sobota, 26 kwietnia 2014

Jerzy Pilch „Pod Mocnym Aniołem” – audiobook, czyta Andrzej Grabowski


Pod Mocnym Aniołem - Jerzy Pilch | okładka  


     Pilch ma niesamowite pióro.  Uwielbiam jego niepowtarzalny język. Pod tym względem jest prawdziwym Mistrzem. Przez kilka lat czytałam  regularnie jego felietony w Polityce. Potrafił pisać tak, że nawet gdy podejmował nieciekawy dla mnie temat, nie mogłam się oderwać od czytania. Nie interesuje mnie np. piłka nożna, ale gdy Pilch – zagorzały kibic – o niej pisał, przychodziło mi do głowy, że może jednak jestem w błędzie i że ta piłka może być interesująca. Gdyby pisał felietony w Polityce dłużej, może zmanipulowałby mnie i też stałabym się kibicem.

     Nie wiem sama dlaczego, ale mimo uwielbienia dla jego pióra i języka, nie czytałam jego książek, poza Dziennikiem, tomem I, ale to też jest przecież forma zbliżona do felietonów. Ale w końcu nadszedł ten czas.  Rozpoczęcie od audiobooka wydało mi się łatwiejsze.  Wybór tej konkretnej pozycji wynikał w dużej mierze z przypadku, audiobook właśnie się ukazał.  Temat trochę mnie odstraszał, no bo cóż ciekawego można napisać o alkoholikach i o alkoholizmie?  No ale Pilch to jest Pilch i zabrałam płytę  do samochodu. Filmu nie widziałam do tej pory. 

     Początkowo słuchało mi się trudno.  Książka nie jest typową powieścią z bohaterami i akcją. To są jakby wspomnienia i to wybiórcze niektórych wydarzeń . Narrator mówi cały czas w pierwszej osobie,  ale też nie  miałam pewności, czy są to to wspomnienia i przemyślenia samego autora, czy może niekoniecznie. Nie ma też pewności, czy aby na pewno są to wspomnienia, czy aby nie czytamy strzępów wspomnień, pomieszanych z wizjami z transów alkoholowych. Nie wiadomo, co zdarzyło się naprawdę, co autorowi się tylko wydawało, a co zostało wytworzone na trzeźwo w głowie autora. O tym, że Pilch jest niepijącym obecnie alkoholikiem,  wiem już od jakiegoś czasu. Wszystkie więc wymienione przeze mnie warianty są możliwe. Może wszystko to są alkoholowe wizje, ale bardziej prawdopodobnie jest to , że książka to mieszanka realnych wspomnień i pijackich wytworów umysłu.  Początkowo miałam problemy ze skupieniem się, ale powoli zaczynałam przywykać do tego specyficznego sposobu narracji.

     Pilch opisuje pobyty na oddziałach odwykowych, ale są to raczej opisy reportażowe, czyli uchwycenie tego, co działo się w konkretnym momencie, a nie wspomnienia typu – na oddział pierwszy raz przyszedłem w dniu itp. Opisuje leczonych alkoholików. Co dziwne, sporo z nich to są ludzie wykształceni i z wysoką pozycją zawodową,  poznajemy np. profesorów wyższych uczelni z dorobkiem naukowym.  Są też i duchowni, z których jeden zmarł z przepicia. Nie wiem, te oddziały były oddziałami VIP, czy może tak dużo ludzi wykształconych jest w szponach nałogu. Zdecydowanie bardziej niż z profesorami, alkoholizm kojarzy mi się z niewykształconymi bezdomnymi, widocznymi na ulicach, nocującymi na dworcach itp.  Ale może myślę naiwnie i stereotypami. Pilch opisuje też kobietę - miłość swojego życia, dzięki której  życie nabrało sensu i której jego pijaństwo nie odstraszyło i która mimo wszystko dała mu szansę.  To prawdopodobnie dzięki niej walka  z nałogiem była możliwa. Snuje wspomnienia z dzieciństwa i wspomina dziadka, również alkoholika, podobnie jak i wszyscy członkowie jego rodziny.  Wszystko to jest ze sobą poplątane, jeden rozdział np. to wspomnienia dziadka, a drugi przypuszczenia, jak mogła wyglądać śmierć jednego z jego znajomych. Dotyczy to znajomego, który zapił się na śmierć, a w jego pokoju ku ogólnemu zaskoczeniu znaleziono całą masę butów. Pilch od razu wyobraził sobie, jakiego rodzaju wizje mógł mieć jego znajomy , według niego, musiał on widzieć w drzwiach nadchodzącą śmierć i chcąc ją spłoszyć, rzucał w nią właśnie butami.

    W jednym z wywiadów Pilch powiedział, że alkoholizm spowodował m. in. to , że nabrał on nowych doświadczeń, stał się mądrzejszy, więcej rzeczy rozumie i że mimo wszystko nie żałuje tego, co się stało. Wszystkie wydarzenia z jego życia były po coś, alkoholizm też.  Był to szalenie ciekawy, szczery  wywiad , udzielił go Tygodnikowi Powszechnemu do numeru Bożonarodzeniowego w ubiegłym roku . Oczywiście cytatów nie jestem w stanie przytoczyć dokładnie, ale sens owszem, kojarzę. I to pamięć o tym wywiadzie spowodowała, ze w ogóle zdecydowałam się na wysłuchanie  audiobooka.

   „Pod Mocnym Aniołem” jest  taką furtką, przez którą można zajrzeć do  świata alkoholików i spróbować co nieco z tego zrozumieć. Pilch pisze jak zwykle lekko, nawet z poczuciem humoru, z dystansem do wszystkiego.  Nie wstydzi się picia ,  nie próbuje się tłumaczyć, nie wymyśla że miał trudne dzieciństwo, lub że winny jest ten a ten.  Nie stosuje też martyrologii i nie domaga się dla siebie jakichkolwiek szczególnych względów . Częściej używa chyba słowa pijak , niż alkoholik, co jest może nie do końca poprawne politycznie, ale za to jest naturalne.  W książce jest też idealna diagnoza, dlaczego ludzie stają się alkoholikami.  Nie mam przed sobą tekstu, a w tym przypadku warto byłoby go przytoczyć dosłownie. Ludzie piją wiec dlatego, bo pili ich ojcowie i dziadkowie i w ogóle większość rodziny. Piją też dlatego, bo nikt w ich rodzinie nie pił. Piją , bo mają w życiu ciężko, ale piją  dlatego , że  mają w życiu łatwo. Ktoś pije, bo rzuciła go kobieta, inny -  bo nie ma kobiety, a inny jeszcze dlatego, że ją ma.  Ktoś pija, bo nie ma pieniędzy, inny pije, bo je ma. Takich przykładów  wyliczanych w ten sposób było sporo.

