poniedziałek, 2 grudnia 2013

Grudzień


        Grudzień jest wyjątkowym miesiącem. Długie wieczory ,  zbliżające się Święta i Nowy Rok  mają w sobie coś magicznego i nastrajającego do czytania .  Ale jest to w moim przypadku czytanie  inne niż zazwyczaj, z domieszką czegoś magicznego.  

      Zaczęło się od rozmowy z moim kolegą, ojcem trójki dzieci, który powiedział mi, że sam  jako dziecko uwielbiał „Dzieci z Bulerbyn”.  Tak bardzo książka ta mu się podobała, że od dobrych kilku lat, czyta ją sobie co roku i to przed Bożym Narodzeniem. Najpierw czytał ją dzieciom, a gdy one nauczyły się czytać, czyta ją właśnie sobie. Ja już tego nie pamiętam, ale Marek mówił mi, że cały czas uważa za szczególnie urocze opisy przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia i że to głównie z tego względu stale do tej książki wraca.  Wydało mi się to w pierwszym momencie trochę zabawne, ale bardzo krótko, bo szybko uświadomiłam sobie, że też mam swoje ulubione lektury właśnie w tym okresie czasu .

      Jestem maniaczką „Opowieści wigilijnej”   Dickensa, jest to miłość od pierwszego wejrzenia, od kiedy tylko pierwszy raz przeczytałam tą książkę, czasem co roku, czasem co 2, 3 lata w okolicach Bożego Narodzenia albo ją czytam, albo oglądam film. Określenie powieść jest w tym przypadku trochę na wyrost, to przecież takie długie opowiadanie.  W tym roku zakupiłam „Opowieść wigilijną” jako plik mp3 i w najbliższym czasie zamierzam ją odsłuchać . Ale „Opowieść” i to, dlaczego tak bardzo mi się podoba, zasługuje na odrębnego posta.
Opowieść wigilijna - Charles Dickens

  Inną moją miłością świąteczno – grudniową jest    „Dziadek do orzechów”, kocham tą muzykę i kocham ten balet, bez względu na wykonawców. Mam kilka spektakli „Dziadka” – baletu na dvd. W tym przypadku również ostatnio zobaczyłam, że na stronach audioteki dostępny jest „Dziadek” tzn. tekst E. Hoffmanna jako plik mp3 i też go zakupiłam. Też napiszę o nim oddzielnie.
http://www.youtube.com/watch?v=DCL5uCuHKBU
     Poza tymi pozycjami czytam oczywiście   i inne rzeczy, długie wieczory szczególnie nastrajają mnie do czytania, ale „Opowieść” i „Dziadek” są wyjątkowe i nie za bardzo wyobrażam sobie, abym zajmowała się nimi kiedy indziej, niż właśnie w grudniu.   Może z biegiem czasu napotkam na   jeszcze coś innego i włączę kolejną pozycję do grudniowego czytania  , ale na razie niczego takiego nie widzę. Po opowieści Marka pomyślałam nawet, aby kiedyś sięgnąć po „Dzieci z Bulerbyn”  i być może kiedyś tak zrobię, teraz jestem zafascynowana nowymi plikami mp3 z „Opowieścią” i z „Dziadkiem”. Dziadek do orzechów i Król Myszy - Ernst Theodor Amadeus Hoffmann

    Z Bożym Narodzeniem kojarzą mi się też nieodmiennie filmy, a  w jednym z nich obłędny widok księgarni na Manhattanie , przepięknie  udekorowanej na Boże Narodzenie. Piszę oczywiście o „Masz wiadomość”, w tym filmie Kathleen odziedziczyła piękną, mała księgarnię, której byt został zagrożony przez sąsiedztwo księgarni – giganta . Cała historia z filmu jest oczywiście szalenie ciekawa, mamy romans z internetu z happy endem   , a w tle duża i mała księgarnia. Pomimo, że kupuję książki głównie przez internet, jeżeli zobaczyłabym właśnie taką księgarnię, z pewnością kupowałabym właśnie tam, nawet dopłacając. I tam kupowałabym prezenty na Boże Narodzenie. Czytałam , że wnętrza księgarni z filmu wzorowane były na autentycznej księgarni.

   I kolejna książka i film , „Rebeka”, która też nieodmiennie kojarzy mi się z atmosferą Świąt. Dawno temu, gdy byłam dzieckiem,  wszyscy w domu w jedną w wigilii oglądaliśmy „Rebekę” .  O tym, że była to „Rebeka” Hitchcocka dowiedziałam Judith Anderson i Joan Fontaine w scenie z filmusię znacznie później.
    Wywarła na mnie tak wielkie wrażenie, że kilka scen pamiętam z perspektywy dziecka do dziś. Jest to historia młodej, biednej  dziewczyny, która wyszła za mąż za szalenie bogatego wdowca. Gdy z nim zamieszkała dowiedziała się, że jest on najprawdopodobniej cały czas zakochany w swojej pierwszej żonie, Rebece, która zmarła w niejasnych okolicznościach . Brzmi to banalnie, wiem, ale jest   to niesamowita historia, pełna różnych zwrotów akcji. Rebeka nie pojawia się w filmie ani razu, ale i tak jest niemal główną bohaterką. Oglądałam potem film kilka razy i za każdym razem, gdy go oglądam ,  uważam go za arcydzieło. Niektóre ze scen były obłędne, np. ostatnia z pożarem domu, albo gdy główna bohaterka nieświadomie przebrała się na  bal maskowy w strój Rebeki. Oczywiste jest, że sięgnęłam po książkę.
Rebeka - Daphne du Maurier
Pierwszego zdania nie da się zapomnieć : „Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley”. Książka Daphne de Maurier arcydziełem nie jest, ale czyta się ją lekko i ni jest zła , chociaż porównania z filmem nie wytrzymuje . W literaturze fascynujące jest właśnie to, że nawet na podstawie średnich książek można nakręcić coś wielkiego. I wystarczy, że w książce jest chociaż jedna rozmowa, czy opis, który potrafi zainspirować i właśnie dla nich niekiedy warto tą pozycję przeczytać.  Dobrze, że Hitchcock czytywał nie tylko wielkie dzieła… A „Rebeki” nie potrafię oglądać, nie wracając pamięcią do tamtej wigilii, gdy widziałam ją po raz pierwszy.

środa, 27 listopada 2013

Isabelle Smadja „Władca pierścieni albo kuszenie zła”


Tolkien in the 1940s
         Jako fanka „Władcy pierścieni” kupiłam kiedyś  „Władcę  pierścieni albo kuszenie zła”, swoim zwyczajem położyłam książkę na półce. No i nadszedł właśnie na nią czas.  Kupując ja spodziewałam się ciekawego spojrzenia na „Władcę pierścieni” i liczyłam na to, że może dowiem się o czymś, na co do tej pory nie zwróciłam uwagi . Niestety, książka jest kolejnym rozczarowaniem i to totalnym.  Miałam wrażenie, że autorka, mimo bogatej bibliografii i licznych przypisów,  nie ma zielonego pojęcia o czym pisze. 
    Smadja sporo pisze o symbolach, mitach, odwołuje się do różnych innych dzieł literackich i do różnych prądów filozoficznych. Ale konkluzje, do jakich dochodzi w wyniku tych analiz, są porażająco idiotyczne.  Nie będę ich porządkować, napiszę w kolejności takiej, jaka zapamiętałam, czyli od najbardziej  idiotycznych pomysłów. „Tolkien zafascynowany jest destrukcją  , śmiercią i podbojem”, a jego dzieło „uprawomacnia to zafascynowanie” . „Władca” jest pochwałą nierówności społecznych, rasizmu i homoseksualizmu. Autor zaś występuje przeciwko równouprawnieniu płci i przeciwko postępowi.    Golum to nie morderca, który zabił z chciwości, tylko symbol człowieka ludu, który jest ciemiężony przez inne warstwy społeczne itd. itp.  Autorka porównuje przy tym „Władcę” z innymi wielkimi dziełami  , np. „Odyseją”, z mitami in. Wszystkie porównania wypadają oczywiście na niekorzyść „Władcy” .  Autorka nie ma pojęcia o podstawach chrześcijaństwa, nie widzi żadnych analogii.

