czwartek, 13 sierpnia 2020

Ida Żmiejewska „Warszawianka” – audiobook, czyta Miłogost Reczek

Warszawianka

   Nasi autorzy kryminałów retro mają poważną konkurentkę, ku mojemu zaskoczeniu nieznana mi w ogóle Ida Żmiejewska napisała naprawdę bardzo dobrą książkę. Mało znane Wydawnictwo Skarpa Warszawska zaryzykowało wydanie książki, a ta dostała się do finału Nagrody Wielkiego Kalibru. Powieść sprawdza się na wszystkich polach. Jest szalenie wciągająca. Realia Warszawy ze schyłku XIX wieku oddane są znakomicie. Pierwszym trupem jest znany warszawski adwokat, mąż i ojciec trojga dzieci. Został zastrzelony z nikomu nieznanego powodu. Do tego dołożony jest bardzo delikatnie, nawet bardzo delikatnie  wątek  damsko – męski. Trudno mi powiedzieć, który z tych aspektów jest najlepszy, wszystkie są wyśmienite.  Miłogost Reczek czytał też świetnie, aż dziwne, że do tej pory nie był jakoś specjalnie eksploatowany jako czytający książki.

        Na szczególną uwagę zasługuje właśnie Warszawa i tzw. Kraj Nadwiślański widziane w dużej mierze oczami rosyjskiego policjanta, który dopiero tutaj przybył. Aleksander prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa adwokata. Nie interesował się nigdy historią Polski, został skierowany tutaj do pracy i nie za bardzo może zrozumieć, co się dzieje. Nie wie, dlaczego w teatrze aktorzy nie grają po rosyjsku, nie rozumie, dlaczego w mieście i okolicy jest tak dużo rosyjskiego wojska. Przede wszystkim nie może pojąć, dlaczego miejscowa ludność nienawidzi Rosjan. Gdy poznał starszą córkę zabitego prawnika, Leontynę, zauroczył się nią i z każdym dniem czuł, że pogrąża się coraz bardziej. Dość szybko dowiedział się od znajomej kolegi, Polki, że związek taki nie ma żadnych szans na powodzenie, że Moskale są najgorszymi kandydatami na mężów, a gdyby jakimś cudem doszło do małżeństwa, dziewczyna jest poddana bezwzględnemu ostracyzmowi ze strony całej rodziny i wszystkich znajomych.   

     Warszawa w „Warszawiance” wygląda zupełnie inaczej, niż u Bolesława Prusa. Tutaj akcent został postawiony właśnie na kwestie, związane z sytuacją polityczną i zaborami. Leontyna ma narzeczonego, którzy wraz z kilkunastoma innymi kolegami, nazywanymi towarzyszami, jest aresztowany za działalność socjalistyczną, siedzi w warszawskiej cytadeli  i czeka na proces. A grozi mu albo powieszenie na stokach cytadeli, albo wieloletnie zesłanie na Sybir. Sprawę prowadzą oczywiście Rosjanie i sądzić ją będzie rosyjski sędzia. Większość wydarzeń rozgrywa się w centrum miasta, ale jest pokazana też właśnie cytadela, a nawet i ówczesny dom publiczny. 

     Książkę czyta się, a właściwie słucha, wyjątkowo lekko, ale pod pozorem tej lekkości autorka ukryła naprawdę poważne problemy. Leontyna gdy uzmysłowiła sobie, że też coś czuje do Aleksandra, przeraziła się. Zaczęła też zastanawiać się nad różnymi wariantami sytuacji. Rozważała np., czy można Aleksandrowi przypisywać odpowiedzialność za zło, którego doświadczali Polacy ze strony Rosji. Pozornie sprawa była jasna, o żadnych jego zbrodniach dziewczyna nic nie wiedziała. Ale był jednak częścią systemu. Nasunęły mi się skojarzenia z naszą ustawą tzw. dezubekizacyjną, obniżała ona świadczenia emerytalne każdemu pracownikowi Służby Bezpieczeństwa, bez względu na to, co ten ktoś tam robił. Nie były to jedyne dylematy. Problemem była kwestia wierności pewnym zasadom. Leontyna ewentualny związek z Moskalem, inaczej nikt Rosjan wówczas nie nazywał,  postrzegała w kategoriach zdrady rodziny, przyjaciół, wiary i ojczyzny. Byłaby to też zdrada samej siebie i narzeczonego, Polaka, któremu wcześniej dała słowo. Automatycznie przypominają się antyczne dramaty: jak daleko sięga odpowiedzialność jednostki, czy jednostka może odpowiadać za czyny ogółu;  co jest ważniejsze, uczucie czy wierność wartościom itp. Zasługą autorki jest to, że rozważania te są bardzo umiejętnie wplecione w akcję i absolutnie nie przytłaczają. 

    We wrześniu ma się ukazać druga część "Warszawianki", już na nią czekam. 
5/6 

   

niedziela, 9 sierpnia 2020

Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz "1968. Czasy nadchodzą nowe"



„1968. Czasy nadchodzą nowe” Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz – recenzja




      Książka ciekawa jest z kilku względów, pomimo tego że opisane wydarzenia są w większości i to przeważającej większości, znane z historii, filmów czy książek.  I tak można dowiedzieć się wielu rzeczy, część można sobie przypomnieć czy uszczegółowić. Ale walorem niezaprzeczalnym jest co innego, otóż wszystkie te wydarzenia są jakby uczłowieczone, dziennikarze rozmawiają bowiem z ludźmi, którzy brali w nich bezpośredni udział. Często w codziennym życiu zastanawiamy się, jak potoczą się określone wypadki, jak będzie wyglądać rzeczywistość za kilka czy kilkadziesiąt lat. A tutaj uczestnicy patrząc wstecz już opowiadają, jak oni widzieli to wszystko te 50 lat wcześniej, a jak to widzą dzisiaj, czy np. są zadowoleni z tego, co się stało, co im dał udział w określonych wypadkach. Wbrew pozorom, jest tu sporo niespodzianek.