    Jak się przekonałam, połowa sukcesu audobooka to osoba czytającego. W tym przypadku Andrzej Grabowski się sprawdził i to całkiem  dobrze. Czytał spokojnie rzeczowo, jego intonacja nie drażniła . Nie psuł przyjemności ze słuchania  książki, tak jak to miało miejsce chociażby w przypadku „Już nic nie muszę” S. Grodzieńskiej w wykonaniu  Blanki Kutyłowskiej. Do samochodu zdecydowanie najlepiej pasują mi jednak powieści, one wciągają, jazda mija szybko i przyjemnie. Jakiś czas temu zaraziłam takim rozwiązaniem kolegę, z którym jechaliśmy dłuższą trasą i który w samochodzie nigdy nie słuchał audiobooków. Bardzo mu się to spodobało.

            Postanowiłam,  że powrócę teraz do oceny książek , najbardziej adekwatna wydaje mi się skala sześciostopniowa   , od jeden do sześć. Co oznacza która liczba , jest oczywiste. W przypadku audiobooków ocenie podlegać będzie zarazem i książka i wykonanie.

      Z pewnością po wysłuchaniu „Pod Mocnym Aniołem” stałam się mądrzejsza, więcej pojęłam z tego pijackiego świata.  Ale temat picia nie był mi nigdy bliski . I wolę jednak inne formy literackie, takie które są zdecydowanie określone, np. powieść to powieść, wspomnienia to wspomnienia, reportaż to reportaż itp. To pomieszanie nie do końca do mnie przemawiało. Nie wydaje mi się, abym chciała wracać do tej lektury.  Ale za to chętnie obejrzałabym film, tyle tylko , że w kinach już go nie ma . Grabowski jest ok, jak już napisałam, a poza tym on,  z racji niektórych swoich ról filmowych kojarzy mi się też trochę z pijakiem . Podczas czytania był więc wiarygodny. Myślę, że w filmie też mógł dobrze grać. W tym przypadku będzie to ostatecznie

4/6.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

„Kret w Watykanie” A. Kublik, W. Czuchnowski




      Książka to wywiad – rzeka z Tomaszem Turowskim,  byłym pracownikiem wywiadu, działającym  jako tzw. „nielegał” w zakonie Jezuitów . Konkretnie  w 1975r. został klerykiem jezuickim i przez wiele lat – do 1986r. funkcjonował w tym zakonie, nie przyjął jednak święceń kapłańskich. W mediach po  upublicznieniu tych spraw  podawano, że miał za  zadanie szpiegowanie struktur Watykanu, w tym głównie Ojca Świętego. Zdaniem Turowskiego z kolei jego zadaniem było przeniknięcie struktur zakonu po to, aby  docelowo dotrzeć do  oficerów NATO i właśnie w strukturze NATO prowadzić działalność wywiadowczą. Jezuici –  wg Turowskiego - są kapelanami włoskim służb specjalnych , a ponieważ we Włoszech stacjonowały w tamtym czasie m.  in. wojska amerykańskie ,  sporo było m. in. z tego powodu w Watykanie i służb specjalnych i Jezuitów.  Władze zakonne w 1983r. przeniosły Turowskiego do siedziby zakonu  pod Paryżem.   Kolejnym etapem misji szpiegowskiej T. Turowskiego po powrocie do kraju była już działalność w dyplomacji, a z kolei po skończeniu 60 lat funkcjonowanie jako współpracownik wywiadu. Ostatecznie IPN zakwestionował  jego oświadczenie lustracyjne, sprawa trafiła do mediów, finalnie po przeprowadzeniu procesu lustracyjnego Sąd orzekł, że Turowski nie jest kłamcą lustracyjnym.        

     Książka jest ciekawa, w rozmowie sporo jest o Watykanie i o Jezuitach w ogóle, o polityce , no i o działalności szpiegowskiej .  Słyszałam już sporo o Jezuitach , w tym głównie o tym, że są doskonale wykształceni i że to zakon, który olbrzymią wagę przykłada do kwestii intelektu. Turowski potwierdza te informacje. Największą wadą książki jest oczywiście to, że możliwości zweryfikowania tego, co Turowski mówi, są znikome.  Na okładce widnieje więc jakby podtytuł   - „Prawda Turowskiego” . Ale myślę, że mimo tego, warto było zająć się tym tematem.  

        Dla mnie najbardziej zadziwiające było to, że plon pracy T. Turowskiego był szalenie nikły, w początkowym okresie czasu zajmował się on głównie wtapianiem się  w środowisko i dbaniem o to, aby nie zostać zdekonspirowanym. Potem jego kontakty z krajem z tego samego powodu były również bardzo oszczędne i ograniczały się do bardzo znikomych ilościowo raportów.      Przynajmniej tak to wygląda zdaniem Turowskiego. Dla mnie ciekawą zabawą były próby odpowiedzi na pytanie, kiedy jest on szczery, a kiedy niekoniecznie. Najciekawsze byłyby chyba te tematy, które są tylko zasygnalizowane. Przykładowo, Jan Paweł II najprawdopodobniej uzyskał informacje o tym, kim tak naprawdę był Turowski, przeprowadził z nim nawet na ten temat rozmowę.  Ciekawy byłby też wątek przemiany osobistej Turowskiego, który nie zdecydował się na przyjęcie święceń kapłańskich  - o ile w ogóle taka przemiana miała miejsce i nie zdecydowały o tym fakcie inne czynniki.   

piątek, 11 kwietnia 2014

James Ellroy „ Tajemnice Los Angeles”




    Na “Tajemnicach L.A.” zakończyłam   ciąg czytania kryminałów i tzw. lekkich książek . Teraz ewidentnie mam ochotę na coś zupełnie lekkiego. Ale w tych ciężkich chwilach, przy nawale pracy i marzeniach o odpoczynku  lżejsza lektura niesamowicie pomaga.  Jest to taki jakby reset dla mózgu. Dziwi mnie zawsze, gdy niektórzy odżegnują się od lekkiej lektury , czytają tylko rzeczy określane jako  poważne, nie może to być w żadnym bądź razie beletrystyka. Dla mnie tego rodzaju forma relaksu jest absolutnie niezbędna.

    W tym czasie gdy słuchałam „Królową Margot” przeczytałam „Tajemnice L.A.”, które znam jako film.  Nie znałam dotąd  żadnych książek Ellroya  , oglądałam jeszcze tylko adaptację  jego „Czarnej Dalii”.  I w tym przypadku kolejny już raz okazało się, że  jeżeli mam ulubiony film i przeczytam potem książkę, książka  w moim odczuciu filmowi nie  dorówna.  Wiem, że Ellroy uchodzi za klasyka kryminału i jest na tyle oryginalny, że jego powieści nie da się pomylić z innymi.  Ale i tak Curtis Hanson nakręcił na podstawie bardzo dobrej książki absolutnie rewelacyjny film, który widziało zdecydowanie więcej osób, niż było czytelników powieści. Tym samym przypomniał o Ellroyu  i chwała mu za to.