      Nie podobało mi się w tej książce nic i nawet szkoda mi czasu na to, aby polemizować z jej tezami. Usiłowałam znaleźć autorkę w googlach i zorientować się, kto to jest. W wydaniu Bellony z 2004r. nie ma o niej zbyt wiele , tyle tylko, że to "francuska autorka młodego pokolenia" , "doktor estetyki i filozofii".  Znalazłam w goglach co nieco , ale trudno było ustalić, czy informacje dotyczą właśnie tej autorki.  Z pewnością książka po raz pierwszy została wydana w j. francuskim. Może to zazdrość Francuzów , że Tolkien był Anglikiem?

      Ostatnimi czasy modne zrobiły się różne idiotyczne interpretacje różnych dzieł. Są one pisane w podobny deseń. Czytałam jakiś czas temu o interpretacji „Kamieni na szaniec” w wykonaniu nieznanej mi kobiety.  Z tego co zapamiętałam, to chyba miała jakiś tytuł naukowy. Doszła do wniosku , że „Kamienie na szaniec” to książka o homoseksualistach .  Coś takiego jak przyjaźń pomiędzy osobami tej samej płci nie istnieje, a jeżeli ktoś robi wobec innej osoby coś szlachetnego, to może wynikać wyłącznie z faktu, że chce się z tym kimś przespać.  To są już opary absurdu.

   Gdy odnalazłam tą książkę na półce, nie byłam pewna, dlaczego nie zaczęłam jej czytać od razu. Teraz zaś w trakcie lektury zauważyłam oznaki, że te parę lat temu, zaczęłam jednak ją czytać, na początkowych stronach postawiałam pytajniki i podkreślałam różne dziwne rzeczy. I najwyraźniej nie miałam ochoty na  czytanie do końca. Teraz się zawzięłam i dotrwałam do końca, książka gruba nie jest, tyle tylko, że czytać jej nie było warto.

   Zabiorę się w najbliższym czasie za „Listy Tolkiena”, które czekają na swoją kolejkę. Chciałam być bliżej bohaterów „Władcy” , ale się nie udało. Dzięki „Listom” na pewno się uda.

czwartek, 21 listopada 2013

John le Carre “Subtelna prawda”

Subtelna prawda - John Le Carré

  
      Zacznę  od końca. Właśnie  pod koniec książki ,  Toby, główny bohater rozważa przebieg wydarzeń wokół siebie. „Zaplątał się w spór z ze wzniosłym stwierdzeniem Fryderyka Schillera , iż z głupotą sami bogowie walczą nadaremno („Dziewica orleańska”). Nie o to chodzi, uznał Toby, i nie ma wymówki dla nikogo, czy to bóg, czy człowiek . To, z czym bogowie i wszyscy rozsądni ludzie walczą nadaremno, to wale nie głupota.  To czysta, bezsensowna, cholerna obojętność na wszelki interes, poza własnym”.  

       Uwielbiam le Carre`a. Za mądrość , brak naiwności i właśnie takie rozważania, za wartką, inteligentna akcję i głębię psychologiczną jego powieści.  Chociaż jest on już starszym panem, podoba mi się on z wyglądu, ze swoim  wyjątkowo bystrym spojrzeniem.

 
    „Subtelna prawda” nie jest oczywiście pierwszą książką le Carre`a, jaką przeczytałam. Zaczęło się od „Wiernego ogrodnika” , potem przeczytałam jeszcze kilka wcześniejszych dzieł. Najnowsze dzieło moim zdaniem nie odbiega od poziomu wsześniejszych, a to, która pozycja  jest najlepsza , to  kwestia gustu. Wydaje mi się, że zdecydowanie najlepsze to właśnie „Wierny ogrodnik” i „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”. Ale ta ostatnia pozycja, to może podobała mi się aż tak bardzo dzięki genialnemu filmowi „Szpieg” T. Alfredsona. Może „Subtelną prawdę” też ktoś kiedyś sfilmuje.  
      Zacznę jednak od początku. Toby Bell, będąc sekretarzem brytyjskiego Ministra Spraw Zagranicznych zorientował się, że minister zorganizował w Giblartarze nie do końca legalną, tajną operację „Fauna i Flora”  . Po trzech latach dowiedział się, ze najprawdopodobniej podczas realizowania  tej operacji zginęła niewinna kobieta i dziecko, a cała sprawa została zatuszowana. Żołnierz zaś, który  dowodził tą operacją, został wyrzucony z wojska i jako jedyny poniósł konsekwencje  całego przedsięwzięcia.
    W operację zamieszany był też Christopher Probyn, dyplomata w starszym wieku, nazywany przez Tobiego nielotem. Określenie nielot wzięło się od niezbyt wysokiego poziomu inteligencji    Christphera,  występującego też pod pseudonimem „Paul”. I Christpher i Toby staną przed dylematem,   czy upublicznić okoliczności i przebieg akcji.
   Książka początkowo ma charakter sensacyjny, potem zaś staje się powieścią psychologiczną. I na początku i pod koniec akcja toczy się wartko. Mnie chyba najbardziej podobały się aspekty psychologiczne. W aspekcie sensacyjnym już od początku wiadomym jest , że za całą sprawą stoi  wielka, prywatna firma, która   zatrudnia byłych wojskowych i byłych dyplomatów, współpracuje z wojskiem i najemnikami, zajmuje się czymś, co nazwałabym jako uzyskiwanie własnych danych wywiadowczych i w końcu przeprowadza tez akcje militarne. W „Subtelnej prawdzie” pokazane jest, że i dane wywiadowcze i sam   sposób prowadzenia operacji militarnych przez prywatną firmę , pozostawia wiele do życzenia. No i najważniejsze jest to, że firma taka działa jedynie w swoim własnym interesie.  Na jej czele stoi niejaki Crispin, skompromitowany, były  dyplomata. W razie potrzeby firma ta dysponuje ludźmi od mokrej roboty, niemal każdego może przekupić. Jak to mówił jeden z bohaterów, prowadzi się już „prywatne wojenki”. Właśnie przy pomocy takich firm.  
       Podczas czytania myślałam sobie, ze dobrze, że u nas nie ma żadnych takich pomysłów, wojsko reprezentuje cały czas państwo i przez nie jest utrzymywane. Ale po namyśle przypomniałam sobie, ze kiedyś w telewizji pokazywali, jak to nasze wojsko, tzn. koszary i in. tereny wojskowe są ochraniane przez prywatne firmy ochroniarskie. Może więc jest to pierwszy krok do prywatnych armii? Nie chciałabym, aby wojsko uległo prywatyzacji, ale le Carre jest wyjątkowo przenikliwy. Dopóki nie przeczytałam „Wiernego ogrodnika”, nie miałam świadomości, jak wielką potęga są firmy farmaceutyczne i jak olbrzymim kapitałem dysponują. Dopiero po „Ogrodniku” zaczęłam zwracać na tego typu kwestie większą uwagę. No i le Carre miał całkowita rację. Z roku na rok firmom farmaceutycznym wiedzie się  coraz lepiej.    
    Aspekty psychologiczne z kolei też są szalenie ciekawe. Główny problem to dylemat Tobbiego, czy narażać swoja karierę , a właściwie ją zaprzepaścić i powiedzieć prawdę czy być konformistą? Ale są i inne problemy, jak chociażby wątek, zadawałoby się,  bliskiego przyjaciela Tobbiego  , również z MSZ. On z kolei stanął przed dylematem, czy powinien przyznawać się do bliskiej znajomości z Tobbim, gdy kariera tamtego zwisła na włosku   i kontakty z nim nie były dobrze widziane. No i Christopher. On jest już na emeryturze , zdobył tytuł szlachecki , może cieszyć się świętym spokojem. Czy jest sens w jego sytuacji się narażać i próbować ujawniać prawdę ? Każdy z bohaterów podejmuje określone decyzje, możemy poznać motywację każdego z nich.
    Dodam jeszcze, ze podczas czytania nie nudziłam się. Rozwój wydarzeń wchłaniał mnie.

