środa, 11 stycznia 2023

Lucy Maud Montgomery „Dorosłe życie Emilki”

   

Dorosłe życie Emilki - Lucy Maud Montgomery

 Ostatnie tomy serii Lucy Maud Montgomery nie za bardzo wychodzą. Z trylogii o Emilce ten jest zdecydowanie najsłabszy, ale z kolei dużo lepszy od ostatniego tomu o Ani.  Emilka zakończyła już edukację, mieszka w Srebrnym Nowiu z ciotkami, spełnia marzenia o pisaniu. Większość czasu spędza jednak na rozmyślaniach o miłości swojego życia, dlaczego on jej nie kocha, a chyba kocha inną, a może ona też go nie kocha. Rozważa, czy lepiej wyjść za mąż bez miłości za przyjaciela, czy w tej sytuacji lepiej w ogóle zrezygnować z małżeństwa. Brzmi to niezbyt  dobrze, ale niestety wiele fragmentów książki, chyba nawet większość,  wygląda właśnie tak. 

    Na szczęście są też i ciekawe elementy. Przykładowo wielkiej pasji Emilki, pisaniu, poświęcone jest sporo miejsca. Dziewczyna zmaga się z niemocą twórczą, pisze też pierwszą powieść. Miewa też momenty absolutnego zachwytu nad światem, które określa jako pojawienie się promyka. 

      Wchodząc w dorosłość, dojrzewa. Przypomina sobie słowa ojca , a także i słowa Ralpha Emersona „Czyń zawsze to, co boisz się czynić”. Czuje pierwsze rozczarowania, widzi, jak destrukcyjnie na jej przyjaźnie działa odległość. Gdy jej przyjaciele wyjechali z miasteczka, kontakty listowne były utrzymywane, ale oni podczas rzadkich, wakacyjnych wizyt, byli już innymi osobami. Albo np. zmarł jej ukochany nauczyciel, mentor i rzetelny doradca co do jej twórczości. Musiała mu obiecać, że  nigdy nie będzie pisała tak,  aby  zadowolić kogokolwiek innego. Pisząc ma zadowalać tylko siebie. Ta śmierć też jej uzmysłowiła, że stanęła na rozdrożu, że już nic nie będzie takie samo, jak wcześniej. 

    Bardzo ciekawe są malutkie fragmenty rozmyślań o obrazach z domu Emilki. Jeden to „Sztych z portretu pędzla Rembrandta”, przedstawiający nieznaną nikomu Elżbietę Bas, a drugi to „Mona Lisa. Wpatrując się w obraz naprawdę wiele można powiedzieć o przedstawionych na nim postaciach. Patrząc na Elżbietę widziało się „bystrą, starą twarz, pełną humoru, zadowolenia z siebie i lekkiej wzgardy.” Widać było, że to ona była głową rodziny, o ile ją miała i „zapewne nie wiedziała, czym jest lęk”. Z Elżbietą nikt nie chciałby się pokłócić, bo miało się wrażenie, że każdego wytargałaby za uszy. Mona Lisa z kolei „ma w sobie odwieczny powab i pokusę, które doprowadzają mężczyzn do szaleństwa”, a z lęku drwiła. 

    Jest to pozycja dla fanów twórczości Lucy Maud Montgomery. 

7/10

niedziela, 8 stycznia 2023

Lucy Maud Montgomery "Rilla ze Złotego Brzegu" - audiobook, czyta Magdalena Fening

 



Czytałam ten tom jako nastolatka, teraz okazało się, że prawie nic już z niego nie pamiętałam i był on dla mnie rozczarowaniem. Lucy Maud Montgomery w swoich cyklach o Ani z Zielonego Wzgórza i o Emilce ze Srebrnego Nowiu opowiada o bohaterkach, które mocno wyróżniały się z otoczenia, głównie marzycielstwem i pozytywnym podejściem do życia, Emilka dodatkowo pasją pisania. Tak samo było z Joanną z "Błękitnego Zamku". 

    Rilla jest zaledwie nastolatką, początkowo próżną, potem empatyczną, odpowiedzialną, zaangażowaną w wychowywanie znalezionego niemowlaka i w działalność w Czerwonym Krzyżu. Wydarzenia rozgrywają się w trakcie I wojny światowej, autorka sporo opowiada o dramatach, związanych z wojną. Zarówno Ania, Emilka i Joanna były mądrymi kobietami, Rilla zaś mówiąc wprost, jest głupia, sama nazywała siebie rodzinnym głuptaskiem i jako jedyna z całego rodzeństwa skończyła edukację w wieku 15 lat. Ta jej działalność w trakcie toczącej się na innym kontynencie wojny była oczywiście bardzo pozytywna, ale niczego nadzwyczajnego tu nie widzę. W naszej historii mamy mnóstwo przykładów zaangażowania i bohaterstwa i jeszcze  narażania życia.     

