piątek, 27 maja 2016

Aleksandra Domańska „Grzybowska 6/10. Lament”



  
„Grzybowska 6/10. Lament” jest książką absolutnie niezwykłą .  Autorka dokonała podróży w czasie. Podróże takie są tematem wielu filmów, mają one jedną wspólną cechę, wszystko jest w nich zabawne zabawne i dobrze się kończy. Nie ukrywam, że uwielbiam takie filmy, „Powrót do przyszłości”, „Kate i Leopold” czy „Peggy Sue wyszła za mąż” oglądałam kilka razy. W przypadku „Grzybowskiej” podróż w czasie jest umowna i nie kończy się dobrze. Nie ma też żadnych wygłupów w jej trakcie. Autorka wpadła na niesamowity pomysł. Otóż chciała ustalić, co mieściło się na miejscu bloku, w którym mieszka jej matka, zanim ten blok wybudowano. Z benedyktyńską cierpliwością ustaliła. Przed wojną w tym miejscu krzyżowały się ulice Grzybowska i Krochmalna, a zamieszkane były przez Żydów, stały tam wówczas 3 kamienice. W czasie wojny było tam getto. Udało się jej ustalić, kto konkretnie mieszkał w jednej z tych kamienic, ustaliła te osoby z imienia i nazwiska . Jak się okazało, jedna z tych osób żyje i mieszka w Izraelu. Głównym bohaterem, o ile można to tak nazwać, jest właśnie Jurek Glass, który w czasie wojny był dzieckiem. Ten chłopczyk na okładce książki, to właśnie on. Przy nim na zdjęciu, na okładce, jest jego ojciec , lekarz, który niestety zginął. Autorce udało się nawiązać z Jurkiem kontakt , przyjechał nawet do Polski i udał się nawet w miejsce, gdzie dawniej mieszkał.  

       Książka opowiada o losach Jurka i jego bliższej i dalszej rodziny, ale napisana jest w nietypowej, bardzo ciekawej  formie. Z jednej strony jest to książka historyczna, opowiedziana jest  przecież historia rodziny, ale są też osobiste refleksje autorki na różne tematy, a są też i cytaty – refleksje z dzieł innych twórców, którzy podejmowali podobną tematykę . Niektóre fragmenty przypominają z kolei reportaż, szczególnie wtedy, gdy opisywane są poszukiwania ludzi, którzy tam mieszkali. Ta mieszanina form dała rewelacyjny wynik. Książek o Żydach i Zagładzie jest dużo. Kiedy czytała się  je, a przynajmniej kiedy ja je czytałam, często reagowałam tak, jak wówczas, gdy czytałam o wydarzeniach sprzed kilkuset lat, czyli było to dawno, wszystko, jest opisane i nie budzi już emocji. „Grzybowska” emocje budzi.  Jest to zasługa wplecenia w tekst masy refleksji, nie można czytać tego beznamiętnie. Z jednej strony są więc dzieje jednej rodziny, z drugiej dzieje narodu, który został wtłoczony w getto.  

      Gdy sięgałam po ta książkę , zastanowiłam się, co ta lektura może mi dać. O dziejach Żydów w warszawskim getcie przecież tyle już napisano. Czy można napisać coś na ten temat, o czym  się nie wie? Czy można może wzbudzić takie refleksje, które jeszcze nie przyszły do głowy? Obawiałam się , że nie jest to chyba możliwe, ale próby zrekonstruowania dziejów ludzi, którzy mieszkali tam, gdzie ja bez jakiegokolwiek zastanowienia się, wielokrotnie przechodzę, okazały się magnesem.  W kontekście wiedzy o getcie warszawskim książka jednak sporo wnosi. Moja wiedza była jednak mniejsza, niż mi się wydawało. Pewnych rzeczy nie da się jednak zgłębić do końca. Nie będę książki streszczać. Autorka opisuje nie tylko dzieje rodziny w okresie wojny, zaczyna znacznie wcześniej, na wojnie i zagładzie opowieść się kończy. Sporo rzeczy było dla mnie zaskoczeniem, jak chociażby fakt, że szereg rodzin czy osób uratowanych zostało dzięki ich dawnym służącym. Otóż służące  nie zapomniały o ludziach, u których  pracowały i nawet gdy wybudowano mur, dzielący miasto, pomagały im, donosiły żywność, a niejednokrotnie potem przeprowadzały ich na aryjską stronę i ukrywały ich lub znajdowały schronienie. Tak było z rodziną, którą opisuje autorka. Bez służącej nie przeżyliby. Było to dla mnie zastanawiające. Przecież ludzie ci mieli różnych znajomych, być może niektórych uważali za przyjaciół. Gdzie oni byli? Najprawdopodobniej te więzy z innymi ludźmi nie były prawdziwą przyjaźnią. Służące  według mnie nie mogły kierować się wyłącznie względami materialnymi . Perspektywa  zysków finansowych była przyszła i niepewna, a zdecydowanie bardziej realna była perspektywa niezwłocznego rozstrzelania w razie wpadki lub w najlepszym razie obozu koncentracyjnego. Co więc decydowało? Właśnie to mnie zastanowiło. Przed służącymi nie dało się nic ukryć, one znały swoich mocodawców od dobrej i złej strony. Może właśnie to decydowało o tej więzi? Ludzi występowali wobec siebie w tych relacjach bez tych przysłowiowych masek na twarzy.  

     To zaś co wydało mi się przerażające i okrutne, to fakt, że szanse na przeżycie mieli ci najbogatsi i najbardziej bezwzględni. Oni mieli z czego opłacać wyżywienie i pomoc lekarską. Byli lekarze, którzy świadczyli tą pomoc bezpłatnie, ale niekiedy trzeba było ściągać specjalistę  z zewnątrz, leki poza tym też kosztowały. W książce opisany jest przypadek chłopaka, który musiał mieć zrobioną operację kręgosłupa, specjalista , nie Żyd, za odpowiednią opłatą zrobił to. Pieniądze umożliwiały przekupienie policji.