niedziela, 17 listopada 2013

„Obsługiwałem angielskiego króla” Bohumil Hrabal – audiobook, czyta Kazimierz Kaczor

 Obsługiwałem angielskiego króla (audiobook CD) - Hrabal Bohumil - duży obrazek

        Po serii kilku nieudanych  książek  w końcu natrafiłam na coś ciekawego.  Jazda samochodem dzięki „Obsługiwałem angielskiego króla” stała się jeszcze bardziej przyjemna  .  Była to dość dziwna przyjemność.  Słysząc Kazimierza Kaczora , czytającego Hrabala,  miałam wrażenie , jakbym zaprosiła do jazdy jakiegoś totalnego , wrednego prostaka, który bez cienia zażenowania i bez jakichkolwiek skrupułów objaśnia mi swój punkt widzenia świata. Nie ukrywa żadnych swoich nikczemności,  a chociaż zachowywał się obrzydliwie, nie miał jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Opowiadał wszystko tak, jakby to czytelnik/słuchacz był taki sam, jak i narrator i jakby nie trzeba było przed się czegokolwiek wstydzić.  Jest to rzadki punkt widzenia , bo z reguły każdy się wybiela i pewne rzeczy przemilcza, inne pamięta zaś inaczej, niż wyglądały w rzeczywistości. Narracja Hrabala wygląda tak, jakby nagrał  po kryjomu monolog krętacza. Od tego schematu odbiegają ostatnie rozdziały, gdzie nasz bohater , stając się robotnikiem leśnymi samotnikiem, zaczyna  wreszcie myśleć, opiekuje się zwierzętami , żyje w zgodzie z naturą.

               Nie czytałam wcześniej ani tej książki ani nie oglądałam filmu, chociaż była ona bardzo znana, to nic o niej nie wiedziałam. Jan żył w bardzo burzliwych czasach i historii jego życia nie da się opowiedzieć bez nawiązań do historii Czechosłowacji. Początkowo Jan sprzedaje na dworcu serdelki, oszukując ile się da. Jeden z oszukanych zapamięta go sobie, rozpozna go później w  kelnerze w hotelu i  ku mojemu zaskoczeniu, zarekomenduje go później jako  kelnera do lepszego  hotelu. Jan jego zdaniem to     człowiek z potencjałem , który może wiele osiągnąć . Jan zmienia hotele a w międzyczasie Niemcy zajmują jego ojczyznę, co nie robi na nim żadnego wrażenia. Nasz kelner jest zadowolony, bo skoro nikt Niemców nie chce obsługiwać on się tego podejmuje, dostanie więcej napiwków. Jan ożenił się z Niemką , przechodząc przez poniżającą dla każdego, oprócz niego , procedurę badania przez lekarza i po uzyskaniu specjalnego zezwolenia od władz niemieckich na taki ślub.  Urodził mu się upośledzony psychicznie syn, którego oddał do zakładu. Po wojnie stał się milionerem i całkiem dobrze dogadywał się z komunistami. Ostatecznie jego majątek został znacjonalizowany , a on sam  stał się robotnikiem leśnym. 

    Jan to jakby taki Zelig z filmu W. Allena, dostosuje się do wszystkich okoliczności, jakie napotka , jest elastyczny bez ograniczeń. Jego problemy to np. kwestia, czy oficerowie SS zaakceptują go jako męża Lisy. Hrabal opisuje wszystko z humorem, bez znudzenia i bez przynudzania.  Człowieka, który zachowywał się obrzydliwie , opisuje tak, że jakby wszystko to , co on robił, było normalne. Ta technika ma oczywiście swoje plusy, od naszego bohatera nic nas nie oddziela, nikt nie komentuje jego poczynań. Sami możemy oceniać  jego zachowanie. Tyle tylko, że część czytelników, głównie niewyrobionych, czy młodszych   , może  wpaść na pomysł, że Jan jest taki sympatyczny i że też chcieliby tacy być. Na skutek tej techniki oszust i koniunkturalista staje się niejako bohaterem pozytywnym . My mamy swojego Nikodema Dyzmę, ale w „Karierze Nikodema Dyzmy” jest chociażby Żorż Ponimirski, niby to szaleniec, który ma pełną świadomość, kim jest Dyzma i mówi to innym.  Poza tym narracja w Dyzmie prowadzona jest inaczej, nie z punktu widzenia głównego bohatera, co wpływa na dystans do niego. Czesi chyba mają inną mentalność, mnie „Obsługiwałem angielskiego króla” nie porwało, mimo, że słuchałam z zaciekawieniem.

       Na marginesie tych refleksji dorzucę jeszcze parę zdań na zupełnie inny temat.  Ustanowiono nową nagrodę literacką , jest to Nagroda im. Wisławy Szymborskiej.  Dość sceptycznie podchodzę do różnych nagród, a szczególnie do ich mnożenia i mam wątpliwość, czy w ogóle takie nagrody mają sens. Rok temu zakupiłam „Książkę twarzy” M. Bieńczyka, za która dostał on nagrodę Nike. Zaciekawił mnie temat felietonów z tej książki. Miały to być felietony o literaturze, sporcie, podróżach, życiu. Nie byłam w stanie tej książki przeczytać. Zdarza mi się to szalenie rzadko, ale nie doczytałam jej do końca.  Z reguły daję książce szansę, gdy już ją wybiorę, kupię, czy pożyczę,  czytam do końca. Mam nadzieję że gdy jest zła, to może w dalszej części się polepszy , albo chociaż zaciekawi mnie. I w zdecydowanej większości tak się dzieje. Bieńczyka nie byłam w stanie przeczytać.      Zapomniałam o nim, ale ostatnio natrafiłam na tą książkę na półce. Dałam ją koleżance.  Uznałam , że może jej się spodoba. W końcu mamy różne gusta. I stało się to samo. Koleżanka mimo wielkich chęci też ma problem z Bieńczykiem  i nie może przez niego przebrnąć .  
     