     Każdy rozdział opowiada o innym wydarzeniu, są to zarówno wydarzenia głośne na skalę światową, np. protesty studentów u nas i za granicą, kampania antysemicka i masowa emigracja Żydów z Polski, jak i lokalne, np. ucieczka z Polski rodziny z dziećmi na kutrze rybackim do Danii. Są wydarzenia polityczne, ale i kulturalne, np. praca nad filmem „Dziecko Rosemary” R. Polańskiego. Są wydarzenia znaczące, o których pamięta się do dziś, ale i mało ważne, ale obrazujące minione czasy, np. konkurs na polską gminę roku. Z racji objętości przekazywane informacje są mocno skondensowane, ale i tak z wielu tekstów sporo się dowiedziałam. Przykładowo do tej pory nie za bardzo rozumiałam, dlaczego Żydzi zgodzili się w 1968r. na wyjazd z Polski, uważałam, że mogli przeczekać nagonkę. W tekście zaś były właśnie głosy Żydów, była mowa o tym, że większość z nich pamiętała wojnę i wyrzucali sobie, dlaczego przed wojną, gdy był jeszcze czas, nie wyjechali z Polski. Tym razem woleli być ostrożniejsi.

    Kwestie psychologiczne zasługują na szczególną uwagę. Wspomniane jest, jak chociażby potoczyły się losy rodziny, która uciekła z Polski kutrem rybackim. Dania ich przygarnęła i wielu naszych rodaków im zazdrościło i uważało, że trafili oni do raju. Większość tych, co była na tym kutrze, łącznie z dziećmi, okazała się  zadowolona, dzieci jakoś  się potem tam urządziły. Ale nie dla wszystkich wydarzenie to okazało się pozytywne. Z kolei inny rozmówca, który był statystą na planie "Dziecka Rosemary", opowiedział, że do dziś pamięta m. in. jak Mia Farrow dała mu w prezencie mały drobiazg, figurkę słonika. Ona już wtedy była znaną aktorką, a on wręcz odwrotnie, nic ich nie łączyło. To idealny przykład, jak naprawdę drobnym gestem można komuś zrobić wielką przyjemność. 

    Świetnym pomysłem było dołączenie sporej ilości dużych zdjęć, w tym przypadku chociażby dzięki tym zdjęciom lepiej chyba jest przeczytać książkę, niż słuchać audiobooka.
 4/6

    



poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Agata Christie "Uśpione morderstwo"


Uśpione morderstwo


        „Uśpione morderstwo” jest jedną z zaledwie 14 powieści z panną Marple i jedną z kilku zaledwie, kiedy to morderstwo popełnione zostało dużo wcześniej, niż toczy się akcja, w tym przypadku jest to 18 lat. Co więcej nie ma wcale pewności, czy do morderstwa w ogóle doszło, istnieje bowiem wersja, w myśl której kobieta, która mogła zostać zabita, wyjechała za granicę. Całość rozpoczyna się zaś zupełnie nietypowo, bo nie wiemy, czy mamy do czynienia z kryminałem, czy z powieścią o zdolnościach parapsychologicznych. Młoda dziewczyna, Gwenda,  kupiła dom, w którym zaczęła się czuć dziwnie. Wydawało jej się, że ten dom zna, choć wiadomo było, że nigdy w nim nie mieszkała, kojarzyła np., że w określonym pomieszczeniu powinna być tapeta w pewien wzór, albo że gdzieś indziej powinny być schodki. Szybko się okazywało, że gdzieś jest właśnie tapeta, o której ona myślała, albo że schodki też kiedyś były tam, gdzie jej się wydawało, że powinny być. Nigdy nie miała zdolności telepatycznych, czy przewidywania przyszłości czy innych, zaczęła się więc czuć dziwnie. Książka wciąga więc czytelnika bardzo mocno już na samym początku.     

    Nie brakuje oczywiście świetnych spostrzeżeń psychologicznych, powieść ta jest ostatnią, jaką napisała A. Christie, pisarka zaś zastrzegła, że może zostać wydana dopiero po jej śmierci. Wiedzę psychologiczną Królowa Kryminału miała zawsze ogromną, w miarę upływu lat przybywało jej jeszcze doświadczenia życiowego, a znajomość psychologii się jeszcze bardziej pogłębiała. Tutaj ustami Jane Marple zdradza, jak wyciąga wnioski psychologiczne, obserwując ludzi. Oczywiście jest to tylko jeden z sekretów, inne można poznać czytając inne jej książki. Panna Marple nie koncentruje się na sobie, ale na innych, bardzo uważnie obserwuje ludzi. Mówi, że nie wierzy już w to, co ludzie mówią. Kłamią oni bowiem nawet i wtedy, gdy sami o tym nie wiedzą. To, że nie wierzy ona w to, co ludzie mówią, nie znaczy, że ich nie słucha. Słucha i porównuje, co w opowieści jest faktem, a co już tylko cudzą opinią czy wyciągniętym przez kogoś wnioskiem. Pozornie może się to wydawać proste, ale w praktyce jest inaczej. Przykładowo, określone małżeństwo uchodzi za bardzo dobre i jest na to wiele dowodów. Można się jednak zastanowić, czy aby na pewno te dowody świadczą o tym, że małżeństwo jest świetne, że może tak naprawdę sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana.  Często ludzie przypisują innym takie odczucia, jakie mają sami i nie biorą pod uwagę tego, że ktoś inny inaczej reaguje na pewne okoliczności. Sporo jest tutaj nawiązań do przeszłości, do tego, jak ktoś się zachowywał 18 lat temu i jak współcześnie, czy można żyć spokojnie mając na sumieniu morderstwo, czy ludzie się zmieniają, dlaczego plany i marzenia jednym się spełniły, innym nie, i dlaczego. Autorka porównuje też czasy sprzed 18 lat i obecne, to znaczy z lat 70-tych. Z racji tego, że zawsze preferowała krótkie formy i nie znosiła dłużyzn w żadnej postaci, nie ma w żadnym przypadku jakiejkolwiek rozwlekłości.

   Wracając zaś do Gwendy, to wraz z mężem i panną Marple doszła do wniosku, że rzeczywiście 18 lat wcześniej doszło do morderstwa. Ustaliła, że zamordowana mogła zostać młoda kobieta, Helen. Sprawcą morderstwa mógł zaś być jeden z trzech zauroczonych nią mężczyzn. Dotarła do każdego z nich, każdy okazał się inny. Czy po sposobie zachowania można wskazać, który zabił? Czytelnik też może typować któregoś z nich. Powieść czyta się świetnie.   

