wtorek, 15 marca 2016

James Herriot „To nie powinno się zdarzyć”


To druga część cyklu „Wszystkie stworzenia duże i małe”. Uwielbiam książki Herriota, jest tam miłość, przyjaźń,  zwierzęta, piękne krajobrazy, radość życia , humor. Rewelacja. Pisałam już o pierwszej części , czyli „Jeśli tylko potrafiłyby mówić”. Część druga jest jeszcze lepsza od pierwszej, autor ma już wprawę w pisaniu. Cały czas pisze o swoim życiu. W pierwszym tomie młody weterynarz przybył na angielską prowincję i rozpoczął praktykę u nieco bardziej doświadczonego weterynarza, Siegfrida  Farnona. Wkrótce zamieszkał z nimi młodszy brat Siegfrida, Tristan, który chociaż był bardzo błyskotliwy , woląc zabawy, randki, tańce itp. nie był w stanie uporać się ze skończeniem studiów.

     W tomie drugim sceneria jest ta sama. Konstrukcja książki również jest tożsama. W każdym rozdziale opowiedziana jest historia jakiegoś zwierzęcia, któremu nasz weterynarz udziela pomocy. Równolegle do tego toczy się oczywiście prywatne życie bohatera, w tym właśnie tomie się on zakochuje . Perypetie  związane z pierwszymi randkami są szczególnie komiczne. O ile udzielając pierwszej porady weterynaryjnej na farmie ojca Helen, młody lekarz zaprezentował się dobrze, o tyle drugie spotkanie było absolutnym fiaskiem.  Gdy patrzy się na to z boku, jako czytelnik, a nie jako bohater wydarzeń, to drugie spotkanie można określić jako czysty komizm. Zabawne są też fragmenty z Tristanem i jego wieczny konflikt z bratem, w tym tomie przykładowo Tristan rozbił dwa samochody Sigfrida, w tym jeden szczególnie wypieszczony i ukochany.  Znajomość pierwszego tomu nie jest potrzebna, jeśli ktoś go nie czytał, to wiele stracił, ale można zacząć czytanie również i od drugiego tomu.

     Każdy niemal rozdział nadawałby się do druku jako odrębne opowiadanie. Każdemu inne rozdziały utkwią w pamięci bardziej, niż inne. Mnie szczególnie podobał się chociażby rozdział o wizycie u chorej krowy na jednej z farm. Rolnik  i jego rodzina klepali biedę, a utrata krowy byłaby dla nich tragedią. Krowa była niestety zaatakowana przez chorobę, która w tamtych czas z reguły bywała śmiertelna. Herriot wyjeżdżając po pierwszej wizycie nie za wiele  mógł zrobić i spodziewał się, że drugiego dnia krowa nie dożyje. Kolejnego dnia  była ona jednak niemal całkowicie zdrowa. Co się stało? Rolnik całą dobę spędził przy krowie, mówił do niej, głaskał ją, masował.  Siedział przy niej całą noc. Weterynarz nie był w stanie sobie do końca tego wytłumaczyć, ale wiedział, że to dzięki temu rolnikowi krowa przeżyła.

       Dla mnie szczególnie fascynująca jest ta radość życia. Tak, jakby autor był po tej jasnej jego stronie , jak w tytule ostatniego  filmu Majewskiego. Nie idealizuje on niczego. Widzi wszystkie wady swoich przyjaciół, czasem ma ich dość i trudno mu z nimi wytrzymać, ale zawsze zwyciężają ich zalety,   a właściwie ich świadomość.

     Książki Herriota wznawia obecnie Wydawnictwo Literackie , ale nie wiem dlaczego tylko 3 tomy, w sprzedaży są „Jeśli tylko potrafiłyby mówić” i „To nie powinno się zdarzyć”. Trzeci  tom „Nie budźcie zmęczonego weterynarza” jest dopiero w przygotowaniu. W całym cyklu tomów było jednak zdecydowanie więcej. Na allegro też nie wszystkie pozostałe są dostępne.   Pozostaje więc polowanie na poszczególne egzemplarze. Dla mnie jest to coś absolutnie wyjątkowego.

6/6   

    

sobota, 12 marca 2016

Javier Marias „Jutro w czas bitwy o mnie myśl”

Okładka książki Jutro, w czas bitwy, o mnie myśl          


 

        Javier Marias to moim zdaniem jeden z  najwybitniejszych pisarzy współczesnych. Czytałam kilka z jego książek, pisałam tutaj o nich, a jego trylogia „Twoja twarz jutro” stała się jedną z moich ulubionych .  Nie jest z pewnością twórcą prostym w odbiorze, pisze długimi zdaniami, nie da się jego dzieł chłonąć błyskawicznie , jak np. można to zrobić z kryminałami. Do tego podejmuje tematy trudne i mroczne.  W jego powieściach jest mało, a niekiedy bardzo mało akcji. Jest za to masa rozmyślań,  głównie psychologicznych. I Marias jest dzięki temu mistrzem psychologii, nikt nie potrafi tak głęboko kogoś prześwietlić , jak on. Te głębokie rozważania psychologiczne to niejako jego „znak firmowy”.

    „Jutro w czas bitwy o mnie myśl” opowiada o dość nietypowej sytuacji. Żyjący współcześnie Wiktor, rozwodnik,  został zaproszony przez dopiero co poznaną Martę do domu na kolację. Marta była mężatką, matką małego chłopczyka, a jej mąż wyjechał na delegację. Obie strony nie miały jasno sprecyzowanych oczekiwań wobec tego wieczoru, każdy   czekał , jak się to wszystko potoczy. W  trakcie pobytu Victora u Marty kobieta źle się poczuła i zmarła. Victor uciekł , potem zaś dręczyły go wyrzuty sumienia, czy dziecku nic się nie stało, kiedy i kto chłopczyka  znalazł. Postanowił   poznać rodzinę Marty.

     Każdy inaczej odbiera powieść. Dla mnie najciekawsze były opisy, jak każdy członek rodziny Marty odnalazł się w tej trudnej sytuacji. Większość rozmyślań i obserwacji poświęconych jest właśnie temu zagadnieniu.    Ojciec Marty załamał się i błyskawicznie znalazł winnego, winnym stał się dla niego mąż Marty, który niepotrzebnie wyjechał, bo gdyby nie wyjechał, to może nic by się nie stało. Siostra Marty z kolei  skoncentrowała się na empatii i działaniu. Przejęła opiekę nad osieroconym chłopczykiem, a nawet zaoferowała, że w ogóle na stałe może się nim zajmować.  Mąż, a właściwie wdowiec, skoncentrowany był na sobie i na tym, co on przeżywał podczas swojego wyjazdu  do Londynu. I druga rzecz, która go interesowała, to kim był mężczyzna, z którym jego żona spędziła wieczór. O synu specjalnie nie myślał. W  trudnych sytuacjach, gdy nie ma czasu na udawanie i trzeba działać błyskawicznie, odsłaniają się ludzkie charaktery i tak właśnie jest w tym wypadku.  Co więcej, Victor już na pogrzebie, gdy przyjrzał się rodzinie, zorientował się, kim oni tak naprawdę są.  To co napisałam tutaj, to oczywiście tylko bardzo krótkie nawiązanie do tego, co autor pisze, dopiero czytając książkę można śledzić, co on widzi, jaki i dlaczego wyciąga z tego wniosek.  