bsługiwałem angielskiego króla (audiobook CD) - Hrabal Bohumil - duży obrazek
 
       Po serii kilku nieudanych  książek  w końcu natrafiłam na coś ciekawego.  Jazda samochodem dzięki „Obsługiwałem angielskiego króla” stała się jeszcze bardziej przyjemna  .  Była to dość dziwna przyjemność.  Słysząc Kazimierza Kaczora , czytającego Hrabala,  miałam wrażenie , jakbym zaprosiła do jazdy jakiegoś totalnego , wrednego prostaka, który bez cienia zażenowania i bez jakichkolwiek skrupułów objaśnia mi swój punkt widzenia świata. Nie ukrywa żadnych swoich nikczemności,  a chociaż zachowywał się obrzydliwie, nie miał jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Opowiadał wszystko tak, jakby to czytelnik/słuchacz był taki sam, jak i narrator i jakby nie trzeba było przed się czegokolwiek wstydzić.  Jest to rzadki punkt widzenia , bo z reguły każdy się wybiela i pewne rzeczy przemilcza, inne pamięta zaś inaczej, niż wyglądały w rzeczywistości. Narracja Hrabala wygląda tak, jakby nagrał  po kryjomu monolog krętacza. Od tego schematu odbiegają ostatnie rozdziały, gdzie nasz bohater , stając się robotnikiem leśnymi samotnikiem, zaczyna  wreszcie myśleć, opiekuje się zwierzętami , żyje w zgodzie z naturą.
                Nie czytałam wcześniej ani tej książki ani nie oglądałam filmu, chociaż była ona bardzo znana, to nic o niej nie wiedziałam. Jan żył w bardzo burzliwych czasach i historii jego życia nie da się opowiedzieć bez nawiązań do historii Czechosłowacji. Początkowo Jan sprzedaje na dworcu serdelki, oszukując ile się da. Jeden z oszukanych zapamięta go sobie, rozpozna go później w  kelnerze w hotelu i  ku mojemu zaskoczeniu, zarekomenduje go później jako  kelnera do lepszego  hotelu. Jan jego zdaniem to     człowiek z potencjałem , który może wiele osiągnąć . Jan zmienia hotele a w międzyczasie Niemcy zajmują jego ojczyznę, co nie robi na nim żadnego wrażenia. Nasz kelner jest zadowolony, bo skoro nikt Niemców nie chce obsługiwać on się tego podejmuje, dostanie więcej napiwków. Jan ożenił się z Niemką , przechodząc przez poniżającą dla każdego, oprócz niego , procedurę badania przez lekarza i po uzyskaniu specjalnego zezwolenia od władz niemieckich na taki ślub.  Urodził mu się upośledzony psychicznie syn, którego oddał do zakładu. Po wojnie stał się milionerem i całkiem dobrze dogadywał się z komunistami. Ostatecznie jego majątek został znacjonalizowany , a on sam  stał się robotnikiem leśnym. 
    Jan to jakby taki Zelig z filmu W. Allena, dostosuje się do wszystkich okoliczności, jakie napotka , jest elastyczny bez ograniczeń. Jego problemy to np. kwestia, czy oficerowie SS zaakceptują go jako męża Lisy. Hrabal opisuje wszystko z humorem, bez znudzenia i bez przynudzania.  Człowieka, który zachowywał się obrzydliwie , opisuje tak, że jakby wszystko to , co on robił, było normalne. Ta technika ma oczywiście swoje plusy, od naszego bohatera nic nas nie oddziela, nikt nie komentuje jego poczynań. Sami możemy oceniać  jego zachowanie. Tyle tylko, że część czytelników, głównie niewyrobionych, czy młodszych   , może  wpaść na pomysł, że Jan jest taki sympatyczny i że też chcieliby tacy być. Na skutek tej techniki oszust i koniunkturalista staje się niejako bohaterem pozytywnym . My mamy swojego Nikodema Dyzmę, ale w „Karierze Nikodema Dyzmy” jest chociażby Żorż Ponimirski, niby to szaleniec, który ma pełną świadomość, kim jest Dyzma i mówi to innym.  Poza tym narracja w Dyzmie prowadzona jest inaczej, nie z punktu widzenia głównego bohatera, co wpływa na dystans do niego. Czesi chyba mają inną mentalność, mnie „Obsługiwałem angielskiego króla” nie porwało.
 
       Na marginesie tych refleksji dorzucę jeszcze parę zdań na zupełnie inny temat.  Ustanowiono nową nagrodę literacką , jest to Nagroda im. Wisławy Szymborskiej.  Dość sceptycznie podchodzę do różnych nagród, a szczególnie do ich mnożenia i mam wątpliwość, czy w ogóle takie nagrody mają sens. Rok temu zakupiłam „Książkę twarzy” M. Bieńczyka, za która dostał on nagrodę Nike. Zaciekawił mnie temat felietonów z tej książki. Miały to być felietony o literaturze, sporcie, podróżach, życiu. Nie byłam w stanie tej książki przeczytać. Zdarza mi się to szalenie rzadko, ale nie doczytałam jej do końca.  Z reguły daję książce szansę, gdy już ją wybiorę, kupię, czy pożyczę,  czytam do końca. Mam nadzieję że gdy jest zła, to może w dalszej części się polepszy , albo chociaż zaciekawi mnie. I w zdecydowanej większości tak się dzieje. Bieńczyka nie byłam w stanie przeczytać.      Zapomniałam o nim, ale ostatnio natrafiłam na tą książkę na półce. Dałam ją koleżance.  Uznałam , że może jej się spodoba. W końcu mamy różne gusta. I stało się to samo. Koleżanka mimo wielkich chęci też ma problem z Bieńczykiem  i nie może przez niego przebrnąć .  

Po

Po serii kilku nieudanych  książek  w końcu natrafiłam na coś ciekawego.  Jazda samochodem dzięki „Obsługiwałem angielskiego króla” stała się jeszcze bardziej przyjemna  .  Była to dość dziwna przyjemność.  Słysząc Kazimierza Kaczora , czytającego Hrabala,  miałam wrażenie , jakbym zaprosiła do jazdy jakiegoś totalnego , wrednego prostaka, który bez cienia zażenowania i bez jakichkolwiek skrupułów objaśnia mi swój punkt widzenia świata. Nie ukrywa żadnych swoich nikczemności,  a chociaż zachowywał się obrzydliwie, nie miał jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Opowiadał wszystko tak, jakby to czytelnik/słuchacz był taki sam, jak i narrator i jakby nie trzeba było przed się czegokolwiek wstydzić.  Jest to rzadki punkt widzenia , bo z reguły każdy się wybiela i pewne rzeczy przemilcza, inne pamięta zaś inaczej, niż wyglądały w rzeczywistości. Narracja Hrabala wygląda tak, jakby nagrał  po kryjomu monolog krętacza. Od tego schematu odbiegają ostatnie rozdziały, gdzie nasz bohater , stając się robotnikiem leśnymi samotnikiem, zaczyna  wreszcie myśleć, opiekuje się zwierzętami , żyje w zgodzie z naturą.
                Nie czytałam wcześniej ani tej książki ani nie oglądałam filmu, chociaż była ona bardzo znana, to nic o niej nie wiedziałam. Jan żył w bardzo burzliwych czasach i historii jego życia nie da się opowiedzieć bez nawiązań do historii Czechosłowacji. Początkowo Jan sprzedaje na dworcu serdelki, oszukując ile się da. Jeden z oszukanych zapamięta go sobie, rozpozna go później w  kelnerze w hotelu i  ku mojemu zaskoczeniu, zarekomenduje go później jako  kelnera do lepszego  hotelu. Jan jego zdaniem to     człowiek z potencjałem , który może wiele osiągnąć . Jan zmienia hotele a w międzyczasie Niemcy zajmują jego ojczyznę, co nie robi na nim żadnego wrażenia. Nasz kelner jest zadowolony, bo skoro nikt Niemców nie chce obsługiwać on się tego podejmuje, dostanie więcej napiwków. Jan ożenił się z Niemką , przechodząc przez poniżającą dla każdego, oprócz niego , procedurę badania przez lekarza i po uzyskaniu specjalnego zezwolenia od władz niemieckich na taki ślub.  Urodził mu się upośledzony psychicznie syn, którego oddał do zakładu. Po wojnie stał się milionerem i całkiem dobrze dogadywał się z komunistami. Ostatecznie jego majątek został znacjonalizowany , a on sam  stał się robotnikiem leśnym. 
    Jan to jakby taki Zelig z filmu W. Allena, dostosuje się do wszystkich okoliczności, jakie napotka , jest elastyczny bez ograniczeń. Jego problemy to np. kwestia, czy oficerowie SS zaakceptują go jako męża Lisy. Hrabal opisuje wszystko z humorem, bez znudzenia i bez przynudzania.  Człowieka, który zachowywał się obrzydliwie , opisuje tak, że jakby wszystko to , co on robił, było normalne. Ta technika ma oczywiście swoje plusy, od naszego bohatera nic nas nie oddziela, nikt nie komentuje jego poczynań. Sami możemy oceniać  jego zachowanie. Tyle tylko, że część czytelników, głównie niewyrobionych, czy młodszych   , może  wpaść na pomysł, że Jan jest taki sympatyczny i że też chcieliby tacy być. Na skutek tej techniki oszust i koniunkturalista staje się niejako bohaterem pozytywnym . My mamy swojego Nikodema Dyzmę, ale w „Karierze Nikodema Dyzmy” jest chociażby Żorż Ponimirski, niby to szaleniec, który ma pełną świadomość, kim jest Dyzma i mówi to innym.  Poza tym narracja w Dyzmie prowadzona jest inaczej, nie z punktu widzenia głównego bohatera, co wpływa na dystans do niego. Czesi chyba mają inną mentalność, mnie „Obsługiwałem angielskiego króla” nie porwało.
 
