sobota, 30 maja 2020

Mari Jungstedt "Umierający dandys"

Ilustracja


   Mari Jungstedt była dla mnie tą autorką, która gwarantowała, że jej książki czytało się naprawdę dobrze, nie nudziły i wciągały, a do tego mimo braku większej głębi psychologicznej, jednak trzymały pewien poziom. Ten tom jest inny pod względem tego wciągania w akcję. Autorka wplotła w wydarzenia sporo informacji o malarstwie i malarzach szwedzkich. No i nie za bardzo jej to wyszło. Wywody o życiorysach malarzy, chociaż nie są długie i teoretycznie mogłyby być ciekawe, do atrakcyjnych nie należą. Tom traci więc swoje tempo. Ale z drugiej strony można się dowiedzieć czegoś więcej właśnie o sztuce, niż standardowo się kojarzy, ja ze skandynawskich malarzy pamiętałam niestety tylko Strindberga i Muncha. Jungstedt wspomina m. in. Nilsa Dardela, autora tytyłowego "Umierającego dandysa", Andersa Zorna. Jeżeli więc ktoś chciałby zapomnieć o rzeczywistości i wciągnąć sie w akcję, to nie będzie zadowolony, ale jeżeli chciałby z kolei bardziej posmakować lekturę i jeszcze ewentualnie zerknąć w internecie na dzieła malarzy, o których jest mowa, to z pewnością będzie usatysfakcjonowany. 
   
      Gigantycznym plusem książki jest opis fascynacji obrazem, właśnie "Umierającym dandysem" Dardela (powyżej) przez jednego z bohaterów. Jest wiele takich sytuacji, gdy ludzie gotowi są wydać sporo pieniędzy na obrazy ich fascynujące, niekoniecznie muszą to być kolekcjonerzy czy znawcy. Może to być i zwykły człowiek, zarabiający grosze i chociaż na jego kieszeń nawet tani obraz sprzedawany gdzieś np. pod barbakanem przez studenta ASP może być za drogi, to niekiedy i tak go kupuje. Tu właśnie ta fascynacja i ta pozorna irracjonalność w zachowaniu ludzi, przeżywających te fascynacje, jest dość dobrze opisana.
 
    W tym tomie zaraz na samym początku, oczywiście na Gotlandii, zostaje zabity właściciel galerii obrazów, Egon. Nieco później dochodzi od włamania do muzeum w Sztokholmie, skąd skradziony zostaje tylko jeden obraz, właśnie "Umierający dandys". I zabójstwo i kradzież się łączą, na miejscu kradzieży złodziej zostawia bowiem rzeźbę z galerii Egona. Wiadomo, że obraz mógł zostać skradziony tylko na zlecenie kolekcjonera. Sprawcy czy sprawców trzeba więc szukać wśród osób, związanych ze sztuką. 

     Jak zawsze w tym cyklu pojawia się czwórka bohaterów: policjanci Karen i Anders, dziennikarz Johan i matka jego dziecka, Emma. Z racji tego, że życie dziennikarza nie jest ustabilizowane, jego wątek jest zdecydowanie najciekawszy. Potencjał jest też w postaci Karen, o której życiu prywatnym mało wiadomo, a która jest mocno tajemnicza. W tym tomie pozostaje ona jednak nadal swoistego rodzaju sfinksem. Generalnie jednak wszyscy bohaterowie u Junstedt są mało skomplikowani i ten brak głębi psychologicznej jest największym minusem całego cyklu. Są mało skomplikowani w tym sensie, że są przewidywalni, a ich życie wewnętrzne nie należy do szczególnie głębokiego. 


    Po przeczytaniu już zastanowiłam się nad książkami z dziełami sztuki w tle. Nie mam na myśli albumów malarskich czy książek o malarstwie czy o twórcach. Książki takie mogą być naprawdę świetne, np. "To ja byłem Vermeerem" o największym chyba fałszerzu wszechczasów, o którym pisałam już na blogu. Myślałam o beletrystyce. I trochę tych pozycji mi się przypomniało. 

1. "W poszukiwaniu straconego czasu" M. Prousta, w którym występuje fikcyjny malarz Bergotte, jest wiele rozmów o malarstwie, o tworzeniu i o odbiorze dzieł; jest też wielokrotnie powtarzające się nawiązanie do "Widoku Delft" Vermeera. 

2. "Szachownica flamandzka" A. Perez - Reverte, w której z kolei mowa jest o obrazie, na którym został zakamuflowany przekaz o morderstwie sprzed kilkuset lat, książkę tą przeczytałam jeszcze przed napisaniem bloga, jest naprawdę fascynująca,

3. "Klub Dumas" również A. Perez - Reverte, który snuje akcję wokół księgi ze średniowiecza, której autora został spalony na stosie, 

4. "Kondotier" A. Pereca - pozycja mało znana, ale opowiada o człowieku, którego życie zmieniło się przez obraz sprzed lat, przez jego wymowę, 

5. "Szmaragdowa tablica" Carli Montero, jest o Giorgone i jego "Alchemiku", który to obraz w rzeczywistości nie wiadomo, czy w ogóle powstał, ale fragmenty o sztuce czy samym malarzu są naprawdę podane w sposób fascynujący,   

6. "Pięć małych świnek" Agaty Christie, w której mowa jest o fikcyjnym malarzu i fikcyjnym obrazie, ale fascynacja obrazami już fikcyjna nie jest i widać, że Królowa Kryminału kochała sztukę, doskonale ją rozumiała i nie umiała się bez niej obejść.