   Ad rem – bohaterami powieści są policjanci z Wydziału Zabójstw policji z Los Angeles w latach 50-tych . W jednym z barów doszło do brutalnego zabójstwa kilku osób  i jest to początek wielu zagadkowych wydarzeń. Wszyscy praktycznie policjanci nie są aniołami , każdy z nich ukrywa sporo różnych przewinień, wcale nie banalnych, ukrywają przykładowo dokonane przez siebie zabójstwa, narkomanię, pobicia i nie tylko. Mają różne układy w światku przestępczym , niekiedy poza miejsce pracy, od przestępców za bardzo się nie różnią. Śledztwo prowadzi do ujęcia „sprawców”, ale dość szybko okazuje się, że to były tylko kozły ofiarne, a prawdziwi zabójcy chodzą po wolności.  Książka jest szalenie brutalna , nie ma tam śladu naiwności  , wszyscy kłamią , oszukują , kradną itp. Korupcja to chleb codzienny. Akcja w książce rozciągnięta jest przez  kilka lat , choć wiadomo, kto ostatecznie stał za masakrą, happy endu nie ma , no może w jednym małym aspekcie.  Akcja jest szalenie zagmatwana i w niektórych momentach musiałam  cofać się o kilkanaście  czy kilkadziesiąt kartek, aby skojarzyć, kto jest kim i co wcześniej zrobił. To zagmatwanie to chyba znak charakterystyczny Ellroya, „Czarna Dalia” też ma skomplikowaną fabułę. Czytanie wymaga koncentracji i myślenia.   Styl pisania jest bardzo specyficzny, ale można się przyzwyczaić.

      Nie kojarzę chyba żadnej książki, gdzie policja pokazana byłaby aż w tak negatywnym świetle, jak właśnie u Ellroya.  Nie wszyscy policjanci  są oczywiście tyko źli, mają i zdecydowanie szlachetne odruchy . Obserwowanie charakterów tych postaci było dla mnie jednym z większych atutów książki. Skrajnym przypadkiem totalnego karierowicza jest Ed Exley i właśnie jego sylwetka w książce jest jeszcze czarniejsza, niż w filmie. Karierę zaczął jeszcze  podczas wojny, walczył na Pacyfiku. Udało mu się wymigać od udziału w walkach dopiero wtedy, gdy niemal po dezercji umiejętnie sfingował,  że zabił kilkunastu Japończyków. Polegało to na tym, że znalazł ich trupy z rozpłatanymi brzuchami, ewidentnie po samobójstwach . Podpalił ich więc, aby nic nie zostało i oddał do nich serię z karabinu. Po tym wyczynie został uznany za bohatera i w glorii chwały wrócił do Stanów. Tam dość szybko doniósł na kolegów, którzy w Noc Bożego Narodzenia pobili zatrzymanych na komisariacie Meksykanów. Powiedział kto, kogo bił i wkradł się w łaski prokuratora, który dzięki  temu uzyskał skazanie w sądzie. Ed był doskonałym negocjatorem, zanim zaczął sypać ustalił wprost, co dzięki temu dostanie, mówię o awansie oczywiście. Ed mimo odrazy, jaką budził, był szalenie inteligentny. I mimo wszystko koniecznie chciał złapać sprawców masakry w barze. Do tego wszystkiego umiejętnie wykorzystywał wpływy tatusia, byłego policjanta, później szalenie bogatego i wpływowego przedsiębiorcy. Z powodu korzystania z protekcji nie miał żadnych skrupułów, był wręcz zadowolony , że ma  takie możliwości. Paradoksalnie jednak,  cały czas miał ambicję, aby ścigać przestępców, w tym też i policjantów,  i nie wycofał się z tego pomysłu nawet wtedy, gdy zorientował się jak bardzo wysoko sięga w policji korupcja.

   Jest też ciekawie i bardzo nietypowo zarysowany wątek miłosny.  Nie ma żadnych szaleńczych zakochań się. Nie ma pięknych , dobrych kobiet. Jest luksusowa prostytutka Lynn, będąca w doskonałej komitywie z wysoko postawionym , bajecznie bogatym przestępcą, robiącym interesy w narkotykach, prostytucji, dystrybucji pism porno. Jest córeczka bogatego tatusia, która nie wie, co robić z pieniędzmi.

   Hansom w filmie dokonał rewelacyjnych skrótów, akcję zagęścił na przestrzeni krótkiego odcinka czasu. Odciął zbyt rozbudowane wątki.  Do tego obsadził w głównych rolach rewelacyjnych aktorów: gra Kevin Spacey, Russel Crowe,    Kim Basinger, Danny de Vito, James Cromwell, Guy Pearce. No i muzyka tez jest wspaniała – Jerryego Goldsmitha. Wspaniałe jest odtworzenie realiów lat 50-tych. Zakończenie jest częściowo zmienione , bardziej hollywoodzkie. Pewnie to dziecinne, ale od zawsze lubiłam happy endy, jeżeli już nie całkowite, to przynajmniej w pewnym stopniu.  W tym przypadku, jak już pisałam, nawet w filmie całkowitego happy endu nie ma,  jest za to trochę optymizmu, chociaż w dalszym ciągu nie ma żadnej  naiwności.  Zakończenie w filmie jest jednym z ciekawszych zakończeń, jakie w ogóle kiedykolwiek widziałam, totalnie niespodziewane i to niespodziewane co każdego bez wyjątku wątku . I jest równie realne, co w książce.  

wtorek, 8 kwietnia 2014

Królowa Margot - Aleksander Dumas, audioook , czyta Joanna Lissner


Obraz znaleziony dla: Królowa Margot Książka Dumas







    Czy z pewnego typu literatury można wyrosnąć ? Wydawało mi się, że nie.  Więc śmieszy mnie „Różowa pantera” i różne jej wersje, oglądałam ostatniego Bonda i Indianę Jones. Ale „Królowa” męczyła mnie, była trochę zbyt dziecinna. Może to wina kolejnej głupkowatej interpretacji, tym razem Joanny Lissner ? A może wynika to z tego, że jestem fanką filmu „Królowa Margot” w reżyserii  Patrice’a Chereau . Film z pewnością nie był dziecinny i pierwszy raz obejrzałam go już chyba z 10  lat temu. Film był wybitny, znacznie lepszy od książki i może przez to książka, przeczytana później,  nie mogła mi się spodobać ?  