     Marias pisze też o tym , jak ludzie zafałszowują swój obraz i przed innymi i nawet przed sobą samym. Vivtor np. sam przed sobą  mętnie tłumaczył, że nie mógł postąpić inaczej, jak zostawiając dwuletnie dziecko samo w nocy. Ciekawa jest też opowieść męża o tym, co tak naprawdę  robił w Londynie, gdy jego żona zabawiała się z Victorem. Opowiadając, przedstawiał przebieg wydarzeń  w specyficzny sposób. Nie trzeba tylko takich sytuacji ekstremalnych, Marias opisuje to zjawisko nawet na banalnych przykładach. Ludzie udają , że są kimś innym, trzymając masę rzeczy w ukryciu.  Potem gubią się w tym, kim są, czy kim byli.

     Książka jest dobra, ale z twórczości Mariasa dla mnie najlepsze są cały czas „Twoja twarz jutro”, która jest arcydziełem i „Zakochania”. „Jutro w czas bitwy o mnie myśl” powstały w 1994r. Od tamtego czasu autor dojrzał. Późniejsza twórczość jest również dojrzalsza, chyba nawet jeszcze wnikliwsza.  Ale trzeba pamiętać, że mówimy cały czas o pisarzu z górnej półki, inni do takiego poziomu nigdy nie dorośli.      

5/6

sobota, 5 marca 2016

Juliusz Verne „Z Ziemi na Księżyc” – audiobook , czyta Janusz Zadura


             „Z Ziemi na Księżyc” to książka za mało doceniana. A mogą ją czytać czy słuchać zarówno dzieci, jak też i dorośli. Kipi wprost od entuzjazmu i optymizmu. Jest to opowieść o przygotowaniach do wyprawy na Księżyc, wyprawy oczywiście wymyślonej przez autora . Wydarzenia rozgrywają się po zakończeniu wojny secesyjnej.  Otóż jeden z członków Klubu Artylerzystów, Amerykanin, wpadł na pomysł wystrzelenia na Księżyc pocisku armatniego. Pocisk i armata musiały być oczywiście monstrualnych rozmiarów. Przy wsparciu innych osób ustalił plan, jak to ma się odbyć i go zrealizował. Pierwotnie w pocisku miało nie być załogi, zebrało się jednak 3 śmiałków, dwóch Amerykanów i Francuz, wśród nich sam pomysłodawca. Tom kończy się właśnie na wystrzeleniu pocisku, dalsze losy bohaterów i całego przedsięwzięcia opisane są w książce „Wokół Księżyca”.  

        Książka jest frapująca z wielu względów . Zaskoczeniem dla mnie był fakt, że wiele rzeczy, które miały miejsce podczas prawdziwej,  pierwszej wyprawy w kosmos, ponad 100 lat później, zostały przewidziane przez Verne’a. Miejsce wystrzelenia rakiety, czyli Floryda było to samo. Ta sama była długość statku powietrznego. W obu wypadkach załoga liczyła 3 osoby. Podobieństwa i różnice można wyliczać.  

          Nadal jednak nie to jest najważniejsze. Najwspanialszy dla mnie był entuzjazm, optymizm i humor .  Tak jest od samego początku. Członkowie Klubu Artylerzystów po zakończeniu wojny secesyjnej zagrożeni byli zachorowaniem na depresję, nikt już nie potrzebował ich opinii czy usług . I wtedy pojawił się ten pomysł. Wydawał się on całkowicie nierealny, ale jego entuzjaści nie znali słowa „niemożliwe” i wychodzili z założenia, że trudności są po to, aby je pokonywać. Gdy pojawili się chętni do tego, aby stanowić załogę, ryzykowali wszystko, ale duch przygody pokonał wszelki sceptycyzm. Myślę, że taki sam nastrój, jak w książce, musiał towarzyszyć osadnikom zdobywającym tzw. Dziki Zachód.   To idealna książka, aby wybić kogoś z marazmu.

    Jako dziecko uwielbiałam Verne`a. Moją ulubioną jego  książką pozostaje niezmiennie „20 000 mil podmorskiej  żeglugi”, kilka razy wracałam do niej jako osoba dorosła. „Z Ziemi na Księżyc” jest inne, ma większy rozmach.  Podczas słuchania cały czas czułam się , jakby ta książka była tylko zakąską, a prawdziwe danie główne to „Wokół Księżyca”.

    Wykonanie audiobooka jest rewelacyjne. Janusz Zadura jako lektor gwarantuje znakomite odczytanie i świetną lekturę, on nie czyta byle czego. Zadura czyta z humorem a tam gdzie trzeba i z dystansem. Przykładowo trudno mi sobie wyobrazić śmiertelnie poważne odczytanie tych fragmentów, gdzie członkowie Klubu Artylerzystów martwią się, że wojna się skończyła, a „co gorsze”, nie zanosi się szybko na następną.  Każdy rozdział kończy się kilkoma dźwiękami, które kojarzą mi się z futurystyką i kosmosem.   Nie wiem, co to za dźwięki,  niby taki drobiazg, ale tworzy niesamowity nastrój. Świetnym pomysłem było też dodanie wstępu, nie jest to wstęp Verne`a, tylko wydawcy, współczesny. Jest bardzo krótki i zawiera informację o tym, co w zakresie lotu na Księżyc Verne trafnie przewidział. Też niby drobiazg, ale po jego wysłuchaniu z jeszcze większym podziwem patrzę na Verne`a.

5/6

 

wtorek, 1 marca 2016

Evzen Bocek „Arystokratka w ukropie”

Okładka książki Arystokratka w ukropie           

 
„Arystokratka w ukropie”  to bez cienia wątpliwości arcyzabawna  książka i jedna z najśmieszniejszych, jakie kiedykolwiek czytałam. Pierwsza część, o której pisałam w marcu 2015r.  była gorsza, nie miałam wówczas zamiaru kupować części drugiej. Jak się okazało , część druga jest wyśmienita .

      Właściciele po odzyskaniu rodowego zamku w Czechach już się w nim zadomowili, przyzwyczaili nawet  do nowego życia i zatrudnili menedżerkę, która miała pomóc im zwabiać turystów i zarabiać jakieś pieniądze.  W tym właśnie tomie interes ten się rozkręca. O wszystkim opowiada , tak jak i poprzednio, córka Maria.  W tym tomie głównym tematem są turyści i różne śmieszne sytuacje z turystami .  Maria, czyli autor ma niewątpliwie dar obserwacji. Do tego nie moralizuje, nie popisuje się , nie udaje kogoś lepszego czy mądrzejszego, niż jest w rzeczywistości. Z dystansem opisuje różne scenki , które ewidentnie wskazują na porażającą chytrość i skąpstwo jej ojca. Poczucie humoru jest kwestią względną , jednego śmieszy to, drugiego tamto.  W tym tomie coś u mnie zaskoczyło, był rewelacyjny. Nie ma w nim już tego, co drażniło mnie w pierwszym tomie, nie ma żadnych scen, w których zwierzętom dzieje się krzywda, nie ma dowcipów z sikaniem i tego typu rzeczami.    