       Na marginesie tych refleksji dorzucę jeszcze parę zdań na zupełnie inny temat.  Ustanowiono nową nagrodę literacką , jest to Nagroda im. Wisławy Szymborskiej.  Dość sceptycznie podchodzę do różnych nagród, a szczególnie do ich mnożenia i mam wątpliwość, czy w ogóle takie nagrody mają sens. Rok temu zakupiłam „Książkę twarzy” M. Bieńczyka, za która dostał on nagrodę Nike. Zaciekawił mnie temat felietonów z tej książki. Miały to być felietony o literaturze, sporcie, podróżach, życiu. Nie byłam w stanie tej książki przeczytać. Zdarza mi się to szalenie rzadko, ale nie doczytałam jej do końca.  Z reguły daję książce szansę, gdy już ją wybiorę, kupię, czy pożyczę,  czytam do końca. Mam nadzieję że gdy jest zła, to może w dalszej części się polepszy , albo chociaż zaciekawi mnie. I w zdecydowanej większości tak się dzieje. Bieńczyka nie byłam w stanie przeczytać.      Zapomniałam o nim, ale ostatnio natrafiłam na tą książkę na półce. Dałam ją koleżance.  Uznałam , że może jej się spodoba. W końcu mamy różne gusta. I stało się to samo. Koleżanka mimo wielkich chęci też ma problem z Bieńczykiem  i nie może przez niego przebrnąć .  
serii kilku nieudanych  książek  w końcu natrafiłam na coś ciekawego.  Jazda samochodem dzięki „Obsługiwałem angielskiego króla” stała się jeszcze bardziej przyjemna  .  Była to dość dziwna przyjemność.  Słysząc Kazimierza Kaczora , czytającego Hrabala,  miałam wrażenie , jakbym zaprosiła do jazdy jakiegoś totalnego , wrednego prostaka, który bez cienia zażenowania i bez jakichkolwiek skrupułów objaśnia mi swój punkt widzenia świata. Nie ukrywa żadnych swoich nikczemności,  a chociaż zachowywał się obrzydliwie, nie miał jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Opowiadał wszystko tak, jakby to czytelnik/słuchacz był taki sam, jak i narrator i jakby nie trzeba było przed się czegokolwiek wstydzić.  Jest to rzadki punkt widzenia , bo z reguły każdy się wybiela i pewne rzeczy przemilcza, inne pamięta zaś inaczej, niż wyglądały w rzeczywistości. Narracja Hrabala wygląda tak, jakby nagrał  po kryjomu monolog krętacza. Od tego schematu odbiegają ostatnie rozdziały, gdzie nasz bohater , stając się robotnikiem leśnymi samotnikiem, zaczyna  wreszcie myśleć, opiekuje się zwierzętami , żyje w zgodzie z naturą.


                Nie czytałam wcześniej ani tej książki ani nie oglądałam filmu, chociaż była ona bardzo znana, to nic o niej nie wiedziałam. Jan żył w bardzo burzliwych czasach i historii jego życia nie da się opowiedzieć bez nawiązań do historii Czechosłowacji. Początkowo Jan sprzedaje na dworcu serdelki, oszukując ile się da. Jeden z oszukanych zapamięta go sobie, rozpozna go później w  kelnerze w hotelu i  ku mojemu zaskoczeniu, zarekomenduje go później jako  kelnera do lepszego  hotelu. Jan jego zdaniem to     człowiek z potencjałem , który może wiele osiągnąć . Jan zmienia hotele a w międzyczasie Niemcy zajmują jego ojczyznę, co nie robi na nim żadnego wrażenia. Nasz kelner jest zadowolony, bo skoro nikt Niemców nie chce obsługiwać on się tego podejmuje, dostanie więcej napiwków. Jan ożenił się z Niemką , przechodząc przez poniżającą dla każdego, oprócz niego , procedurę badania przez lekarza i po uzyskaniu specjalnego zezwolenia od władz niemieckich na taki ślub.  Urodził mu się upośledzony psychicznie syn, którego oddał do zakładu. Po wojnie stał się milionerem i całkiem dobrze dogadywał się z komunistami. Ostatecznie jego majątek został znacjonalizowany , a on sam  stał się robotnikiem leśnym. 
    Jan to jakby taki Zelig z filmu W. Allena, dostosuje się do wszystkich okoliczności, jakie napotka , jest elastyczny bez ograniczeń. Jego problemy to np. kwestia, czy oficerowie SS zaakceptują go jako męża Lisy. Hrabal opisuje wszystko z humorem, bez znudzenia i bez przynudzania.  Człowieka, który zachowywał się obrzydliwie , opisuje tak, że jakby wszystko to , co on robił, było normalne. Ta technika ma oczywiście swoje plusy, od naszego bohatera nic nas nie oddziela, nikt nie komentuje jego poczynań. Sami możemy oceniać  jego zachowanie. Tyle tylko, że część czytelników, głównie niewyrobionych, czy młodszych   , może  wpaść na pomysł, że Jan jest taki sympatyczny i że też chcieliby tacy być. Na skutek tej techniki oszust i koniunkturalista staje się niejako bohaterem pozytywnym . My mamy swojego Nikodema Dyzmę, ale w „Karierze Nikodema Dyzmy” jest chociażby Żorż Ponimirski, niby to szaleniec, który ma pełną świadomość, kim jest Dyzma i mówi to innym.  Poza tym narracja w Dyzmie prowadzona jest inaczej, nie z punktu widzenia głównego bohatera, co wpływa na dystans do niego. Czesi chyba mają inną mentalność, mnie „Obsługiwałem angielskiego króla” nie porwało.
 
       Na marginesie tych refleksji dorzucę jeszcze parę zdań na zupełnie inny temat.  Ustanowiono nową nagrodę literacką , jest to Nagroda im. Wisławy Szymborskiej.  Dość sceptycznie podchodzę do różnych nagród, a szczególnie do ich mnożenia i mam wątpliwość, czy w ogóle takie nagrody mają sens. Rok temu zakupiłam „Książkę twarzy” M. Bieńczyka, za która dostał on nagrodę Nike. Zaciekawił mnie temat felietonów z tej książki. Miały to być felietony o literaturze, sporcie, podróżach, życiu. Nie byłam w stanie tej książki przeczytać. Zdarza mi się to szalenie rzadko, ale nie doczytałam jej do końca.  Z reguły daję książce szansę, gdy już ją wybiorę, kupię, czy pożyczę,  czytam do końca. Mam nadzieję że gdy jest zła, to może w dalszej części się polepszy , albo chociaż zaciekawi mnie. I w zdecydowanej większości tak się dzieje. Bieńczyka nie byłam w stanie przeczytać.      Zapomniałam o nim, ale ostatnio natrafiłam na tą książkę na półce. Dałam ją koleżance.  Uznałam , że może jej się spodoba. W końcu mamy różne gusta. I stało się to samo. Koleżanka mimo wielkich chęci też ma problem z Bieńczykiem  i nie może przez niego przebrnąć .  

niedziela, 10 listopada 2013

„Człowiek, który był Czwartkiem” Gilbert Keith Chesterton - audiobook




  
        Sięgnęłam po tego audioboka, zachęcona recenzjami, które,  jak się później okazało, nie miały właściwie nic wspólnego z rzeczywistością.    Nie znam twórczości Chestertona, chociaż mam świadomość, że uchodzi on za znakomitego pisarza i filozofa.  

