PRL-u od ZSRR. Wbrew pozorom, tempo reform nie działało na nasza korzyść. Przede wszystkim większa część społeczeństwa na takie reformy nie była gotowa, a próby wzmacniania naszego państwa wzmagały coraz większą czujność państw zaborczych. Przykładowo zmiana ustroju państwa i zrównanie w prawach szlachty i mieszczan wzbudziło  gigantyczny opór w szeregach szlachty ,  wzmogło nienawiść do króla i było jedną z przyczyn zawiązania p-ko królowi konfederacji targowickiej. Podziały w społeczeństwie , osłabienie pozycji króla,  ułatwiły działanie zaborcom.  Autor i niektórzy inni historycy sugerowali reformowanie państwa w nieco wolniejszym tempie, a w przypadku niektórych reform, wg nich  nawet rezygnacja na jakiś , byłyby lepszym pomysłem.  W dużym stopniu w pewnym okresie takie stanowisko prezentował właśnie Stanisław August, z tego też powodu przylgnęła do niego łatka, że jest prorosyjski . 

          Mackiewicz – Cat sporo czasu też poświęcił analizowaniu sytuacji międzynarodowej, wskazywał idealne momenty, kiedy mieliśmy szansę na pewne uniezależnianie się od Rosji.  Rosja prowadziła przecież wojnę z Turcją i ze Szwecją, Katarzyna dbała bardzo, aby nie prowadzić dwóch wojen jednocześnie na dwóch frontach, właśnie te miesiące czy lata, gdy zajęta była wojnami, można było wykorzystać, co oczywiście nie zostało zrobione, bo byliśmy wówczas zajęci wewnętrznymi kłótniami. Szalenie krytycznie autor odniósł się też do wybuchu powstania kościuszkowskiego, walka w tym samym czasie p-ko dwóm tak potężnym państwom skazana była z góry na klęskę.  Zamiłowanie do skazanych z góry na klęskę zbrojnych zrywów Mackiewicz – Cat  również uważa za fatalną narodową cechę. Zaskakujący był też dla mnie rozdział , gdzie porównywane były dane dotyczące różnych państw europejskich, powierzchnia, liczba ludności, poziom życia i osiągnięcia tego kraju, co oczywiście tez się zmieniało. Prusy przykładowo do największych nie należały, a potęgę zawdzięczały głównie sposobom rządów.

      Autor wypowiada też całą masę uwag natury ogólnej, przykładowo gdy mowa jest o liberum veto, które było skrajnie idiotycznym instrumentem  i doprowadziło nas do zguby, stwierdza, że właściwie spora część światłej szlachty miała świadomość tego idiotyzmu. Ale nikt głośno tego nie chciał powiedzieć, aby nie narazić się na ataki ze strony tępych warchołów. I Mackiewicz – Cat   konkluduje, że z reguły u nas brak jest ludzi , mających cywilną odwagę, którzy byliby  w stanie sprzeciwić się ogółowi i którzy gotowi byliby w obronie słusznych poglądów narazić się nawet na ostracyzm.   I nie dotyczy to tylko liberum veto czy powstań narodowych .     
   6/6

czwartek, 18 grudnia 2014

Vincent Severski „Nieśmiertelni”



Czarna Owca 2014

         Dawno nie czytałam tak świetnie napisanej książki sensacyjnej ( poza poprzednimi tomami, napisanymi przez Severskiego). Uwielbiam, gdy czytam i jestem w stanie całkowicie wyłączyć się z otaczającej rzeczywistości. W trakcie tego czytania w niektórych momentach z trudem powstrzymywałam się od spojrzenia na koniec książki i sprawdzenia, jak to się wszystko skończyło. Sprawdzałam tylko niekiedy, jak skończy się rozdział, musiałam wiedzieć, czy wszyscy przeżyją. Nie cała książka jest tak bardzo trzymająca czytelnika w napięciu.  Są też i wolniejsze fragmenty, szczególnie początek, gdzie akcja się zawiązuje.  Ciekawy jest sposób narracji, w całości jest kilka wątków, każdy początkowo rozgrywa się w innym miejscu, tj. Polsce, Szwecji, Rosji, Czeczenii i Iranie . Potem dopiero wątki te zaczynają się łączyć ze sobą. Każdy rozdział to inny wątek.

     Niezależnie od przebiegu wydarzeń, bardzo sprawnie opisanych, nie tylko akcja jest atutem tej książki. Podstawowy atut dla mnie wynika z faktu, że autor pracował  w wywiadzie. Wie, o czym pisze. Z książki dowiedzieć się można całej masy informacji właśnie o pracy wywiadu, sposobach działania, o nielegałach, agenturze i całej masie innych rzeczy, w tym chociażby niekompetencji szefów.   