    Książka jest pozycją z gatunku „płaszcza i szpady” , nazwisko Dumas też jest wizytówką, zaczytywałam się w nim namiętnie , gdy chodziłam do podstawówki i chyba jeszcze w liceum. Wydarzenia rozpoczynają się w 1572r. w Paryżu w przeddzień nocy św. Bartłomieja, czyli rzezi hugenotów. Margot czyli  Małgorzata de Valois wychodzi wówczas za maż za Henryka z Nwarry. Ona jest katoliczką, a on protestantem i ślub został    zaaranżowany po to, aby zebrać innowierców i ich pozabijać . Aczkolwiek zdaniem niektórych historyków, wydarzenia wymknęły się spod kontroli. Głównym motywem książki jest miłość Margot i szlachcica de la Mole`a , walki religijne i szeroko pojęte intrygi i gry o władzę.  Historia tych wydarzeń jest szalenie ciekawa, Margot uchodziła za jedną większych europejskich piękności tamtego okresu, a do tego jeszcze była szalenie inteligenta i wykształcona. W „Mistrzu i Małgorzacie” jest szereg odniesień do Margot, jako kochanki samego szatana, a Małgorzata z „Mistrza” okazuje się być daleką potomkinią tamtej Margot. Zaskakujące było dla mnie, gdy przeczytałam w internecie, że  Margot, jedna z najlepszych partii w ówczesnej Europie, tak marnie skończyła. Jej małżonek Henryk Burbon po kilku latach trwania w skrajnie nieudanym małżeństwie więził ją 18 lat w jednym zamków. Warto dodać, że uchodziła za wyjątkowo niemoralną kobietę , mającą wielu kochanków .
  A oto i ona Margot.JPG


Zastanawiające jest dla mnie, ale z reguły gdy najpierw oglądam film, a potem czytam książkę, na podstawie której film nakręcono, bardziej podoba mi się film.  Nie potrafiłam sobie wyobrazić sobie Margot inaczej, jak tylko w osobie Isabelle Adjani, de la Mole to dla mnie Vincet Perez. I podczas słuchania audiobooka ,  słyszałam niemal muzykę Gorana Bregovica z filmu.
 Królowa Margot
 
  No i na sam koniec dodam, że Joanna Lissner czyta żałośnie, sztucznie i dziecinnie.

   

niedziela, 30 marca 2014

Borys Akunin vel Anna Borisowa „Pory roku”




      Od ponad miesiąca  jestem totalnie zarobiona. Po powrocie z pracy nie mam na nic siły.  Lekkie kryminały są w tej sytuacji ratunkiem. Dzięki nim można oderwać się od rzeczywistości, zapomnieć  o całym świecie. Ale właściwie powinnam napisać , że dzięki nim powinno się móc oderwać od rzeczywistości. Wbrew pozorom natrafienie na dobry kryminał , mądry i wciągający, nie jest wcale łatwe. Sięgnęłam więc tym razem po coś lekkiego, ale innego rodzaju.  

   Będąc rozentuzjazmowaną po ubiegłorocznej lekturze  „Świat jest teatrem” Akunina, sięgnęłam po jego „Pory roku”. Żałowałam, że nie jest to kolejna część cyklu z detektywem Fandorinem, ale uznałam, że  trudno.

     Zalet nie jest wiele, momentami czyta się lekko, gdzie indziej niekoniecznie. A poza tym jest to strasznie grafomańskie.      Główna bohaterka książki – Wiera- jest piękną, młodą lekarką, która chce pomagać ludziom starszym. Wysłana została więc do  pensjonatu dla starszych ludzi, konkretnie dla Rosjan, ale mieszczącym się w Paryżu. Wysłał ją szef fundacji, w której jest ona zatrudniona. We Francji ma poznać , jak wygląda nowoczesny system opieki . Tam właśnie dowiaduje się, że założycielka tego domu – Aleksandryna -  bardzo sędziwa już kobieta, od kilkunastu lat jest w śpiączce. Ale wbrew wszelkim pozorom, ta starsza dama ma całkowicie zachowaną świadomość  , nie może jednak w żaden sposób skontaktować się z otoczeniem. Ma kontakt jedynie ze swym największym wrogiem i w ograniczonym zakresie z jednym z pensjonariuszy.  I znaczna część książki to są jej wspomnienia i różnego rodzaju refleksje.  Sam  pomysł byłby może ciekawy, ale jego realizacja jest potworna. Aleksandryna wspomina swoje życie, szczególnie małżeństwo i spotkanie ze starym Chińczykiem, który był właściwie geniuszem. Znał wszystkie tajemnice świata, znał sposób na absolutną długowieczność, wiedział, co robić, aby nigdy na nic nie chorować. Sekret tkwi w oddychaniu, aczkolwiek dokładna recepta nie została podana,  i w piciu ekstraktu z dwóch połączonych ze sobą roślin . Znał się przy tym doskonale na ludziach, rozpoznawał aurę każdego człowieka, wiedział, kto jest dobry, kto nie. Był to absolutny  mędrzec, nieomylny w każdej dziedzinie. Tą mądrość posiadła też i Aleksandryna , a przed zapadnięciem w śpiączkę wszystko spisał i ukryła w sejfie . Dość   mocno rozbudowany jest wątek wyprawy młodej Aleksandryny z Chińczykiem po złoto i rośliny, dające długowieczność. W czasie wyprawy musza bardzo uważać, aby nie napadli na nich zbójcy.

     I to by było na tyle, szkoda mi czasu na dalsze pisanie o tej książce.

poniedziałek, 17 marca 2014

Marek Hłasko „Następny do raju” - audiobook czyta Andrzej Seweryn


Następny do raju - Marek Hłasko | okładka  
     Dla mnie „Następny do raju”  to jest arcydzieło.  Przed wysłuchaniem audiobooka znałam tylko film Petelskich „Baza ludzi umarłych”. W tym zbiorze dzieł Hłaski, który miałam dawno temu , „Następnego do raju” nie było.  W „Pięknych dwudziestoletnich” Hłasko strasznie psioczył na Petelskich, że zrobili dno i że to nie ma żadnego związku z jego twórczością.  Zaintrygowało mnie to, bo „Baza” według mnie była dobrym filmem.  Gdy zapoznałam się z dziełem Hłaski, zrozumiałam , o co chodzi.