         W recenzji od wydawcy książki przeczytałam, że  ”Powieść G.K. Chestertona „Człowiek, który był czwartkiem” zwyciężyła w jednym z najbardziej intrygujących współczesnych rankingów literackich. Zapytano mianowicie funkcjonariuszy brytyjskich służb specjalnych, jaki utwór XX wiecznej literatury oddaje najlepiej charakter działalności policji politycznej, tajnych operacji i ukrytej agentury. Wbrew oczekiwaniom zdecydowana większość respondentów nie wybrała żadnej z powieści Fredericka Forsytha czy Johna le Carré, lecz wskazała jednoznacznie na utwór Chestertona”.
                 Mimo niechęci do filozofii, dałam  szansę „Człowiekowi, który był Czwartkiem”, dałam się skusić otoczce kryminalno- szpiegowskiej , ale  w tym przypadku była to absolutna pomyłka.  To coś absolutnie nie dla mnie, nie moja bajka. Sama akcja to jakieś najwyżej 20%, w najlepszym przypadku , książki. Reszta to różnorakie rozważania, najczęściej snute są one w trakcie dialogów .   Główny bohater, policjant, znalazł się na spotkaniu tajnej organizacji anarchistycznej i momentalnie, bez wysiłku, wszedł do grona władz. Każdy, kto odgrywa w tej organizacji rolę przywódczą, dostaje pseudonim, a pseudonimami są nazwy dni tygodnia. Nasz bohater stał się Czwartkiem, przywódca to Niedziela. Szybko okazuję się, że we władzach tej organizacji jest nieco więcej   policjantów. Powinni się oni zająć jej infiltrowaniem  , ale zaczynają od ustaleń, kto jest swój, a kto nie.    Im bardziej akcja rozkręca się, tym bardziej absurdalna się staje . Wszyscy cały czas filozofują i trudno natrafić na normalny dialog, bez dzielenia włosa na czworo. Zaczyna się od rozważań, czy każdy artysta to anarchista i jak należy to rozumieć.  A potem jest coraz gorzej.

      „Człowiek” to wg mnie rozprawa filozoficzna ,a nie żadna powieść, z całą pewnością zaś nie jest to ani powieść kryminalna, ani szpiegowska. Jest to pozycja dla naprawdę wybranych czytelników , szczególnie dla miłośników filozofii, wątpię, czy ktoś inny będzie w stanie przez nią przebrnąć. Jest trudna do słuchania, do czytania z pewnością też. Wydarzeniami zaciekawiłam się zaledwie w kilku momentach.  

    

  

wtorek, 5 listopada 2013

Asa Larsson „Krew, którą nasiąkła”

Krew, którą nasiąkła - Åsa Larsson
  
        Będę dosyć bezwzględna dla tej książki, ale napiszę bez ogródek, co o niej myślę.  Dla mnie poza jednym aspektem, o którym później, ta książka to jedna wielka pomyłka.  Główna bohaterka to niejaka Rebeka , adwokat, zatrudniona w dużej kancelarii w wielkim mieście. Parę lat wcześniej w obronie własnej zabiła kilka osób, w tym dwóch pastorów, stało się to w okolicy Kiruny, miejscowości, z której pochodzi.  „Krew” zaczyna nieco później od tych wydarzeń, tj.  od morderstwa pani pastor w małej miejscowości w okolicy Kiruny. Ofiara została zamordowana dosyć brutalnie i powieszona w miejscowym kościele. Pani pastor, jak się okazało dosyć szybko, była mężatką, ale nie tylko,  była ona  lesbijką , permanentnie zdradzającą męża i mającą namiętny romans z jedną z wiernych. Nie przeszkadzało jej to w żadnym stopniu pełnić posługi duszpasterskiej i nie miała z tego powodu żadnych dylematów moralnych, w ogóle nie był to dla niej jakikolwiek problem.  Oprócz tego pani pastor była feministką , domagającą się różnych parytetów dla kobiet. Stworzyła też coś w rodzaju ruchu parafialnego, kobiecego oczywiście, w ramach którego zrzeszyła masę kobiet, wobec których  mężowie stosowali przemoc. Bliska jej sercu była też ekologia i ochrona wilka . Miała ona liczne grono wrogów i właściwie każdy z nich mógł być podejrzany o zbrodnię.  Sprawa zabójstwa pani pastor znalazła się w zainteresowaniu Rebeki, gdyż zatrudniająca ją kancelaria wpadła na pomysł zaproponowania jednej z parafii usługi kompleksowej obsługi prawnej. Rebeka w ten sposób więc znalazła się w pobliżu miejsca akcji. Sprawę zaś prowadzi miejscowa pani policjantka. Jednym z wrogów pani pastor jest inny duchowny, Stefan .  Są oni w totalnym konflikcie, praktycznie o wszystko.  Wkrótce potem pada drugi trup. Wszystko to napisane  jest w dość nudny sposób i  podczas czytania nie miałam żadnego problemu z oderwaniem się od tekstu w dowolnym momencie pod byle pretekstem.

                                Nie mogłam nic na to poradzić, ale czytając tą powieść, cały czas skupiałam się nie tyle na zagadce zabójstwa, ale na tym, co  było najbardziej dla mnie egzotyczne, czyli na osobie zamordowanej pastor, jej posłudze i relacji z wiernymi.  Wiem, że miałam tu pisać o książce , a nie o kwestiach religii, ale nie mogę od tego uciec. Być może jestem staroświecka, ale  opisy z książki dotyczące tamtejszego duchowieństwa, były dla mnie szokujące.  Nie wiem w ogóle, czemu miały służyć. Poza zamordowaną , która przedstawiana jest w zdecydowanie pozytywnym świetle, inni duchowni  są postaciami skrajnie antypatycznymi, na granicy psychopatii,  a niektórzy  chyba już poza tą granicą. Wygląda na to, że Asa Larsson ma chyba fobię kościelną.

          Na odrębną uwagę zasługuje  opowieść o wilczycy, Żółtonogiej , właściwa akcja książki jest  przeplatana tą opowieścią . Wilczyca  osiedliła się w pobliżu Kiruny, a którą pani pastor  się zaopiekowała, finansując jej monitoring i zarazem ochronę przed myśliwymi. Opowieść o Żółtonogiej jest piękna, ale  okrutna, a nawet wręcz brutalna, pokazane jest życie w stadzie wilków, prawa, jakie tym życiem rządzą. Kłania się tu teoria Darwina.  Czytałam te fragmenty chyba z większym jeszcze zainteresowaniem, niż opowieść o zabójstwie. Bardziej byłam przejęta losem Żółtonogiej i kibicowaniem, aby nic złego się jej nie stało, niż czymkolwiek innym. Żadna z postaci ludzkich nie wzbudziła we mnie  ani sympatii ani empatii i nie byłam w stanie przejąć się czyimkolwiek losem, bardziej, niż losem zwierzęcia.  Można oczywiście snuć analogie pomiędzy życiem pani pastor, a wilczycą, ale to mniej mnie interesowało. Opowieść o wilczycy to jedyna rzecz, zasługująca w tej książce na uwagę .

                Zastanowiła mnie inna jeszcze kwestia. Wszyscy niemal bohaterowie „Krwi” mają jakieś spore problemy ze sobą, z rodziną, nie ma tu pogodnych i zadowolonych z życia osób. Jest to taka dziwna zależność. W Skandynawii, gdzie poziom życia jest bardzo wysoki, bardzo często w książkach bohaterowie są nieszczęśliwi i samotni, a atmosfera jest ponura . A najpogodniejszy kryminał, jaki przeczytałam w tym roku, był autorstwa Rosjanina, Borysa Akunina  . „Świat jest teatrem” to jedna wielka afirmacja życia.