5/6


       


          

wtorek, 28 lipca 2020

Mikołaj Łoziński "Stramer" - audiobook, czyta Piotr Grabowski

  



        "Stramer" jest dobrą powieścią, ale nie odebrałam jej jako rewelacji, tak jak to postrzegało wiele innych osób. Nie jest powieścią idealną, nie tylko dlatego, że opisywana rodzina jakoś nie wzbudziła mojej szczególnej sympatii i chyba z żadną z opisywanych osób nie chciałabym się zaprzyjaźnić, gdybym żyła w tamtych czasach. Przeszkadzało mi to, że przy opisach postaci i ich dziejów tak naprawdę nie wiadomo, co jest prawdą, a co fikcją. Czytałam w jednym z wywiadów z autorem, że pisząc książkę, tylko luźno inspirował się postaciami ze swojej rodziny. Najważniejsze jest jednak to, że nie odkryłam w "Stramerze" niczego szczególnie rewelacyjnego, czego nie było gdzieś indziej. Najwięcej zaś  zastrzeżeń mam do wykonania audiobooka.  

    Świetnie opisane są realia życia w okresie międzywojennym z punktu widzenia Żydów. Coraz bardziej przybierający na sile antysemityzm Stramerowie postrzegali jako zwykły element życia. Tylko czy aby na pewno, czy rzeczywiście nie myśleli o emigracji? Mieli przecież w Ameryce rodzinę. Podczas słuchania odnosi się wrażenie, jakby się mieszkało w tamtych czasach. Ale tło historyczne i wszystkie najdrobniejsze aspekty zwykłego życia w innych czasach są równie dobrze opisane chociażby w kryminałach retro z najwyższej półki, np. u Ćwirleja, Krajewskiego czy Wrońskiego. 


       Opisy zafascynowania komunizmem też do szczególnie odkrywczych nie należą. Gdy czyta się o biedzie, w jakiej żyli Stramerowie i cała masa innych ludzi, o dyskryminacji Żydów,  i o tym że od samego początku dzieci Stramerów miały zawsze "pod górkę", a perspektywy na coś lepszego były znikome, tą fascynację hasłami równości wszystkich ludzi i sprawiedliwości można zrozumieć. Można zrozumieć oczywiście patrząc z punktu widzenia bohaterów i ich stanu wiedzy w tamtym czasie.


    Wykonanie audiobooka jest najsłabszym elementem. W dziejach rodziny były momenty i radości i smutku, jak wszędzie. P. Grabowski czytał zaś większość książki tak, jakby wszyscy od zawsze wiedzieli o czekającym ich końcu. Ton głosu, jakim czyta np. jak rodzina odprowadzała jednego z synów na dworzec, skąd miał wyjechać do pobliskiego o 50 km. Krakowa na studia,  kojarzył się z pogrzebem, żadnego dystansu. Książka na tym sporo straciła, nie jest to przecież opowieść wyłącznie o Zagładzie. 

4/6

czwartek, 23 lipca 2020

Riku Onda "Pszczoły i grom w oddali"

                 

    "Pszczoły" są drugą pozycją, jaką czytałam, wydaną w "Serii z Żurawiem" Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obie okazały się bardzo udane, seria ma zaś z założenia przybliżać literaturę współczesną różnych krajów, która albo odniosła ogromny sukces, albo zdobyła najważniejsze nagrody literackie. Tom, który przeczytałam parę lat temu - "Życie zaczyna się w piątek", jest autorstwa rumuńskiej pisarki i opowiada o dziennikarzu, który nagle został przeniesiony w czasie do Rumunii sprzed 100 lat, pisałam o nim tutaj. "Pszczoły" okazały się równie wyśmienite, a po serię zacznę sięgać częściej. 

   Powieść opowiada o fikcyjnym konkursie pianistycznym w Japonii i o kilkorgu uczestnikach tego konkursu. Osoby te są oczywiście ponadprzeciętne pod wieloma względami, każdy z nich ma też różne problemy. Ale książka opowiada przede wszystkim o muzyce. Nie czytałam jeszcze chyba książki, która wzbudzałaby takie emocje z powodu opisów muzyki. Jest to absolutnie niesamowite. Widać, że autorka czuje muzykę. Sporo miejsca zajmują opisy gry uczestników, wymienione są konkretne utwory i gdy uczestnik konkursu gra, następuje opis, co czują w tym czasie słuchacze. Każdy z opisywanych pianistów nieco inaczej interpretuje utwór, co wynika oczywiście zarówno z doświadczeń osobistych, jak i z różnic charakteru. Ludzie słuchając muzyki czuli wieczność, przypominali sobie własne historie, dzieciństwo, miłość, radość, smutek, stały im przed oczami wcześniejsze pokolenia,  i te które nastąpią już po nich. W opisach jest coś z magii, są wręcz fenomenalne.   

   Książka działa na emocje, sama jest jak muzyka. Myślę, że spodoba się każdemu, kto kocha muzykę bez wzglądu na to, jaką konkretnie muzykę lubi. Ale z pewnością zaciekawia muzyką klasyczną. 

  Sylwetki bohaterów dla mnie miały znaczenie drugorzędne, ale pamiętać trzeba, że jest to powieść i pomiędzy uczestnikami konkursu trwa rywalizacja, a w niektórych przypadkach kwitnie też przyjaźń i nie tylko. Jeden z uczestników ma korzenie japońsko - latynoskie i to uczynił swoim źródłem siły, czerpie z obu tradycji. Dla wielu osób sytuacje takie są jedynie źródłem problemów. Inna pianistka jako cudowne dziecko z powodu traumatycznego wydarzenia wycofała się z gry. Teraz właśnie po kilku latach postanowiła, przy pomocy czuwającego nad nią profesora i przyjaciółki, powrócić. Nie wiadomo tylko, czy się uda, dziewczyna jest dużo dojrzalsza, niż przed laty, ale nie wiadomo, czy podoła zadaniu psychicznie. Jest też najstarszy uczestnik, już mąż i ojciec, który uzmysłowił sobie, że muzyka jest jego prawdziwym powołaniem i że zawodowo chce zajmować się tym, co kocha. Wie jednak, że młodsi pianiści mają nad nim przewagę, zdecydowanie więcej czasu ćwiczyli. No i jest też odkrycie, najmłodszy uczestnik, który jest muzycznym geniuszem. 