        W „Nieśmiertelnych”  praca oficerów jest odmitologizowana, pokazane są różne koszmarne jej aspekty. Przykładowo gdy w Teheranie polska ekipa znalazła się w olbrzymich tarapatach, musiała znaleźć schronienie. Każdy udzielający tego schronienia narażał się oczywiście  w razie wpadki na śmierć. Ostatecznie takie schronienie zostało znalezione w prywatnym domu jednego z teherańczyków, który przyjaźnił się z jednym z naszych oficerów. Określenie „przyjaźnił się”   jest trochę na wyrost, bo nie miał pojęcia, czym tak naprawdę jego „przyjaciel” się zajmował.  Dwóch naszych oficerów uzyskało od tego tubylca obietnicę, że im pomoże i pozwoli im zanocować u siebie. Oficerowie nie informując wcześniej „przyjaciela” przyprowadzili do niego całą ekipę uzbrojonych szpiegów, bardzo intensywnie poszukiwaną przez miejscowe służby specjalne. Oficerowi wchodząc do mieszkania Irańczyka wiedzieli, że jeżeli  nie dostosuje się do ich poleceń lub zechce ich wyrzucić, będą musieli go zabić. Ten opis rzekomej akcji w Teheranie to to oczywiście literacka fikcja, ale oczywiste jest to, że podobna sytuacja mogła się zdarzyć w innym czasie i w innym miejscu.  

     Kolejny równie makabryczny aspekt takiej pracy pokazany jest też w innym wątku. Oficerowie innej służby wykonywali inną misję, również z narażeniem życia. Jak się okazało ta ich „misja” była efektem gierek personalnych w wywiadzie i służyć miała jedynie takim gierkom, bo gdyby ich zadanie się powiodło , musiałyby nastąpić spore roszady na wysokich stołkach. Nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, że misja ta była szalenie niebezpieczna. Mówiąc wprost, ludzkie życie narażane było tylko i wyłącznie po to, aby ktoś mógł załatwić swój interes. I podobnie jak w poprzednim przykładzie, sytuacja taka też przecież mogła mieć miejsce i to nie jeden raz.

      Porażający był dla mnie też ten fragment książki, gdy okazało  się że jeden z bardzo zasłużonych oficerów od dłuższego czasu działał na rzecz obcego wywiadu. Nie mieli o tym pojęcia ani bliżsi czy dalsi współpracownicy, ani żona. Severski opisuje reakcje ludzi, gdy prawda wyszła na jaw. Żona zorientowała się , że spędziła życie z obcym człowiekiem, z tego co pamiętam, to nie dowiedziała z kolei , że mężuś miał też kochankę, co w tej sytuacji nie miało już większego znaczenia.  Reakcje ludzi na tą wiadomość są porażające, żona znalazła się niemal na granicy szaleństwa. Opisy tych zachowań, w tym oczywiście rozterek tego podwójnego agenta,  są naprawdę bardzo dobrze skonstruowane i niesamowicie interesujące z psychologicznego punktu widzenia. Przy tym wątku właśnie zaczęłam spoglądać na końcówki rozdziałów.

      Różnych mocno szokujących przykładów jest w książce cała masa. Praca szpiega jawi się jako coś odstraszającego , wyjątkowo brudnego i niejednokrotnie służącego do załatwiania różnych porachunków.   

   Nie wszystko jest idealne, nie podobało mi się chociażby przedstawianie głównych polskich bohaterów, Konrada i Sary jako niemal ideałów. Kilka sytuacji wydało mi się w ogóle niemożliwych i naciągniętych.  Uśmiercenie kilku osób przy tytule „Nieśmiertelni” nie powinno mieć miejsca.  To są jednak  drobiazgi.