        Porażające i negatywne wrażenie zrobiło na mnie przedstawienie zwierząt, a właściwie bardzo przedmiotowe podejście bohaterów książki do nich. Autorka miała o zwierzętach nikłe pojęcie, szczególnie o psach. Rodzina Blythów przedstawiana jest oczywiście wyjątkowo pozytywnie. Jeden z braci Rilli miał psa, Wtorka, który mieszkał oczywiście z całą rodziną. Gdy chłopak poszedł na wojnę, Wtorek zamieszkał na dworcu kolejowym i oczekiwał kilka lat na swojego ukochanego pana. Wtorek nie chciał wrócić do domu i tam oczekiwać. Każdy kto ma lub miał psa, wie, że taka kuriozalna sytuacja byłaby możliwa tylko wtedy, gdyby temu psu z rodziną było po prostu źle. Sytuacje psów, oczekujących latami na swoich opiekunów gdzieś na dworcu, czy na chodniku są oczywiście znane, ale dotyczy to opiekunów, którzy żyli samotnie, tylko z psem i egoistycznie lub bezmyślnie nie zadbali o to, aby zwierzak miał opiekę w razie choroby lub śmierci opiekuna. Nie słyszałam nigdy o normalnej rodzinie, w której pies po wyjeździe, czy nawet śmierci jednego z domowników, nawet tego ukochanego, uciekał z domu. Czułam więc poważny zgrzyt, czytając o "wspaniałej rodzinie" i o psie tej rodziny, który wolał mieszkać w budzie na mrozie, niż z tymi ludźmi. W powieści co jakiś czas są koszmarne opisy Wtorka i tego, jak bardzo było mu źle na dworcu w budzie, bo albo miejscowi  chłopcy próbowali obrzucić go kamieniami, albo  nabawił się reumatyzmu z zimna. Po paru latach ze zdrowego, wesołego szczeniaczka stał się starym, schorowanym, zreumatyzowanym psem. Podejście Blythów do kota też pozostawiało sporo do życzenia. 

      W "Rilli" jest też wspomniana sytuacja, gdy mały chłopczyk zabił swojego kota, bo uznał, że może dzięki temu podziwiany przez niego przyjaciel, wróci z wojny. Wywołało to zdumienie wśród bohaterów książki, ale oburzenia nie wywołało. Wszyscy współczuli chłopczykowi, że aż tak bardzo tęskni. Temu wynaturzeniu nie poświecono zbyt wiele miejsca. 

   Ta niby to wspaniała rodzina Blythów nie tylko z powodu zwierząt w tym tomie wzbudziła moją antypatię. Gdy 15 - letnia Rilla przywiozła do domu znalezione niemowlę, Gilbert, ojciec Rilli, zakomunikował jej, że ma się niemowlakiem sama opiekować, a jeżeli nie będzie tego robić, to dziecko zostanie oddane do sierocińca. Matka Rilli, Ania, nie mogła jej pomóc,  była rzekomo bardzo zajęta, tylko nie wiem za bardzo czym, bo z mojego punktu widzenia nie miała nic do roboty. Nie pracowała, nie miała żadnych problemów materialnych, miała dorosłe dzieci, z których trójka chłopaków poszła na wojnę, dwie córki studiowały w innym mieście. W domu była poza rodzicami tylko Rilla, no i gospodyni, która zajmowała się pracami domowymi i gotowaniem. Z moich wyliczeń wynika, że Ania nie przekroczyła jeszcze 50-tki, nie była ani stara, ani schorowana. Nie miała ani żadnych zainteresowań, ani żadnego zajęcia, które uniemożliwiałoby jej pomoc. Mogła pomóc Rilli chociażby z nudów. Być może Gilbert o sierocińcu nie mówił poważnie, ale sytuacja wyglądała tak, że dzieckiem rzeczywiście zajmowała się właściwie tylko Rilla, czasem tylko pomagała jej gosposia. Zainteresowanie "wspaniałej" Ani niemowlakiem było zerowe.   

   Z całą pewnością nie będę chciała wrócić do tego tomu. 

4/10   


piątek, 6 stycznia 2023

Książki roku 2022

 

Tomás Nevinson - Javier Marías

Jak zwykle ranking obejmuje książki przeczytane przeze mnie w 2022r., a nie wydane w tym roku. W minionym roku 6 pierwszych pozycji na liście oceniam jednakowo wysoko i miałam problem ze wskazaniem, która powinna stać się  numerem jeden.  

1. Javier Marias „Tomas Nevinsson”  - ostatnia niestety książka geniusza psychologii, tym razem sporo jest mojego ulubionego bohatera, Tupry

2. Tomas Forro „Apartament w hotelu wojna” – reportaż napisany jeszcze przed wybuchem wojny na Ukrainie, opisuje to, co działo się w Donbasie od 10 lat. Gdy przeczyta się go, można doskonale zrozumieć, na czym polega wojna hybrydowa, jak sytuację na tamtym terenie oceniają cywile i można pojąć szalenie więcej niuansów i jeszcze lepiej rozumieć to, co dzieje się u naszych sąsiadów. Książka fascynująca i pisana z narażeniem życia. 

3. O. Michał Zioło „Litery na piasku” – eseje zakonnika o różnych tematach, w tym m. in. oczywiście o chrześcijaństwie, o historii, o sensie życia itp., ukazujące że człowiek żyjący życiem wewnętrznym, w którym pozornie nic się nie dzieje, wie więcej o świecie i człowieku, niż niejeden podróżnik

4. Sergiusz Piasecki „Dla honoru organizacji” – książka m. in. o grupie likwidacyjnej AK w Wilnie, o zapomnianym bohaterze Sergiuszu Kościałowskim ps. Fakir no i o tym, jak sam autor odmówił wykonania wyroku śmierci na Józefie Mackiewiczu, jak się okazało, wyroku niesłusznego i anulowanego w późniejszym czasie

5. Tomasz Mann „Czarodziejska góra” – to było moje trzecie podejście do tej powieści, tym razem zakończone sukcesem, to opowieść o czasie, jego naturze no i o symbolu epoki, sanatorium Berghoff i kuracjuszach. Z pewnością kiedyś sięgnę po nią ponownie 

6. Bożena Fabiani  „W kręgu Wazów” – to książka nie tylko o Wazach, ale o całej epoce, która uzmysłowiła mi, jak bardzo potrzebne jest pisanie o zapomnianych lub niedocenianych kobietach. Do tej lektury trend ten traktowałam jako fanaberię, po lekturze dopiero uzmysłowiłam sobie, że dopiero z sylwetkami kobiecymi ma się pełny obraz,

7. Małgorzata Gołota „Spinalonga. Wyspa trędowatych” - wstrząsający reportaż, ale pokazujący też, że nawet w najbardziej koszmarnych warunkach człowiek może być potrzebny innym i nawet szczęśliwy