   Dla przykładu zacytuję jeden z takich opisów emocji ludzkich podczas słuchania muzyki. "Można odnieść wrażenie, że Ballada (g-moll, op.23) Chopina zawiera emocje z okresu dzieciństwa, ów smutek zapisany w genach, a odczuwalny w czasie śpiewania dziecięcych piosenek". "Smutek, który każdy nosi w sobie od chwili, gdy urodził się na tym świecie, uczucie, od którego nikt nie ucieknie". "Smutek ukryty na dnie  pulsującej rzeki czasu, smutek, którego w codziennej gonitwie nie ma kiedy odczuwać, którego się nie zauważa... Można osiągnąć szczyt szczęścia i wzbudzać powszechną zazdrość, można prowadzić spełnione życie, ale każde szczęście zawsze obarczone jest tym smutkiem ludzkiego istnienia. Nie myśli się o nim, ale jego dostrzeżenie jest druzgocące - pokazuje słabość człowieka. Z tego powodu ucieka się przed nim - przed tym smutkiem, tkwiącym u samych źródeł. Dlatego też Aya musiała śpiewać - o smutku, o ulotności, o szczęściu i nieszczęściu ludzkiego życia, które z perspektywy upływających lat wydaje się trwać ledwie chwilę. Wierzyła, że ludzie przed kilkuset, nawet kilkoma tysiącami laty czuli to samo. Że będą czuli to samo za kilkaset czy kilka tysięcy lat". 
 6/6




piątek, 17 lipca 2020

Herbert George Wells "Wojna światów" - audiobook, czyta Filip Kosior




    „Wojna światów” to już wręcz legenda, należy do tych pozycji, o których każdy chyba słyszał i każdemu niemal się wydaje,  że je zna, a faktycznie mało kto je czytał. Pozornie to opowieść o najeździe Marsjan na Ziemię, a tak pod płaszczykiem tego science fiction to odwieczna, ponadczasowa  opowieść o wojnie i przemocy. Marsjanie najeżdżają na ziemię, bo nie mogą już mieszkać na swojej planecie. A znalazłszy się na Ziemi, zaczynają mordować i niszczyć. Nikt z nich oczywiście nie pyta o możliwość pomocy ze strony Ziemian, o użyczenie kawałka lądu, lub o coś podobnego. Marsjanie mordują częściowo  z chęci znalezienia pożywienia, a częściowo dla zabawy, ot tak sobie. Ludzie wpadają w panikę, otoczka cywilizacji znika, prawie każdy myśli niemal tylko o sobie, tratują się, okradają itp. itd. Gdy pierwszy szok mija i koszmarna sytuacja zaczyna się nieco stabilizować, ludzie muszą się zastanowić nad tym, jak dalej żyć. Wydarzenia skupiają sią wokół  narratora i jego brata, każdy z nich był w innym miejscu i każdy inaczej musiał sobie radzić. Narrator spotyka się przypadkowo z różnymi osobami, do ciekawszych spotkań należą m. in. te z żołnierzem i z pastorem. Każda z tych postaci, po nieco bliższym poznaniu zachowuje się nieco inaczej, a czy wykonywana profesja ma na to wpływ? Chętni mogą zapoznać się z wizją Wellsa.     
   
       Zastanawiałam się nad tym, jaki jest sens czytać tą książkę, skoro wszystko to jest znane. Od śmierci G. H. Wellsa minęło już kilkadziesiąt lat, przetoczyło się w różnych częściach globu wiele innych wojen, wszędzie wszystko toczyło się według schematu, opisanego w książce. Ale oczywiście przeczytać warto, bo jest tam jednak sporo rzeczy do odkrycia. 

     Obrazy najazdu idealne pasują do każdej wojny. Ludzie byli takimi Marsjanami chociażby  mordując Indian, tworząc kolonie, czy najeżdżając na sąsiednie kraje. Niekiedy z kolei zwyczajni znajomi okazywali inne oblicze, oblicze morderczych Marsjan, napadając na sąsiadów np. na Wołyniu. Obrazy paniki i ucieczki są uniwersalne,  zachowania ludzi w skrajnych sytuacjach również. Ludzie są stale Marsjanami wobec zwierząt.  Bohaterowie „Wojny światów” byli szaleni oburzeni, widząc jak Marsjanie łapali ludzi, zamykali ich w klatkach, a potem żywili się ich krwią. Myśleli, że przecież to tylko oni mogą łapać kogoś do klatek, zabijać i zjadać, albo nawet zabijać i po prostu wyrzucać. Ludzie są Marsjanami wobec całej naszej ziemskiej przyrody, niszczą drzewa i inne rośliny, niszczą całe ekosystemy.
 
   Ale książka ma jeszcze inne walory, jest w niej co najmniej kilka pięknych scen. W jednej z nich, bardzo krótkiej zresztą, narrator się modli do Boga. Przed tą modlitwą przez czas najazdu o Bogu myślał, ale uzmysłowił sobie, że wypowiadał wówczas tylko jakieś formułki, podobne do zaklęć pogańskich, bez namysłu i głębi.  Po tej prawdziwej modlitwie pozornie nic się nie zmieniło, Marsjanie nie zniknęli, zagrożenie trwało, on tkwił nadal w krytycznych warunkach. Ale zyskał siłę i zdolność logicznego myślenia, opuściła go panika i mógł spokojnie pomyśleć i podjąć decyzję, co robić.
     Jako audiobook  całość sprawdza się naprawdę dobrze, Filip Kosior poradził sobie.
5/6

     

wtorek, 14 lipca 2020

Sergiusz Piasecki "Bogom nocy równi"

Bogom nocy równi - Piasecki Sergiusz

      Sergiusz Piasecki był postacią absolutnie wyjątkową i przed przeczytaniem którejkolwiek jego książki warto coś o nim wiedzieć. Przypominają mi się słowa Olgi Tokarczuk z eseju "Lalka i perła" o powieści Prusa. Dotyczyły one Wokulskiego, będącego uosobieniem tych osób, które wyłamują się z wszelkich dostępnych schematów i żyją pod prąd, a do tego czują się obco w otaczającym świecie , a jest to obcość, która "dzięki bolesnemu dystansowi do świata pozwala widzieć więcej i szerzej". "Obcość, dzięki której Obcy jest poruszany i motywowany z góry". O arcyciekawym eseju O. Tokarczuk pisałam tutaj. Obcym był i Piasecki i jego bohater, Roman Zabawa.