   Streszczanie zaś przebiegu akcji jest moim zdaniem pozbawione sensu, wystarczy zasygnalizowanie i każdy czytelnik będzie wiedział, czy tego typu literatura go interesuje , czy nie. Akcja jest bardzo zawiła, przypomina trochę rosyjskie matrioszki, gdy się ja otwiera w środku jest jedna, w niej druga, w tamtej trzecia itd.   Ta zawiłość jest w pełni widoczna dopiero pod koniec, gdy wątki zaczynają się rozwiązywać i wszystko się wyjaśnia.  Wątek polski z początku sprowadzał się do tego, że ekipa oficerów  wywiadu  wyruszyła do Bagdadu z zadaniem, czy Iran nie prowadzi badań nad bronią atomową, mieli oni informacje, że takie prace są w toku. Wiedzieli gdzie, a zadanie polegało na udokumentowaniu tych prac. Wszystko z biegiem czasu zaczęło się komplikować . Ekipa ta miała na miejscu gotowych do współpracy dwóch innych oficerów, nielgałów, którzy od jakiegoś czasu w Teheranie mieszkali, udawali  tam kogoś zupełnie innego.  Wątek czeczeński zaczynał się od wyjazdu 5 oficerów rosyjskich  z Moskwy z misją przechwycenia cennej skrzynki, ukrywanej na Kaukazie. A wątek szwedzki rozpoczynał się z kolei od zabójstwa 4 osób i od zniknięcia szwedzkiego oficera wywiadu. W miarę upływu czasu wszystkie wydarzenia zaczęły się komplikować.

     Mam nadzieje, że autor  napisze jeszcze inne książki, nie miałabym nic przeciwko kontynuacji.
5/6

     

niedziela, 14 grudnia 2014

Izaak Babel „Opowiadania Odeskie” – audiobook, czyta Robert Gonera


Opowiadania odeskie - Izaak Babel | okładka

          Opowiadania nie spodobały mi się w ogóle. Dla niektórych zabrzmi to jak herezja, ale gdy leciał audiobook, byłam znudzona i czekałam, kiedy się skończy. Liczyłam na to, że może kolejne opowiadanie będzie ciekawsze od poprzedniego, ale niestety, żadne nie było w stanie mnie zaciekawić. W takich sytuacjach przychodzą mi często do głowy myśli, czy to ze mną jest coś nie tak, czy odwrotnie, coś nie tak jest z krytykami lub osobami, które zachwycają się takim dziełem. Zdarza się przecież niejednokrotnie tak, że w określonych środowiskach panuje na coś moda , abstrahując całkowicie od Babla, a narodowość, wyznanie,  orientacja seksualna czy poglądy polityczne lub inne , mogą w pewnych kręgach bardzo pomagać , a w innym dyskwalifikować daną osobę, bez względu na artystyczne wartości tworzonego przez nią dzieła.  Czasem trudno jest się w tym wszystkim połapać i można wpaść w pułapkę, np. można zacząć czytywać kogoś wypromowanego sztucznie i tracić na niego czas.  Można też być do kogoś uprzedzonym i wówczas zachwycanie się jego pracą, też nie jest możliwe. W tym przypadku świadomość, że Babel walczył z Polakami w wojnie z 1920r. i to , że walczył jako  czekista, może trochę od niego odstraszać.  Czasem takie uprzedzenia, rozumiane  w szerszym kontekście, niezwiązanym z Bablem, doprowadzają do tego, że sporo się traci , warto więc czasem się przełamać i chociaż spróbować.

         Sądzę, że w tym przypadku może mieć miejsce jeszcze inny wariant,  trzeci, pośredni. Wszystko jest w porządku i z tymi, którym „Opowiadania” się podobają i z tymi, którym się nie podobają. Każdy lubi co innego , jeden lubi góry , inny morze, jeden lubi lato, inny zimę, ktoś lubi fantasy, inny nie znosi itp.  Czy jest sens zmuszać się na siłę do smakowania czegoś, na co nie ma się ochoty? Raz na jakiś czas warto może spróbować .  W tym przypadku próba zakończyła się fiaskiem. Tematyka opowiadań nie była w stanie mnie zainteresować. Miałam spory problem, żeby skupić się na słuchaniu.  

         Same opowiadania sensu stricto, mówią o życiu lokalnej, żydowskiej społeczności w latach 20-tych w Odessie.  Zdarza się, że ta sama osoba w różnych kontekstach przewija się w kilku opowiadaniach. Są tam historie rodzinne, pozbawione całkowicie politycznego kontekstu, np. o kobiecie która z uwagi na sytuację materialną miała problem ze znalezieniem męża. Ale są też  takie, w których mowa jest o pewnych wydarzeniach historycznych, np. o pogromie na Żydach, widzianym oczami dziecka.  To ostatnie było dla mnie chyba najbardziej przejmujące. W zdecydowanej większości są to opowiadania  pełne smutku i goryczy. Są totalnie dołujące.

       Gonera czyta świetnie, nie za szybko, nie za wolno , za to wyraźnie . Czyta jak ktoś obiektywny, z boku. Ale to nic pomogło.

2/6