    Narratorka z dystansem opisuje i swą rodzinę i innych arystokratów, których udało jej się poznać. Okazuje się, jak można było przewidzieć, że nie są oni ani specjalnie mądrzy, ani nie mają innych pozytywnych cech, które wyróżniałyby ich od ogółu.  Poziomem wykształcenia czy życiową mądrością nie odbiegają od ogółu. Są za to w większości snobami. Według Bocka czeska arystokracja nie jest grupą szczególnie wartą poznania.

   Po tej lekturze nabrałam   apetytu na inne książki , nazwijmy to humorystyczne. Po zastanowieniu wygląda na to, że nie czytałam ich za wiele, w ogóle nie szukałam takiej lektury, przynajmniej ostatnimi czasy. Z ostatnio czytanych przypominam sobie „Nomen Omen” Marty Kisiel, o której pisałam w marcu 2015r. Pod względem humoru Bocek był jednak dla mnie dużo zabawniejszy.   Raz na jakiś czas wracam też do Chmielewskiej, najzabawniejszy dla mnie był chyba „Lesio”. Generalnie coś kiepsko to u mnie wygląda czytanie tego typu książek. A plusy są ewidentne. Podczas czytania „Arystokratki w ukropie” zapomniałam o całym świecie.

   Opisywanie tego, co jest w książce nie będzie w stanie oddać jej humoru, każdy musi sam się zorientować, czy mu odpowiada. Poza rozbawieniem zyskuje się też jeszcze pewną dawkę wiedzy o czeskiej arystokracji, o psychologii. Zaskoczeniem były dla mnie np. informacje o tym, że turyści są w stanie ukraść wszystko, kradną nawet papier toaletowy.   A autor, będąc kasztelanem na zamku, wie, o czym pisze. W książce nie ma polityki na całe szczęście.

   Część drugą można spokojnie czytać bez znajomości pierwszej. Na początku jest krótka informacja , kto jest kim, np. „Pan Spock – ogrodnik zamkowy, wyglądający jak pan Spock z serialu Star Treck. Muzyk i hipochondryk obawiający się raka, zawału, cukrzycy i Alzheimera, Parkinsona i łysienia, ponieważ na to wszystko chorował jego ojciec.”   Jest też krótko streszczone to, co działo się w części pierwszej.  
6/6

 

poniedziałek, 22 lutego 2016

Robert Graves „Ja Klaudiusz” – audiobook, czyta Mirosław Baka


Ja, Klaudiusz

 
   „Ja Klaudiusz” to chyba jedna z najbardziej znanych i najlepszych powieści historycznych. Nie dziwie się, że trafiła na listę 100 najlepszych powieści wszechczasów tygodnika „Time”. Czytałam ją już wiele lat temu, a serial oglądałam kilka razy. Opowieść o życiu cesarza Klaudiusza , a także o panowaniu cesarzy : Augusta, Tyberiusza i Kaliguli , zna chyba każdy.  Zastanawiałam się, co w tej książce takiego jest, że z wielką mocą przyciąga i cały czas przykuwa uwagę? Cesarz – narrator powieści,  to strzał w dziesiątkę, wyjątkowo ciekawy punkt widzenia.  Uroku dodaje niewątpliwie element tajemnicy, czyli przepowiednia Sybilli, o tym, że Klaudiusz uważany powszechnie za idiotę, zostanie cesarzem. Przez powieść przewija się motyw przeznaczenia i rozważanie, czy walka z przeznaczeniem, ma sens? I czy w ogóle coś takiego , jak przeznaczenie, istnieje? Każdy może sobie sam odpowiedzieć na to pytanie.    „Ja Klaudiusz”  jest dla mnie, jak rzadko inna książka, powieścią o władzy i o tym, jak władza deprawuje.  Im bardziej absolutna jest władza, tym deprawuje bardziej. Postawy innych ludzi wobec takiej władzy też są uniwersalne i wszystkie inne kwestie psychologiczne są oczywiście ponadczasowe.

          A czy poza samą przyjemnością czytania po raz kolejny , w tym przypadku słuchania, ta lektura coś jeszcze daje? Swoim zwyczajem ,  gdy sięgam po określoną pozycję po raz kolejny, oczekuję, że znajdę w niej coś, na co wcześniej nie zwróciłam uwagi. Tym razem również tak było. Czasy opisywane w książce były dla wielu osób, szczególnie z rodziny cesarskiej  lub dworu ekstremalnie trudne, przynajmniej według Gravesa.  Wiele z nich zostało w taki czy inny sposób wyeliminowanych poprzez otrucie czy ścięcie lub inne, podobne metody . Jawne próby przeciwstawienia się komuś takiemu, jak chociażby Kaligula , równoznaczne byłyby z  wydaniem na siebie wyroku śmierci. Co więc pozostawało ? Klaudiusz wybrał metodę udawania idioty i nie mieszał się w sprawy rangi państwowej, do czasu oczywiście gdy został cesarzem.  Ale nie tylko. Znalazł sobie pewną niszę, czyli pisanie książek historycznych, co było jego pasją i  dzięki czemu robił coś pożytecznego. A w miarę możliwości starał się też pomóc innym. Rzadko kiedy było to wykonalne, ale zdarzały się niekiedy takie sytuacje. Metody pomocy były różne, np. raz w przypadku Kaliguli dla uratowania dwóch osób wystarczył humor i cytaty z wiersza. Niekiedy nie robił nic, wiedząc, że nic się nie da zrobić, a bezsensownie ginąć nie miał ochoty. To też ciekawa postawa. My jako naród borykamy się  z problemem powstań narodowych, czy były potrzebne, czy nie, czy pozbawiona szans na zwycięstwo, lub z minimalnymi szansami  walka , była do czegoś potrzebna. Graves  przedstawił swój punkt widzenia na tego typu sprawy.   

                Mam świadomość, że przekazanie pewnych wydarzeń przez Gravesa różni się niekiedy od tego, co mówią na dany temat historycy. Nie trzeba specjalnie szczegółowo poszukiwać, chociażby cesarzowa Liwia nie uchodzi za takiego potwora , jak to jest przedstawiona w tej powieści. Ale nie wydaje mi się to najważniejsze. Nie jest to opracowanie historyczne, a  powieść. Może gdyby wszystko było zgodne z ogólnym przekazem historycznym, nie byłoby to takie ciekawe. Każdy poza tym ma prawo do własnego spojrzenia na historię. Zabieg polegający na zrobieniu z Klaudiusza narratora już sam w sobie wskazuje na zamierzony subiektywizm relacji. Poza tym książka jest dzięki temu jeszcze ciekawsza, jeżeli ktoś ma ochotę, może porównywać, jak określone fakty przedstawiają inne źródła.

    Ciekawy jest też motyw postawy, która przerasta swą epokę. Klaudiusz nie był zwolennikiem monarchii. Ale czy w czasach, kiedy żył, inny ustrój był możliwy?  Sam się  przekonał, że wszystko ma swój czas.

     Mirosław Baka jako Klaudiusz jest przekonujący. Ale prawdziwą rewelacją byłoby powierzenie tej „roli”, roli lektora,  Stanisławowi Brejdygantowi. To on był Klaudiuszem, tzn. dubbingował  Dereka Jacobi , w polskiej wersji serialu, tej starszej , bez lektora. Nie miałam okazji go w tej roli słyszeć, ale zdaniem wielu, był to jeden z najlepszych dubbingów w historii.