     „Baza” była dla mnie wstrząsająca , odebrałam ją jako totalne oskarżenie ustroju z lat 50-tych. Jest to oskarżenie o upadlanie ludzi, o doprowadzanie ich do tego, że muszą żyć w warunkach urągających ludzkiej godności .  Te warunki to życie w górach, praca ponad siły kierowcy wożącego drewno, kierującego rozlatującym się samochodem , zarabiającego marne grosze i stale narażającego swoje życie . Perspektywy na cokolwiek są żadne. Z ludzi w tych warunkach zaczynają wychodzić najgorsze instynkty , bezustannie piją , kradną czyli robią kursy „na lewo” – ładniej brzmi, są nawet w stanie pobić do nieprzytomności jednego ze swoich. Zaczynają niekiedy przypominać  zwierzęta . Przykładowo Partyzant, który całą wojnę walczył  z Niemcami , został przez kolegów – kierowców  upodlony do tego stopnia, że  ledwo przeżył i uciekł. Ale nic nie jest czarno – białe. Ci sami ludzie, alkoholicy i złodzieje, zabójcy,  bywali  też bohaterami . Byli  w stanie dokonać takich czynów, do jakich najprawdopodobniej nie byliby nigdy zdolni „uczciwi” urzędnicy.  

    Nie wiadomo dla kogo ta sytuacja jest bardziej destrukcyjna, czy dla tych zwykłych kierowców, bez wykształcenia, czy dla Zabawy, aktywisty partyjnego, który miał cały zespół pilnować. Gdyby nie on, cześć ludzi zostawiłaby tą pracę, przeżyliby.  W jego przypadku mózg już miał tak przeżarty partyjną agitką, że   poza hasłami „partia”, czy „zadanie” nic już do niego nie docierało. Nie przemawiało do niego nawet to , że ludzie ginęli. Ale nie trzeba było czekać długo. Rozziew pomiędzy pięknymi hasłami , a rzeczywistością był tak duży, że powoli jakieś strzępy świadomości i tego, co on właściwie robi   , zaczęły do niego docierać .

    Nie ulega wątpliwości, że Hłasko jako winnego tej sytuacji, wskazuje ludzi, którzy stali u steru władzy. To  przecież  ich portrety niszczy pijany Orsaczek. To oni omamili Zabawę . Tego rodzaju sugestii w filmie Petelskich być nie mogło.

      Jest to lektura makabryczna. Też jest dołująca, ale nie ma w niej ani jednej nuty fałszu, ani jednego zbędnego słowa, ani jednej zbędnej sytuacji , żadnego dysonansu. Nie czułam ani cienia takiego zdegustowania, jakie odczuwałam po ostatniej lekturze , czyli po Krajewskim i jego „W otchłani mroku”.

   Audiobook jest czytany przez Andrzeja Seweryna i był to bardzo dobry wybór. Seweryna właściwie nie słyszałam, chłonęłam za to tekst. Nie drażnił mnie ton, tak jak w przypadku Blanki Kutyłowskiej i nic mi nie przeszkadzało w jego czytaniu. To było chyba trochę jak z doskonałą muzyką w filmie. Za pierwszym razem się jej „nie słyszy”, ale za to głębiej się wszystko przeżywa.  Po tylu odsłuchanych audiobokach zdecydowanie stwierdzam, że im lepszy aktor, tym lepiej się  książki słucha  i to bez względu na tekst. I chyba nawet jest to warte aż tak wielkich kwot, jakie za odczytanie książki ci Wielcy dostają.   

niedziela, 16 marca 2014

Stefania Grodzieńska „Już nic nie muszę” audiobook, czyta Blanka Kutyłowska

 
Książka Już nic nie muszę
    Nie wiem sama, jak byłam w stanie odsłuchać całą tą książkę. Nie wiem, co było gorsze, czy teść, czy wykonanie. Pamiętam, jak kilka lat temu przeczytałam ze Stafanią Grodzieńską wywiad i mówiła ona, że starość jest całkiem fajnym okresem w życiu, bo już nic się nie musi, nie musi się nikomu podobać, nie musi robić się tego, na co nie ma się ochoty itp. Był to interesujący punkt widzenia. I kojarzyłam Grodzieńską też i z innych wypowiedzi .Postrzegałam ją jako interesująca i oryginalną osobę.  Zakupiłam więc plik z „Już nic nie muszę”.     

    W większości książka ma formę wywiadu, ostatni zaś rozdział to własne spostrzeżenia autorki. Zdecydowana większość jest totalnie nudna. Są to wspomnienia z dzieciństwa, o rodzicach, potem o pracy i mężu czy dziecku, jest też i trochę o znajomych, w tym różnych znanych osobach. Brakuje refleksji i głębszego spojrzenia , w większości są za  to suche opisy różnych wydarzeń .  O znanych osobach nie dowiedziałam się zbyt wiele, bo wszyscy oni byli „świetni i wspaniali”, podobnie jak i rodzice Grodzieńskiej, mąż i córka.  Nie dowiedziałam się, co czytała i jakie miała przemyślenia na temat tej lektury. O obejrzanych filmach było wyjątkowo mało, o muzyce też tyle, co nic. O teatrze i różnych sztukach, czy przemyśleniom na ich temat  wbrew pozorom podobnie – prawie nic nie ma . Zabawnych anegdot jest jak na lekarstwo.  Pod koniec za to są opisy nieżyjących  znajomych pod kątem głównie tego, kiedy kto umarł i na  ile przed śmiercią tej osoby się widzieli  Właściwie to o autorce z tej książki nie dowiedziałam się za wiele.  

     Ten audiobook to zdecydowanie najgorsza interpretacja, jaka słyszałam. Kutyłowska czyta skrajnie nienaturalnym tonem, tonem „słodkiej idiotki”, biorąc pod uwagę jej wiek,  jest to ton stylizowany na „starą słodką idiotkę”. Jest to ton , który niektórzy przybierają, mówiąc  do dzieci. Gdy w zdaniu było cos wesołego, głos robił się sztucznie wesoły, a w kolejnym zdaniu mógł już być sztucznie smutny, bo tam akurat było coś mniej wesołego. Było to skrajnie sztuczne i nienaturalne, klasyczny kiepski aktor. Prawdę powiedziawszy, nie miałam okazji oglądać  B. Kutyłowskiej w żadnym filmie. Sprawdziłam, że grywała w serialach podrzędne role.   Szczególnie idiotycznie brzmiało, gdy na początku rozdziałów sama sobie zadawała pytanie, niby jako dziennikarka, udając młoda osobę,  a potem na to pytanie odpowiadała innym głosem. Można przecież było do odczytania pytań zatrudnić inna osobę, lub te pytania pominąć.   

