czwartek, 19 września 2024

Antoine Compagnon „Lato z Montaigne`em”

 

Montaigne był prawdziwym mędrcem, żył w bardzo burzliwych czasach wojen religijnych w XVI wieku, dużo czytał, myślał. Mimo to jak dotąd nie zdobyłam się na przeczytanie w całości opus magnum jego życia, czyli „Prób”. Może gdyby powstało nowe tłumaczenie tekstu sprzed ponad 400 lat, to mogłoby pomóc. Uwielbiam za to, gdy raz na jakiś czas ktoś cytuje którąś z myśli Montaigne`a. Są z reguły głębokie, dające sporo do myślenia. „Lato z Montaigne`em”, mające na celu przybliżenie tego dorobku, okazało się jedną wielką pomyłką. 

Dobór sentencji  Montaigne`a jest fatalny. Jeżeli ktoś nie znał wcześniej żadnych jego refleksji, spostrzeżeń, itp. itd., to w zaprezentowanym zbiorze nie zauważy ani niczego nadzwyczajnego, ani ciekawego. W każdym mini rozdziale jest myśl Montaigne`a, czasem 2 lub 3, dotyczą one tego samego tematu, każdy rozdział to inny temat, jest też omówienie tej myśli, dokonane przez Compagnona. Spodziewałam się, że te omówienia będą to informacje np. o życiu myśliciela, o okolicznościach, które doprowadziły Montaigne`a do określonych wniosków, nawiązania do ówczesnej sytuacji politycznej czy do ówczesnych kwestii społecznych. Tak było zaledwie parę razy. 

W większości wygląda to dość groteskowo. Przykładowo przytoczonych jest parę zdań Montaigne`a na temat tego, jak upadł z konia. Mowa jest o dosłownym upadku z konia, nie o przenośni. Omówienie wygląda mniej więcej tak, że Compagnon wyjaśnia, że Montaigne opisuje, jak upadł z konia. Naprawdę jest to żałosne.  

5/10




wtorek, 17 września 2024

Raymond Chandler „Głęboki sen”

 

        Jeśli ktoś nie zna legendarnego detektywa Philipa Marlowa, to naprawdę warto, aby przeczytał chociaż jeden tom, bo to tak jakby się nie znało Sherlocka Holmesa. Chandler miał wielki dar obserwacji ludzi, po ich zachowaniu, po drobnych gestach czy mimice wiele już odkrywał. 

        Niezapomniany jest styl pisania Chandlera i nawet dla tego stylu warto sięgnąć po książkę. Chandler to jedyny autor, co do którego mogę stwierdzić, że nawet gdy kogoś nie interesują kryminały, to może po niego sięgnąć z uwagi właśnie na styl i język.  Pisze on z reguły krótkimi zdaniami, nie ma wodolejstwa. Opisywani ludzi to w większości ludzie czynu, którzy wolą działać, a nie stale coś rozważać. Język jest dosadny, niczego nie trzeba się domyślać. Chandler ma jeszcze dodatkowo spore poczucie humoru i jest ono mocno wyczuwalne. Nie ma tu żadnego naiwniactwa, pisarz i stworzony przez niego detektyw znają życie z każdej strony. Spostrzeżenia na temat ludzkiego zachowania, ich motywów czy dylematów również z reguły zamykają się w jednym zdaniu, czasem w dwóch czy trzech maksymalnie. Zdanie te są ostre jak brzytwa i  liczy się tam każde słowo, nie można byłoby ich skrócić. Opisywani ludzie pochodzą z wszystkich kręgów społecznych, są i bogaci i biedni, wykształceni i nie, nie brakuje osób z półświatka, jak na kryminał przystało jest ich całkiem sporo. Nie wiem, jak brzmi wcześniejsze tłumaczenie, czytałam w nowym przekładzie Bartosza Czartoryskiego. 

        Marlowe natomiast z jednej strony jest cyniczny, bo wie, czego się spodziewać po ludziach i nie ma tutaj żadnych złudzeń, z drugiej natomiast jest głęboko wrażliwy na krzywdę innych osób. Ma też swoje zasady. Wszystko wskazuje na to, że jest alkoholikiem. Kiedy nie działa i musi odpocząć bywa melancholijny. Poczucie humoru ratuje go przed dołami psychicznymi.  W tym tomie przyjął zlecenie od bogatego, starszego generała, miał znaleźć szantażystę. Potem oczywiście wszystko się skomplikowało.  

7/10


sobota, 14 września 2024

Orhan Pamuk „Dziwna myśl w mojej głowie”

 

  To naprawdę piękna, mądra książka, w sam raz na poziomie noblisty. Jest to opowieść o zwyczajnej codzienności z wielkimi wydarzeniami w tle, o przemijaniu, o Stambule, o wierności sobie, ale przede wszystkim o czymś co jest trochę na pograniczu czegoś normalnego i irracjonalnego, czyli o tej tytułowej „dziwnej myśli”. Ta „dziwna myśl w głowie” to może być np. nagłe uświadomienie sobie pewnych kwestii, uzmysłowienie sobie czego naprawdę się chce, kogo się kocha, co się lubi, moze to być również olśnienie itp. itd. 