8. Elżbieta Cherezińska „Niewidzialna korona” & „Płomienna korona” – dwie powieści, tom II i III ex aequo - o mało znanej epoce  jednoczenia naszego państwa po rozbiciu dzielnicowym, to portrety fascynujących i stale inspirujących ludzi, to książka historyczna, psychologiczna, to romans, kryminał, powieść szpiegowska i jeszcze do tego elementy fantasy,,

9. Agata Christie „Morderstwo w Mezopotamii” – to szalenie wciągający kryminał z portretem psychologicznym, najbardziej chyba skomplikowanej bohaterki w twórczości Królowej Kryminału, do tego w scenerii Bliskiego Wschodu

10. Elena Ferrante „Genialna przyjaciółka” i cały cykl, po upływie czasu jeszcze bardzie go doceniam, o kobiecej przyjaźni,


środa, 28 grudnia 2022

Jost Metzler „Śmiejąca się krowa”

 

Śmiejąca się krowa - Jost Metzler

    Śmiejąca się krowa to malunek na niemieckim U-boocie U-69 z czasów II wojny światowej, coś w rodzaju dzisiejszego logo, tylko indywidualnego. Dowódca tego okrętu a jednocześnie autor książki wsławił się m. in. wpłynięciem do dwóch portów i ich zaminowaniem. 

      W opowieściach o U-bootach dla mnie najciekawsza jest kwestia psychiki załogi. Służba na okrętach podwodnych była najbardziej niebezpieczna i statystycznie prawdopodobieństwo przeżycia było najmniejsze w porównaniu do innych rodzajów wojsk. Nie mogę pojąć, jak ci ludzie byli w stanie służyć na czymś, co tak naprawdę mogło stać się ich trumną. Jak byli w stanie wykonywać swoje obowiązki i nie zwariować? Przecież mieli świadomość tego, że ich szanse przeżycia są nikłe, a śmierć może być koszmarna. Nie mieli jednocześnie możliwości rozładowania napięcia przez alkohol czy narkotyki. W ich przypadku mały błąd mógł doprowadzić do zatonięcia okrętu.  

    Odpowiedzi na te pytania niestety nie znalazłam. Autor snuje opowieść bez wnikania w emocje swoje czy załogi. Wygląda to jak opis gry komputerowej, typu wypłynęliśmy,  zanurzyliśmy się itp. Są jedynie wzmianki, iż przetrwanie zrzucania bomb głębinowych na U-boota wymagało mocnych nerwów, ale żadnych szczegółów nie ma. Bez cienia wątpliwości cała załoga chciała zatopić jak najwięcej obcych okrętów i tak naprawdę nikt się nie zastanawiał nad tym, że prowadzą wojnę napastniczą. 

     Myślałam o tym, czy marynarze z U-boota nie zastanawiali się nad perspektywą bliskiej śmierci, czy po prostu autor o tym nie napisał, bo chciał ich wszystkich przedstawić jako herosów, pozbawionych strachu. Wydaje mi się,  że  może naprawdę oni nie zastanawiali się nad tym wszystkim, nad śmiercią, nad zatopieniem, mieli masę obowiązków i musieli koncentrować się na nich, a nie na rozmyślaniach. Chyba nie mieli kiedy snuć jakichkolwiek głębokich rozważań. A gdy kończyli swoją służbę danego dnia, byli tak zmęczeni, że momentalnie zasypiali. I pewnie dzięki temu ci co przeżyli, nie zwariowali. Psycholodzy mówią, że gdy ktoś jest zajęty, nie rozważa bez przerwy swoich problemów i jest zdrowszy. I chyba w tym tkwił klucz, oczywiście nie jedyny,  do tego, że marynarze z U-boota byli w stanie funkcjonować w tak ekstremalnych warunkach. 

      Drugim kluczem do zachowania zdrowia psychicznego była motywacja, sam autor podkreślał, że załogi U-bootów były bardzo mocno zmotywowane, ochotnicy do wojny podwodnej znajdowali się nawet wtedy, gdy Niemcy już przegrywali i szanse na przeżycie były jeszcze mniejsze. Ci ludzie wierzyli w sens tego co robili, jakkolwiek paranoicznie brzmi to z obiektywnego punktu widzenia. Psycholodzy również podkreślają, że motywacja jest najważniejsza, gdy ktoś tak naprawdę nie jest przekonany do osiągnięcia określonego celu, to go nigdy nie osiągnie. 

    Pewnie w grę wchodziły jeszcze jakiś inne czynniki, pewnie ci, co chcieli walczyć na U-bootach mieli już sami z siebie mocny charakter. Służyła tam przecież, podobnie jak i w lotnictwie, elita. Musieli to być ludzie lubiący wyzwania. Nie zdziwiłabym się wcale, gdyby funkcjonowali oni lepiej w tak ekstremalnych warunkach, niż w zwykłej pracy w okresie pokoju.    
7/10

czwartek, 22 grudnia 2022

Elżbieta Cherezińska "Płomienna korona" - audiobook, czyta Filip Kosior

 

Audiobook Wojenna korona  - autor Elżbieta Cherezińska   - czyta Filip Kosior

"Płomienna korona" niesamowicie wciąga czytelnika. Okres Piastów, a w szczególności rozbicie dzielnicowe nie są tematami szczególnie eksploatowanymi i w naszej literaturze i w filmie. Na szczęście Cherezińska zapełniła tą lukę. Mamy tutaj zbeletryzowaną historię państwa, jak w całym cyklu. Ale poza wątkiem historyczno - politycznym są też romanse, zdrady, zbrodnie, magia, czytelnik spotyka też średniowieczne femme fatale i najwybitniejsze umysły epoki. Od słuchania jest ciężko się oderwać. Francuzi mają swoich "Królów przeklętych" Maurice Durona, Anglicy mają książki Hillary Mantell, my  mamy Cherezińską