                 

środa, 30 października 2013

„Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa - audiobook, czyta Wiktor Zborowski

Mistrz i Małgorzata - audiobook | Michaił Błuhakow

„Mistrz i Małgorzata” to jedna z moich ulubionych książek, czytałam ją już kilka razy, zarówno w tłumaczeniu Dąbrowskiej i Lewandowskiego, jak też i Andrzeja Drawicza. To ostatnie podoba mi się znacznie bardziej.  Niektóre fragmenty znam prawie na pamięć.    Pamiętam, że gdy pierwszy raz czytałam „Mistrza”, był październik i moja ukochana pora roku ,  jesień. „Mistrzem” zafascynowałam się od razu i za rok, gdy liście na drzewach zaczęły żółknąc,  przypomniałam sobie że rok wcześniej czytałam Bułhakowa. Nie chciałam, aby tamta jesień była gorsza od poprzedniej i poczułam, że chcę „Mistrza” przeczytać znowu. I w ten właśnie sposób narodziła się taka moja tradycja, że jesienią, gdy nie ma już gorąca i jest tak pięknie, to uprzyjemniam sobie te dni jeszcze bardziej i czytam wtedy jedną z moich ulubionych powieści.  W ubiegłym roku po raz pierwszy zamiast czytać, wysłuchałam „Władcy pierścieni” , był to maraton, łącznie 60 godzin. Tego roku zobaczyłam, że jest właśnie audiobook  z „Mistrzem i Małgorzatą” i zadecydowałam, że  odsłucham go .
        <a href = "http://www.strykowski.net">Zdjęcia - www.strykowski.net</a>
Sprzedaż zdjęć, kupno zdjęć, szukam fotografii
„Mistrza i Małgorzatę” w tłumaczeniu, niestety,  Dąbrowskiej i Lewandowskiego czyta Wiktor Zborowski.  Lubię Zborowskiego, czyta prawidłowo, ale też słuchałam bez euforii. Zborowski mimo całej mojej sympatii, czyta jako taka. Nie ma takiego głosu, jak Andrzej Łapicki, który może czytać cokolwiek i będzie to fascynujące.    Ale też nie dorównał Krzysztofowi Globiszowi, który czytał „Paragraf 22”. „Paragraf” odsłuchałam, zanim jeszcze założyłam tego bloga. Wykonanie Globisza to było autentyczne mistrzostwo, raz krzyczał, raz szeptał, raz wolno , raz tak szybko, jak karabin maszynowy, innym razem czytając był tak wściekły, że aż udzieliło mi się to.  Chyba nic z „Paragrafu” nie uszło mojej uwadze, a to  zasługa Globisza. To wykonanie to taka najwyższa półka . Zborowski  nie przeskoczył poprzeczki, postawionej przez Globisza.

Ale słuchało mi się „Mistrza” nie tak źle. Wiedziałam doskonale, co się  za chwilę będzie działo. Jeździło mi się z tą powieścią dobrze.  Uwielbiam wracać raz na jakiś czas do dawnych lektur. Zawsze czuję się prawie tak, jakbym czytała  je po raz pierwszy. Za każdym razem , gdy ponownie sięgam po książkę, jestem starsza i mądrzejsza, mam więcej tzw. doświadczenia życiowego . Zawsze tak jakoś się dzieje zwracam uwagę  podczas kolejnego czytania na coś, czego wcześniej  nie zauważałam . Co do „Mistrza” to wydawało mi się, że już nic mnie nie zdziwi, że sporo już i przemyślałam na temat tej książki i przeczytałam, co sadzą o niej inni. Myślałam, ze odkryłam już i drugie i trzecie dno tej powieści. Ale myliłam się .    

Parę lat temu natrafiłam na jeszcze jedną interpretację , szalenie ciekawą. Natrafiłam na nią przypadkowo, ale też nie do końca. Będąc u krewnych zobaczyłam Frondę, a na okładce wśród różnych tytułów był też taki : „Mistrz i Małgorzata” powieścią satanistyczną?” Publikacja jest na tyle ciekawa, że streszczę ją tutaj. Autorem jest Andriej Diomin , Rosjanin, historyk sztuki, kulturoznawca, współpracuje z prawosławnym ruchem ikonograficznym.

Znaczna większość historyków literatury traktuje tą powieść jako antychrześcijańską , głównym bohaterem jest szatan , pokazany w pozytywnym świetle. Zdaniem Diomina jest dokładnie odwrotnie . Bułhakow pochodził z bardzo religijnej rodziny, dziadkowie byli księżmi, a ojciec teologiem, po pewnym kryzysie wiary pisarz powrócił na łono cerkwi. Gdy czyta się jego dzienniki, albo „Białą gwardię” jego  postawa religijna i głęboka wiara nie budzą wątpliwości . W okresie międzywojennym Rosjanie albo uważali, że Chrystus nie istniał, albo traktowano go jedynie jako postać historyczną. Obraz Ha Nocri z powieści to obraz Chrystusa nie jako Boga, tylko człowieka, pochodzący z apokryfów, bardzo popularny wówczas w Rosji . Autorem opowieści o Ha Nocri wbrew pozorom  nie jest  Mistrz, tylko szatan, który jak sam mówi, był świadkiem tamtych wydarzeń. To również on jako pierwszy rozpoczyna opowieść o Ha Nocri  , a opowieść mistrza w niczym nie różni się od tego co szatan widział. Pozostaje pytanie, skąd Mistrz znał tak dokładnie, łącznie z przebiegiem rozmów,  przebieg wypadków? Według Diomina, autorem powieści o Ha Nocri jest szatan, a Mistrz występuje jako medium lub osoba przez tego diabła opętana. Obraz Chrystusa przedstawianego w taki sposób, jak Ha Nocri , był w okresie stalinizmu bardzo popularny w Rosji. Idąc tym tokiem rozumowania, obraz ten pochodzi od szatana. I dalej : Mistrz po napisaniu powieści staje się wrakiem człowieka, całkowicie wypalonym i niezdolnym do niczego , stale się czegoś boi. Małgorzata nie jest w stanie mu pomóc, chyba nawet bardziej niż Mistrzem jest zafascynowana jego powieścią. Z opisów w powieści wynika, że mieszkańcy Moskwy  nie chodzą do cerkwi  , ich religijność jest zerowa i stąd też są bardzo podatni na diabelskie działania. Diomin dochodzi też do wniosku, że akcja powieści toczy się pomiędzy  1933 a 1937r. w przededniu Wielkanocy. Szatan pojawia się w Wielki Czwartek i śpieszy się, aby zdążyć  wyjechać przed Wielką Niedzielą, czyli przed Zmartwychwstaniem.

Interpretacja ta jest pisana z punktu widzenia religijnego. I od czasu przeczytania tego artykułu nie miałam kontaktu z „Mistrzem”, aż do momentu, gdy zaczęłam słuchać audiobooka. I tym razem odbierałam powieść na zupełnie innej jeszcze płaszczyźnie. Wersja Diomina jest dyskusyjna, ale moim zdaniem, warta uwagi, niesamowita. Sama na to nie wpadłabym, ale być może Diomin ma rację. Czytałam kiedyś pozycję „Wyznania egzorcysty” autorstwa włoskiego księdza katolickiego, była szalenie ciekawa . Polecam ja osobom wierzącym, niewierzący uznają, że nie jest warta czytania. Wątki uwiedzenia przez szatana też były tam poruszane.

Może za jakiś czas natrafię na jeszcze inną interpretację „Mistrza” i znowu da mi ona do myślenia. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie. Teraz natomiast zastanowiłam się, którą z ukochanych książek, znanych mi doskonale, będę chciała przeczytać lub odsłuchać  za rok, gdy nastanie jesień. Nie wiem, na co będę miała ochotę. Może będzie to „Łuk triumfalny”, może „Kroniki portowe”, może „Noce i dnie”…      A może w najbliższym czasie przeczytam coś, czego jeszcze nie znam   i co mnie zachwyci do tego stopnia, że  zechcę do tego wrócić właśnie jesienią? Teraz zdecydowanie nie mogłam oderwać się od słów Diomina.