   A co do Piaseckiego, był synem polskiego szlachcica i białoruskiej chłopki, już od samego początku widać ten wyróżnik z otoczenia. Walczył w wojnie polsko - bolszewickiej, był agentem wywiadu polskiego, przemytnikiem, pił, narkotyzował się. Był też i przestępcą, za napad z bronią przed II wojną został skazany na karę śmierci, ułaskawiono go, aczkolwiek i tak siedział w więzieniu. Podczas II wojny żył na Wileńszczyźnie, współpracował blisko z ZWZ, potem AK i wykonywał wyroki śmierci na skazanych przez podziemne polskie sądy. To on odmówił wykonania wyroku na Józefie Mackiewiczu. Jak się później okazało, zrobił słusznie, bo dowody na Mackiewicza były spreparowane przez Rosjan. Nie tak dawno odsłuchiwałam "Made in Poland", wywiad rzekę ze St. Likiernikiem, który z kolei podczas wojny był żołnierzem AK w Warszawie i który też wykonywał wyroki śmierci.  Likiernik na pytanie o te wyroki  odpowiedział, że nie zastanawiał się w ogóle, czy były one słuszne, był żołnierzem, a jego zadaniem wyło wykonywać rozkazy. Piasecki był człowiekiem niebywałej odwagi i totalnym indywidualistą. Aczkolwiek nie miał wykształcenia, był mędrcem. Był też niesamowicie empatyczny na krzywdę biednych, nieszczęśliwych, skromnych ludzi, w czym przypomina mi Josepha Rotha i jego twórczość. 

    Jego książka, po części autobiograficzna, opowiada historię młodego chłopaka, Romana, który w latach 20 - tych służył w polskim wywiadzie, działalność prowadził na pograniczu wschodnim. Dopiero podczas czytania zorientowałam się, że ten tom to dalsza część innej książki, "Piątego etapu", którego nie znam. Można się zorientować w treści, a znajomość wcześniejszego tomu, aczkolwiek byłaby optymalna, nie jest niezbędna. Piasecki pisał i o życiu prywatnym , ale głównie o pracy. Są opisy koszmarnej rzeczywistości  radzieckiej, biedy i upodlenia, w jakich żyli tam ludzie. Są fragmenty, jak Roman próbował zwerbować współpracowników do pracy wywiadowczej, jak przechodził nielegalnie przez granicę, jak się narkotyzował, nawet jak korzystał z usług prostytutek. Nic co ludzkie nie było mu obce. Jest też zwykłe, ludzkie współczucie dla osób, które spotykał, a które żyły w koszmarze. 

   Piasecki miał świetne pióro, książkę się wręcz chłonie, nie ma części nudnych, chociaż akcja nie zawsze pędzi. Czyta się wyśmienicie. U Piaseckiego właściwie nie ma żadnych charakterystyk bohaterów, czytelnik sam musi ich dokonywać na bieżąco, autor daje mu opisy ludzkiego zachowania.

    Gdy czyta się, widać wyraźnie całą złożoność rzeczywistości, widać , że nic nie jest proste, nic nie jest tylko czarno - białe, nikt nie jest tylko dobry czy tylko zły. Zbrodniczy jest za to ustrój.  Ta książka jest też opowieścią o nonkonformizmie i o odwadze. W tamtych czasach i w warunkach, w jakich on żył Piasecki i jego bohater nie było mowy o materializmie i próbach urządzania się na modłę mieszczańską. Książka jest też o mądrości, która  w tym wypadku nie ma nic wspólnego z wykształceniem. Roman i i inni bohaterowie, będący obrazami samego autora i jego ówczesnych przyjaciół przypominają mi też "Obywatela Jones`a" Agnieszki Holland. Tytułowy Jones, postać autentyczna,  był dziennikarzem, który w czasach wielkiego głodu na Ukrainie, narażając własne życie wbrew opiniom elity historyków i dziennikarzy całego świata, pojechał na tą Ukrainę i na własne oczy zobaczył piekło. Potem walczył o to, aby ktoś chciał jego tekst wydrukować, a nie było to proste. I tu w odniesieniu do rzeczywistości, opisanej w "Bogom nocy równi" też było podobnie, bo w tamtej Europie (pozycję wydano po raz pierwszy w 1939r.), nadal wiele autorytetów nie wierzyło w to, jak w rzeczywistości wyglądał komunizm w praktyce. "Bogom nocy równi" i inne książki autora, to był krzyk, którym S. Piasecki chciał pokazać światu, jak tam jest. Nienawidził on komunizmu i na swój sposób walczył z nim. Powieść napisał kilkanaście lat po opisywanych wydarzeniach, ale w tamtych realiach radzieckich nie tylko nic się nie zmieniło, ale nawet i pogorszyło. 

   Ciężko tą  książkę porównać do innych. Jest szczera i prawdziwa, w żadnym miejscu nie wyczuwałam żadnego fałszu. Co zaskakujące, Piasecki mimo tego że zobaczył ogrom zła i ludzi totalnie zdeprawowanych i odczłowieczonych, wyrządzających  stale to zło, nie zatracił wiary w człowieka. Pisze o tym wyraźnie  jego bohater w swoim dzienniku. Uważał, że nawet w najgorszym człowieku tlą się resztki człowieczeństwa. Wymowna jest scena jego spotkania i rozmowy z Katią, siostrą kolegi. Katia była czekistką. Nawet to nie powodowało, aby ją potępił, uznał za niegodną rozmowy czy kontaktu, było mu nawet jej tak po ludzku szkoda. I nie ma tu żadnej sprzeczności, z jednej strony nienawidził komunizmu, ówczesną władzę radziecką i jej przedstawicieli traktował  jak wrogów, walczył z nimi, a gdy trzeba było, zabijał. A z drugiej właśnie strony dostrzegał to człowieczeństwo. Można to porównać z wojną, z wrogiem się walczy, ale gdy ma się do czynienia z kimś konkretnym, np. jeńcem, dostrzega się w nim człowieka. Najlepiej tą złożoność potrafi wyjaśnić właśnie książka. 
5/6

środa, 8 lipca 2020

Ryszard Ćwirlej "Tam Ci będzie lepiej" audiobook, czyta Mieczysław Hryniewicz tom 1 cyklu z A. Fischerem


     "Tam Ci będzie lepiej to kryminał niemal doskonały, ale dla tych osób, które lubią historię. Ćwirlej jest godnym rywalem Marcina Wrońskiego w kategorii kryminał retro. Czytałam "Tylko umarli wiedzą" z tego samego cyklu, ale ten tom jest nawet lepszy. 