    Natomiast z kwestii "dziwnej myśli" bardziej irracjonalnej, to jeden z bohaterów powieści został kiedyś oszukany przez bliską osobę, przez długi czas nie miał jednak świadomości roli tej osoby w zdarzeniu. Czytelnik wiedział więcej, bo narrator powoli, powoli, odkrywał przed nim różne niuanse tej sytuacji. Oszukany bohater kiedyś, nagle podczas spotkania z tą osobą, która go oszukała, po neutralnej wymianie zdań na luźne tematy, po spojrzeniu w oczy, zrozumiał, że został w tej sytuacji, o której bez spojlera nie można mówić szerzej, oszukany. I autor nie wyjaśnił, jak to się stało, że nagle to ten bohater zrozumiał. Mogło być tak, że bezwiednie gdzieś w podświadomości układały mu się w logiczną całość różne niuanse i drobne poszlaki poszlak, wskazujące na to oszustwo, którego nawet sam przed sobą nie chciał sobie uświadomić. Ale nadal jednak pozostaje pytanie, dlaczego uświadomił sobie to oszustwo tak nagle i bez żadnej przyczyny. Może pojawiła się ta przysłowiowa kropka nad i, która pomogła w tym uświadomieniu sobie tego właśnie wtedy, może skojarzył sobie wyraz twarzy tej osoby w różnych sytuacjach, może ton głosu. Pozostanie to tajemnicą. Ale oczywiste jest to, że każdy przeżywał różne podobne sytuacje, kiedy nagle coś w nim jakby zaskakiwało.  

    Olga Tokarczuk w jednym z naprawdę wspaniałych esejów czy wykładów o powieści i literaturze, zawartym w zbiorze "Czuły narrator", o którym pisałam tutaj, napisała, że Wielka Powieść musi mieć w sobie tajemnicę i musi też przedstawiać pewne fakty w inny sposób, niż zazwyczaj są postrzegane, tak aby zmienić czytelnikowi punkt widzenia, aby go wzbogacić. „Nagła myśl w mojej głowie”  spełnia te kryteria. 

    Jest to też powieść o przemijaniu. Mevlut przyjechał do Stambułu wraz z ojcem jako jeszcze dziecko i całe niemal życie sprzedawał buzę, turecki napój z alkoholem, nosił ją na ramionach w nosidłach. Obserwował, jak przez kilkadziesiąt lat zmienia się Stambuł, zarówno pod względem architektury, jak i obyczajowości. Gdy chodził samotnie po ulicach i sprzedawał buzę, miał wrażenie, jakby miasto do niego mówiło, wtedy był po prostu szczęśliwy. Obserwował też, jak zmieniają się ludzie, jak dojrzewają i jak się starzeją. To starzenie się też jest dość oryginalnie przedstawione, odebrałam to jako proces przed którym w pewien sposób można się trochę bronić, przynajmniej w aspekcie psychicznym. Nasz bohater z biegiem lat tracił ciekawość życia, gdy był młody lubił oglądać zmieniający się Stambuł, w starszym wieku zaczęło go to przerażać, wolał chodzić tylko po znanych miejscach, nie nadążał za tymi zmianami i jednocześnie nie podejmował żadnych wysiłków, aby chociaż w małym aspekcie za tymi zmianami podążać. Nie był już w stanie czerpać radości z nowoczesności i z nowości i z współczesności. Żył przeszłością, stale rozpamiętując to, co było dawno. 

Mevlut będąc całe życie biedny, uchodził za przegrywa. O. Pamuk pokazał, że ktoś taki w rzeczywistości może być dużo szczęśliwszy, niż ludzie sukcesu. Nie jest to powieść o szczęśliwym biedaku, to byłoby za proste. Mevlut nie zawsze był szczęśliwy, ale nawet w chwilach totalnego doła psychicznego wędrówka po mieście dawała mu wytchnienie i spokój.    

    Całość czyta się zaskakująco dobrze, mimo braku spektakularnych wydarzeń akcja wciąga. Wydarzenia opisywane są z punktu widzenia wielu osób, co daje większe zrozumienie różnych postaci. 

    Jedyna rzecz, która mi przeszkadzała, to fakt, że Mevlut był człowiekiem bardzo prostym, bez wykształcenia, tak samo było z przeważającą większością opisywanych postaci. Brakowało mi więc nieco głębszych jego refleksji, nie ma tu oczywiście nawiązań do literatury tureckiej czy tureckiego malarstwa, albo muzyki. Takich refleksji nie miał kto snuć, żaden z bohaterów z uwagi na wychowanie, brak wiedzy, nie miał potrzeby, aby obcować z kulturą. Nie jest to więc „W poszukiwaniu straconego czasu”, gdzie różnego rodzaju refleksji z literaturą, sztuką czy muzyka, było sporo. Zamysł Orhana Pamuka jest oczywisty, pokazał uniwersalne ludzkie odczucia, niezależne od czasu kiedy się żyje, miejsca czy wykształcenia. 

 9/10


środa, 11 września 2024

Andrzej Nowak „Dzieje Polski. Tom 2.1202-1340. Od rozbicia do nowej Polski” - audiobook, czyta Maciej Gąsiorek

 


      Tak jak i tom I, ten jest równie porywający, może nawet i bardziej, bo osobiście wolę późniejsze średniowiecze, niż to najwcześniejsze. Tam gdzie prof. Nowak snuje różnego rodzaju rozważania, dokonuje porównań np. do tego co działo się w tym samym czasie w innych państwach lub do analogicznych sytuacji w późniejszym czasie, jest to rewelacja. Opis wydarzeń momentami bywa bardziej nużący, ale i tutaj w miarę możliwości też stara się maksymalnie zaciekawić. Książka uczy myślenia, kojarzenia faktów, wyciągania wniosków, nie są to tylko suche fakty. Autor również nie waha się oceniać tego, co opisuje. Oczywiste jest to, że każdy na co innego zwróci uwagę podczas lektury. Tak jak i przy tomie I opiszę to, co mnie najbardziej zaintrygowało. 