5/6

sobota, 13 lutego 2016

Marcin Wroński „ Skrzydlata trumna”

Okładka książki Skrzydlata trumna           

  
W czwartym tomie mojego ulubionego polskiego kryminalnego cyklu - Zyga , czyli komisarz Maciejewski, zaraz po zakończeniu wojny , osadzony został w więzieniu na lubelskim zamku.  UB-ek major Grabarz zaś postanowił, że wszelkimi możliwymi sposobami doprowadzi do tego, że Zyga zostanie  jego konfidentem.  Formalnie Maciejewski oskarżony został o kolaborację z Niemcami w czasie wojny, co nie do końca było prawdą, problem wynikał z tego, że Zyga formalnie w trakcie wojny pracował  jako policjant.  Jego działalność wojenna była dość złożona, bo współpracował też z polskim podziemiem, ale to akurat jest szerzej opisywane w tomie „A na imię jej będzie Aniela”. Część akcji tego tomu toczy się na lubelskim zamku, w więzieniu, jest jednak też i drugi watek  , są to retrospekcje i dotyczy to 1937r. Zyga wówczas zajmował się sprawą samobójstwa stróża na lubelskim lotnisku, w tle zaś rozwijała się afera, związana z zakładami lotniczymi w Lublinie. W więzieniu Zyga siedzi w celi z człowiekiem, który był świadkiem w tamtej sprawie. Sama akcja , czyli ten wątek kryminalny, paradoksalnie, z całej książki wydaje mi się najmniej interesujący. To oczywiście kwestia indywidualna, osobiście wolę zabójstwa w stylu jak u Agaty Christie, gdzie wszystko rozgrywa się w gronie kilku osób, gdzie o zabójstwie decyduje zemsta, chęć zysku, strach lub podobne indywidualne czynniki i decydujące znaczenie dla rozwiązania zagadki mają kwestie psychologiczne.   

      Wyjątkowo ciekawy w tym tomie jest wątek związku Zygi i Róży. Otóż pobrali się oni w czasie wojny, ale wcześniej byli już ze sobą około 10 lat. Gdy Zyga został uwięziony , nie miał pojęcia, co dzieje się z Różą i dzieckiem, którego nawet nie widział na oczy. Nie była to para jak z reklamy uśmiechniętej rodzinki w czasie świąt czy wakacji. Ale co zaskakujące, oni naprawdę się kochali. W trakcie wydarzeń z 1937r. pokazane jest , że Zydze, jak chyba każdemu mężczyźnie,  potrafiła wpaść w oko inna kobieta, niż Róża. Tutaj spodobała mu się młoda krawcowa, która  … przypominała mu Różę sprzed 10 lat. Niewiele brakowało, a przespałby się z tą krawcową, przeszkodził mu wyłącznie inny facet. I  Wroński, jako narrator, przedstawiciel rodu męskiego opisuje, jak to się dzieje, że Zyga jednocześnie naprawdę kochał Różę i miał ochotę na romans z inną. Jest to paradoksalne i nigdy nie będzie zrozumiałe dla kobiet, ale tu właśnie to zjawisko opisane jest z męskiego punktu widzenia.

     Inny wyjątkowo ciekawy wątek, to oczywiście próby złamania Zygi przez UB. Wiem, że wątki takie były już i w kinie i w literaturze, ale tu jest też inne spojrzenie na to zjawisko. Wroński pokazuje,  co w przypadku Zygi było najtrudniejsze. Jako były bokser był przyzwyczajony do bólu i kontuzji. Same przesłuchania , makabryczne warunki, i w więzieniu byłby w stanie znieść. W jego przypadku najgorszy był strach o Różę i dziecko. To przez te obawy nie mógł normalnie funkcjonować i przez to  niemal wariował.    

    Wątki związane z lotnictwem też nie są nudne. Nie będę tego opisywać dokładnie, bo to jest przecież główna intryga, ale i u jest sporo smaczków. Przykładowo wspomniany jest przypadek lotnika, wyśmienitego lotnika, wojskowego, któremu wojsko złamało karierę. Miał on pecha, że w trakcie jednego z lotów doszło do wypadku, coś dziwnego zaczęło dziać się z samolotem, musiał wyskakiwać. Potem okazało się, że było to zaplanowane i że zdarzały się specjalne uszkodzenia samolotów, w książce opisane jest, kto i dlaczego za tym stał.  Sam tytuł nawiązuje do takiego wypadku. Wracając zaś do tego lotnika, potem po wypadku  wojsko stanęło  przed alternatywą. Ogłosić, że samolot, na którym leciał pilot,  był felerny , czy uznać, że pilot nie do końca umie latać.

       W „Skrzydlatej trumnie” są wszystkie te cechy, dzięki którym tak bardzo lubię ten cykl. Wroński jest szalenie wnikliwym obserwatorem rzeczywistości, widzi głębiej, niż większość obserwatorów i nie postrzega świata w kategoriach czarno – białych. Nic nie jest dla niego proste, z reguły pokazuje właśnie, że określona sytuacja jest bardziej skomplikowana, niż to się pozornie wydaje.

    Wiele osób chociażby gardzi tymi, którzy w tamtych, potwornych czasach  podpisali lojalki. Gdy się przeczyta historię Zygi  , widzi się ogrom cierpień, jakie musiał znosić i prawdziwe motywy, jakimi się kierował, czyli strach o rodzinę, a nie karierowiczostwo czy chęć zysku finansowego, patrzy się na to już z innej perspektywy. Z reguły gloryfikuje się polskie lotnictwo przedwojenne, prawdopodobnie wynika to z historii wojny, wiadomo, dywizjon 303 itp.  A Wroński pokazuje te ciemne punkty w tym idealnym obrazie. We wszystkich tomach cyklu z Zygą pisarz często w czymś wyidealizowanym pokazuje cienie, a z kolei w tym, co jest pogardzane , pokazuje inna twarz. Wcale nie rzadko  porządniejszym człowiekiem od np. urzędnika czy policjanta, okazuje się złodziej czy prostytutka.

       Pisałam wcześniej o innych tomach z Zygą, w listopadzie 2015r. o „Morderstwie pod cenzurą”, w październiku 2015r. o „Pogromie w przyszły wtorek”, w lipcu 2015r. o „A na imię jej będzie Aniela”, w kwietniu 2015r. o „Kinie Venus”. Nadal uważam, że tomy z okresu wojny lub z okresu powojennego „A na imię jej będzie Aniela” i „Pogrom w przyszły wtorek” są najlepsze, aczkolwiek wyjątkowo mroczne. „Skrzydlatą trumna” z racji poważnej afery lotniczej , czytało mi się trochę gorzej, ale jest naprawdę dobra. I z pewnością sięgnę po kolejne tomy.