   Wydarzenia rozgrywają się w polskim już Poznaniu i w niemieckiej jeszcze  Pile w 1924 roku. Tło historyczne odmalowane jest wręcz fenomenalnie. Jakiś czas temu głośne było hasło "dziadek z Wehrmachtu", z założenia ubliżające i dyskredytujące dziadka, a po części i wnuka. Lektura tej książki pomogłaby wielu osobom, które nie wnikały głębiej w ten temat, zrozumieć ten problem i całą złożoność życia na terenach takich jak Wielkopolska czy Pomorze. Mimo, że Ćwirlej umiejscawia akcję zaraz po I wojnie światowej, ale już wtedy doskonale widać wspomniany problem. Wszyscy niemal mężczyźni, występujący w książce podczas I wojny walczyli w armii pruskiej, chociaż mentalnie byli w większości Polakami, mieli obywatelstwo niemieckie i automatycznie podlegali poborowi. Nikt nawet tutaj niczego w tym zakresie nie rozważał, taka była kolej rzeczy. Gdy tylko pojawiła się okazja, wzięli udział w Powstaniu Wielkopolskim jako Polacy, a niemal zaraz potem w wojnie polsko - bolszewickiej w 1920r. Po zakończeniu I wojny część tych Polaków znalazła się w Polsce, np. w Poznaniu, a część np. na Pomorzu i formalnie byli Niemcami. Ci ostatni siłą rzeczy podczas kolejnej wojny znaleźli się w Wehrmachcie. Przykładowo główny bohater Antoni Fischer, Polak, właśnie podczas I wojny walczył w niemieckiej armii wraz z przyjacielem, Niemcem, bez żadnych polskich korzeni.  

  Ćwirlej świetnie opisał normalne życie w tamtych czasach, np. barki płynące Wartą, policjanci piszący piórem i atramentem, dorożki i automobile. Porażająca jest bieda i analfabetyzm u znacznej części społeczeństwa, bieda nie raz tak wielka, że ludzie cierpieli głód. Do tego brak zabezpieczenia socjalnego. Komicznie wyglądają też porównania osób, pochodzących z Wielkopolski i tych z Kongresówki. Fischer pracuje razem z oficerem, pochodzącym właśnie z Kongresówki. Jeden z nich jest rzetelny, punktualny, uporządkowany, o jakimkolwiek bałaganie nie ma mowy. U drugiego jest dokładnie odwrotnie. 

    Co do samej już akcji i głównych wątków, to jest i kryminalny i szpiegowski, ten ostatni jednak nie ma nic wspólnego z opowieściami o Jamesie Bondzie. Otóż i w Poznaniu i w Pile odnaleziono zwłoki prostytutek, które zostały zabite w sposób, który przypominał zabójstwa Kuby Rozpruwacza. A w zbliżonym czasie z kolei w jednostce wojskowej w Poznaniu zaginął oficer, a wraz z nim tajne dokumenty w postaci planu dyslokacji wojska i spisu agentury na pograniczu polsko - rosyjskim. Sprawę prowadzi komisarz Fischer, a wątek prostytutek w bardzo ograniczonym  zakresie również jego przyjaciel, Niemiec, Carl. Wątki poprowadzone są bardzo  zgrabnie, nie domyśliłam się do końca, kto był mordercą. Co do szpiega, to wątek ten jest bardziej zawiły, szpieg nie działa solo, jest siatka szpiegowska, w tym przypadku należeli do niej Polacy, zwerbowani przez bolszewików. 

    Gdy czytałam tom "Tylko umarli wiedzą" byłam przekonana, że głównym bohaterem jest Carl. Nie ulega jednak żadnych wątpliwości, że to Antoni Fischer. Walczył wcześniej w armii niemieckiej podczas I wojny, potem właśnie w Powstaniu Wielkopolskim i w wojnie z 1920r. Jest błyskotliwy, inteligentny, zdecydowany i jest sam. Dość mocno rozbudowane są też i inne postacie, np. właśnie Carl, ale nie tylko, bo często występuje poznański złodziej Antek Grubczyński. Charaktery w większości są ciekawe, skomplikowane. W związku z sylwetkami bohaterów jawi się jedna jedyna rysa na tym kryminale niemal doskonałym. Mianowicie w przypadku jednego z bohaterów pojawia się w paru miejscach coś, jak cień harlekina. Wszystko jest realne aż do bólu, a ten harlekin jest sporym zgrzytem. To zaledwie parę sytuacji, ale o te parę za dużo. 
    Mimo wspomnianego drobiazgu "Tam Ci będzie lepiej " to dla mnie I liga kryminałów retro. Do czasu tej książki niekwestionowanym królem w tym zakresie był dla mnie Marcin Wroński, teraz doszedł Ćwirlej. Poza tymi dwoma osobami, w I lidze widzę jeszcze Marka Krajewskiego. I to wszystko. Bohaterowie Krzysztofa Bochusa są zdecydowanie za prości. Widziałam, że do finału Nagrody Wielkiego Kalibru weszło kilka nieznanych mi kryminałów retro. Może być ciekawie.
5/6

czwartek, 2 lipca 2020

Andrea Camilleri "Taniec mewy"

      Każdy w życiu raz na jakiś czas ma gorsze dni. W tym właśnie tomie komisarz Montalbano też tak ma. Cała seria jest tak udana m. in. z tego powodu, że jest prawdziwa, Montalbano nie zawsze jest keep smiling. Kończy się jesień, a ten czas kojarzy mu się nostalgicznie. Ale nie to jest najgorsze. Zobaczył umierającą mewę i ten obraz zaczął go prześladować, przypominał sobie go w różnych momentach. Camilleri jest mistrzem krótkiej formy, tak więc i opis mewy i to przypominanie się są bardzo krótkie, ale pozwalają zrozumieć stan ducha naszego bohatera. Każdy chyba ma jakieś swoje wspomnienia, które nie należą do najmilszych. Ale również to nie wszystko. Mafia porwała jego przyjaciela, policjanta z tego samego komisariatu, Fazio. Fazio zajmował się pozornie banalną sprawą przemytu w porcie rybackim. Nie było nawet wiadomo, czy przeżył to porwanie, czy został zabity. No i zagadka, jaką Montalbano rozwiązuje, jest wyjątkowo mroczna, bo jest bezpośrednio związana z brutalną mafią. Ale to również nie koniec, kontakty z Livią tym razem nie wyglądają najlepiej. 