Pod koniec tomu sporo miejsca zostało poświęcone sojuszowi z Litwą z czasów Łokietka, kiedy to doszło do ślubu syna Łokietka, Kazimierza z córką Wielkiego Księcia Litewskiego Aldoną. Zdaniem autora ten sojusz przygotował grunt pod późniejszą Unię Polsko – Litewską z 1380r. Paweł Jasienica bardzo krytycznie ocenia tą Unię, podnosząc, że najbardziej skorzystała na niej Litwa, a nie Polska i że Unia niepotrzebnie skierowała nas na Wschód, odcięła od Zachodu i wplątała w liczne, niepotrzebne  wojny. Prof. Nowak z kolei prezentuje jeszcze inny punkt widzenia. Jego zdaniem bez Unii zostalibyśmy małym, niewiele znaczącym państwem, wciśniętym między zachodnie mocarstwa, które prędzej czy później zostałoby zwasalizowane, albo też zostalibyśmy po prostu  podbici. Nie wiadomo, czy Litwa oparłaby się zakusom Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, czy nie zostałaby wchłonięta. Problem Moskwy pojawiłby się wówczas w naszych dziejach znacznie wcześniej. Gdyby nie Unia nie powstałaby też kultura polska, która dla naszej narodowej tożsamości ma tak wielkie znaczenie. Twórcy żyjący w późniejszych wiekach na Litwie czy też na naszych kresach wschodnich z pewnością również tworzyliby, ale w innym języku i nie miałoby to z polskością nic wspólnego. Pozostaje więc pytanie, jak wyglądałaby nasza narodowa kultura np. bez Mickiewicza,  czy nadal miałaby tak wielką siłę oddziaływania, że pomogłaby przetrwać okupację? Wszystkie te pytania pozostaną oczywiście bez odpowiedzi, ale już same te dywagacje są fascynujące i mocno poszerzają horyzonty i to bez względu na to, czy czytelnik podziela punkt widzenia Jasienicy czy Nowaka. 

Autor jak zwykle nie stroni od nawiązań do kultury i literatury. Wspomniał m. in. „Imię Róży” Umberto Eco w kontekście analiz dotyczących papiestwa za czasów Łokietka. W ”Imieniu Róży” papież Jan XXII ukazany jest jako czarny charakter, postać która ma na sumieniu wiele ofiar inkwizycji. Jako przeciwwagę dla papieża Umberto Eco opisał króla, a potem cesarza Ludwika IV Bawarskiego. Zdaniem prof. Nowaka to karykaturalne przedstawienie Jana XXII jest bardzo krzywdzące, gdyż miał on wiele zasług, a teraz jeżeli ktoś w ogóle tego papieża kojarzy, to  dzięki Umberto Eco utożsamia go tylko ze złem i głupotą. Z punktu widzenia naszego państwa też wyglądało to zupełnie odwrotnie, niż u Umberto Eco.  Omawiając starania Łokietka o zjednoczenie państwa i o koronację prof. Nowak bardzo mocno podkreślał, że koronacja doszła do skutku właśnie dzięki papieżowi Janowi XXII, który walczył z cesarzem i któremu zależało, aby sąsiedzi cesarstwa byli silni. Papież był też przychylny Polsce nawet w sporze z Krzyżakami. Gdyby na tronie papieskim zasiadał inny papież nasze dzieje w ogóle mogły potoczyć się inaczej.  

Prof. Nowak jest też mistrzem aluzji do współczesności. Również pisząc o Łokietku i jego sporze z Krzyżakami, nawiązał delikatnie do naszych czasów. Otóż Krzyżacy chcąc zamknąć definitywnie sprawę zaboru Pomorza, robili Łokietkowi i Polsce bardzo negatywny PR na dworach europejskich. Opisywali go jako władcę mało elastycznego, nierozumiejącego polityki, który nie rozumie także, jak bardzo "korzystne" warunki pokojowe Krzyżacy chcą nam zaproponować. W rzeczywistości warunki, jakie były proponowane były żenujące i nie do przyjęcia. Czarny PR jednak swoje robił, Łokietek  z różnorakich względów postrzegany był za granicą negatywnie. W rzeczywistości starał się cały czas utrzymać nasze ziemie, nawet kosztem prowadzenia wojny.   Mimo kreowania tego negatywnego wizerunku naszego władcy nie poszedł na ustępstwa i nie zgodził się na warunki nie do przyjęcia. Oczywiście jednak jednoznaczne rozstrzygnięcie, czy w danych warunkach lepiej było nadal prowadzić wojnę, czy zgodzić się na niekorzystne warunki pokojowe, nie jest możliwe. Czarna legenda dotycząca wielu władców różnych krajów niekoniecznie świadczy o tym, iż rządzili, czy też że rządzą oni źle, często po prostu dbają o interesy własnego narodu, a nie innych państw. 