5/6

     

niedziela, 7 lutego 2016

Lee Child „Poziom śmierci”

Okładka książki Poziom śmierci           
         Od paru miesięcy czytam niemal wyłącznie książki luźniejsze.  Te bardziej ambitne i trudniejsze leżą i czekają na swoją kolej.  Tak bywa, gdy ma się tzw. gorszy czas i nie wszystko się układa tak, jakby się chciało.  Książki są wyśmienitym sposobem na to, aby  w takiej sytuacji chociaż trochę polepszyć sobie nastrój.  Jeśli znajdzie się coś   wciągającego, co nie jest dołujące i jednocześnie nie wymaga zbyt wielkiego zaangażowania intelektualnego, to jest to idealna lektura na taki właśnie czas. Czyta się i zagłębia w innym świecie, zapominając o wszystkich problemach. Znalezienie idealnej lektury nie jednak proste.  Każdy ma na taki gorszy czas swoich autorów .

      Lee Child i jego cykl z Jackiem Reacherem  jest w takich okolicznościach znakomity. Wciąga bardzo mocno, a jednocześnie wiadomo, że Jackowi nie może się nic stać, bo występuje już w około 20 tomach , nie trzeba się wiec denerwować, czy aby mu się cos nie stanie. Pisałam już o Lee Childzie dwukrotnie, po wysłuchaniu audiobooków „Jednym strzałem” w maju 2015r. i „Jutro możesz zniknąć” w grudniu 2015r. „Poziom śmierci” to pierwszy tom z całego cyklu.  W tym tomie Jack otarł się o gigantyczną aferę, związaną z fałszerstwem pieniędzy. Wykorzystując swe umiejętności byłego żołnierza, tj. dedukcję, odwagę, logiczne myślenie, a także świetne wyszkolenie fizyczne, z zagadką tą nie bez problemów, ale się oczywiście uporał. Chwilowo nawet się zakochał.

     Gdy jest się w nie za dobrym nastroju opisy, jak to Jack sprawnie rozwiązuje różne problemy, dają czytelnikowi  sporo energii. A jest to znak rozpoznawczy całego cyklu.   W tym tomie Jack kilkakrotnie musiał zastanawiać się nad tym, czy osoby, z którymi musiał współpracować, będą miały w sobie odwagę i determinację.   Przykładowo przyglądał się jednej kobiecie, początkowo wydawało mu się, że nadaje się ona tylko do próżniaczego życia. Ale błyskawicznie uznał, że nie tylko. Pomyślał : „Ale gdyby przyszło co do czego, potrafiłaby zakasać rękawy i walczyć. Może  sto pięćdziesiąt lat temu siedziałaby w wozie jadącym na Zachód. Miała dość odwagi”. Podobnie było z jego innym znajomym: „ Uciekał od sześciu dni i dobrze mu to zrobiło…Wyglądał twardziej, zdrowiej, mocniej, bardziej w moim typie”.   I „Ponownie skinął głową. Przełamał barierę, przestał się denerwować, odprężył . Znalazł się na wyżynie, gdzie po prostu robi się to, co trzeba zrobić. Dobrze znałem to miejsce. Żyłem tam”. Pisząc tą książkę sam autor przez tego bohatera dodawał sobie odwagi. Lee Child znalazł się bez pracy, wyrzucono go i postanowił żyć z pisania. Ten właśnie tom jest nie tylko pierwszym tomem z całego cyklu, ale jest to też debiut pisarski Lee Childa.

     Książka naprawdę jest niezła, ale w porównaniu do tych dwóch tomów, o których wspomniałam, jest jednak nieco słabsza. Autor tutaj dopiero się rozkręcał, tak jakby nie był do końca pewny, w jakim kierunku poprowadzi swojego bohatera. Sam Jack też zresztą powoli dopiero odnajduje się na nowej drodze, po zwolnieniu z wojska.

        Zauważyłam, że wcale nie tak rzadko pierwsze tomy, rozpoczynające różne cykle książkowe  są słabsze od tych tomów, które powstały później.   Tak było chociażby z Marcinem Wrońskim i jego kryminałami retro z komisarzem Maciejewskim w roli głównej. Za wybitne uważam  „A na imię jej będzie Aniela” i „Pogrom w przyszły wtorek”, o których pisałam nie tak dawno,  a które powstały jako trzeci i piąty tom cyklu. Często zaczynamy czytać jakiś cykl od pierwszego tomu, wydaje się to logiczne i sensowne. Ale tak jest tylko pozornie. Myślę, że  mimo wszystko „Poziom śmierci” zachęciłby mnie do sięgnięcia po inne tomy z Reacherem,  nawet gdybym nic innego tego autora nie znała. Ale o kwestia gustu.  A często wczesna twórczość pisarzy stoi na niższym nieco poziomie, niż ta dojrzalsza. Ale dla fanów jest to idealne, o Jacku wiadomo już wszystko, „od podszewki”.  

4/6

środa, 3 lutego 2016

Lilian Jacson Braun „Kot, który czytał wspak”

Okładka książki Kot, który czytał wspak           


      W tym tomie czytelnik poznaje Jima Qwillerana,  Amerykanina, w średnim wieku, byłego alkoholika, dziennikarza, rozwiedzionego i bezdzietnego, który z kotami nie miał nic wspólnego.  Po załamaniu jego kariery  i utracie pracy, zdobył etat w małej gazecie w bliżej nieustalonym mieście, w którym, jak się mu wydawało,  nie miał ani nikogo z rodziny, ani nikogo znajomego. I zaczął wszystko od nowa. Jimowi powierzono działkę sztuki, miał pisać o miejscowych artystach i ich wystawach, chociaż w ogóle się na tym nie znał. Zamieszkał u krytyka sztuki, Mountclemensa, który również był zatrudniony w tej samej gazecie  , a który był opiekunem przepięknego kota syjamskiego  Kao Ko Kunga. Kot zaczął fascynować Qwilla. Na skutek niespodziewanego zbiegu okoliczności , a konkretnie zabójstwa Mountclemensa, to właśnie Qwill został opiekunem Kao Ko Kunga, którego zaczął nazywać Koko. Jim mimo upadku, jaki przeżył, kochał życie i ludzi. Pisząc starał się skupić na tym, co dobre. Gdy pisał o emerytowanym rzeźniku, malującym hobbistycznie obrazy – kicze, skoncentrował się nie na krytyce , ani nie na zmyślaniu, że te dzieła są wybitne, ale pisał o tym, że są pogodne i że dają i malarzowi i odbiorcom dużo radości. Ludzie po przeczytania artykułu chcieli kupić chociaż jeden obraz, byli zadowoleni, malarz również.  Czytelnicy zaczęli przepadać za takim pozytywnym przekazem. Qwill pisząc w ten sposób, dawał wyraz swojej postawie życiowej, patrzenia na wszystko z jaśniejszej strony , robieniu dobra, odkrywaniu wokół siebie tego, co wartościowe i godne propagowania. Odwrotnie robił Mountclemens, który realnie oceniał wartość dzieła i „niczego nie owijał w bawełnę”.  