     Wydarzenia toczą się wyjątkowo szybko, Montalbano w tym tomie chyba po raz pierwszy  nie czyta żadnej książki, nie ma kiedy po prostu. Ale przy opisie jego domu wyraźnie mowa jest o fotelu, w którym zasiada i czytuje niemal codziennie. Nie ma też czasu na rozmyślania czy delektowanie się jedzeniem, je bo musi. Ale ponieważ jest erudytą, w najmniej oczekiwanym momencie przypominają mu się fragmenty różnych dzieł. Tutaj gdy znalazł się sam na sam z piękną, młodą kobietą, zaczął sobie bezwiednie przypominać, nie wiadomo dlaczego, początek "Iliady". W innym momencie przypominały mu się fragmenty muzyki Rossiniego. Jest pośrednie i bezpośrednie nawiązanie do Hitchcocka i jego "Okna na podwórze". Jedna z osób, która miała zostać przesłuchana, trzymała w mieszkaniu przy oknie ogromną lunetę, przez którą obserwowała zarówno podwórko i najbliższe otoczenie, jak też i port, który w tym tomie jest centrum akcji. Za te nawiązania do literatury, muzyki, filmu czy sztuki, za to że komisarz Montalbano nie jest prostakiem, który tylko koncentruje się na pracy, za to że musi nie tylko spać czy jeść, ale też i chłonąć kulturę, w tym rozmyślać i czytać książki  -  kocham Andrea Camilleri i jego serię. Również i za to, że Montalbano uosabia radość życia, ale nie zawsze i nie wszędzie jest radosny. 
5/6

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Kazuo Ishiguro "Nokturny"


                Początkowo miałam spory problem z "Nokturnami". Opowiadania czyta się wyjątkowo dobrze, napisane są bardzo przystępnym językiem, nie są do tego obszerne. "Albatros" wydał książkę tak, jak się obecnie często  robi, czcionka jest duża, odstępy pomiędzy wierszami spore. I pierwsza moja refleksja po przeczytaniu była taka, że te opowiadania są tak strasznie proste, że nie widzę tu żadnej głębi, a sens ich jest jasny i oczywisty, otóż wielu ludziom w pogoni za sukcesem przewraca się w głowach i zachowują się irracjonalnie. Uznałam, że cóż mnie obchodzą pseudo problemy znanych i wielkich artystów czy chociażby celebrytów, że prawdziwe życie toczy się gdzieś indziej. Ale jednocześnie po tej pierwszej, odruchowej refleksji zaczęłam się mocniej zastanawiać nad tekstem. Czy możliwe jest, aby ktoś, kto napisał arcydzieło w postaci "Okruchów dnia", o których pisałam tutaj, kto dostał Nobla, był w stanie napisać banalnego gniota. Teoretycznie wszystko jest możliwe, ale przecież "Nokturny" powstały aż 20 lat po "Okruchach dnia", pisarz z racji wieku był jeszcze mądrzejszy, no i musiał mieć znacznie bardziej wyrobiony warsztat.  Zaczęłam więc zastanawiać się głębiej. I dopiero wtedy, gdy zasiadłam z kubkiem kawy i zaczęłam myśleć o książce,  zaskoczyłam, o co tak naprawdę w niej chodzi. Paradoks tkwi w tym, że całość jest naprawdę bardzo prosta. 


    Gdy przestanie się patrzeć na bohaterów w takiej dosłownej postaci, jak ich stworzył Ishiguro, gdy poszuka się ich odpowiedników w najbliższym otoczeniu, wszystko zaczyna mieć sens. Motywem przewodnim opowiadań jest bezwzględna pogoń za sukcesem, za karierą i konsekwencje takiej decyzji. Dla bohaterów najważniejsza jest właśnie kariera, stali się jej niewolnikami, pozbawionymi często radości życia. Nie będę spojlerować, bo to co wspomnę o poszczególnych opowiadaniach jest zasygnalizowane przez autora już na samym początku każdego z nich, na kilku pierwszych kartkach. 

    Generalnie Ishiguro opisuje ludzi, którzy mogliby być szczęśliwi, gdyby potrafili się zatrzymać, gdyby nie opętała ich żądza jeszcze większego sukcesu niż ten, który już odnieśli.  W "Uwodzicielskim głosie " przedstawia małżeństwo, które za próbę osiągnięcia czegoś więcej, jest w stanie zapłacić porażającą cenę, powiedziane jest oczywiście jaką. Ten przyszły sukces jest oczywiście przyszły i niepewny. Wygląda to tak, jakby zwariowali, jakby pogoń za karierą stała się przymusem, czymś w rodzaju nałogu i wciągnęła jak np. narkotyki czy alkohol. Presja otoczenia, nawet niewypowiedziana, też robi swoje. Jeżeli wszyscy niemal w najbliższym otoczeniu zachowują się w określony sposób, to niektórym trudno iść pod prąd. Nie zastanawiają się już nawet nad tym, czy droga, którą idą, jest właściwa, jak narkoman czy alkoholik idą dalej. 

    W "Come rain or come shine" z kolei oglądamy małżeństwo, którego sukces nie jest spektakularny, bo sprowadza się w zasadzie jedynie do całkiem niezłych zarobków i niezłej pozycji materialnej, do zamieszkiwania w świetnie urządzonym domu w tzw. dobrym miejscu. Małżonkowie zwariowali już do tego stopnia, on nawet bardziej niż ona, że każdego, kto za tym sukcesem nie goni i go nie osiąga, traktują jako godnego politowania nieudacznika.  Nawet przez ułamek sekundy nie zastanawiają się nawet nad tym, czy zwykły nauczyciel, który niczego w sensie materialnym się nie dorobił, może być szczęśliwy, wykonując swój zawód. Oczywiste jest przecież dla nich, że szczęśliwy być nie może. Wygląda to w przenośni już tak, jakby mieli przeprogramowane mózgi, jakby zamknęli się już w czymś w rodzaju szklanej bańki i nie znali już niemal nikogo, kto nie podzielałby ich poglądów na karierę.  