W tym tomie najbardziej godne uwagi było dla mnie przedstawienie postaci Wł. Łokietka. Podobnie jak i Cherezińska przedstawił on naszego króla jako postać nie tylko o wyjątkowo szerokich horyzontach, ale jako człowieka o porażającej konsekwencji w dążeniu do celu, potrafiącego podnosić się z upadków. Nie był naturalnym kandydatem do korony, jakim jest syn króla. Gdy podjął się dzieła zjednoczenia państwa i walki o koronację, uwarunkowania międzynarodowe były bardzo trudne, byliśmy zlepkiem ziem, których suwerenność była mocno zagrożona.  Przez długi czas nie miał wystarczającego poparcia wśród ówczesnych polskich elit. Przez 10 lat żył na wygnaniu, ukrywając przed wieloma osobami, kim jest. Ale miał swą wizję, mimo błędów, jakie popełniał w młodości, nawet dotyczących państwa i jego polityki, stał się finalnie mężem stanu. Został koronowany, gdy miał 54 lata, co w tamtych czasach było wiekiem podeszłym. 

Brakowało mi natomiast tego, o czym pisała Cherezińska w cyklu piastowskim, mianowicie tzw. cichych ludzi, czyli inaczej mówiąc szpiegów. Szpieg jest najstarszym zawodem świata, ludzi tej profesji było wielu i to usługach wszystkich dynastii, kwestia ta jest jak na razie jest u prof. Nowaka pominięta. Eksponowana jest z kolei rola Kościoła,  aczkolwiek jest to w pewnym stopniu uzasadnione,  w tamtych czasach Kościół nadal wszędzie miał olbrzymi wpływ na władzę, oświatę i kulturę. Bez ówczesnych naszych księży i kościelnej dyplomacji i starań o koronę, koronacja Łokietka nie byłaby możliwa, bez niej z kolei jeszcze trudniej byłoby utrzymać naszą państwowość.      

9/10






poniedziałek, 26 sierpnia 2024

Tove Jansson „Pamiętniki Tatusia Muminka”

 

               Gdy książka lub cokolwiek innego, co się nam podobało, się kończy, często pojawia się lekki smutek, że to już koniec. W tym przypadku autorka zakończyła tekst tak, że lepiej już nie można.  „Na wschodzie niebo jaśniało w oczekiwaniu na słońce, gotowe lada chwila wyjrzeć na świat, za kilka minut noc miała ustąpić i wszystko mogło się znów zacząć od początku. Otwierały się nowe Niewiarygodne Możliwości, nastawał nowy dzień, w którym wszystko się może zdarzyć, jeżeli tylko ktoś nie ma nic przeciwko temu”. 

     Muminki zawsze napawają optymizmem. Ten tom jest odmienny od reszty, bo jest on właściwie jedną wielką retrospekcją, w której Tatuś Muminka pisząc pamiętnik, wspomina swoją młodość. Wspominanie młodości i jej idealizowanie jest domeną starszych osób, którzy jednocześnie tej rzekomo wyłącznie wspaniałej młodości przeciwstawiają rzekomo beznadziejną teraźniejszość. 

Tatuś Muminka jest kimś wyjątkowym i podszedł do tych wspominków nieco inaczej. Czuje pewien żal, że nie wszystko jest już możliwe, ale wspomina, bo chce przekazać pewne doświadczenia innym osobom, chce też znowu poczuć przy sobie obecność dawnych przyjaciół, a przy okazji  doskonale się przy tym bawi. Nie narzeka jednak na to, co dzieje się współcześnie, z obecnego etapu życia jest równie zadowolony, jak i z poprzedniego. Ten tom jest dla mnie w dużej mierze o dojrzewaniu, ale nie w sensie takim, że dziecko staje się dorosłym, tylko o mądrzeniu, o nabywaniu doświadczeń, które winny spowodować, że na każdym etapie nasze życie może być sensowne i że można czerpać z niego radość, nawet i z trudnych doznań. Jest w tekście takie zdanie, że gdy człowiek jest bardzo młody, ma przed sobą niemal nieograniczone możliwości, a potem te możliwości się kurczą. Tutaj jest to pokazane jako naturalny proces, w trakcie którego mino wyczerpywania się tych możliwości, można czerpać radość z wielu rzeczy. 

Jest to też tomik właśnie o przyjaźni, bo Tove Jansson pokazuje, jak Tatuś Muminka nawiązywał nowe przyjaźnie i jak to się działo, że finalnie te przyjaźnie okazywały się trwałe. Wreszcie jest pokazane, jak Tatuś Muminka poznał Mamusię Muminka. Tutaj też ukazane są niemal wszystkie postacie z wszystkich części Muminków, można się dowiedzieć, skąd się one w ogóle wzięły. 

    W tym tomie również ukazują się najbardziej tajemnicze z muminkowych postaci: Hatifnatowie. „napędzani własna elektrycznością, którą niektórzy nazywają tęsknotą lub niepokojem” i którzy „wciąż gonią i gonią, taki w nich niepokój”, „chcą dotrzeć do horyzontu”, cały czas są w drodze. Chyba każdy w większym lub mniejszym stopniu przynajmniej raz na jakiś czas ma w sobie coś z Hatifnata, nawet jeżeli ktoś jest domatorem. Są oni wielką tajemnicą i zbyt wiele nie można się o nich z lektury dowiedzieć. Może po prostu trzeba zastanowić się nad sobą, co i dlaczego nas tak gdzieś gna i gna, nawet gdy nie dzieje się to w realu, tylko w głowie. Można pomyśleć, dlaczego nie raz zobaczywszy jakiś krajobraz chcielibyśmy się w nim zanurzyć i iść przed siebie. 