    Większość kwestii, o których pisze autorka pozostawała dla mnie nieznana, ale nawet te znane potrafiły podnieść adrenalinę. Każdy wie, że Łokietek był królem, koronacja nie była jednak prostą sprawą, w szczególności gdy do polskiego tronu rościli sobie pretensje i Przemyślidzi i Luksemburczyk. Ażeby do koronacji doszło, potrzebna była akceptacja papieża i jednomyślne, pisemne poparcie ówczesnego polskiego możnowładztwa. Wiedziałam, jak gra o koronę się zakończyła, ale nie byłam w stanie zachować spokoju podczas słuchania. W tym tomie w końcu Łokietkowi najpierw udało się przekonać szlachtę do tego, aby zaakceptowała jego osobę jako władcę tzw. starej Polski i innych ziem, a potem do tego, aby poparła jego starania o koronę. Kulminacja starań nastąpiła w Awinionie, u papieża, gdzie udał się ówczesny arcybiskup gnieźnieński, Janisław. Sceny z Awinionu to naprawdę przykład dyplomacji najwyższych lotów, jedne z najlepszych w książce. Papież musiał zostać przekonany do koronacji Łokietka, a wiedział, że naraża się tym samym zarówno Krzyżakom, jak też i Luksemburczykowi i Przemyślidom. Sam fakt, że papież rezydował w Awinione wskazuje na to, że w tamtym okresie czasu, władzy świeckiej nie mógł lekceważyć. 

     Szalenie ciekawe są postacie z powieści. Łokietek z pewnością był człowiekiem wybitnym, cykl świetnie pokazuje przemianę z lekkomyślnego młodzieńca w męża stanu. W tym tomie podejmuje on już prawidłowe decyzje. Jego rodowe hasło "Pod wiatr" oznacza, że i Łokietek i jego rodowcy byli stanie funkcjonować w szalenie trudnych warunkach, dzisiaj raczej można byłoby powiedzieć, że wiecznie mieli "pod górkę". Łokietek jest przykładem człowieka, który właściwie całe życie miał pod wiatr, niemal od urodzenia, już sam bardzo niski wzrost powodował masę problemów. Sytuacja w kraju, a także i międzynarodowa były dla nas szalenie trudne. Nie wiadomo było, czy uda się pokonać rozbicie dzielnicowe i zjednoczyć ziemie, większość możnowładców była za zjednoczeniem, ale niekoniecznie pod wodzą Łokietka, pretendentów do tronu było więcej. Byliśmy otoczeni niemal przez samych silnych wrogów: Litwę, Krzyżaków, Brandenburczyków, Czechów. Łokietek miał wizję, nie poddawał się, a szanse na powodzenie były naprawdę bardzo małe. Właściwie można uczyć się od niego determinacji, to niesamowita postać. 

     Jedną z ciekawszych postaci jest też Rikissa, córka króla polskiego, Przemysła II, koronowana na królową Polski i Czech. Jeszcze przed skończeniem dwudziestu lat była podwójną wdową, potem wdała się jeszcze w romans z Henrykiem z Lipy. W obecnych czasach romanse budzą spore zainteresowanie, a w średniowieczu otwarte życie bez ślubu było sensacją. Rikissa była chyba średniowieczną femem fatale, w tym samym czasie była też w bardzo dobrych relacjach z królem Czech. 

   Ponieważ to średniowiecze, nie mogło zabraknąć obrazów duchowieństwa. Cherezińska i z tej próby wyszła zwycięsko. Duchowni nie są przedstawieni ani jako ideały, ani jako godne potępienia zdegenerowane postacie, dla których liczy się tylko władza i pieniądze. Są i postacie pozytywne, jak chociażby arcybiskup Janisław, ale są zdrajcy, jak biskup Muskata. 

   Na samym końcu jest wspaniała scena koronacji Łokietka, dla samej tej sceny warto tą książkę przeczytać. 

     Strasznie się już przywiązałam do bohaterów cyklu, tak jakby byli to moi znajomi. Zostały jeszcze 2 tomy, nic nie wiem o tym, aby miało być ich więcej. Ale autorzy czasem zmieniają zdanie. Oby tak było i tym razem.  

9/10 

     

wtorek, 13 grudnia 2022

J.K. Rowling „Harry Potter i Komnata Tajemnic” – audiobook, czyta Piotr Fronczewski

 


Harry Potter i komnata tajemnic - Rowling Joanne K.

   Tekst jest łatwy, przyjemny i wciągający nawet dla tych, które znają film. Nie mogę pojąć osób, które uważają, że lektura Harrego może szkodzić rozwojowi duchowemu dziecka, że sprzeczna jest z zasadami religijnymi i że książkę najlepiej jest spalić. Harry przecież myśli o innych osobach, w tym tomie zaryzykował życie, aby ratować koleżankę. Jest lojalny, inteligentny i ma wiele pozytywnych cech. Jest tu i przyjaźń i pierwsze dziecięce zauroczenie inną osobą. Poza tym każdy chyba raz na jakiś czas ma ochotę na całkowite oderwanie się od świata.

    Mimo tych niezaprzeczalnych plusów czuję jednak pewien niedosyt. Książka jest strasznie prosta, nie ma w niej ani drugiego, ani trzeciego dna. Sięganie po nią po raz kolejny w moim przypadku raczej nie będzie miało miejsca. Jest płytka, a przedstawiony świat jest czarno – biały. Dorosły czytelnik nie będzie miał nad czym się zastanawiać po przeczytaniu. Nie jest to lektura w stylu „Tajemniczego ogrodu”, „Opowieści z Narni”, Muminków, Kubusia Puchatka, baśni Andersena czy braci Grimm,  które z powodzeniem mogą czytać i dzieci i dorośli do których mogą kilkakrotnie wracać i mogą tam cały czas coś znajdować.  