        Cały czas liczyłam na to, że jednak  w audiobooku coś ciekawego się znajdzie  i aby nie przegapić tego czegoś , wysłuchałam go do końca. Tyle tylko, że tam nic specjalnego nie znalazłam. Nie było ani zaciekawienia ani zaskoczenia. Nie dowiedziałam się nawet, czemu Grodzieńska zawdzięczała tak dobrą kondycję, chyba genom i może jeszcze alkoholowi , bo jak sama powiedziała pijała go codziennie i to formie czystej wódki , bez względu na wiek . To ostatnie to chyba faktycznie było jednak jedynym  zaskoczeniem.  

sobota, 15 marca 2014

Marek Krajewski „W otchłani mroku”


  
      W dalszym ciągu w pracy mam urwanie głowy, jestem totalnie zmęczona i kolejny raz sięgnęłam po kryminał. Oczekiwałam rozrywki na poziomie i chwili oddechu od masy zajęć. Liczyłam na to, że oderwę się od rzeczywistości . Kryminały powinny być idealne do takich celów. W tym przypadku wyszło dokładnie odwrotnie. Po przeczytaniu byłam jeszcze bardziej zmęczona i zdenerwowana.

      Książka Krajewskiego opowiada o serii brutalnych gwałtów i zabójstw we Wrocławiu w 1946r. Przedwojenny były policjant, żołnierz AK - 60-letni Popielski zaangażował się początkowo w rozwiązywanie zagadki, kto z uczniów „podziemnego” gimnazjum może być donosicielem UB, a gdy jedna z podejrzanych została zgwałcona i zabita przez nieznanych sprawców, zabrał się za rozwiązywanie i tej drugiej sprawy.  Wszystko wskazuje na to, że sprawcami są żołnierzem Armii Czerwonej.

    „W otchłani mroku” było dla mnie koszmarne. Tego rodzaju lektura to idealny sposób na to, aby dostać doła. Jest przeraźliwie przygnębiająca ,  a na dodatek nudna. Krajewski nagromadził w niej całą masę różnego rodzaju koszmarów: tortury w sensie dosłownym , głód, chłód, zabójstwa, gwałty, pobicia, grabieże, donosicielstwo, choroby, prostytucja w sytuacji, gdy nie ma już innego wyjścia. Jest to opis piekła. A żeby nie było mało, dochodzą do tego jeszcze osobiste koszmarne przeżycia Popielskiego z wcześniejszego okresu  , który raz na jakiś czas powraca do nich myślami . Wiem, że tak w tamtym czasie było i wierzę, że realia powojennego Wrocławia są odtworzone wiernie pod każdym względem.   Myślę jednak, że gdyby autor zrezygnował z wątku kryminalnego i napisałby po prostu powieść historyczną, byłoby lepiej. Intryga stricte kryminalna była dla mnie nie do końca wiarygodna . Popielski naraża się wszystkim chyba osobom, z którymi ma kontakt, łącznie z żołnierzami Armii Czerwonej, ale  działa dalej, a mimo przeżytej wojny ,  głodu i starszego wieku kondycję ma niczym Rambo . Krajewski uniemożliwiał wciągnięcie się w intrygę i zapomnienie o całym świecie, gdyż  wplątał w akcję spór filozoficzny, którzy wiodą dwaj profesorowie . Raz na jakiś czas musimy więc śledzić przebieg dyskusji pomiędzy nimi.

      Nie znoszę ani filmów, ani książek epatujących tylko okropieństwem , bez żadnego chociażby promyczka optymizmu. Tutaj pozytywnych elementów trzeba szukać jak na lekarstwo. Dla mnie jest lektura nie do przyjęcia. Ciekawe jest motto książki, cytat z F. Nietzsche . „Kto walczy z potworami, niechaj baczy, by przy tym samemu nie stać się potworem. A jeśli długo patrzysz w otchłań, to otchłań również wpatruje się w ciebie”. Czytanie tej książki było dla mnie porównywalne do wpatrywania się w otchłań okrucieństwa. I faktycznie miałam wrażenie, że ta otchłań mnie wciąga. Popsułam sobie i tak nienajlepszy nastrój i to cały „zysk” z tej lektury.  Może moment na czytanie nie był odpowiedni, nie wiem. Ale po Krajewskiego nie będę już sięgać.  

     

 

niedziela, 9 marca 2014

Marta Grimes „Pod zawianym kaczorem”





    Ostatnio mam tak dużo pracy, że nie jestem potem w stanie w wolnym czasie czytać książek, wymagających dużej uwagi. Wpadłam więc w ciąg czytania kryminałów. I tak może być jeszcze z miesiąc, powinnam dopiero wtedy wyjść na prostą.  Co do zasady -  kryminały powinny wciągnąć i  spowodować oderwanie się myślami od pracy , no i dać pewien rodzaj odpoczynku . W moim wypadku się to sprawdza. Gdy jestem z kolei wypoczęta , wolę poważniejsze lektury. Chociaż  teraz gatunki     na tyle pomieszały się , że niektóre kryminały są dosyć poważne i też uwagi wymagają.
 

   „Pod zawianym kaczorem” nie był moim pierwszym kontaktem z Martą Grimes. Parę lat temu w cyklu Polityki „Lato z kryminałem”  wydano właśnie Martę Grimes, w kolejnym roku również,  i tak ta znajomość trwa.  Mam też sentyment do tej autorki, zaczęła pisać w wieku 50 lat, tzn. wtedy właśnie wydano jej pierwszą książkę. U nas często ludzie zajmują wtedy tylko dziećmi czy wnukami i lekarzami.  W całym cyklu szalenie intrygujące są  postacie głównych bohaterów : inspektora Richarda Jury, jego przyjaciela  - detektywa   amatora , arystokraty Melrose’a  Planta, ciotki tego ostatniego Agaty Ardry . Na szczęście nikt z nich nie ma traumatycznych wspomnień z dzieciństwa lub innych makabrycznych przeżyć  znanych  z kryminałów skandynawskich i czytelnik nie musi być nimi epatowany, nikt nie jest alkoholikiem i nie ma depresji.  Każdy z tych bohaterów  jest ciekawym,  wyjątkowo inteligentnym oryginałem . Panowie  są w średnim wieku i są wolni, żaden z nich jednak nie urządza polowań na kobiety , tak jak robiła to wobec facetów  Bridget Jones .  Oryginalnym elementem cyklu są postacie dzieci, często gdy się pojawia dziecko, nie ma nic wspólnego z infantylizmem,  jest niebywale bystre , nie nudzi się , nie potrzebuje stałego zabawiania , ma swój charakterek.  