   A co do zabójstwa, to jest więcej trupów, są nimi osoby z kręgów artystycznych

      W tomie tym jest co nieco o sztuce, ale z punktu widzenia osoby, której pewne obrazy się podobają, ale nie  ma w tym kierunku wykształcenia i się na nich nie zna.  Qwill zdobywa nowych znajomych . Jest namiętnym czytelnikiem, w każdym tomie coś czyta, z reguły jest to klasyka.  Czytelnik jest zawsze informowany o lekturach jego bohatera  i o tym, jak mu się one  podobają. W tym tomie, z racji tego, że wszystko się dopiero rozkręca, Qwill zagłębia się jedynie w lekturze dzieła : „Jak uszczęśliwić ulubione zwierzątko”. W kolejnych tomach jest też  mowa o tym, jakie sztuki obejrzał w teatrze i jakiej muzyki słuchał. Każdy tom łączy osoba Qwilla, kotów i jego znajomych. Z reguły w poszczególnych tomach jest inna jest sceneria, aczkolwiek Qwill tylko na początku będzie kimś w rodzaju nomada. Współtowarzyszka Koko, piękna kotka syjamska,  pojawi się dopiero w drugim tomie.   W kolejnych tomach wydarzenia rozgrywają się już w innych środowiskach, wśród innych osób. Z każdym tomem pojawia się coraz więcej bohaterów, którzy są zafascynowani kotami i starają się coś dla nich robić.

5/6  

wtorek, 26 stycznia 2016

Irene Cao „Widzę cię” - audiobook, czyta Marta Wardyńska

Widzę cię - audiobook - autor
  
       Myślę, że ta książka czy audiobook mogą mieć bardzo dużo bądź wielkich fanów, bądź wręcz odwrotnie,  anty fanów, którzy z pewnością nie sięgną po dalsze tomy.  Ja zaliczam się do tej drugiej grupy. Kolejne tomy „Słyszę cię” i „Pragnę cię” składają się na  „Trylogię zmysłów”, która we Włoszech stała się bestsellerem , a i u nas według deklaracji wydawcy, bardzo dobrze się sprzedaje .  Książka opowiada o  29-cio letniej kobiecie, Elenie, która mieszka w Wenecji, we współczesnych czasach i jest konserwatorką sztuki. Uzyskała ona zlecenie na odrestaurowanie fresku w pałacu jednego z arystokratów. W czasie konserwacji w pałacu tym zamieszkał Leonardo, szef kuchni nowo otwieranej restauracji. Elena była w tym czasie w  związku ze swoim dawnym przyjacielem, Filippo . Ona była wykształconą, sumienną, wrażliwą dziewczyną , Leonardo zaś w moim odczuciu, jej przeciwieństwem. Jak sam powiedział, jego życiowym celem było zaspokajanie wszelkiego rodzaju przyjemności, a więc miał na myśli głównie jedzenie, picie i seks. Leonardo poinformował Elenę, że miał wiele kobiet , ale Elena zwariowała na jego punkcie. Powieść mówi o toksycznej relacji, jaką stworzyli. On zadeklarował się, że  wprowadzi  ją w sprawy seksu tak, aby   stała się bardziej świadoma swego ciała i aby mogła czerpać z niego jeszcze większą przyjemność.  Elena musiała zgodzić się na wszystkie jego pomysły. On był prostackim bufonem, a ona kobietą bez osobowości. 

        Do tego mniej więcej momentu książka ta nie budziła we mnie jeszcze większych negatywnych emocji. Im dalej , tym było gorzej. Leonardo jawił mi się jako skończony prymityw, który albo przyrządza jedzenie, albo je, albo pije lub uprawia seks. Elenę podporządkował sobie całkowicie i to bez jakiegokolwiek poszanowania dla jej upodobań. Zaczął ją przerabiać mentalnie w inną kobietę, taką, która odpowiada jego gustowi . Kazał jej chociażby przestać być wegetarianką i abstynentką. Każdy jego pomysł zaś traktowany był przez nią bezkrytycznie, jako coś genialnego, jako łaska czy objawienie, nawet gdy dotyczyło to siedzenia nago, przywiązanej do krzesła, albo uprawiania seksu na ulicy.  Elena płakała, gdy Leonardo ją poinformował, że miał wiele kobiet ,  aby nie oczekiwała od niego wierności i że nigdy nie będą mogli stworzyć związku,  bo on nie jest czymś takim zainteresowany. Dla mnie  niewiarygodne jest z psychologicznego punktu widzenia, jak dla takiego zadufanego w sobie prostaka,  jak Leonardo  , można poświęcać związek z Filippem, którego znała wiele lat, z którym miała masę wspólnych zainteresowań i z którym rozumiała się bez słów.  Nie znam ani jednej kobiety, która sypiając z facetem, akceptowałby to, że ten facet sypia również z innymi kobietami, np. z Leonardo z Eleną jednego dnia, z inną drugiego. Akceptacji czegoś takiego domagał się Leonardo. Nie mogę też pojąć, jak można tolerować zachowanie Leonarda, który znikał np. na kilka tygodni, nie dzwonił, zabraniał do siebie dzwonić itp.

    Sporo miejsca w książce zajmują opisy seksu i różnego rodzaju praktyk seksualnych, myślę, że może to być z połowa książki. Są to opisy w stylu porno i to chyba hard porno. Jest tam wszystko, łącznie z seksem grupowym.  Przed zakupem audiobooka przeczytałam kilka opisów, z których wynikało, że można spodziewać się po nim czegoś w rodzaju romansu czy powieści obyczajowej , erotyka, a nie pornosa.

      Zastanawiałam się , czy w tym audiobooku jest coś godnego uwagi, co mogłoby się spodobać takim osobom, jak ja.   Jest to trochę szukanie na siłę. Nie ma nudy, co najwyżej obrzydzenie chociażby seksem grupowym, albo irytacja, jak Elena może tkwić w czymś takim, jak pseudo związek z Leonardem, traktującym ja przedmiotowo.  Jest za to kilka ciekawych opisów Wenecji, zachowań mieszkańców , np. aqua alta, czyli wysoka woda , która wylewa się na chodniki , wpływa do sklepów czy mieszkań i nie ma przejścia z jednego miejsca do drugiego. Jest opis tradycyjnego, karnawałowego balu maskowego. No i nawet mimochodem autorka wspomina np. gdy bohaterowie idą weneckimi uliczkami, co widzą.   Poza seksem są też relacje Eleny z jej przyjaciółką  czy z Filippem.

       Sposób czytania audiobooka jest taki sobie, nic rewelacyjnego, ale bywa gorzej. Jeżeli mimo wszystko ktoś nabrałby ochoty na dwa dalsze tomy, to po wysłuchaniu może być zaskoczony. Na zakończenie jest informacja o tych dalszych tomach . Tom drugi jest dokładnie streszczony, łącznie z zakończeniem. Tom trzeci też jest w miarę dokładnie opowiedziany, bez zakończenia, aczkolwiek można się go domyślać.

      W porównaniu do „Widzę cię”  zyskały w moich oczach czytane niegdyś romanse polskich autorek, np. „Powrót do Nałęczowa” Wiesławy Bancarzewskiej, o którym pisałam w lipcu 2013r.  Mimo braku talentu literackiego autorek, w takich książkach było jednak coś wartościowego. Tutaj jest opis Eleny, która pod wpływem Leonarda zmieniła hierarchię wartości i ze zwykłej, skromnej dziewczyny przeistoczyła się w  kobietę, która w wieczór sylwestrowy, na balu,  domagała się od mężczyzny , aby publicznie  uprawiał z nią seks. Elena zamieniła się w klon Leonarda, przestała być sobą. „Widzę cię” można według mnie nazwać gorszą  wersją „Pigmaliona” G. B. Shaw`a.  