    Jest to tom lekko nostalgiczny, refleksyjny dla mnie jakby nieco jesienny. 

8/10


wtorek, 20 sierpnia 2024

Michał Korkosz „Rozkoszne. Wegetariańska uczta z polskimi smakami”

 

            Michał Korkosz wybrał co ciekawsze, tradycyjne, ale bezmięsne polskie dania i „dodał im pazura”, nieco modyfikując i lekko unowocześniając przepis. Jak sam pisze, jedzenie wspaniałych potraw to nie tylko uczta dla ciała, ale i dla ducha, a ja w pełni się z nim zgadzam. Książka powstała po coś, to nie tylko zbiór przepisów. To przypomnienie, a dla niektórych osób, np. obcokrajowców, wręcz zaprezentowanie  tradycyjnych polskich potraw w sytuacji, gdy są one jakby spychane na dalszy plan wobec zainteresowania innymi kuchniami świata. To smaki, jakie chyba każdy zna z dzieciństwa i dodanie im trochę nowego życia. Autor wygrał we wszystkich kategoriach amerykański konkurs na najlepszego bloga kulinarnego i na zamówienie amerykańskiego wydawnictwa wydał tam książkę kulinarną. „Rozkoszne. Wegetariańska uczta z polskimi smakami” to właśnie polska wersja tej książki.  

        Zdjęcia potraw są wyjątkowo piękne, wręcz artystyczne, patrzenie na nie jest prawdziwą przyjemnością, książka przypomina małe dzieło sztuki. Świetnie dobrane są talerze, obrusy i in. tego typu niezbędne przedmioty. Wybrane są wszystkie rodzaje dań wegetariańskich, dania śniadaniowe, zupy, dania główne, sałatki, dania mączne, ciasta.

            Zgodnie z wskazówką autora, przeczytałam książkę od początku do końca, jedno ciasto z książkowego przepisu upiekła koleżanka, było pyszne, ja zrobiłam jedno danie główne, też było znakomite. Przeczytanie książki od A do Z miało ten skutek, że zorientowałam się, że przepisy wcale nie są trudne, że wszystko jest wytłumaczone, co i jak robić. Opis każdego danie poprzedzony jest kilkuzdaniowym wprowadzeniem, np. nawiązaniem do tradycji rodzinnego domu, albo do czegoś nowego w potrawie itp. Myślę, że osoba nieumiejąca w ogóle gotować przy odrobinie dobrych chęci, będzie  w stanie sobie poradzić.  

8/10




 


piątek, 16 sierpnia 2024

Paul Scarton „Duchy Bałtyku. Podróże wzdłuż niemieckiego wybrzeża”

 

    Scarton napisał książkę bez jakiegokolwiek zaangażowania emocjonalnego, poprawną i nudną.  Są osoby, które będąc zafascynowane pewnymi miejscami, potrafią o nich pisać z miłością. Ta fascynacja może się nawet udzielać czytelnikowi, bo jedzie on właśnie w te miejsca, w których był autor, aby  poczuć i zobaczyć to samo. Nasze morze kochał niewątpliwie Stefan Żeromski i gdy się czyta „Wiatr od morza”, to się tą miłość czuje. Czytając „Cień wiatru” Zafona, ma się ochotę pojechać do Barcelony. Ostatnio  Sławek Gortych jest w stanie oczarować czytelnika Karkonoszami, po lekturze trzech tomów karkonoskiego cyklu, pojechałam tam po kilkunastu latach od ostatniego pobytu. Można też pisać w sposób porywający nie tylko o miejscach, można pisać o muzyce, sztuce, innych zjawiskach. Gdy autor potrafi czymś zauroczyć, wiele można mu wybaczyć, tego rodzaju książki zupełnie inaczej się ocenia, robi się to właśnie przez pryzmat emocji. Jako fascynatka Bałtyku myślałam, że „Duchy Bałtyku” będą tego rodzaju opowieścią, porywającą. Było dokładnie odwrotnie. 

        Jeśli ktoś zna podstawowe fakty historyczne, to o historii niczego się z niej nie dowie. Wspomniane jest m. in. zatopienie „Wilhelma Gustolfa”, wyrzutnie rakiet  V2, socjalizm. Fakt, że w Niemczech nad Bałtykiem mieszkają osoby, które były współpracownikami STASI, może zaskoczyć i zainteresować chyba tylko zachodniego czytelnika, który o historii nie ma zielonego pojęcia. 

    Rozczarowujące mocno są nawiązania do literatury, w tym kontekście wspomniany jest głównie Gunter Grass, ale Tomasz Mann i „Buddenbrokowie”.  Twórców piszących na tematy związane z Bałtykiem było zdecydowanie więcej.  

        Wspomniany jest także niemiecki artysta malarz Caspar Friedrich, związany z bałtycką wyspą Rugią. Rzeczywiście malował on niesamowite obrazy, w tym również obrazy Morza Bałtyckiego.  Za najwspanialszy, jakby nie z tego świata, uważam jego obraz „Mnich nad brzegiem morza”. Tutaj i na innych płótnach zawsze najważniejszy jest krajobraz.  Postacie, o ile w ogóle są, namalowane są tyłem, oglądający obraz może mieć wrażenie, że to właśnie on jest tą postacią z obrazu i to on  kontempluje widok. P. Scarton przytacza na temat Friedricha same suche fakty, ale i tak dla mnie była to najciekawsza część książki. 