     W "Malvern Hills" z kolei również oglądamy małżeństwo. Kobieta nie jest w stanie zadowolić się "byle czym", nic nigdy się jej nie podoba, jest wiecznie niezadowolona i ma wieczne pretensje niemal do każdego. Spotkanie jej z reguły jest dla drugiej osoby skrajnie niemiłe. Zżera ją frustracja, mogła przecież osiągnąć więcej, nie zrobiła kariery. A że ma kochającego człowieka u boku i wykonuje zawód, który kocha, to nie ma znaczenia. 

   "Nokturn" z kolei mówi o młodym chłopaku, który uległ szalenie mocnej presji otoczenia i również zdecydował się na absurdalne i ryzykowne posunięcie po to, aby zwiększyć szanse na osiągnięcie sukcesu. W tym przypadku nie miał koło siebie ani jednej normalnej osoby, która odwiodłaby go od koszmarnego pomysłu. 

   W przypadku z kolei bohatera "Wiolonczelistów" cena, jaką zapłacił za karierę okazała się naprawdę wysoka, chociaż on może nawet nie mieć tego świadomości. 

    Pozornie może się wydawać, że opisane przypadki są wynaturzeniem i czymś wyjątkowym. Jestem absolutnie przekonana, że wcale nie. Opisane postawy są naprawdę bardzo, ale to bardzo częste. Wystarczy się rozejrzeć dookoła. Pęd za karierą, która nie zawsze przecież musi być czymś złym, często przybiera tak karykaturalną postać, że ludzie podporządkowują temu celowi dosłownie wszystko.  

   Przypomniała mi się fenomenalna "Kurtyna" Agaty Christie, pisałam o niej tutaj. Christie sportretowała tam wielu emerytów, którzy są skrajnie nieszczęśliwi i sfrustrowani, bo nie zrobili  takiej kariery, jaką chcieli i nie osiągnęli wszystkiego, czego chcieli. I nie mogą się przez to cieszyć się życiem i tym, co mają. 
5/6
   

środa, 24 czerwca 2020

Sławomir Leśniewski "Drapieżny ród Piastów"

                                                           
    Z racji tego, że Sł. Leśniewski jest autorem fenomenalnej książki "Potop. Czas hańby i sławy 1655-1660", o której pisałam tutaj, z "Drapieżnym rodem Piastów" wiązałam spore nadzieje. Spodziewałam się czegoś równie świetnego. A tymczasem okazało się, że miałam problem z tym, aby przebrnąć przez tą książkę. Zajęło mi to ponad miesiąc, a w międzyczasie czytałam inne pozycje. Gdy popatrzy się na to, jakie tytuły wydał Sł. Leśniewski, widać, że pisze on właściwie o wszystkim i o każdej epoce. Napisał m. in. "Poczet królów i książąt polskich", "I i II wojnę światową". Jak widać, nie da się dobrze pisać o wszystkim i znać się na wszystkim. "Drapieżny ród Piastów" to po prostu historia Polski za Piastów, napisana nieszczególnie ciekawie, a co gorsze, to nie ma w niej niczego nowatorskiego. Części o rozbiciu dzielnicowym właściwie nie da się czytać, jest tam masa nazwisk i faktów, brak za to syntetycznego podejścia. Nie wiadomo też, po co każdy rozdział zaczyna się od bardzo krótkiego, na 2 czy 3 strony beletrystycznego opisu, np. jak ślepiec chodzi po Wawelu.
     Pisanie o tym, co jest już znane, nie ma za bardzo sensu. Sens jest zaś wtedy, gdy albo przedstawia się wydarzenia w innym świetle niż dotychczas, albo gdy wskazuje się najnowsze fakty, albo gdy coś się ocenia itp. Przykładowo w "Historii Polski" A. Zamoyskiego, o której też pisałam tutaj, autor umieszczał to, co działo się u nas, w kontekście międzynarodowym. Porównywał, czy wydarzenia, które rozgrywały się u nas, do tych które miały miejsce na Zachodzie, wyszukiwał i podobieństwa i różnice. Na uwagę zasługiwał też punkt widzenia, bo Zamoyski mieszka za granicą, nie uważa Polski za centrum świata i nie podziela poglądów o naszym mesjaniźmie. Jasienica z kolei potrafi przykuwać uwagę, oceniał, rozważał alternatywne rozwiązania. Tutaj, u Leśniewskiego, tego brakło, tzn. jest w bardzo małym stopniu. Sądząc po tytule, tym wyróżnikiem miało być zwrócenie uwagi na to, że Piastowie mieli na sumieniu wiele mordów czy innych okrutnych czynów i że nie byli wcale tacy święci, jak to wynika z różnych obrazów czy przekazów historycznych. Nie uważam, aby było to coś nieznanego. Rzeczywiście wszędzie wówczas tak to wyglądało. Jeżeli autor chciał zwrócić uwagę na ten aspekt historii, to powinien skupić się na tym, a nie przedstawiać całą historię epoki, od "a" do "zet".
     Nie można oczywiście jednak postawić tezy, że cała książka jest zła i że w ogóle nie zasługuje na uwagę. Można dzięki niej odświeżyć wiedzę o Piastach. Ciekawe były informacje o tym, jak to cechy charakteru poszczególnych władców wpływały na politykę państwa. Przykładowo gdyby Bolesław Śmiały nie był tak porywczy i nie doprowadził od zgładzenia biskupa Stanisława, los króla mógł potoczyć się zupełnie inaczej. Aczkolwiek racja leżała po stronie króla, tak gwałtowana reakcja z uwagi na uwarunkowania polityczne i przewidywalne konsekwencje nie była dobrym pomysłem. Z kolei Bolesław Krzywousty gdyby nie kazał oślepić swojego brata Zbigniewa, jego szanse na koronację byłyby znacznie większe. Gdyby autor skupił się właśnie na tego typu aspektach i nie traktował czytelnika jak kogoś, kto nie ma żadnej wiedzy o historii kraju, całość wyglądałaby zupełnie inaczej.
3/6