    2/6

 

   

 

środa, 20 stycznia 2016

Kornel Makuszyński „Awantura o Basię” – audiobook, czyta Krystyna Janda


AWANTURA O BASIĘ WYD. 2014 KORNEL MAKUSZYŃSKI

  •     Kilka godzin słuchania to była spora przyjemność. Historia kilkuletniej sierotki, wysłanej samej pociągiem do Warszawy z tabliczką z adresem opiekuna , jest chyba powszechnie znana . Ponieważ napis na tabliczce został zalany mlekiem, dziewczynką zajął się przypadkowy podróżny, aktor. Potem perypetii było więcej.

     Jako dorosła osoba odebrałam tą książkę jako opowieść o jasnej , radosnej stronie życia. Makuszyński nie unika trudnych wątków, jak np. na początku śmierć matki Basi, ale jak sam stwierdza, życie składające się z samego wesela nie istnieje, a gdyby istniało, byłoby nudne i niestrawne. Śmiech i radość istnieją dlatego, że przeplatają się ze smutkiem.  Wątki smutne nie są na szczęście w „Awanturze” dominujące.    Autor w wielu fragmentach skłania czytelnika do tego, aby próbował w ludziach widzieć ich dobre cechy i aby patrzeć na nich właśnie przez pryzmat tych dobrych, a nie złych cech. Nie jest to naiwność, bo wskazuje też czytelnikom, głównie przecież dzieciom, że nie zawsze można na to dobro liczyć. Przykładowo na trzech współpasażerów Basi z pociągu, tylko jeden się nią zaopiekował. Dwie współpasażerki, mimo że głośno wyrażały wielką troskę o Basię , gdy tylko zobaczyły, że nikt po dziewczynkę nie wyszedł, błyskawicznie uciekły z dworca.  Sama jednak tam nie została. Dla dzieci taka lekcja może być cenna, a dorosłym, doświadczonym przez różne sytuacje, nie zaszkodzi przypomnienie, że nie każdy jest oszustem czy kłamcą, że dobrzy ludzie też się zdarzają. Kiedy Basia stała się już nastolatką, zyskała przyjaciółkę, odpłacając jej dobrem za zło. To już „wyższa szkoła jazdy” i mało kogo na coś takiego stać. Ale czyta się czy słucha z zainteresowaniem. Podobnie niespotykane było przekazanie przez Basię części olbrzymiego spadku na biedne dzieci.  

        Są też w powieści smaczki czytelne tylko dla osoby dorosłej. Przykładowo w jednym z fragmentów rozmówcy się zastanawiają, dlaczego nie ma odpowiedzi na ogłoszenie prasowe o zaginięciu dziewczynki. Jeden z rozmówców mówi, że przecież każdy rozsądny czyta gazety i nie jest zrozumiałe, dlaczego widząc  o poszukiwaniach, nie odpowiada.  Spotkał się z ripostą jednej z pań, że właśnie nikt rozsądny gazet nie czytuje. Było to zabawne, ale czy rzeczywiście ma sens chłonięcie codziennych newsów, które zawsze niemal są złe? Jeden z dziennikarzy przewiduje wojnę, inny opisuje  któryś z kataklizmów klimatycznych, jeszcze inny  krach na giełdzie itd. Śmieszyły mnie też opisy starszej pani Tańskiej, przyszywanej babci Basi , gdy w zależności od sytuacji wykorzystywała swój wiek lat siedemdziesięciu na początku książki , później osiemdziesięciu. Kiedy świadomie robiła coś niezbyt dobrego, np. ukrywanie cudzych listów, twierdziła, że z powodu wieku nie można od niej wymagać , aby o wszystkim pamiętała. Znam starszych ludzi, którzy dokładnie, świadomie  robią różne niezbyt dobre rzeczy i również „z powodu ich wieku” nie można im zwrócić uwagi. Makuszyński tych sytuacji nie demonizuje, bawi się nimi.

    Książka to przypomnienie o podstawowych wartościach, dobru, miłości, radości , poświęceniu. Makuszyński nie epatuje złem i nie straszy, nie ma u niego mściwości, straszenia, wyśmiewania, rywalizacji i innych koszmarnych cech, występujących w wielu książkach dla dzieci  u innych autorów.      

      Rozczarowaniem była dla mnie Krystyna Janda. Ona książkę odczytała, a samo odczytanie na miano interpretacji nie zasługuje.  Na szczęście są  inni aktorzy, jak chociażby Krzysztof Gosztyła, którzy łaski nie robią , czytają książki fenomenalnie, przygotowują się do tego i czytelnik ma prawdziwą ucztę.  Ale te kilka godzin z Jandą można wysłuchać, nie była w stanie Makuszyńskiego popsuć.  

5/6

czwartek, 14 stycznia 2016

George R.R. Martin „Starcie królów” – tom II „Pieśni lodu i ognia”

Okładka książki Starcie królów           

             Podczas czytania miałam takie chwile, że wydawało mi się , że porzucę tą książkę, bo mnie irytuje. Albo że ją porzucę, bo boje się, że kolejnemu bohaterowi coś się stanie, że dobro przegra, a zło zwycięży. Ale czytałam dalej. Kilka razy myślałam, że na tym tomie , czyli na drugim z kolei całej sagi, zakończę czytanie. Ale nastąpił też i taki czas, że czekałam, aż wrócę po pracy do domu i zacznę czytać. Wszystkie inne sprawy stawały się wtedy drugoplanowe. A gdy kończyłam czytanie tomu, natychmiast zakupiłam kolejne części. Był też moment paniki, co się stanie, jeżeli dalszych tomów nie będzie danego dnia w sprzedaży? Wiedziałam oczywiście , że nie są to nowości, ale teoretycznie dalsze części mogły być sprzedane. No i zabrałam się za kolejny tom właściwie natychmiast. W kupowaniu tych kolejnych tomów było coś z nałogu. Być może tak czuje się narkoman, zagrożony brakiem narkotyku. Nie jestem wobec tej książki bezkrytyczna. Ale jednocześnie czuję bez cienia wątpliwości , że stałam się już  fanką całej sagi.

      Kiedy w listopadzie 2014r. pisałam o pierwszym tomie – „Gra o tron”, który poznałam jako audiobooka , pisałam ogólnie, że jest to fantasy i że bardzo mocno wciąga czytelnika. Pisanie kolejny raz ogólnikowo jest pozbawione sensu i nic nie wniosłoby. Opisy nie mogą być jednak szczegółowe, bo byłyby to spojlery. Pisarz wcale nie rzadko uśmierca swoich bohaterów. Kto umrze, zawsze jest pewnym zaskoczeniem. Z opisami książki nie poradził sobie niestety wydawca. Chciałam sprawdzić, jaka konkretnie jest kolejność poszczególnych tomów . Zamiast wyeksponowania, że określony tom , np. „Uczta dla wron” jest   czwarty z kolei, natrafiłam na   streszczenie wydawcy, który w dwóch zdaniach opisał, kto zginął w poprzednim tomie.