6/10



poniedziałek, 12 sierpnia 2024

Taylor Jenkins Reid "Malibu płonie"

 

        Książka jest nie tylko dobrem czytadłem, owszem, bardzo mocno wciąga czytelnika i ciężko jest się od niej oderwać, ale wcale nie jest głupia. Co nieco można się z niej dowiedzieć. 

    Wydarzenia rozgrywają się głównie w rodzinie topowego, bajecznie bogatego piosenkarza. Jest taka grupa osób, która zazdrości różnym gwiazdom Hollywood ich życia. Tutaj pokazana jest głównie odwrotna strona medalu, czyli to co naprawdę nie jest fajne, jest wręcz koszmarne. Każdy wie, że życiu znacznej części artystów, szczególnie chyba amerykańskich, tych właśnie z Hollywood, towarzyszą narkotyki, alkohol, permanentne zmiany partnerów, różne wzloty i upadki. Książka pokazuje w lekkiej formie m. in. to, jak się żyje z kimś takim na co dzień. Otóż to co najwartościowsze w artystach, jest w ich dziełach i z tego korzystać może każdy, słuchając ich muzyki czy np. oglądając filmy z udziałem konkretnego aktora. Życie natomiast z takimi osobami jest często piekłem, a najbardziej na tym cierpią dzieci. Nie jest to oczywiście jakimś odkryciem, ale tutaj pokazane jest wyjątkowo sugestywnie.  

        Autorka też świetnie uchwyciła, jak z pokolenia na pokolenie przekazywane są, oczywiście bezwiednie, autodestrukcyjne zachowania.  Jak córka widziała tysiące razy matkę, której było ciężko i która sięgała po alkohol. Gdy córka dorosła i też było jej bardzo ciężko, przypominała jej się matka, również sięgnęła po alkohol i też zrobiło się jej lżej, na krótki czas oczywiście. Widać podczas lektury, jak strasznie ciężko jest nie powielać różnych destrukcyjnych schematów.

        Jest też pokazane niesamowite hobby, właściwie pasja, surfowanie. Każdy kto ma jakąkolwiek pasję, wie, że gdy nawet ma się problemy, gdy jest się w złym humorze, a sięgnie się po to, co kogoś  fascynuje, to wszystko staje się prostsze i jest po prostu lepiej. 

        W powieści jest oczywiście zdecydowanie więcej innych wątków, nie ma monotonii, a zakończenie jest naprawdę, ale to naprawdę zaskakujące. 

   7/10

 



piątek, 9 sierpnia 2024

Andrzej Nowak „Dzieje Polski do 1202. Skąd nasz ród” Tom I – audiobook, czyta Maciej Gąsiorek

 

    Prof. Andrzej Nowak znany jest ze swoich mocno prawicowych poglądów, w tym z bardzo dużego zaangażowania religijnego. Dorobek naukowy ma spory, wykładał na wielu uczelniach, w tym nawet na Harvardzie.  Można więc było się spodziewać, że jego spojrzenie na historię Polski będzie nieco inne, niż większości historyków. 

    Rzeczywiście spojrzenie prof. Nowaka na historię jest unikalne i bez względu na to, w jakim zakresie czytelnik się z nim zgadza, jest warte poznania, bo rozszerza horyzonty. Książka nie jest tylko suchym odtworzeniem faktów. Autor nie ucieka od subiektywizmu, ocenia, co jego zdaniem było dobre, co złe. Niekiedy też rozważa wersje alternatywne historii, np. co by było gdybyśmy przyjęli chrzest nie od Czechów, tylko od innego państwa w obrządku prawosławnym. Oczywiście formalnego rozłamu w Kościele w opisywanym okresie jeszcze nie było, ale różnice już były rozrysowane. W tej sytuacji nie mielibyśmy alfabetu łacińskiego, tylko cyrylicę itd., itp., ciążylibyśmy bardziej ku Wschodowi niż Zachodowi Europy. I miałoby to niewątpliwie gigantyczny wpływ na naszą pozycję na arenie międzynarodowej, inaczej kształtowałaby się nasza kultura itd. Całe nasze dzieje ukształtowałyby się inaczej. 

    Niektórym zagadnieniom autor przypisał  wielką wagę i poświęca im sporo miejsca, innym  mniej. Sporo jest analogii do różnych przyszłych wydarzeń dziejowych, np. zagrożenie ze wschodu i zachodu. Niektóre z kolei wydarzenia prof. Nowak wydobył z zapomnienia, opisał np. potop czeski z 1038r., kiedy to książę Brzetysław najechał na nasze ziemie, spustoszył straszliwie Wielkopolskę, zajął Śląsk i przyłączył go do Czech. Niekiedy autor snuje refleksje nad długofalowymi skutkami pewnych wydarzeń. Przykładowo zastanowił się, jaki był sens licznych wojen o Śląsk, zdaniem niektórych historyków, można było sobie to odpuścić. On wskazał na to, że dzięki odbijaniu Śląska i osadzaniu tam polskich książąt, bez względu na późniejsze koleje losu, w wielu tych księstwach przez pokolenia kultywowana była polskość. I to właśnie pozwoliło w konsekwencji na to, że przez wieki nie zginęła tam ani polska mowa ani polska kultura i Śląsk finalnie, albo przynajmniej na razie mógł stać się w pewnym stopniu polski. Gdyby pamięć o Śląsku zaginęła, po odzyskaniu niepodległości przez Polskę nikt o niego by nie walczył. 