   Zaintrygowała mnie postać Nelki, służącej, która uratowała czworo ludzi, przeżyło dwoje z nich, ale nawet ta dwójka, która umarła, miała dzięki niej dłuższe życie. Co się z nią stało? Czy ciotka Jurka, Roma, podjęła jakąkolwiek próbę odwdzięczenia się na uratowanie życia? Ten wątek nie został domknięty. Pewnie można byłoby się coś więcej dowiedzieć na spotkaniu autorskim z autorką. Inny zastanawiający wątek . Roma zajmowała się Jurkiem tylko do pewnego momentu. Gdy wojna się skończyła , wyjechała za granicę , do męża, a Jurka , cały czas będącego dzieckiem, zostawiła samego. Chłopiec przebywał w domu dziecka. Czy cokolwiek może usprawiedliwić taki czyn? W czasie wojny syn Romy, Rysiu, zginął.  Czy to mogło mieć znaczenie dla jej zachowania? Przecież nic jej nie groziło, gdyby  pomogła Jurkowi, środki finansowe miała. Jak Jurek się na to zapatruje? Z książki wynika, że Jurek utrzymywał z Romą kontakty, były to kontakty na odległość, ona w Kanadzie, on w Izraelu, ale kontakty jednak były. Tych zastanawiających wątków jest dużo. Jeśli ktoś lub twórczość Singera, zaintryguje go zapewne to, że właśnie w tej samej okolicy , w dzieciństwie, pisarz mieszkał. Otóż nestor rodu Glassów, Salomon, opisywany przez Al. Domańską, najprawdopodobniej  był pierwowzorem kupca Meszulama Muszkata , bohatera „Rodziny Muszkatów” Singera.

    6/6

    

 

środa, 18 maja 2016

Filip Springer „13 pięter”

czwartek, 12 maja 2016

Erich Maria Remarque „Kochaj bliźniego swego”

Okładka książki Kochaj bliźniego swego           


      Jako zagorzała czytelniczka Reamarque`a mogę stwierdzić, że  jest jedna z lepszych jego książek. Jest tak samo mroczna , jak i większość jego twórczości. I tak samo jak w innych powieściach Remarque  objawia się jako narrator  z olbrzymią wiedzą o psychologii człowieka. Nie zabiera się on, w przeciwieństwie np. do Javiera Mariasa czy Dostojewskiego, za głębokie analizy psychologiczne. On skupia się głównie na toczących się wokół bohaterów wydarzeniach i na tym , co dany człowiek robi.  Są to opisy ludzi podczas działania. Przemyślenia wewnętrzne czy też zawarte w dialogach czy monologach nie są obszerne.

    Reamrque żył w makabrycznych czasach. Przeżył dwie wojny , w czasie I walczył na froncie ,  był emigrantem. Stał się emigrantem, aby uniknąć śmierci. Jego książki zostały w Niemczech publicznie spalone. Jego siostrę zabito dlatego, że nie udało się zabić samego pisarza.  Wiedze psychologiczną czerpał z życia, z tego, co widział, słyszał, z tego co opowiadali mu inni ludzie. W „Kochaj bliźniego swego” opisuje losy ludzi, którzy musieli przed II wojną światowa uciekać z Niemiec, byli to głównie Żydzi, ale również i osoby o innych, niż NSDAP poglądach politycznych. Głównymi bohaterami są około 40 – letni Steiner, samotnik, który pozostawił żonę Niemczech i przeraźliwie za nią tęskni, oraz Ludwig Kern, 20 - latek. Ludwig na początku książki zakochał się w emigrantce , Ruth od tego czasu są już razem. Wszyscy oni, a także i bohaterowie   drugiego i trzeciego planu  cały czas muszą uciekać, nie mają ważnych paszportów , z reguły nie mają pracy, w każdej chwili mogą zostać zadenuncjowani policji i aresztowani. Przemieszczają się z miejsca na miejsce, licząc że gdzie indziej będzie może lepiej.

      Abstrahując w tym momencie od Remarqu`a nawiążę do pewnego ogólnego spostrzeżenia.  Spotkałam się wielokrotnie  z twierdzeniem, że ludzie są dobrzy. Ostatnio w telewizji wypowiadała się podróżniczka,  która głosiła właśnie taki pogląd, motywowała go tym, że nigdy nic złego jej się nie stało, mimo, że podróżuje po różnych rejonach świata i do tego samotnie. Remarque całą swoją twórczością i doświadczeniem różnych ekstremalnych sytuacji przeczy tej tezie. Nie neguje tego, że gdy warunki są dobre, to ludzie mogą zachowywać się w porządku. Ale gdy robi się naprawdę  mało ciekawie , to  z ludzi wychodzą różne obrzydliwe instynkty i zaczynają robić świństwa. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, z niektórych wychodzi prawdziwe bohaterstwo, ale ogólna zasada jest właśnie taka. Taki sam pogląd prezentuje chociażby Polański chociażby w „Rzezi” . Są tam opisane dwie pary, które  spotykają się porozmawiać o tym, że syn jednej z par pobił syna drugiej pary. Na początku wszystko jest bardzo kulturalnie, ale gdy temperatura sporu rośnie , z postaci wychodzi człowiek pierwotny, który nie zna ogłady, kultury  i dba egoistycznie tylko o własny interes. 

   Steiner i Kern tułając się po Europie natrafiali na różnych ludzi. Wielu z nich bylo  naprawdę złymi ludźmi. Niemal każdy z emigrantów czymś handlował, były to groszowe transakcje np. agrafek. Ale z czegoś musieli żyć.   Robił tak i Kern. Kiedyś zaskoczony został tym, że kobieta, która otwarła mu drzwi mieszkania, nie tylko wyraziła zainteresowanie jego towarem, ale i jeszcze zaprosiła go do środka. Zachowywała się bardzo uprzejmie. Dokonała wyboru produktów a gdy Kern upomniał się o zapłatę, z drugiego pokoju wyszedł mężczyzna, który wyrzuci Kerna z mieszkania . Zakomunikował mu jeszcze, że gdy nie wyjdzie, to zawoła policję. Kern został nie tylko bez zarobku, ale i bez towaru. Gdy wyszedł, para mieszkająca w tym mieszkaniu, stoczyła dialog, z którego wynikało, że to jest ich sposób na życie.   Wpuszczali każdego domokrążcę, wybierali co chcieli z oferowanych do sprzedaży produktów i sprzedawcę wyrzucali, grożąc policją. Nikt z wyrzuconych nie mógł pozwolić sobie na spotkanie z policją.

    Inne oszustwo polegało np. na tym, że do Kerna zapukał nieznajomy, który „nie miał gdzie” spędzić nocy, a dopiero został wypuszczony z obozu koncentracyjnego, miał nawet stosowny dokument. Kern odstąpił mu swój pokój i zostawił w nim walizkę z pieniędzmi. Rano nie było ani nieznajomego, ani pieniędzy. Kern spotkał go później, w restauracji, gdzie spożywał smakowity obiad za pieniądze Kerna. Złodziej z rozbrajającą szczerością wyznał mu, że właśnie z takich oszuswt żyje.

      Jeszcze kiedy indziej Kern usiłujący coś sprzedać, również został wpuszczony do obcego domu.   Dwie kobiety długo wybierały, co kupić, jak się okazało, robiły to po to, aby mąż jednej z nich zdążył zadzwonić po policję i aby zdążyła ona przyjechać.