    Tak jak i w „Grze o tron” ,  miejsce akcji i poszczególne postacie są zupełną fikcją. Ale ludzkie charaktery są prawdziwe.  Tutaj ludzie z reguły ukazywani są w skrajnych sytuacjach, kiedy nie da się niczego ukryć i ich prawdziwe ja wydobywa się na wierzch. I to jest największy walor książki. To,  plus możliwość oderwania się od rzeczywistości ,  zatopienia się w tej fikcji i bycie zaskakiwaną przez autora.

     W tym tomie królowie, a właściwie osoby,  które pretendowały do korony, skoczyli sobie do gardeł. Jest jeszcze bardziej mroczno, niż w tomie poprzednim. Nadeszła już jesień, a pory roku w tej sadze są zaburzone w porównaniu do naszego klimatu . Każda pora roku może trwać przez okres odpowiadający kilku, czy nawet kilkunastu latom kalendarzowym. Jesień i zima stają się odpowiednikiem złych , trudnych czasów. Człowiek lata   to ktoś, kto żył w spokojnych czasach, bez większych problemów. Nie wiadomo, jak zachowywać się będzie ktoś taki, gdy nastanie zima.

  O co w tym wszystkim chodzi?

           Dwie córki lorda Starka: Arya i Sansa miały zostać wzięte jako zakładniczki na dwór króla Joffreya.  Ich ojciec uznany został za zdrajcę. Teoretycznie miały zostać przy życiu, ale sytuacja mogła się przecież zmienić. Jak żyć we wrogim otoczeniu? W rzeczywistości, której się nienawidzi?  Arya natychmiast uciekła. Ucieczka bynajmniej nie oznaczała powrotu domu, dom był daleko, o ile w ogóle jeszcze istniał , trwała wojna , wszędzie było skrajnie niebezpiecznie, a możliwość złapania przez ludzi króla była olbrzymia.  Sansa uznała, że chce przeżyć za wszelką cenę, zgodnie z oczekiwaniami otoczenia, zaczęła głosić, że jej rodzina to zdrajcy. Zdecydowała, że wyjdzie za mąż za tego, kogo jej każą tzn. za króla Joffrey`a, mimo, iż narzeczony się nad nią znęcał. Miała za to dach nad głową, wikt i opierunek. Uznała, że dostosowanie się i czekanie na zmianę koniunktury to jedyna realna możliwość przeżycia. Abstrahując od treści książki, w takich warunkach rzeczywiście możliwości nie jest wiele, ucieczka była w tej sytuacji formą walki. Co wybierać : walkę czy dostosowanie się? Co daje większą szanse na przeżycie? Czy warto żyć za cenę   skrajnego poniżenia? Czy warto ryzykować walkę, gdy szanse na zwycięstwo są znikome?

         Bran, młodszy syn lorda Starka, kaleka,  kojarzy  się z jeszcze innymi problemami. Czy można cieszyć się życiem , będąc kaleką? Czy można żyć bez rozpaczy , użalania się nad sobą? Czy dawne marzenia , niemożliwe do zrealizowania, można zastąpić innymi? Wiele osób, które spotkało nieszczęście , niekoniecznie kalectwo, nawet niepowodzenie lub  po prostu coś złego, mierzy się z tymi problemami. Bran stał się przedwcześnie dojrzały i mądry nad swój wiek. Stał się mądrzejszy, niż niejeden dorosły. Jego mały przyjaciel zasygnalizował mu, że ma on nadzwyczajny dar, coś w rodzaju jasnowidzenia i przemieszczania się po świecie duchem, tak jakby teleportacja. Nie miałby tego, gdyby nie kalectwo. Czy będzie w stanie rozwijać ten dar? Czy spróbuje wyzwolić się z koszmarów i iść do przodu, a nawet mieć nadzieję na radość i szczęście? Czy spróbuje coś, co jawiło się jako klęska,  zamienić w zwycięstwo? Niektórzy potrafią.  Nie porównują się wiecznie do innych i nie biadolą,  „dlaczego nie to spotkało”, „inni maja lepiej, prościej” itp.

      Cersei, matka młodocianego króla Joffreya to z kolei klasyczny przykład kobiety, która żyje miłością do dziecka. Czy istnieje zbrodnia, której z tej „miłości” nie byłaby w stanie popełnić?  Ważna bardzo jest tu jej kazirodcza miłość do brata, zarazem ojca jej dzieci. No i zawsze, gdy pojawia się Cersei, zaczynają intrygi  z najwyższej półki. Ona wie, kogo lepiej zabić, kogo przekupić, kogo oszukać. Wszystko „dla dobra dziecka” ,a przy okazji swojej pozycji regentki. Jak jej synuś jej za to odpłaci? I jak daleko można zajechać na kłamstwie i podłości ?  Czy jej samej,  jej synowi i pozostałym dwojgu dzieciom się to opłaci? Niektórzy uważają, że zło wraca do tego, kto je uczynił. Inni uważają, ze jest odwrotnie, że różnym oszustom żyje się świetnie. Jak będzie w tym przypadku? Poza miłością do dzieci,  Cersei to po prostu Frank Underwood  z „House of Cards.”

    Tyrion Lannister to obok Cersei, jedna z najinteligentniejszych postaci w książce. Nie jest tak podły, jak jego siostra. Czy obżartuch i  erotoman sprawdzi się w skrajnie trudnej sytuacji, gdy wróg zacznie wygrywać bitwę o jego miasto? Z racji tego, że jest karłem, rodzina go nie znosi. Ludzie się z niego śmieją. Faktem jest, ze najwygodniej dla Lannisterów byłoby, gdyby zginął w bitwie. Jest totalnie osaczony i zagrożony. Boi się zdrady i nie ufa nikomu.  Czy da radę żyć bez ani jednej życzliwej duszy dookoła z toksyczną rodzinką?   Czy będzie się mścił? Czy w końcu komuś zaufa?

            Jon, nieślubny syn lorda Starka zmaga się z zupełnie innymi demonami. Z powodu swej pozycji nieślubnego dziecka zmuszony został do zostania strażnikiem na murze. Czyli kimś w rodzaju dożywotniego żołnierza bez prawa do życia prywatnego. Złożył przysięgę  wierności tym ideom. Czy dotrzyma tej przysięgi? Złożył ją jako bardzo młody chłopak.  Czy nie spróbuje zawalczyć o lepsze życie zamiast poświęcać się ? Co robić ze zobowiązaniami,  które zaczynają coraz bardziej ciążyć? I których gdyby można było cofnąć czas,  już by się nie podjęło? Nie jest to takie proste. Na murze ma już przyjaciół. Za jednego czuje się odpowiedzialny.

         Ja nie mogę się od tego oderwać. Nie wymieniłam tu wszystkich wątków. Wybrałam najciekawsze w moim odczuciu. Mój kolega kiedyś powiedział mi, że to, kto umrze w tej sadze, jest dziełem przypadku. Nie do końca tak jest. Można próbować co nieco przewidzieć. Chociażby kto przeżyje: Sansa czy Arya, która postawa daje większe szanse na przeżycie? Może przeżyją obie? Może żadna? Zawsze jest i zaskoczenie i pewna dawka logiki też. Kolosalne zaskoczenia dotyczyć będą też kwestii małżeństw.  

6/6