6/10


niedziela, 11 grudnia 2022

Stanisław Obirek, Artur Nowak „Babilon. Kryminalna historia kościoła”

 

Obraz znaleziony dla: Babylon. Kryminalna historia kościoła. Rozmiar: 128 x 185. Źródło: www.swiatksiazki.pl


Tekst jest porażający, czyta się świetnie, nie ulega wątpliwości, że przeczytać warto. Ale książka jednocześnie budzi pewne wątpliwości. Co to za wątpliwości? 

     Rzetelność danych, na jakie powołują się autorzy. Opisywane tematy nie były nigdy kompleksowo zbadane, prawdopodobnie jednak z uwagi  na ukrywanie i nieudostępnianie danych przez kościół nigdy nie zostaną w taki sposób zbadane. Alternatywą jest więc albo odstąpienie od badania tematu i pisania o nim,  oraz oczekiwanie, że może jednak jakieś dane zostaną udostępnione, albo też pisanie w oparciu o to, co wiadome jest na dzień dzisiejszy. Nie ulega wątpliwości, że wariant numer dwa jest sensowniejszy, chociażby ze względu na to, że świadkowie umierają, pamiętają słabiej, a prawdopodobieństwo, że kościół zmieni stanowisko i stanie się przejrzysty i otworzy archiwa, jest bliskie zeru. 

     Przykładowo, czy każda śmierć dziecka w Kanadzie w szkole konwentualnej jest tylko winą księży czy zakonnic? Obecnie śmierć dziecka jest czymś wyjątkowym, dzieje się tak z reguły w przypadku nowotworów czy wypadków samochodowych, ale kilkadziesiąt lat temu i wcześniej, szczególnie wcześniej,  wyglądało to inaczej. Śmiertelność wśród dzieci była wysoka i to bez względu na to, z jakiej warstwy społecznej pochodziły. Znęcanie się nad dziećmi jest czymś potwornym, ale kary cielesne w szkołach były kiedyś stosowane zupełnie oficjalnie i było to zgodne z prawem. Autorzy powołują się na pewne dane, ale dane te też budzą masę zastrzeżeń. Przykładowo podana jest liczba zgonów dzieci w szkołach kościelnych od 1920r. w Kanadzie. Jest to podane w takim kontekście, że wskazuje to na winę duchowieństwa, prowadzącego szkoły. A co z ofiarami epidemii hiszpanki? Z ofiarami niedożywienia i nędzy w okresie powojennym? Brak jest tu szerszego kontekstu. Tak samo jest z nadużyciami seksualnymi wobec zakonnic. Nic oczywiście nie może ekskulpować sprawców, ale warto jednak wiedzieć, że nadużycia seksualne były kiedyś niemal normą we wszystkich środowiskach. Nagminnie doświadczały tego koszmaru chociażby służące, wiele żon itp.    

     Książka nie jest pracą naukową tylko publicystyką, omawiane zagadnienia nie są zgłębione, są właściwie tylko zasygnalizowane. Z jednej strony może powstać niedosyt, z drugiej jednak przedstawione jest całe spektrum tematów, które są przez kler zamiatane pod dywan. 

     Zastrzeżenia mam jeszcze do całkowitego bezkrytycyzmu autorów do wszelkich publikacji antykościelnych, na które się powołują, jak chociażby do książek osób, które opuściły seminaria lub zakony. Książki tego typu zawsze będą stronnicze, a bez stanowiska strony przeciwnej trudno jest wyrobić sobie opinię, jak naprawdę wyglądała sytuacja.

    Zastrzeżenia budzi też sam temat, czyli znalezienie jak największej ilości patologii. To tak jakby pisać o historii określonej instytucji, obojętnie jakiej, tylko pod kątem wad. Stanowczo nie podoba mi się generalizowanie, że wszyscy duchowni są bezmyślni, czy ślepo posłuszni i nie grzeszą intelektem. Obawiam się, że co do większości i to zdecydowanej tak jest, ale większość to jednak nie wszyscy.    

     Mimo tej listy wątpliwości, plusy zdecydowanie przewyższają. Najważniejszym zaś atutem tej pozycji jest uczenie krytycznego myślenia o kościele, ale i rozszerzenie horyzontów o wiedzę o pewnych zjawiskach, chociażby o tym jak ta instytucja funkcjonuje na wschodzie i na zachodzie Europy. Krytycyzm dotyczy zarówno poszczególnych księży czy zakonnic, ale też i hierarchii, czy nawet i nauczania kościoła. Wyjątkowo cenne jest też właśnie porównanie naszego kościoła do kościołów w Europie Zachodniej, w tym w Niemczech, a także do kościoła wschodniego. Tego rodzaju opracowania trudno byłoby gdziekolwiek odnaleźć. O ile o pedofilii, czy szkołach kościelnych można poczytać w internecie, o tyle w tym zakresie już nie jest to takie proste.

          Kościół w Polsce jawi się jako skrajnie anachroniczny, a bynajmniej nie dotyczy to prawd wiary, one są niezmienne. U nas proboszcz w parafii ma władzę absolutną, podobnie jak i biskup w diecezji w odniesieniu oczywiście do spraw kościelnych. Jeśli początkujący ksiądz podpadnie proboszczowi, to jest skończony. Wszyscy tak bardzo się do tego przyzwyczaili, że traktują tą sytuację jako coś normalnego. A może być inaczej, wierni mogą też mieć wpływ na tego rodzaju kwestie, mogą przecież istnieć systemy odwoływania się, jak np. sądownictwo. Na zachodzie właśnie jest zdecydowanie większy wpływ wiernych na kościół i nie ogranicza się to do sprzątania kościoła.  U nas jest to nie do pomyślenia. Dość porażająco wypada porównanie naszego duchowieństwa do duchowieństwa rosyjskiego, stopień upolitycznienia, buta hierarchów, są zbliżone. U nas każdy, kto podejmuje dyskusję na temat jakiejkolwiek reformy w kościele, traktowany jest jak wróg kościoła. Porównania funkcjonowania różnych kościołów są rewelacyjne. A najbardziej porażające jest mniemanie naszych biskupów, że to tylko oni mają rację, że na całym świecie wszyscy się mylą.  