        Przykładów takich jest sporo. Są też opisy zachowań godnych normalnego człowieka, gdzie można podziwiać odwagę, empatię itp.  Gdyby nie bezinteresowna pomoc innych, emigranci nie przeżyliby.

       Tak jak już napisałam, książki Remarque`a są mroczne, ale wciągają i to właśnie z nich można sporo o życiu się dowiedzieć. Czytam je zachłannie od kilku lat, przeczytałam prawie wszystkie, niektóre nawet po dwa razy. Są na zbliżonym poziomie, trudno powiedzieć, która  jest lepsza, która gorsza. Stosunkowo najsłabsza była chyba debiutancka „Dom marzeń”, ale też warta uwagi. „Kochaj bliźniego swego” to twórczość dojrzała.

      W tym tomie , podobnie , jak i w innych są też i scenki humorystyczne, koszmarne przeżycia nie pozbawiły pisarza poczucia humoru. Steiner i Kern zatrudnili się kiedyś na czarno oczywiście, w wesołym miasteczku. Jeden udawał tam jasnowidza. Drugi był podpowiadaczem. Zły podpowiadacz mógł spalić cały numer. Są też i scenki, w których wychodziło zamiłowanie pisarza do samochodów. W każdym filmie Hitchcocka jest scenka z reżyserem, trwają one z reguły sekundy, kilkanaście czy kilkadziesiąt. To jeden z jego znaków rozpoznawczych. Jednym z takich znaków Remarque`a ,  poza oczywiście olbrzymim humanitaryzmem, współczuciem dla ludzi, są samochody. On to kochał. Kochał jazdę. I nie miało znaczenia, czy wiodło mu się dobrze, czy źle. Czasem o samochodzie mógł tylko pomarzyć. To takie ludzkie. Emigracja czy nawet i wojna nie są w stanie wszystkiego w człowieku zabić. W „Kochaj bliźniego swego” jest scenka, kiedy to dwaj bezdomni emigranci , bez grosza przy duszy, wybrali się wieczorem na spacer i oglądali nowe samochody na wystawach. Spierali się przy tym, który z prezentowanych modeli jest lepszy. Były to jedne z nielicznych ich radosnych chwil.   
6/6

wtorek, 10 maja 2016

Umbert Eco – „Cmentarz w Pradze” – audiobook, czyta Jarosław Gajewski


          Kiedy czytałam o „Cmentarzu w Pradze” tematyka wydawała mi się wyjątkowo ciekawa. Miała to być opowieść o kulisach powstania „Protokołów Mędrców Syjonu”, czyli antysemickiej fałszywki, spreparowanej przez carską bezpiekę, a także o tajnych służbach . Miała być to opowieść przedstawiana z punktu widzenia fikcyjnej postaci Simoniniego, szpiega, mordercy, fałszerza, oszusta itp. Nie wiem, na czym polegał problem, ale audiobook mnie nudził i miałam problem w wyłapaniem wszystkich smaczków, jakie ponoć w książce są. Być może ta książka powinna być czytana w skupieniu i z uwagą, jest tam mowa o wielu historycznych wydarzeniach, chociażby o jednoczeniu Włoch czy procesie Dreyfusa . Już dawno zauważyłam, że do słuchania w samochodzie najbardziej nadają się książki lżejsze.
     Podczas słuchania najbardziej zapamiętałam dziadka, który wpajał młodemu Simoniniemu skrajny antysemityzm, co było średnio ciekawe  i mało odkrywcze. Ale jeszcze dało się słuchać. Potem są opisy, jak to Simonini stał się współpracownikiem tajnych służb, kiedy to właśnie fałszował , kłamał, oszukiwał i mordował. W dalszej kolejności udał się do Włoch. Tam miał za zadanie wpłynąć na bieg wydarzeń, nie będę spojlerować, w jaki sposób i z jakim skutkiem.  Jest to opis manipulacji na szeroką skalę. W tej części było już sporo szczegółów wydarzeń historycznych i  słuchało się coraz gorzej. Kwestia zjednoczenia Włoch i postać Garibaldiego nigdy szczególnie mnie nie interesowały, może to więc również miało wpływ na odbiór całości. Cmentarz w Pradze pojawia się jeszcze później. Styl napisania tej książki jest na tyle ciężki, że momentami bezwiednie się wyłączałam. Gdy zaczęłam słuchać ponownie uważnej, trwał opis czarnej mszy, bardzo długi i też mało odkrywczy.
    Po wysłuchaniu mam uczucie skrajnego niedosytu. Niby zapoznałam się z książką, a jednak nie do końca tak, jak się powinno. Audiobooków w samochodzie słucham od dobrych kilku lat, po jednym, dwóch na miesiąc. Sporadycznie zdarza się tylko, abym nie była w stanie skupić uwagi na słuchaniu. Nie wiem, czy tekst jest za trudny na słuchanie podczas jazdy, czy może książka jest  nudna, albo po prostu nie w moim stylu. Na razie nie mam ochoty sięgać po papierowe wydanie, może kiedyś to zrobię.
3/6

czwartek, 5 maja 2016

Marcin Wroński „Kwestja krwi”

Okładka książki Kwestja krwi           


    Siódmy tom mojego ulubionego cyklu z Zygą nie zawiódł. Z racji tego, że tomów nie czytam w kolejności wydawania , z zaległych został mi do przeczytania tylko szósty – „Haiti” i ósmy tom - „Portret wisielca”. Nie śpieszę się z czytaniem , bo tomów mi zabraknie. A tak to mam jeszcze świadomość, że zostały mi jeszcze 2.

     „Kwestja krwi” to jeden z lepszych tomów. Patrząc chronologicznie jest to jednak tom pierwszy, bo to właśnie tu pojawia się  jako świeżo upieczony policjant Zyga. A dlaczego jest to jeden z lepszych tomów? Intryga kryminalna jest w nim wyjątkowa. W poprzednich książkach tło społeczne i wszystko, co jest poza intrygą, było najlepsze. Samo zabójstwo, czy zabójstwa były mniej ważne. W tym przypadku najbardziej wciąga właśnie historia, kto zabił i dlaczego. Szerzej oczywiście o tym napiszę. Ale nie tylko z powodu intrygi ten tom jest świetny. 