I jeszcze jedno . „Mistrz” to jeden z nielicznych audiobooków, którego słuchałam, znając wcześniej powieść. Odsłuchiwanie znanej już powieści jest doskonałym pomysłem. Nie ma problemu, że    czegoś się posłucha nieuważnie , że czegoś się nie usłyszy. Słuchałam „Mistrza” z większym chyba luzem, niż innych książek , nie musiałam ani razu wracać do pewnych fragmentów .

sobota, 26 października 2013

„Wszystko czerwone” Joanna Chmielewska

Wszystko czerwone - Joanna Chmielewska


Jak wszystkie książki tej autorki „Wszystko czerwone” jest pozycją lekką, pełną humoru i przyjemną.  Przyznam, że akcja sama w sobie niespecjalnie mnie wciągnęła, była mocno schematyczna, ale plusem i głównym atutem tej książki jest wszechobecny humor i luz. Są komiczne dialogi i komiczne sytuacje. Czytywałam „Wszystko czerwone” również w metrze i zdarzyło się parę razy, że parsknęłam śmiechem. Próby dokładnego opisywania tutaj różnych humorystycznych scenek czy rozmów z książki mogą nie skończyć się dobrze, każdy musi sam przeczytać cokolwiek tej autorki i stwierdzić, czy mu się podoba, czy nie. Chmielewska zachowała dobry humor przez całe życie, bez względu na okoliczności i taka postawa w trakcie czytania wyraźnie się udziela czytelnikowi, może nie każdemu, ale mnie z całą pewnością. 

     Tym razem Joanna odpoczywa u swojej koleżanki Alicji, w Danii. W tym samym czasie zjawia się tam cała masa przyjaciół Alicji, w większości z Polski, ale nie tylko. Zdecydowana większość u niej nocuje. No i zaczynają się problemy. Na przyjęciu z okazji kupna bardzo oryginalnej lampy zostaje zamordowany Edek. Edek parę godzin wcześniej przestrzegał Alicję przez kimś z jej znajomych,  nie zdołał jednak sprecyzować, przed kim konkretnie. Wkrótce potem zabójca dopada kolejne ofiar, jego skuteczność w uśmiercaniu jest wątpliwa, ale niewątpliwie poluje na kogoś, najprawdopodobniej na Alicję.  Akcja książki sprowadza się do humorystycznego opisu tych prób zabójstw, podjętych  poszukiwań i typowań zabójcy.

5/6



piątek, 18 października 2013

Stanisław Lem „Niezwyciężony” audiobook


Nie znam Lema, dawno temu przeczytałam  jego „Opowieści o pilocie Pirxie”, ale chyba nie była to całość. Teraz zobaczyłam, że Audioteka wydała jego „Niezwyciężonego” jako superprodukcję , ze specjalnymi efektami dźwiękowymi, muzyką skomponowaną dla tego dzieła i z różnymi  aktorami, czytającymi poszczególne role. I zakupiłam z czystej ciekawości i zachwyciłam się. I forma i treścią. Pokazuję tutaj okładkę tradycyjnej książki , nie udało mi się wkleić tu okładki pliku mp3 z audioteki.
Niezwyciężony - Stanisław Lem
 
Zacznę może od formy, trochę będzie to jakby od końca, forma przecież nie może być ważniejsza od treści. Ale po raz pierwszy słuchałam takiego audiobooka  i z tego też względu nie mogę się powstrzymać.  Komfort słuchania jest absolutnie rewelacyjny.  Jestem bardziej malkontentem, niż kimś, kto zachwyca się byle czym , ale w tym przypadku to była prawdziwa uczta dla ucha i dla ducha. Nie ma żadnego problemu ze skupieniem się, wielu aktorów powoduje , że nikt z bohaterów się z nikim nie myli. Odgłosy rodem z filmu sf i specjalnie skomponowana muzyka też sprzyjają skupieniu uwagi.  Jest to wykonanie absolutnie artystyczne. Dowódcą statku jest jeden z moich ulubionych aktorów – Daniel Olbrychski, nie było możliwości, abym nie słyszała, co on  mówi, lub abym wyłączyła się . Narratorem jest Krystyna Czubówna. Tak bardzo spodobało mi  się to wykonanie, że zakupię chyba wszystkie superprodukcje Audioteki lub jakiegokolwiek innego podmiotu, o ile zostaną zrealizowane w podobnej formie.   
                A teraz co do meritum. Słuchałam Lema niczym neofita. Ale chciałam zapoznać się chociaż z minimalną częścią jego twórczości jako dorosła osoba z pewnym bagażem doświadczeń.  „Niezwyciężony” to historia załogi statku kosmicznego o tej nazwie. Załoga ma dolecieć do  planety Regis III i podjąć próbę ustalenia, co stało się ze statkiem i załogą bliźniaczego względem „Niezwyciężonego” statku „Konddor” . Ziemia straciła kontakt z „Kondorem”. Na miejscu okazuje się, że załoga „Niezwyciężonego” odnajduje wrak, ale co gorsze,  natrafia na dość niespotykanego przeciwnika.     Na planecie, na którą dotarli, natrafiają na coś w rodzaju owadów, które są formą sztucznej inteligencji. W przypadku zagrożenia „owady” te łączą się, tworząc chmurę, która unieszkodliwia przeciwnika robiąc coś w rodzaju resetu jego mózgu  . Nie zabijają go, ani nawet nie ranią. Wymazują z mózgu wszystkie informacje , jakie ten ktoś pamiętał . Po kontakcie z „chmurą” ofiara staje się jakby niemowlakiem , wymaga opieki osób trzecich, nie ma wspomnień, nie ma wiedzy, nie umie mówić  ani słuchać.   Ostatecznie chmura atakuje członków załogi „Niezwyciężonego” i jego broń. W pewnym momencie pojawia się pytanie, czy statek ma odlecieć czy konieczne jest jednak podjęcie poszukiwań za 4 członkami załogi. Problem polega na tym , że ci 4 ludzie prawie na pewno nie żyją. Gdy słuchałam książki, byłam absolutnie przekonana, że oni nie żyją, że nie żyją na pewno, a nie prawie . Dla dowódcy „Niezwyciężonego”   nie było to takie oczywiste. No i stanął przed dylematem, czy narażać całą załogę, zwlekać z odlotem , ale być lojalnym wobec tych czterech, czy też uznać, że nie ma prawa do narażania życia kilkudziesięciu ludzi dla czterech. Te rozważania snuł zresztą nie tylko dowódca.  Bałam się trochę, czy w dziele tym nie będzie za dużo filozofii , ale obawy te okazały się absolutnie bezpodstawne.   
      Podczas słuchania trudno uciec od rozważań , jak powinien postąpić dowódca, czym faktycznie jest ta „czarna chmura”, odbierająca ludziom mózg, czy mamy prawo zdobywać wszystko, co tylko zobaczymy , każda planetę? Są to szalenie ciekawe pytania.
                Na kanwie „Niezwyciężonego” nasunęły mi się jeszcze refleksje o słuchaniu książek. Z racji tego, że jak do tej pory jest to absolutnie najlepiej zrealizowany audiobook, jakiego  słuchałam   , zaczęłam zastanawiać się, skąd wzięło się we mnie to zamiłowanie nie tylko do czytania , ale i do słuchania książek. Może jest to jakieś podświadome wspomnienie bardzo wczesnego  dzieciństwa, kiedy to nie umiałam jeszcze czytać i słuchałam, jak opowiadano mi bajki lub je czytano? Może jakaś jeszcze wcześniejsza pamięć pokoleń? Kilka pokoleń temu powszechnym zjawiskiem było przecież słuchanie różnych opowieści? Nie mam pojęcia. Pamiętam natomiast jeszcze jako dziecko,    gdy w radiu, np. w „Lecie z radiem” nadawana była zawsze powieść w odcinkach.  Pamiętam, jakie zawsze przeżywałam  rozczarowanie, gdy  odcinek się kończył. Korzystając z audiobooków tego rozczarowania nie ma, słucham kiedy chcę i ile chcę.  Jest to ciekawy  powód do rozważań dla psychologa, nie wiem, do jakich konkluzji doszedłby. W tej chwili trudno jednak było mi wyobrazić sobie jazdę samochodem bez audiobooka.   Audiobookiem do samochodu musi   być jednak powieść, innych form słucha mi się gorzej.