8/10

   



wtorek, 6 grudnia 2022

Artur Conan Doyle "Dolina strachu" - audiobook, czyta Robert Michalak

 

Audiobook Dolina strachu  - autor Arthur Conan Doyle   - czyta Robert Michalak

   Artur Conan Doyle jest wyśmienity w krótszych opowiadaniach o Sherlocku Holmsie. "Dolina strachu" jest jednym z dłuższych opowiadań, a Holmesa jest tutaj bardzo mało. Te opowiadania czytam czy też słucham ich dla Holmesa i Watsona właśnie, a gdy ich nie ma, albo jest go bardzo mało, to pozostaje olbrzymi niedosyt.    

    Holmes z Watsonem dowiedzieli się, że został zamordowany właściciel starego, angielskiego zamku, otoczonego fosą. Holmes ustalił, kto jest zabójcą i do tego momentu wszystko jest super, tak jak powinno być, potem jednak następuje retrospekcja, bo zabójca miał do przekazania swoją opowieść. Ta opowieść rozgrywająca się na terenie Ameryki to najdłuższa część książki, po jej zakończeniu bardzo niewiele już się dzieje, zakończenie całego opowiadania jest mocno zaskakujące. Mamy jednak jakby  Holmesa bez Holmesa i jak dla mnie tak być nie może. Podobnie było w "Znaku czterech", gdzie większość tekstu to były wspomnienia, ale już chociażby w dłuższym tekście "Pies Baskervillów" jest i Holmes i Watson. 

   "Dolina strachu" to opowiadanie dla miłośników Holmesa, mało reprezentatywne, a co do tych wspomnień, to najciekawszym aspektem była kwestia masonerii. Otóż opowieść dotyczy członków loży masońskiej z małego amerykańskiego miastaeczka, która to loża przekształciła się w grupę przestępczą i to bardzo brutalną. Artur Conan Doyle uwielbiał zagadki, sam był masonem, sądzę więc, że chyba opowiadanie oparł na faktach, albo co najmniej uznał za bardzo prawdopodobne. 

   Ciekawostki o dość dziwnych masonach z XIX wielu, opis posiadłości zamordowanego Anglika i zakończenie to największe atuty opowiadania.

7/10

   


niedziela, 4 grudnia 2022

Tove Jansson „Dolina Muminków w listopadzie” – audiobook, czyta Krzysztof Kowalewski

 

    Listopad w powszechnym obiorze uchodzi za miesiąc dołujący, kojarzący się ze śmiercią i deszczem, a wielu osobom przeszkadza też to, że jest ciemno. Osobiście zupełnie inaczej to postrzegam, uwielbiam listopadowe mgiełki, wczesny zmrok i tajemniczość. Tove Jansson przedstawia jednak listopad jako czas, który rzeczywiście nie kojarzy się dobrze, jako synonim złego czasu w  życiu, czasu, kiedy to ktoś może przeżywać żałobę, albo traumę po innym koszmarnym wydarzeniu. Albo też po prostu jest to czas, kiedy komuś jest po prostu źle, nawet gdyby to był tylko zwykły „dół”, który każdemu raz na jakiś czas się zdarza. Ale Jansson opisuje, co robią nasi bohaterowie, aby poradzić sobie z tą sytuacją, to jakby podpowiedzi dla czytelników. 

    Różne postacie przybyły do  Doliny Muminków, chcąc się spotkać z Rodziną Muminków, rodziny tej jednak nie było, nikt nie wiedział, co się stało, pojawił się smutek, złość, bezradność itp. Wszyscy byli załamani, Filifionka dodatkowo jeszcze była strzępkiem nerwów, bo niewiele brakowałoby, a wcześniej spadłby z dachu w swoim domu, gdy robiła porządki. Przestała mieć ochotę na swoje ulubione zajęcia, liczyła tylko na chwilę ulgi po rozmowie z Mamusią Muminka. 

   I cóż robili nasi bohaterowie? Czuli smutek, ale próbowali się jednocześnie odnaleźć w tej sytuacji. Byli razem, zamieszkali tymczasowo w domu Muminków. Autorka ma świadomość, że nie każdy ma instynkt stadny i nie każdy lubi być cały czas w grupie, stąd też jest samotnik Włóczykij, który zamiast w domu Muminków, wolał spać w namiocie i cieszył się zawsze perspektywą samotnych wędrówek. Dotyczy to też Filifionki, która po odzyskaniu równowagi psychicznej też zaczęła się zastanawiać nad powrotem do swojego opuszczonego domu. Ale to chwilowe bycie razem każdemu pomogło i z tego czerpali siłę.

    Nie ma tu wielkiej filozofii, ale za to jest wielka mądrość życiowa. Wszyscy cieszyli się z pysznego jedzenia, przyrządzanego przez Filifionkę. A Filifionka poczuła się zdecydowanie lepiej, gdy zamiast siedzieć i się smucić, pomyślała, że może zrobi coś dobrego dla innych. I przyszedł jej do głowy pomysł gotowania. Poczuła się też lepiej, gdy puściła w niepamięć niezbyt mądrą sugestię jednego z naszych bohaterów, było to mniej więcej coś takiego, że jako kobieta powinna zająć się „kobiecymi zajęciami”, jak sprzątanie. Sugestia ta zresztą została wypowiedziana bez złych intencji, bezmyślnie. Filifionka nie pielęgnowała urazy, nikt nie jątrzył i nie podburzał. 