         Jak zawsze, wyjątkowo opisane jest tło, tym razem Wroński opisuje nie Lublin, tylko Zamość w 1926 i częściowo , w bardzo ograniczonym stopniu w 1952r. Zamość w 1926 był typowym prowincjonalnym miasteczkiem, jest to więc nieco inny klimat , niż w Lublinie.  Wszyscy policjanci musieli uważać,  aby nie narazić się najmożniejszej rodzinie w tym miejscu – Zamoyskim.  No i czas akcji - 1926r., było to stosunkowo krótko po odzyskaniu niepodległości, ludzie jeszcze wspominali czasy carskie, był to przecież dawny zabór rosyjski . Chociaż wreszcie ta niepodległość została odzyskana , niektórzy uważali, że w czasach carskich było stabilniej i panował większy porządek. Wszystko to tu jest. W 1926r. sporo miejsc w administracji czy szkolnictwie zajmowali urzędnicy czy nauczyciele pochodzenia rosyjskiego. W miarę upływu lat było to coraz rzadsze. A w „Kwestji krwi” Zyga podkochuje się w nauczycielce miejscowej szkoły, Rosjance.  Zamach majowy nie jest  opisywany jako odrębne wydarzenie, ale jego echa są. Ludzie  postrzegali to wydarzenie z takiego punktu widzenia, który im był najbliższy, nie myśleli o tym, czy jest to dobre dla Polski, ale o tym, czy np. w związku czystkami w administracji ich zatrudnienie będzie stabilne.     W książkach Wrońskiego, których akcja toczy się w późnych latach 30-tych, jak np. „Szklana trumna”, wszystko wygląda inaczej.  W ”Szklanej trumnie” czuć niemal nadchodzący nazim i nową wojnę, a car dawno odszedł w zapomnienie.  

       No i jest jeszcze coś, co u mnie bardzo punktuje, a mianowicie dwa przedziały czasowe, mniej więcej 90% wydarzeń rozgrywa się w 1926r., ale część ludzi spotykamy potem w 1952r.Wroński nie pierwszy już raz bawi się w typowanie, jacy ludzie  stawali się np. kapusiami SB czy gestapo i co konkretnie ich złamało.  W 1926r. poznajemy ich w normalnych warunkach, mnie frapuje poznawanie, kto potem kim stanie się w warunkach ekstremalnych. Czy dobrze odgadliśmy, można sprawdzić w tych fragmentach, które toczą się w roku 52.

          Wroński wpadł też na świetny pomysł, że każdy tom cyklu toczy się niemal w innym środowisku.  Było już przykładowo opisane środowisko biedoty, byli Żydzi, byli lotnicy , w każdym niemal tomie jest coś innego.  W tym przypadku jest to głównie ziemiaństwo, ale i nauczyciele. Zyga poszukując mordercy udaje się też do majątku Wołkońskich , Horobud, niektóre wydarzenia rozgrywają się więc na tzw. głębokiej wsi, a pisarz pokazuje relacje pomiędzy ziemianinem a chłopami. Inne środowiska i różne przedziały czasowe powodują, że każdy tom jest inny i uzupełniają się wzajemnie.

    A najważniejsza kwestia, czyli intryga dotyczy zaginięcia młodej dziewczyny, panny Wołkońskiej, arystokratki. Szybko okazuje się, że miała ona sporo adoratorów, a  kontakty miedzy nią a nimi nie były tylko platoniczne. Jest to podwójny problem, bo krąg potencjalnych podejrzanych się rozszerza, a oprócz tego wpływowy i bogaty ojciec, ziemianin, dowiadując się o takiej hipotezie, może mścić się na policji za rzekome insynuacje i kłamstwa w stosunku do córki i za zniewagę wobec swojego rodu . Dość długo nie wiadomo, czy dziewczyna żyje, ale Zyga niemal od początku miał świadomość, że została ona zamordowana. Problemem jest oczywiście przez kogo. Mógł to być romansujący z nią nauczyciel. Mógł też rówieśnik, będący jej korepetytorem. Mógł być jeden z poprzednich adoratorów. Trochę to przypomina Agatę Christie. W tej właśnie książce zakończenie jest absolutnie zaskakujące, najbardziej zaskakujące z wszystkich tomów.

      Każdy kto czyta cykl może mieć inne zdanie co do tego, który tom jest najlepszy. Zależy, czy ktoś lubi sprawy aferowe, czy  nazwijmy to,  kameralne morderstwa, komuś mogą wydawać się najciekawsze opisy życia biedaków, jako mało znane, dla kogoś innego mogą być one odrażające. Wszystko jest kwestią indywidualną.

5/6

niedziela, 1 maja 2016

Sandor Marai „Żar” – audiobook, czyta Mariusz Bonaszewski



Powieść czy może raczej spore opowiadanie jest tak niezwykłe i tak zachwycające, że po lekturze postanowiłam nieco zmienić sposób oceniania książek. Szóstka będzie od tej pory oceną absolutnie wyjątkową, którą będę dawać tylko arcydziełom. Jeżeli wahałabym się, czy coś zasługuje na tą szóstkę, to oznacza, że jednak nie. „Żar” bez jakichkolwiek wątpliwości jest arcydziełem. Odsłuchałam go już ze 2 tygodnie temu i nie mogę ochłonąć. Po tej lekturze nie tylko zmodyfikowałam  nieco sposób oceniania książek, ale też nabrałam ochoty na czytanie pisarzy mniej znanych. Do tej pory raczej, raczej , bo jednak nie zawsze, wolałam już tych twórców, którzy mają wyrobione nazwiska. I rzadko kiedy , sporadycznie wręcz sięgałam po pozycje, napisane w mniejszych krajach. Stawiałam na tych, co potrafią się wypromować, Wielką Brytanię, USA, Francję, Niemcy, Rosję itp.   

     „Żar” napisany jest wspaniałym językiem, językiem jakim pisze się Wielką Literaturę. Po kilku zdaniach wiadomo już, że czyta się, czy słucha czegoś wielkiego. Podczas słuchania byłam porażona głębią rozważań psychologicznych . Marai pod tym względem może być porównywany jedynie  do Javiera Mariasa. I właśnie skupienie się przez autora na psychologii postaci jest największym atutem tego dzieła. Chociaż powieść obejmuje okres całego życia dwojga ludzi, polityki tu nie ma. Historia jest w niewielkim zakresie, takim, jaki musi być , gdy opowiada się o całym życiu człowieka. Nikt  nie żyje w próżni.

     Akcja rozgrywa się w ciągu jednej doby. Do starego bardzo już Henrica, Węgra, przyjeżdża z zapowiedzianą wizytą dawny przyjaciel, Konrad.  Obaj panowie byli wcześniej żołnierzami, a znali się praktycznie od dzieciństwa. Henric pochodził z zamożnej rodziny, a rodzice Konrada z kolei klepali biedę. Panowie nie widzieli się  przez 41 lat, wcześniej natomiast byli najbliższymi przyjaciółmi. Rozmawiają ze sobą całą noc. W przypadku tego dzieła trudno mówić o spojlerze. Przebieg najważniejszych wydarzeń z grubsza wiadomy jest już od samego początku, najważniejsze jest zaś to, dlaczego bohaterowie zachowali się kiedyś , w z pozoru zamierzchłej przeszłości w ten, a nie inny sposób. Jak się można domyślić, poróżniła ich kobieta, Krystyna, nieżyjąca już żona Henrica, w której kochał się Konrad. 41 lat przed opisywanym spotkaniem Konrad podjął nagłą decyzję i wyjechał w tropiki. W trakcie rozmowy dowiadujemy się, co tak naprawdę łączyło Krystynę z każdym z mężczyzn.  