    Co też charakterystyczne, gdy autor ocenia pewne wydarzenia i wskazuje, że długofalowe ich skutki były fatalne, bardzo rozważnie analizuje, czy w tamtym czasie przy ówczesnym sanie wiedzy tego rodzaju skutki można było w ogóle przewidzieć. Tak było np. z podziałem Polski na dzielnice, tego rodzaju posunięcia dotyczyły większość państw europejskich. I w tamtym czasie takie decyzje wydawały się bardzo sensowne. Bolesław Krzywousty wiele lat walczył o  władzę ze swoim bratem Zbigniewem, szły na to olbrzymie siły i środki. Dzieląc Polskę na dzielnice wychodził z założenia, że zapobiegnie to walkom bratobójczym.   

W książce tej mocno uwzględniona jest rola kościoła i duchowieństwa, podkreślony jest jej pozytywny w tamtym czasie wpływ na dzieje, na rozwój oświaty i kultury. Obecnie w dobie wielu afer z udziałem księży, w tym wobec popełnianych zbrodni pedofilii, rzadko mówi się o Kościele obiektywnie, nawet w kontekście historycznym. A Kościół przecież ma swoje niewątpliwe zasługi. W tamtym czasie nie było oczywiście państwowego szkolnictwa, ośrodkami intelektualnymi, w których oświata mogła się rozwijać, stawały się powoli zakony, gromadzone były tam pierwsze dzieła sztuki, same budynki sakralne były też jednym wielkim dziełem sztuki. Tutaj oczywiście obserwujemy zaledwie początki tego procesu. Mimo że kwestie Kościoła omawiane są szeroko, nie zauważyłam w tym względzie krytycyzmu.

Świetnym pomysłem są liczne nawiązywanie do literatury. W późniejszych okresach czasu powstało przecież sporo utworów, nawiązujących do wydarzeń średniowiecznych. Przykładowo w balladzie „Lilie” Mickiewicz nawiązuje bezpośrednio czasów króla Bolesława Śmiałego i do słynnej wyprawy na Ruś. Morderczyni z ballady mówi:

 ”Mąż z królem Bolesławem 

Poszedł na Kijowiany.

Lato za latem bieży

Nie masz go z bojowiska,

Ja młoda wśród młodzieży,

A droga cnoty śliska”.

  Wyprawa na Kijów stała się jednym z powodów konfliktu króla Bolesława z biskupem Stanisławem, co zakończyło się zabiciem biskupa.  

Minusem jest lektor, czyta nienaturalnie, przez długi czas mnie drażnił, niekiedy moduluje głos, jakby coś mówił do dziecka albo do kogoś, kto nie rozumie, co się do niego mówi.

8/10 

    


piątek, 2 sierpnia 2024

Paul Begg „Kuba Rozpruwacz”

 

        Umieszczenie książki o Kubie Rozpruwaczu, o którym niewiele wiadomo, w serii  biografii słynnych ludzi było sporym wyzwaniem. Gdyby nie to, że książka napisana jest bardzo nieprzystępnym językiem i zawiera mnóstwo niepotrzebnych szczegółów na tematy z Rozpruwaczem niezwiązane, byłoby to przedsięwzięcie udane. Jest to właściwie monografia, jest cały rozdział o historii Londynu, inny o protestach robotniczych, kolejny o policji itp. Czyta się bardzo, ale to bardzo ciężko. Nikt mnie nie przekona, że do zrozumienia historii Kuby Rozpruwacza, niezbędne jest np. poznanie życiorysów policjantów, zajmujących się tą sprawą albo historii ruchu robotniczego i życiorysów robotników.  

        Intencją autora, słuszną skądinąd, było maksymalne przybliżenie tła zbrodni, naświetlenie wszystkich jej aspektów. Gdyby Paul Begg nie przedobrzył w szczegółach i szczególikach, byłoby świetnie. „Kuba Rozpruwacz” jest książką, która pozornie tylko dotyczy tematu sensacyjnego, rodem z Pudelka, Plotka  i podobnych platform. W rzeczywistości pokazuje ona Londyn z końca XIX wieku w takim aspekcie, w jakim nikt chyba go jeszcze nie pokazał, nie dotyczy to tylko topografii, ale obyczajowości, życia całej masy ludzi, w tym skrajnych biedaków ze slumsów, skorumpowanej policji. Dość szczegółowo wskazane jest nawet, jak wyglądały gazety przed zbrodniami, a jak później i jak wielki wpływa na prasę miały sprawa Kuby Rozpruwacza.  To jest tak, że gdy się słyszy hasła książę Karol i Diana, to automatycznie nasuwają się skojarzenia z plotkami i romansami. Tymczasem można te postacie pokazać również w zupełnie innym kontekście, jak chociażby w serialu „The Crown”. „Kuba Rozpruwacz” pokazuje tak szeroki kontekst, że pod tym względem przypomina właśnie „The Crown”. 