     „Pod zawianym kaczorem” rozgrywa się   w Stratfordzie, rodzinnym mieście Wiliama Szekspira, gdzie na wycieczkę przyjechała grupa Amerykanów.  Dość szybko zostaje zamordowana właśnie Amerykanka. „Pod zawianym kaczorem” nawiązuje do sztuk Szekspira, z uwagi na miejsce akcji nie mogłoby być inaczej. Co nieco można sobie przypomnieć,  trochę też można się nauczyć. Ale  jest powieścią nieśpieszną, bardziej do smakowania i delektowania się angielskim humorem czy dialogami, niż do wciągnięcia się w  akcję do tego stopnia, aby zapomnieć o całym świecie.   

niedziela, 2 marca 2014

Marta Guzowska „Ofiara Polikseny ”



   Sięgnęłam po „Ofiarę Polikseny” dość mocno zmęczona , chociaż nie mam przekonania do polskich współczesnych kryminałów.  Gdy kupuję jakiś zagraniczny , wiem, że gdzieś już się sprawdził, ludzie go czytali . A kryminał polski jest zawsze większym ryzykiem.  Książka Guzowskiej zdobyła jednak Nagrodę  Wielkiego  Kalibru na najlepszą powieść kryminalną i sensacyjną 2013r.   i to zdecydowało, że jednak ją kupiłam .

     Morderstwa rozgrywają się w czasach nam współczesnych  w Turcji , bohaterami książki  są polscy archeolodzy, pracujący na wykopaliskach. Pierwszy trup , a właściwie szkielet jest starożytny, ale druga ofiara jest jak najbardziej współczesna. Grono bohaterów jest stosunkowo niewielkie, ktoś z nich musi być mordercą. Pomysł niewątpliwie był oryginalny  . Pozornie przypominał Agatę Christie, która jako żona archeologa również  tematykę archeologiczną znała nieźle.  U Christie np. w „Morderstwie w Mezopotamii” prace archeologów były jednak na drugim czy trzecim planie , a gdy była o nich mowa, to otaczał je nimb wyjątkowo ciekawej tajemnicy  .  U Guzowskiej nie ma żadnego romantyzmu , tylko brutalna rzeczywistość. Czytając poznaje się środowisko archeologów, reguły rządzące tym światkiem, bolączki  , blaski tego zawodu i cienie.  Jest to spora dawka wiedzy i na dodatek wiarygodnej, bo autorka jest archeologiem i od kilkunastu lat bierze udział w różnych pracach archeologicznych za granicą. Znaczna część tych opisów była dla mnie zaskakująca.  Szczególnie brutalne były te fragmenty, z których wynikało, jak brutalne walki się toczą w tych kręgach : o granty, o kierownictwo itp. Opisy samej zaś pracy są wyjątkowo odstraszające, toczy się mozolna dłubanina w ziemi po kilkanaście godzin dziennie w przerażającym upale , a potem następuje powrót do czegoś w rodzaju hotelu , gdzie są problemy z ciepłą wodą , a o klimatyzacji nikt już nawet nie marzy.

      Przybliżenie środowiska archeologicznego jest największym atutem tej pozycji. Inne wypadają trochę słabiej. Sylwetki głównych bohaterów są ledwo zarysowane i nie zaciekawiają. Charakterystyka osób   sprowadza się głównie do spraw damsko – męskich, kto, kiedy i w kim był lub jest zakochany  . Co nieco można dowiedzieć się też o współczesnej Turcji, na szczęście nie ma żadnej nachalnej dydaktyki.

    A sprawa najważniejsza dla kryminału, czyli intryga, zabójstwo itp… Najsłabiej wypada kwestia mordercy. Rzadko , a nawet bardzo rzadko zdarza mi się zgadnąć, kto nim jest . W tym przypadku od samego początku wytypowałam właściwą osobę. Osoba ta już na samym początku bardzo wyróżniała się z grona wszystkich bohaterów książki, była szalenie charakterystyczna.  Motywy zbrodni też pozostawiają dużo do życzenia pod względem wiarygodności. Sam intryga zaś co do teorii była nietuzinkowa, czyta się nieźle, książka jednak nie porywa. Nie przeżyłam niestety takiego uczucia, że „nie mogę się oderwać od czytania”. W akcję się wciągnęłam, pomogła mi nawet w pewnym stopniu oderwać się od codzienności,  ale są książki , w które podczas czytania wciągałam się bardziej.      Generalnie nie jest jednak źle . Nie wiem, czy dałabym „Ofierze Polikseny” nagrodę Wielkiego Kalibru, za mało czytuję polskich kryminałów. Jeżeli jednak ta książka faktycznie na ta nagrodę zasłużyła, to świadczy to chyba tylko o braku wyrównanej konkurencji.     

 

 


  

środa, 26 lutego 2014

Charlotte Bronte „Dziwne losy Jane Eyre” audiobook, czyta Magdalena Cielecka


   Dziwne losy Jane Eyre. czyta Magdalena Cielecka (Audiobook) - 0
      Audiobook nie był moim pierwszym kontaktem z „Dziwnymi losami”, ta książka od zawsze kojarzyła mi się z nimbem tajemniczości   i czymś wyjątkowo ciekawym.  Pamiętam, że jako dziecko próbowałam ją czytać, ściągając z półki rodziców, ale zakończyło się to fiaskiem. Oglądałam jednak z pewnością którąś z ekranizacji, bo od dawna kojarzyłam już treść książki. Kiedy przeczytałam ją po raz pierwszy, dokładnie prawie 20 lat temu, przeżyłam rozczarowanie.   Nie tak dawno znowu obejrzałam kolejną wersję filmową, tym razem z Mią Wasikowską w roli Jane i tak jakby znowu pewne zauroczenie tamtym klimatem powróciło. I teraz w końcu kolejny już raz zmierzyłam się z ta powieścią . Jestem nią mocno zauroczona.

    Pierwszy raz, gdy czytałam „Dziwne losy” skupiona byłam tylko na akcji. Nie przypominam sobie innych wrażeń. Teraz zaś, gdy akcja jest mi doskonale znana, zwracałam uwagę na inne aspekty. Ciśnie mi się cała moc wrażeń i refleksji. Nie wiem, od czego zacząć, zacznę od tego, co najbardziej pcha mi się pod pióro. . Tym razem najciekawsze dla mnie okazało się wgłębianie się w ponadczasowe charaktery ludzkie.  Było to wręcz fascynujące