        Podczas rozmowy mężczyźni nie tyle  wspominają dawne dzieje, co próbują wytłumaczyć sobie powstałe tajemnice. Snują też rozważania. Najwięcej mówi się o przyjaźni. O miłości też mówią, ale znacznie mniej. Obawiam się, że pogłębienie tutaj   tych rozmyślań może wyjść płasko. Ale spróbuję. Henrik zastanawia się, czy  znajomość z Konradem rzeczywiście była kiedykolwiek przyjaźnią. Wziął pod uwagę różnice majątkowe, które mogły być przeszkodą w tej relacji. O ile dla niego, bogatego, nie było to problemem, to dla biednego Konrada, było odwrotnie. Po 41 latach rozmyślań  doszedł do wniosku, że jego bogactwo był dla Konrada nie do przyjęcia. Wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Po latach przypomniał sobie wszystkie przesłanki, które powinny wcześniej doprowadzić go do takiego wniosku. Dzieliła ich też muzyka. Henric nigdy jej nie czuł, a Konrad kochał. Konrad potrafił rozmawiać z Krystyną za pomocą muzyki, bez słów. Dla Konrada muzyka była czymś najważniejszym na świecie. Z biegiem lat Konrad zaczął miewać przed Henrickiem tajemnice, zamieszkał w  pięknym mieszkaniu, do którego Henrica nigdy nie zaprosił. Henric   po latach uzmysłowił sobie, że dzieliło ich zbyt wiele i że te różnice już na początku skazywały tą znajomość na fiasko. A ostatecznie tą niby przyjaźń pogrzebały tajemnice Konrada. Nie każdy z tymi tezami się zgodzi. Znam osoby, które uważają, że zupełnie różni ludzie mogą się przyjaźnić. Ja uważam, że jest tak, jak pisze Marai.

     W miłości według Henrica, czyli Sanddora Maraia ,  jest podobnie, najbardziej przyciągają się przeciwieństwa, ale  szanse stworzenia przez dwie zupełnie różne osoby udanego związku są właściwie żadne. Może jest to dobre jedynie pod względem genetycznym, dla potomstwa. Wszyscy o tym wiedzą, ale tak to się kręci. Każdemu wydaje się, że jemu się uda.

     W przypadku audiobooka gigantyczne znaczenie ma osoba czytającego. Bonaszewski czyta fenomenalnie, trudno się od słuchania oderwać.  Nie wiem, jak on to zrobił, ale słuchałam z zapartym tchem. Chociaż Bonaszewski nie ma 80 czy 90 lat, miałam wrażenie, że słucham człowieka, który wszystko widział i wszystko wie.

6/6

   

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Hanna Krall „Zdążyć przed Panem Bogiem. Wyjątkowo długa linia” – audiobook, czyta Maja Ostaszewska



Jest to jeden ze wspanialszych audiobooków, jakie słyszałam. Znam już od dawna i „Zdążyć przed panem Bogiem” i „Wyjątkowo długa linię”. W tym przypadku interpretacja Ostaszewskiej jest absolutnie wyjątkowa. Gdy zaczynałam słuchać audiobooków, wszystkie interpretacje wydawały mi się takie same. Tak było do czasu, gdy trafiłam na „Paragraf 22” w wykonaniu Krzysztofa Globisza. Czytał tak fenomenalnie, że nikt  nie musiał mi tłumaczyć, na czym polega rewelacyjna interpretacja. Potem na trafiłam na „Już nic nie muszę” w wykonaniu Blanki Kutyłowskiej, którego nie dało się słuchać . Też już wiedziałam, na czym polega koszmarna interpretacja.

    Maja Ostaszewska  idealnie pasuje do głębszych ról. W tym przypadku „Zdążyć przed Panem Bogiem” czytała tak, jakby faktycznie to ona rozmawiała z Edelmanem.  I jakby po raz pierwszy słyszała o tych makabrycznych kolejach losu mieszkańców getta. W jej głosie słychać autentyczne niedowierzanie .  Nie wiem, jak ona to zrobiła, jest wielką artystką. Wszyscy chyba już przywykliśmy  do opowieści o wojnie czy getcie żydowskim. Brzmi to strasznie, ale te opowieści  chyba nie robią już większego wrażenia.  Ostaszewska czyta zaś tak, że tekst ponownie zyskuje siłę rażenia. Poza tym czyta ona niezwykle subiektywnie. Każdy czytając,  na inne fragmenty położyłby nacisk. Wielokrotnie dzięki np. jej podniesionemu głosowi , czy np. chwili ciszy, zwróciłam uwagę na coś, co mogłoby mi umknąć podczas zwykłego czytania.

      Wydawało mi się, że oba teksty pamiętam dość dobrze. Okazało się, że wcale tak nie jest.  Gdy czytałam je po raz pierwszy skupiałam się na faktach. Teraz fakty były mi już w pewnym zarysie znane. Teraz nie odbierałam tych tekstów wyłącznie w kategoriach tego, co minęło. Odczytywałam je również jako opowieści o ludziach w sytuacjach ekstremalnych, o tym jak to się dzieje, że jedni zachowują się wówczas jak świnie, inni jak bohaterowie, a większość chce tylko przeżyć. Jak to się dzieje, że właśnie ta konkretna osoba zachowuje się właśnie tak, a nie inaczej? Co o tym decyduje? Czy wychowanie? Niekoniecznie. Czy wyznawana religia? Jak wynika z opowieści, również nie.  W pewnym stopniu pozostanie to zagadką.    Przywódcy powstania w getcie pochodzili z rodzin niczym się nie wyróżniających.  Mordechaj Anielewicz był synem przekupki, która sprzedawała ryby i jeszcze przy tym oszukiwała, że niby są świeże. On jej w tym pomagał. Nic nie wskazywało na to, kim potem on się stanie.

          Co dziwne, zaczęłam odnosić tekst również do sytuacji wcale nie aż tak ekstremalnych, ale do tych bardziej zbliżonych do normalności. U mnie w pracy raz na jakiś czas odbywają się redukcje etatów. Nie wiadomo, kto wyleci. Niektórzy się boją, inni snują intrygi, jeszcze inni chcą kogoś pogrążyć, aby samemu ocaleć. W tekście Krall , Edelman mówi, że ci, co się bali, wyglądali strasznie brzydko, zmieniała im się twarz. Ci co nie bali się, wyglądali pięknie. To spostrzeżenie ma zastosowanie chociażby do wspomnianych przeze mnie wcześniej sytuacji. To tylko przykład pierwszy z brzegu.