        Najbardziej szokujące dla mnie były opisy niewyobrażalnej biedy, jaka panowała w ówczesnej londyńskiej dzielnicy slumsów, na East Endzie, czyli tam, gdzie mordował Kuba Rozpruwacz. Znaczna część osób nie miała swojego mieszkania, o tym aby ci ludzie coś wynajmowali, nie było mowy. Byli po prostu bezdomni. Nocowali albo na ulicy, albo w popularnych noclegowniach, gdzie za każdą noc trzeba było płacić. Socjalu nie było żadnego. Jeśli ktoś nie był w stanie zdobyć pieniędzy, mógł żebrać. Ich garderoba sprowadzała się do ubrań, które mieli na sobie. Jedna z zabitych prostytutek, Mary Kelly, jako młoda dziewczyna funkcjonowała całkiem normalnie, wyszła za mąż, utrzymywał ją małżonek. Mąż jednak, będący robotnikiem, zginął w wypadku, ona wówczas została bez jakichkolwiek środków do życia. Nie miała żadnego wykształcenia, ani żadnych umiejętności, dzięki którym mogłaby zarabiać. Zaczęła więc zarabiać na ulicy.  

        Los takich ludzi nikogo nie obchodził, nie interesował się nimi ani kościół, ani państwo. Gdy przypadkowy przechodzień poinformował napotkanego policjanta, że nieopodal leżą zwłoki zamordowanej kobiety, jak się później okazało, jednej z pierwszych ofiar Kuby Rozpruwacza, policjant powiedział mu, że nie ma czasu tym zajmować, bo ma inne zadania. Sytuacja zmieniła się dopiero wówczas, gdy sprawa została nagłośniona.  

        Równie szokujące były dla mnie hipotezy na temat tego, kto mógł być Kubą Rozpruwaczem. Szokujące pod tym względem, że nie było żadnych dowodów na nikogo, mimo że w sprawę zaangażowana była cała londyńska policja. Gdzieś wcześniej obiło mi się o uszy, że na liście podejrzanych był członek rodziny królewskiej, książę Albert. Autor potwierdził, iż rzeczywiście krążyły takie plotki. Istniała teoria spiskowa na ten temat, która jest zaprezentowana, jak dla mnie zupełnie nieprzekonująca. Policja miała listę trzech osób, które uznała za najbardziej podejrzane. Dowody, które mogłyby świadczyć przeciwko którejkolwiek z nich, były żadne. Jeden z tych podejrzanych popełnił samobójstwo, topiąc się  Tamizie. Zostawił list, z którego wynikało, że mógł zrobić śs strasznego. I to jest jedyny „dowód”, połączony z tym, że po tym zgonie zbrodnie ustały. Drugi podejrzany cierpiał na poważnej schorzenia psychiczne, nie znosił prostytutek, a rodzina uważała, że za zbrodniami stoi właśnie on. Został zamknięty w szpitalu psychiatrycznym i od czasu tego zamknięcia, również zbrodnie ustały. Na trzeciego podejrzanego nie było już jakichkolwiek dowodów. Mordercą mógł być ktoś zupełnie inny, po zbrodniach mógł nawet wyjechać za granicę.

7/10 


czwartek, 25 lipca 2024

Marek Stelar „Milczenie” – audiobook, czyta Adam Bauman

 


    Wydarzenia współczesne są naprawdę nudne, wątek, kto jest zabójcą, nie intryguje nawet w najmniejszym stopniu, co więcej, jest przewidywalny.  Nawiązania do wojny i okresu powojennego też niczego nowego nie wnoszą. O tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie wydarzenia się rozgrywają częściowo w okresie tuż powojennym, częściowo współcześnie, też zbyt wiele nie można się dowiedzieć. Wszystko jest ponure, z wojną, martyrologią.  

    Drażniące mocno jest moralizatorstwo autora, który  ustami bohaterów wygłasza komentarze na różne tematy, komentarze te nazwałabym politycznie poprawnymi. Robi to wrażenie, jakby M. Stelar usiłował umoralniać czytelników. Przykładowo starszy już człowiek, Władek, którego matkę i siostrę w czasie wojny zabił esesman, wygłasza opinię, że o esesmanie nie można mówić Niemiec, to nie ma znaczenia, że to był Niemiec, bo to był człowiek. Władek przez całe życie był głęboko nieszczęśliwy, samotny i na dodatek nielubiany, ta tragedia zniszczyła mu życie. Jak dla mnie ta jego mowa jest w tym przypadku psychologicznie niewiarygodna i sztuczna. Nie chodzi o to, by podsycać nienawiść, ale pisarz winien właściwie odczytywać emocje ludzi  i je opisywać, tak aby czytelnik lepiej rozumiał innych ludzi i świat. Moralizatorski ton podjął bardzo wyraźnie lektor, tego rodzaju fragmenty czytał mniej więcej takim tonem, jakim niektórzy księża wygłaszają kazania w kościele.    

    W ubiegłym roku M. Stelar otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepszy kryminał, w tym roku otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru Czytelników właśnie za „Milczenie”. Czytelnicy mogli jednak głosować tylko na powieści nominowane przez kapitułę, jest to więc średnio wiarygodne. Nie wiem, dlaczego tą nagrodę Stelar dostał, może za tą polityczną poprawność, za moralizowanie, za upraszczanie trudnych tematów, za wątki które są teraz mocno eksploatowane. Zerknąwszy na skład kapituły, można już spodziewać się tego, co będzie przez nią promowane. Nie ma obecnie żadnych szans na to, aby Nagrodę Wielkiego Kalibru dostał pisarz, prezentujący inne polityczne poglądy, niż członkowie kapituły. I nie ma tu znaczenia, że w książce może nie być żadnych odniesień do polityki. Nagrodę Wielkiego Kalibru dostają bez żadnego wyjątku tylko pisarze z tzw. mainstreamu. 

4/10