      Nawet zaangażowanie w porządki też pomogło, trwało to jeden dzień, ale całodniowa praca fizyczna i zmęczenie oddaliły smutki. Włóczykij miał swoją harmonijkę, podczas gry i po wtopieniu się w muzykę też zapominał o całym świecie. 

     Tove Jansson nie daje jednak prostej recepty, że jak komuś jest źle, to powinien natychmiast zacząć coś z tym robić. Chwilowe pogrążenie się w smutku też pomaga, bo ten stan jednak mija. Filifionka też zaczęła grać na harmonijce i też jej to pomogło. Jest jeszcze opcja odcięcia się od świata i czytania książki, co też realizowane. 

   Ten tom rzeczywiście jest nieco melancholijny, ale za to bardzo refleksyjny. Krzysztof Kowalewski jest rewelacyjnym lektorem, a książka idealnie nadaje się do słuchania. Kowalewski podczas czytania nie jest wesołkowaty, ale na szczęście nie czyta też żałobnym głosem. Świetnie też czytał „W dolinie Muminków,” którą odsłuchałam parę lat temu.  
8/10

niedziela, 27 listopada 2022

Stanisław Wyspiański „Noc Listopadowa"

 

   Nie miałam „Nocy Listopadowej” jako lektury w szkole i nie znałam tekstu, odbiór mam więc zupełnie nieskażony.  

      Sztuka ma niesamowity klimat tajemniczości, ożywają rzeźby starożytnych bóstw w Łazienkach Królewskich, pojawiają się duchy zmarłych, rozważają swoje życie. Jak mówi autor

 „Teraz jest listopad – więc baczne mam słuchy. 

Jest to pora, gdy idą między żywych duchy – i razem się bratają”. 

   Kiedyś w jednym z artykułów o Wyspiańskim przeczytałam, że gdy nad czymś pracował, na długi czas odrywał się totalnie od rzeczywistości i tkwił w świecie swojej wyobraźni. Z artykułu wynikało też, że Wyspiański twierdził, że te nieżyjące już postacie, o których stale myślał podczas pracy, przychodzą do niego i on z nimi rozmawia.   

    Osobiście wcale nie wykluczałabym tego, że Wyspiański miał w jakiejś formie  kontakt z duchami zmarłych, bo galeria postaci i sposób ich przedstawienia są szczególne. Postacie są przedstawione w całej złożoności, bez czerni i bieli, i poza naprawdę skrajnymi  przypadkami nie są pokazane ani jako jednoznaczni bohaterowie, ani jako tylko zasługujący na pogardę zdrajcy. Przykładowo  trudno jednoznacznie ocenić Joannę Grudzińską, żonę wielkiego księcia Konstantego, trzeba byłoby wiedzieć, czy związek ten z jej strony wynikał tylko z wyrachowania, czy było tam uczucie.  Nawet te postacie, które przeszły do historii jako  czarne charaktery, zasługujące na pogardę, maja tu szansę przedstawić swoje stanowisko. Co znamienne, krytyczne stanowisko wobec Powstania Listopadowego prezentowali pojawiający się w utworze byli działacze niepodległościowi, np. uczestnicy Powstania Kościuszkowskiego. 

     Jeden z ciekawszych wątków dotyczy działalności niejakiego Makrota, Polaka, szpiegującego dla Rosjan. Wyspiański przedstawia m. in. swoją wersję śmierci gen. polskiego Józefa Nowickiego, co do którego powszechnie jest przyjęte, że zginął przypadkowo,  omyłkowo wzięty przez powstańców za inną osobę. Autor zaś opisuje, że w bezpośrednim pobliżu powstańców znajdował się właśnie Makrot i że to on tak zmanipulował oddziałem, że doszło do zabicia niewinnego generała. Jest to wizja wyjątkowo dojrzała, teraz, gdy mamy znacznie więcej wiedzy na temat rosyjskich służb specjalnych i ich metod, wersja wydarzeń, przedstawiona przez Wyspiańskiego, wydaje się bardzo prawdopodobna.  

    Kwestia tego, czy powstanie z 1830r., podobnie zresztą jak i prawie wszystkie inne powstania, miało sens, pozostanie na zawsze nierozstrzygnięta. Oczywiste jest, że było bez planu, bez zorganizowania, szanse na zwycięstwo nie były wysokie, aczkolwiek były w przeciwieństwie do Powstania Styczniowego. Ale są oczywiście i takie głosy, że gdyby nie powstania: listopadowego i styczniowego, wynarodowilibyśmy się i nie odzyskalibyśmy już niepodległości. Oznacza to, że część z nas być może byłaby dzisiaj obywatelami Rosji… Nie ulega też wątpliwości, że działacze opozycji w PRL podejmując działalność niepodległościową, mieli również zerowe szanse na sukces... a jednak ten sukces na skutek szeregu nieprzewidzianych zdarzeń, nastąpił. Wyspiański zwraca też uwagę na to, że są sprawy ważniejsze, niż te osobiste i że warto znać te proporcje, co ma oczywiście zastosowanie nie tylko do zrywów powstańczych „Poniechaj sprawy osobiste, bo to jest rzecz ogromnej wagi”. 

   Kolejny dylemat ze sztuki, to kwestia determinizmu, na ile nasze działania tu, na ziemi mają moc sprawczą, a na ile wszystko jest już gdzieś wysoko przesądzone. Tutaj obrazowo tymi wyższymi siłami sprawczymi są właśnie starożytne bóstwa, zaś przebieg powstania jest uzależniony od ich poczynań. Wiele jest takich sytuacji w historii, gdzie coś było wyśmienicie przygotowane, wszystko powinno iść zgodnie z planem, a o klęsce rzeczywiście zadecydowała siła wyższa np. nagłe i niespodziewane załamanie pogody. A bywało i odwrotnie.  