    Do tego audiobooka z pewnością jeszcze powrócę.

6/6

czwartek, 21 kwietnia 2016

„Pochłaniacz” – Katarzyna Bonda – audiobook, czyta Agata Kulesza

Katarzyna Bonda, POCHŁANIACZ, 1 CD-MP3


Zaniedbałam się ostatnio nieco w pisaniu. Nie wynikało to z braku chęci, ale z braku czasu i  z licznych wyjazdów. Mogłam jednak słuchać audiobooków i co nieco czytać, w tym się nie zaniedbywałam.   Teraz zabiorę się więc do pisania intensywniej.

    Katarzyna Bonda była mi znana ze słyszenia , nigdy wcześniej po nią nie sięgnęłam. Odstraszał mnie od niej  prezentowany przez nią w wywiadach tupet i porażająca pewność siebie. Ale pomyślałam, że skoro jej twórczość tak bardzo się podoba wielu osobom, to może jednak dobrze pisze. Dawno temu nie czytałam czegoś tak  koszmarnego. Po lekturze czułam się tak, jak po zjedzeniu czegoś niestrawnego. Było to obrzydliwe, nudne , napakowane masą różnorakich wątków, wypaczające obraz rzeczywistości. Bonda totalnie mi nie leży. Kilka lat temu poznałam „Miłośnicę” Marii Nurowskiej i od tego czasu jest to dla mnie    przykład skrajnego kiczu. Myślałam, że żadna książka nie będzie w stanie tego przebić. Bonda była jeszcze gorsza. „Miłośnica” była niedorzeczna, ale słuchało się jej nie najgorzej. Od kiedy piszę bloga, „Pochłaniacz”  to najgorsza książka z przeczytanych czy wysłuchanych.   

                Wydarzenia rozgrywają się współcześnie, ale w pierwszych rozdziałach jest mowa o okresie o około 20 lat wcześniejszym, potem jest zaś cała masa nawiązań do tego czasu. Jeśli ktoś nie zapozna się z tą częścią uważnie, to będzie miał problem ze zrozumieniem reszty. Prawdopodobieństwo zaistnienia takiego ciągu wydarzeń oceniam na oscylujące wokół zera. Jest to całkowicie wydumane. W części pierwszej , tej wcześniejszej , pokazany jest głównie  romans nastolatków, a do tego dochodzi cała masa innych wątków. Chłopak pochodził z rodziny , w której rządził gangster o pseudonimie „Słoń”. W całej książce polska rzeczywistość pokazana jest jako totalne dno, wszystkie instytucje państwowe pokazane są jako skorumpowane i nieudolne, a jakichkolwiek autorytetów brak.  Kler jest równie koszmarny.  Ludzie są kłamliwi, słabi , głupi, zakłamani, wszyscy coś ukrywają .  „Słoń” pociąga za wszystkie możliwe sznurki, korumpuje kogo się da, a da się wszystkich , zabija kogo chce. Główny wątek w drugiej części  to zabójstwo znanego piosenkarza, doszło do niego w nocnym klubie, podejrzewano o to barmankę.

        Jedynym pozytywnym bohaterem jest główna bohaterka, Sasza, psycholog, specjalizująca się w sporządzaniu portretów psychologicznych.  Jej „mądrości” są porażająco idiotyczne  . Czytając o książkach Bondy spodziewałam się, że Sasza będzie kimś na wzór głównego bohatera z trylogii Javiera Mariasa  „Twoja twarz jutro” , czyli naprawdę wybitnym psychologiem, potrafiącym przewidzieć, jak za ileś tam lat zachowa się w określonej sytuacji dany człowiek. Porównywanie  Bondy do Mariasa to jednak niemal świętokradztwo. Saszę stać jedynie na „porażające odkrycia” w stylu, że   może barmance ktoś pomagał, lub że może w ogóle strzelał kto inny.

     Nie wiem, jaki był cel napisania tej książki, nie jest to nawet rozrywka . To irytująco długa opowieść o wszystkim i o niczym. Jedyny jej cel to chyba obrzydzenie wszystkiego, co jest wokół nas. Rzeczywistość, opisywana przez Bondę przypomina opisy przestępczości w Ameryce Południowej czy Afryce, gdzie panuje totalne bezprawie.   

    Po Bondę nigdy więcej nie sięgnę, jestem tego pewna. Nie potrafię znaleźć  żadnego plusa tej powieści, gdyby nie olbrzymie samozaparcie i chęć dogłębnego sprawdzenia, czy czegoś wartościowego tam nie ma, przerwałabym słuchanie.

1/6

niedziela, 10 kwietnia 2016

Krzysztof Pałys OP, Szymon Popławski OP - „Zapach pomarańczy”

Okładka książki Zapach pomarańczy. Życie dominikańskie z innej perspektywy           


Po lekturze byłam mocno i zrelaksowana i podbudowana, to  zaskakująca, pełna humoru opowieść o Zakonie Dominikanów, napisana przez dwóch zakonników, Dominikanów oczywiście . Większości ludzi zakony kojarzą się z powagą i nudą, jest to jednak na szczęście tylko stereotyp. Rzadko kiedy można spotkać tak pogodną i budującą książkę. Zaliczyłabym ją do nurtu literatury, pisanej z pasją przez ludzi, którzy kochają to, co robią. Wspaniale i z humorem o pracy weterynarza pisze  James Herriott, a takie podejście do życia nie jest zbyt  częstym zjawiskiem . „Zapach pomarańczy” czyta się szybko, jest to lektura lekka, a ułatwiają ją jeszcze różnego rodzaju zabawne rysunki. Zaczęłam ją czytać w niedzielę ubiegłego tygodnia, tego samego dnia ją skończyłam  i miałam jeszcze czas na inne zajęcia. Naprawdę jest to rzecz warta polecenia.