    Wyjątkowo warta uwagi wydała mi się postać Jane.  Gdyby była żywą osobą, chciałabym się z nią zaprzyjaźnić. Jest to jedna z bardziej interesujących bohaterek literackich. Jane – z pozoru szara myszka, była bardzo opanowana, racjonalna, refleksyjna , uczciwa i  w rzeczywistości miała bardzo silny charakter. Jak na tamte czasy, gdzie kobiety miały mało do powiedzenia, a kobiety biedne, brzydkie  i nisko urodzone traktowane były jak powietrze, Jane była wyjątkowo silną osobą. Jej stosunek do życia był godny pozazdroszczenia. Jej dzieciństwo i wczesna młodość w zakładzie opiekuńczym były horrorem . Ale o dziwo, nie załamało jej to, tylko wzmocniło ją . Nigdy nie rozpamiętywała potem wszystkiego zła, jakie ją wówczas spotkało, nie biadoliła, dlaczego przytrafiło się to właśnie jej , a nie komuś innemu.    Wycisnęła ze swojego tamtejszego położenia wszystko, co tylko się dało ,wykształcenie , znajomość różnego rodzaju prac domowych, plus to, co zyskała dzięki przyjaciółce Helenie .   I poszła dalej.  Nie obraziła się ani na Pana Boga , ani na ludzi. Nie rozpamiętywała tego okresu życia nadmiernie, ale nie wymazywała go z pamięci na siłę. Wbrew   wszystkiemu czerpała z tego doświadczenia pod każdym względem.  Kiedy trzeba było, podejmowała ryzyko, np. gdy została guwernantką, gdy opuściła Rochestera. Jej stosunek do przyszłości też był ciekawy. Mimo, że była bez oszczędności, bez rodziny, mogła zachorować, stracić pracę itp., nie zamartwiała się. Snuła plany, oceniała ryzyko i przystępowała do realizacji. I kolejna rzecz , która jest szalenie rzadka, to jej sposób myślenia . Myślała wartościami, gdy zastanawiała się nad czymś, to nie analizowała tylko tego, co będzie dla niej lepsze, gdzie więcej zyska materialnie, ale brała pod uwagę w pierwszym rzędzie  to, czy określone zachowanie jest moralne i zgodne z Boskimi przykazaniami . To takie proste, a tak mało osób tak robi. Nie koncentrowała się tylko na sobie, owszem rozważała swoje położenie, ale skupiała się bardziej na malowaniu – w sensie dosłownym – i na analizowaniu charakterów i zachowania innych osób. Widziała pewne sytuacje i wyciągała wnioski na przyszłość, aby nie być potem zaskoczoną czyimś zachowaniem.  Często postacie kobiece z literatury starszej niż XX wiek , wydają mi się papierowe. Często opisy tych osób są sztampą, każda kobieta rozmyśla tylko o zamążpójściu, w tym przypadku tak nie jest.  Nie wiem, jak to się stało, że wcześniej  przy pierwszym czytaniu, nie dostrzegłam wszystkich atutów tej postaci.

        Cielecka świetnie czyta „Dziwne losy” , a szczególnie te partie, gdzie były rozmyślania Jane i gdy Jane uczestniczyła w rozmowach. Była stanowcza, ale nie arogancka.   Jest to interpretacja spokojna i rzeczowa, bez krzyków, szlochów, śmiechów. 

     Główna siła książki tkwi według mnie w bogactwie psychologii. Jedne z najciekawszych partii, to rozmowy  Jane z Rochesterem. Gdybym była reżyserem i filmowałabym „Dziwne losy”, to nie skróciłabym chyba nic z żadnej rozmowy. Jane była prawdomówna, miała ciekawe przemyślenia i waliła prosto z mostu to, co myślała. W świecie konwencjonalnych rozmów o niczym lub rozmów zakłamanych, gdzie każdy rozmówca nosi maskę na twarzy, takie rozmowy, jak Jane i Rochestera, są absolutnym wyjątkiem .

     Wyjątkowo dobrze słuchało mi się też tych fragmentów, gdy Jane snuła swoje rozmyślania, a szczególnie gdy dotyczyły one charakterystyk innych osób. Są to bardzo głębokie i arcyciekawe analizy. Są one tym ciekawsze, im bardziej skomplikowana jest dana postać.  Kiedy Jane myślała o innych kobietach, często były to aroganckie, puste lale i o tego typu osobach nie było za wiele myślenia.

      Drugi wyjątkowo ciekawy bohater wyłonił się dopiero pod koniec powieści. Mam na myśli kuzyna Jane, czyli St. Johna Riversa, duchownego, przygotowującego się do roli misjonarza na Dalekim Wschodzie. Wydawałoby się, że jest to człowiek niemal bez wad. Ale Jane rewelacyjnie go prześwietliła. Jest to typ charakteru trudny do oceny, taki, że oceniając go łatwo można się pomylić. Właśnie przy tak skomplikowanych charakterach mam problem z oceną . St John jest niemal kryształowy, miłosierny, uczciwy, inteligentny. Nie waha się , gdy dostaje wezwanie do potrzebującego, chociaż wie, że droga jest daleka, będzie musiał iść nocą i  pieszo. To on zadecydował, że trzeba zaopiekować się Jane, gdy była niemal żebraczką, bez grosza przy duszy i bez domu. Nie miał pojęcia, kim ona jest i bez względu na ryzyko, dał jej schronienie. W wielu przypadkach tego typu poczucie wdzięczności powoduje, że wobec takich osób stajemy się bezkrytyczni.  Jane była wdzięczna i to nie ulega najmniejszych wątpliwości. Ale szybko też uzmysłowiła sobie, że mimo tylu zalet kuzyna i mimo jego wyjątkowo prawego charakteru on ją może zniszczyć , szczególnie, gdy ona przyjmie jego oświadczyny. St. John był wielkim człowiekiem idealnym do nadzwyczajnych czynów , do wypełniania szczególnie trudnej misji   , jak właśnie praca misyjna  z dala od kraju. Niestety, na co dzień, podczas zwykłych, szarych dni, kontakty z nim były już trudniejsze. Uwidaczniały się wówczas takie cechy , jak apodyktyczność, wysokie wymagania wobec innych, żądanie od niech tego, do czego oni sami nie byli przekonani lub nie mieli siły. Brakowało mu czegoś tak prostego, jak umiejętność cieszenia się zwykłymi, prostymi rzeczami.   I stąd też St. John namawiał Jane, aby wyjechała z nim na misje jako jego żona. Wytłumaczenia, że nie ma ona predyspozycji do tak trudnego zadania, nie było dla niego przekonywujące. Dla niego ważne były tylko rzeczy wielkie. Jane mimo rozterek i mimo długu wdzięczności była jednak w stanie mu odmówić.

      Inne wspaniałe portrety psychologiczne to chociażby portret wujenki, pani Reed. Mógł on być tak trafny tylko dlatego, że Jane mimo całego zła, jakie wujenka jej wyrządziła, potrafiła popatrzyć na nią obiektywnie. Rzadko stać nas na coś takiego.  Co ciekawe, Jane odkryła, że wujenka jej nienawidziła od samego początku i bez jakiegoś szczególnego powodu. Nie wpadła z tego powodu w kompleksy i nie szukała winy w sobie, przyjęła ten fakt do wiadomości. Mogłabym wymieniać tych postaci więcej. Kiedyś do „Dziwnych losów Jane Eyre” ponownie powrócę, ciekawe, co wtedy nowego  odkryję