    Aby odczytać wszystkie podteksty „Nocy listopadowej” i w pełni ją zrozumieć, trzeba przeczytać ją po raz kolejny, przypomnieć sobie, kim były wszystkie występujące w niej postacie. Świetnie byłoby obejrzeć ją w teatrze. 

9/10

wtorek, 22 listopada 2022

Tomasz Mann „Czarodziejska góra” – audiobook, czyta Adam Ferency

 


     „Czarodziejska góra” ma w sobie coś absolutnie niesamowitego, tak jakby momentami niemal dotykało się transcendencji. Ma też i fragmenty, przez które bardzo trudno jest przebrnąć, są to filozoficzne rozmowy Naphty i Settembriniego. Jak nastolatka miałam dwa podejścia do tego tytułu, po niesamowitej fascynacji początkiem, rezygnowałam właśnie przy tych rozmowach. Symboli i różnych ukrytych znaczeń jest tu mnóstwo, gdyby zaś streścić sam akcję, to można byłoby powiedzieć, że jest to 7 letnim pobycie Hansa Castorpa w ekskluzywnym sanatorium dla gruźlików. 

      Sanatorium "Berghof" i góra to miejsce, w którym poza jedną sceną z seansem spirytystycznym, wszystko jest jednocześnie realne, ale i niesamowite, mające w sobie coś jakby z innego wymiaru. Czas biegnie w dziwny sposób, owszem jest odmierzany przez standardowe zegary w sposób prawidłowy, ale wraz z bohaterami odczuwa się wyraźnie, że niekiedy on zwalnia, a niekiedy przyśpiesza. Gdyby zapomnieć, że góra to miejsce dla ludzi bardzo poważnie chorych, ale gdyby zapomnieć o tym patrzeć na nie w wymiarze symbolicznym, to można za takim miejscem tęsknić, nie trzeba się tam o nic martwić, ma się świetne warunki, nie trzeba chodzić do pracy, wyśmienite jedzenie jest podawane w sanatoryjnej restauracji. Można cały dzień spędzać na czytania, rozmyślaniu, słuchaniu muzyki z gramofonu, spacerach o towarzyskich i pogawędkach. To jakby taki długi urlop, ale połączony z odcięciem się od świata, w opisywanym czasie nie było ani internetu, ani telefonów komórkowych, a zwykły telefon nie był jeszcze rozpowszechniony, na odległość porozumiewano się listami i telegrafami. Jak ktoś chciał to mógł zwiedzać okolice, ale w ograniczonym zakresie, bo musiał przestrzegać określonych reguł, jak werandowanie, czy zabiegi lecznicze. Góra to miejsce, gdzie nie ma wiecznego pośpiechu i nie ma hałasu, a o wydarzeniach, którymi żyje cały świat, mało kto wie i mało kto się nimi interesuje. Wszystkie problemy zostają na nizinach.  

     Czarodziejska góra jest miejscem, za którym można tęsknić, ale może też ono być pułapką. Czary nie zawsze są dobre, bywają groźne  Już na początku Settembrini namawia Castorpa, aby jak najszybciej stamtąd wyjeżdżał, a z kolei pod koniec nasz bohater budzi się jakby z letargu. Będąc na górze, człowiek żyje bez większych pragnień, owszem marzy o wyleczeniu i wyjeździe, ale są to z reguły mrzonki. Żyje więc bez ryzyka, bez pragnień, bez zmagania się z tym życiem. To życie ostrożne, bez porażek, ale i bez większych radości. Kuzyn Hansa Castorpa, Joachim, był wojskowym i marzył o służbie, wyjazd z sanatorium w inny klimat równoznaczny był jednak z zaostrzeniem się choroby, a w konsekwencji nawet z szybkim zgonem. Joachim stał więc przed dylematem, czy wegetować w sanatorium, będąc niespełnionym, czy pożyć krócej, ale to tak, jak sobie zamarzył. Czarodziejska góra jest więc miejscem ucieczki od realnego życia, a ci uciekający od życia mają swoje czarodziejskie góry.

   Ukrytych znaczeń jest tutaj cała masa. Fenomenalne są rozważania o czasie. Tomasz Mann  jest chyba najbardziej wnikliwym obserwatorem tego zjawiska. Przykładowo koncentrowanie się na oczekiwaniu na coś i liczenie dni, miesięcy, czy tygodni do tego oczekiwanego, przyszłego wydarzenia, powoduje, że marnujemy teraźniejszość. Robimy tak, jakbyśmy z danych nam do przeżycia dni, cześć z nich, spędzanych na oczekiwaniu, uznawali za nieważne,  sami je sobie z tego życia odejmowali i tym samym skracali sobie to życie o ten czasokres oczekiwania. Z kolei koncentracja na konkretnej chwili i życie nią, to jakby dotykało się wieczności.  

    Jestem przekonana, że po każdym kolejnym przeczytaniu powieści, czytelnik odnajdzie dla siebie coś nowego i ciekawego. Czytając kolejny raz będzie starszy, z większym doświadczeniem i w zależności od sytuacji życiowej na coś innego zwróci uwagę.   

    Odnośnie audiobooka, to Adam Ferency jest jakby stworzony do przeczytania „Czarodziejskiej góry”, czyta spokojnie, a w wielu miejscach udało mu się wytworzyć pożądane napięcie. Przykładowo gdy Hans Castorp zagubił się w górach podczas burzy śniegowej w trakcie jazdy na nartach, gdy robiło się coraz chłodniej i coraz ciemniej, poczułam autentyczne zaniepokojenie. W wielu innych miejscach było podobnie. Dzięki formie audiobooka udało mi się w końcu przebrnąć przez całość. Gdyby jednak ktoś chciał zagłębić się w rozmowy Settembriniego z Naphtą i lubiłby takie klimaty, lepiej jednak gdyby zamiast po audiobooka, sięgnął po tekst.    

10/10