      Autorzy podchodzą do tematu bardzo subiektywnie, w tym sensie, że opisują to, co ich zdaniem jest najważniejsze, zarówno w odniesieniu do przeszłości i do teraźniejszości Dominikanów. Wyróżnikiem, który najściślej charakteryzuje Dominikanów, jest humor i to starają się oni udowodnić.  Po raz pierwszy właśnie w tej książce spotkałam się ze spojrzeniem na świętych pod kątem tego, czy mieli oni właśnie poczucie humoru.  I po raz pierwszy spotkałam się też z napisaną pół żartem – pół serio tezą, że  najwięksi święci mieli największe poczucie humoru i dystans do siebie. Teza ta jest  całkowicie przekonująca, nie wiem, czy wszystkich, ale  mnie z pewnością.   Ponieważ Dominikanie powstali jako zakon kaznodziejski, nacisk kładą właśnie na  umiejętność mówienia do ludzi  - to kolejna cecha ich charyzmatu. Inne cechy to chociażby indywidualizm. W jednej z licznych przytaczanych anegdot ktoś pyta Dominikanina, jakie Dominikanie mają poglądy polityczne. Odpowiedź brzmi – każdy swoje. W książce jest trochę o powstaniu zakonu, ale absolutnie nie jest to powieść o jego historii. Ojcowie piszą też i o innych czynnikach, które stanowią o unikalności tej formacji, opisują podejście do nauki, rozwoju intelektualnego, do modlitwy. O modlitwie dominikańskiej jest sporo, w tym przypadku stawiają na prostotę, bez udziwnień i zbędnych komplikacji. A rozwój intelektualny to jeden z priorytetów zakonu.  Uchylają tez zasłonę milczenia wokół samego sposobu życia w zakonie,  a wiec jak zakonnicy się są w stanie ze sobą dogadać, gdy przebywają  razem niemal całą dobę.  

        Mimo niewątpliwego subiektywizmu i zaangażowania , autorzy mają świadomość, że w ich zakonie są w stanie odnaleźć się jedynie nieliczni. Poza kwestią powołania, trzeba dobrze czuć się w takim właśnie środowisku, a nie innym. Wiedzą, że są osoby, które lepiej będą się odnajdowały w innych zakonach. To kwestia charakteru i indywidualnych predyspozycji. Całość pisana jest z dużym dystansem . W innej anegdocie ktoś pyta zakonnika, czy nie miał ochoty kiedyś wystąpić z zakonu. Tym razem odpowiedź brzmi, że wystąpić nie miał ochoty nigdy, ale za to kilkakrotnie miał zamiar zabić kilku braci.  „Zapach pomarańczy” nie jest książką z jakąś wielką głębią, nie ma tam drugiego, czy trzeciego dna. Ale autorzy nie aspirują do bycia Tołstojem, czy innym wielkim pisarzem . jeśli ktoś miałby ochotę zgłębić temat, może sięgnąć do innych głębszych i poważniejszych pozycji, na zakończenie podana jest bibliografia, obejmuje ona głównie  pozycje książkowe, ale też i strony internetowe a także artykuły prasowe.

   Poleciłabym tą książkę zarówno wierzącym, jak i niewierzącym, a nawet i antyklerykałom. Napisana jest w ten sposób, że nikogo nie obraża i do niczego nie prowokuje.  Autorzy nie nawracają nikogo na siłę, nie polemizują z osobami wrogo do nich nastawionymi.  A poza tym pozycja ta wydana została przez godne uwagi dominikańskie wydawnictwo „W drodze”.  Na jego stronie internetowej można znaleźć sporo ciekawych pozycji do czytania.

5/6

niedziela, 3 kwietnia 2016

Juliusz Verne „Dookoła księżyca” – audiobook, czyta Janusz Zadura



WOKÓŁ KSIĘŻYCA
Jest to jedna z oryginalniejszych i chyba najbardziej ryzykowna z książek Juliusza Verne , to druga cześć  powieści „Z Ziemi na Księżyc” , którą ostatnio słuchałam. To doskonałe oderwanie od wszystkich bieżących spraw, rzecz bowiem rozgrywa się w kosmosie, w trakcie tytułowego lotu z Ziem na Księżyc. Nazwałam ją ryzykowną, bo sam autor już z założenia zminimalizował możliwości przygód trójki bohaterów. Trójka śmiałków znalazła się bowiem z rakiecie – pocisku, wystrzelonym z gigantycznej armaty i nie mieli jakiejkolwiek możliwości sterowania tym pojazdem. Zdani byli  całości na okoliczności zewnętrzne. Nie mogli  oczywiście w trakcie podróży wychodzić z pocisku. W „20 00 tysiącach mil podmorskiej” żeglugi śmiałkowie zwiedzali różne miejsca, tutaj tych opcji nie było. Mogli jedynie obserwować przez małe okienko, co dzieje się na zewnątrz.   Prawdopodobnie znaczna część ludzi nudziłaby się w takich warunkach. Oni nie nudzili się. Czym się zajmowali, każdy czytelnik czy słuchacz może z łatwością się dowiedzieć.

     Słuchając audiobooka byłam przeświadczona, że cała załoga wróci zdrowa i szczęśliwa z powrotem, słuchałam więc wszystkiego bez napięcia, w luźnej atmosferze. W książce nie ma tych złych , denerwujących elementów, które z reguły towarzyszą ludziom w wielu okolicznościach, np. rywalizacji, podgryzania itp. Tutaj śmiałkowie muszą być solidarni, są sobie potrzebni.  Atmosfera jest iście nieziemska, toczą się rozmowy o kosmosie, o Księżycu i o innych ciałach niebieskich. Pocisk mało co nie został zniszczony przez pędzący meteoryt. Nigdy nie interesowały mnie tego typu sprawy, ale w trakcie słuchania wszystko wydawało mi się coraz bardziej interesujące.  Przykładowo opisane jest, jak nadawano nazwy różnym formacjom na Księżycu, górom, morzom, szczytom i innym. Co wydawało się ludziom najbardziej warte utrwalenia w ten sposób? Albo dlaczego jedna strona Księżyca jest niewidoczna?

             Zadura czyta świetnie, kosmiczny dźwięk na końcu każdego rozdziału robi wrażenie prawdziwej podróży w kosmos.      

4/6

niedziela, 20 marca 2016

Aleksandra Łojek „Belfast. 99 ścian pokoju”


 Okładka książki Belfast. 99 ścian pokoju           

   Wydawnictwo „Czarne” i nazwisko Stasiuk są dla mnie gwarantem dobrej książki. Mimo, że nie jestem ani fanką reportażu, ani fanką podróży,   ani nawet nie byłam w Belfaście i nie znam nikogo, kto tam mieszka, ten tytuł mnie zaintrygował.  W „Angolach”  Ewy Winickiej był rozdział o Polakach, którzy okazyjnie kupili dom w Belfaście. Błyskawicznie okazało się, że w pobliżu domu  niemal stale rozgrywają działania, przypominające wojenne, nacierają na siebie katoliccy Irlandczycy i protestanccy Brytyjczycy, obrzucają się kamieniami , wybijają szyby, podpalają samochody. Tekst ten był na tyle intrygujący, że sięgnęłam po coś głębszego w tym zakresie. Aleksandra  Łojek, Polka, mieszka obecnie w Belfaście, a jej książka – reportaż,  jest o tym, co właściwie dzieje się w tym mieście. Mimo, że jako tako orientuję się, co dzieje się w świecie, byłam podczas czytania w totalnym szoku.  Wojna religijna, strzelaniny czy podkładanie bomb, nie są przeszłością. Nienawiść króluje tam nadal.

     Każdy rozdział poświęcony jest oddzielnemu zagadnieniu, właściwym dla współczesnego Belfastu, tj.  samobójstwom, strzelaninom, alkoholizmowi itp.   Nie będę szczegółowo opisywać źródeł czy przebiegu konfliktu. Generalnie rzecz biorąc, północna część Irlandii stanowi część Wielkiej Brytanii, z czym Irlandczycy nie są w stanie się pogodzić.  O to, czy to terytorium powinno przynależeć do Irlandii, czy Wielkiej Brytanii, toczył się przez około 30 lat konflikt, oficjalnie zakończony w 1998r. porozumieniem. Konflikt najbardziej widoczny był właśnie w Belfaście. Na mocy amnestii wszystkie osoby, odbywające wyroki z zabójstwa polityczne czy terroryzm zostały wypuszczone .  To tak jakby zaraz po wojnie żyć mieli w Polsce w bezpośrednim sąsiedztwie Polacy, Niemcy, Żydzi i Ukraińcy. Tyle tylko, że w Irlandii nie ma jasnego podziału na katów i ofiary. Wszystko, co obecnie rozgrywa się w Belfaście, jest odmienne od tego, co nazywamy normą.

    Strzelaniny czy podkładanie ładunków wybuchowych trwają nadal, nie jest tylko tak intensywne, jak przed porozumieniem. Policja ma procedury postępowania odmienne od procedur, stosowanych w innych miastach. Przykładowo gdy  pali się samochód, w każdym innym miejscu przyjeżdża policja i straż pożarna,  zaraz po przyjeździe służby te zaczynają pracę. W Belfaście w takim przypadku najpierw bierze się pod uwagę pułapkę i bombę. Na miejsce przybywają antyterroryści w kominiarkach, którzy odgradzają określoną część terenu na wypadek wybuchu.

    Policja ma problem , kogo zatrudniać. Według przepisów powinno być pół na pół Irlandczyków i Brytyjczyków. Ale policja reprezentuje Wielką Brytanię i wśród Irlandczyków jest mniej chętnych, aby tam pracować. Wśród irlandzkiej społeczności takie zatrudnienie oznacza zdradę i zdarzają się zamachy na policjantów tylko dlatego, że są policjantami.   Opisany jest przypadek policjanta, któremu z powodu zatrudnienia w policji podłożono ładunek wybuchowy w samochodzie  , stał się kaleką. A ponieważ wybuch nastąpił, gdy nie był on w pracy, nie dostał nawet odszkodowania.  

      Wiele osób nie jest w stanie żyć bez bliskich, którzy zginęli w różnych zamachach. Wielu nie może z kolei żyć z bezustannymi wyrzutami sumienia. W tym miejscu jest wyjątkowo wysoki odsetek samobójstw. Nietypową formą samobójstwa jest pójście do pubu strony przeciwnej, tzn. Irlandczyk idzie do brytyjskiego, a Brytyjczyk do irlandzkiego i tam ten ktoś mimochodem rzuca, że np. był w IRA i zabił kilka czy kilkanaście osób. W przeważającej większości wypadków oznacza to śmierć.

    Autorka opisała też sytuację najmłodszego pokolenia, zwykłą parę, chłopaka i dziewczynę, którzy mieszkają w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie. Dziewczyna jest Polką, protestantką, a chłopak pochodzi z rodziny irlandzkich katolików. Mieszkają po dwóch różnych stronach muru. Gdy chcą go obejść, nie mają już do siebie tak blisko. Ale to najmniejszy problem. Dziewczyna nieopatrznie napisała na facebooku, z kim się  spotyka. Zaczęła być śledzona, pojawiły się groźby. Para  za tą znajomość mogła zapłacić nawet i życiem. Jeśli chcą się spotkać, mogą to robić tylko w centrum miasta, gdzie jest nadzieja, że nikt się nie zorientuje, ale dojechać tam i wrócić każde musi oddzielnie.  

        Każdy rozdział jest intrygujący na swój sposób. Warte uwagi były chociażby przykłady nawróceń podczas odsiadek w więzieniach. Dotyczyło to także osób, które sprawcami zamachów. Zdarzało się, że ktoś siedział za określony czyn, a przyznawał się do innych jeszcze zabójstw. Wtedy, kiedy się przyznawał,  nie mógł przewidzieć, że za ileś lat zostanie objęty amnestią. 

     Książka napisana jest ciekawie,  nie ma nudy, intryguje od samego początku. Czyta się ją tak dobrze, jak czytuje się kryminały. Brakowało mi tylko zdjęć. W „Angolach” zdjęcia idealnie dopełniały tekst, a nie było ich dużo, jedno do każdego rozdziału. Tutaj jedno zdjęcie na okładce to stanowczo za mało. Nieco naiwna wydawała mi się  wiara autorki w różnorakie programy państwowe, czy unijne , mające na celu łagodzenie konfliktu i integrowanie wrogich sobie społeczności.  Polegają one na np. spotkaniach w świetlicy czy pomocy psychologicznej. Moim skromnym zdaniem tego rodzaju programy obejmują nieznaczny odsetek ludności, a całościowo konflikt ma może szanse wygasnąć za dwa czy trzy pokolenia. Ale z drugiej strony lepsze chyba są takie programy, niż załamanie rąk i stwierdzenie, że nic się nie da zrobić. A najwięcej zależy od zwykłych jednostek. W książce podane są też i przykłady, nieliczne, że ludzie mają już tego dojść i   podejmują próby otwierania bram, w sensie dosłownym. Próby te są szalenie ryzykowne i nie wiadomo, jaki ostatecznie efekt będą miały tego rodzaju posunięcia.

     Mnie osobiście podczas czytania pojawiały się refleksje nad zacietrzewieniem i zantagonizowaniem się ludzi. W Belfaście sprawy zaszły tak daleko, że trudno wymagać od rodzin zabitych ludzi, aby jednali się z zabójcami. Ale u nas, w naszym kraju, antagonizmy w społeczeństwie są coraz większe. I w skali mikro i w skali makro. I każdy ma na tym polu coś do zrobienia, nienawiść wynosi się z domu i z podwórka. Znam przypadki, że ktoś zrywa z inna osobą kontakt tylko dlatego, że ten drugi głosował na inną partię. Może, aby nie dopuścić do takiej sytuacji, jak w Belfaście, warto się nad tym zastanowić.    

5/6