4/6

wtorek, 19 maja 2020

Carl Honore "Szczęśliwe życie w epoce długowieczności"

     Zastanawiałam się dość długo, jak napisać o tej książce, aby nie odstraszyć ewentualnych czytelników od sięgnięcia po nią. Otóż jest to rzecz napisana z humorem, którą czyta się wyjątkowo dobrze, a dotyczy pozytywnych aspektów starzenia się. Większość ludzi ma problem, związany z wiekiem, bo uważa że są "za starzy" na masę różnych rzeczy, albo boi się, że już niedługo będą "za starzy". Pewne blokady o tym rzekomym byciu "za starym" mogą pojawiać się stosunkowo wcześnie, nawet i w wieku 30 czy 40 lat. Autor udowadnia, że starzenie się niesie za sobą bardzo  wiele plusów i że masa stereotypów, związanych ze starzeniem się w obecnych czasach nie jest prawdziwa. C. Honore walczy też z obrazem seniorów, znanym chociażby z reklam, kiedy to pokazani są oni jako osoby potrzebujące wyłącznie masy leków, a do szczęścia wystarczają im wnuki, ewentualnie jeszcze gotowanie. Wskazuje na to, że obecni seniorzy podóżują, uprawiają sport, spotykają się w gronie znajomych, a część z nich jest stale aktywna zawodowo i zajmuje eksponowane stanowiska. Książka pozwala jednoczesnie oswoić się z upływem czasu.   

      Największym atutem "Siły wieku" są przykłady osób, które w zaawansowanym czy nawet bardzo już zaawansowanym wieku osiągnęły sukces. Są to i postacie historyczne i współczesne, a z tych ostatnich większość jest znana, wiadomo więc, że opisywane fakty nie są wymysłem autora. Sukces niekoniecznie musi być czymś wielkim, opisywanym w mediach, sukcesem jest coś, co powoduje, że życie nabiera sensu, staje się satysfakcjonujące i pożyteczne, a człowiek jest szczęśliwy. Może to być np. praca, wolontariat, hobby, wejście w związek itp. itd. C. Honore pokazuje, że osiagnięcie starszego wieku nie musi oznaczać ubrania się w ohydne, szaro - bure ciuchy i  bawienia wnuków. Jeśli ktoś chce, to oczywiście niech bawi te wnuki, ale nie może to być przymusem i jedyną alternatywą. Muszę przyznać, że gdy czytam książki, oglądam dzieła sztuki albo filmy, czy słucham muzyki, to z reguły nie interesuję się tym, w jakim wieku w chwili tworzenia byli twórcy wielu znanych dzieł. Gdy o tym poczytałam w "Sile wieku", to byłam w totalnym szoku.   

    Książka z jednej strony nie jest specjalnie odkrywcza. To o czym jest mowa, jest przecież znane. Każdy przecież wie, że warto dbać o kontakty towarzyskie, warto się ruszać i dbać o zdrowie. Teoretycznie każdy wie, że w każdym wieku można wiele osiągnąć. Ale w praktyce jednak pojawiają się, nazwę to blokady myślowe i mimo świadomości, że patrząc obiektywnie coś jest możliwe, ludzie gdzieś wewnątrz czują, że jednak w praktyce jest inaczej. Przykładowo znajoma 28 - latka, która ze mną pracuje, wspomniała ostatnio, że ona to już nigdy nie wyjdzie za mąż, bo w tym wieku to już jest za późno, aby kogoś poznać, bo najlepiej to jest szukać kogoś na studiach, a potem to już się  nie da.  

   Zebranie więc wszelkich możliwych stereotypów i rozprawienie się z nimi jest więc jednak czymś potrzebnym. Bo niemal każdy w większym lub mniejszym stopniu stereotypom ulega, a jednocześnie niemal każdy dalej te stereotypy przekazuje i je utwierdza, zatruwając przy tym życie i sobie i innym. Bo potem inni nawet podświadomie będą uważać, że skoro mają już 30, 40 50 czy więcej lat, to muszą się powoli wycofywać z życia. 

     Autor ma oczywiście świadomość, że ze starością wiążą się jednak często mało przyjemne aspekty, skupia się jednak celowo na czymś innym, właśnie na pozytywach. Skupia się głównie na doświadczeniu życiowym seniorów, ich mądrości, dużej ilości wolnego czasu, postępie medycyny, technologii itp. Nie znam innej porównywalnej książki na ten temat, w której senior pokazany byłby nie jako ktoś potrzebujący opieki, ale jako ten, który może być aktywnym zdobywcą, spełniającym marzenia. No i poza tym jeszcze C. Honore nawołuje, aby każdy podjął walkę z ageizmem, czyli dyskryminowaniem starszych i starszego wieku. Książka może być idealnym prezentem dla seniora, z pewnością poprawi mu humor.
4/6

piątek, 15 maja 2020

Lilian Jackson Braun "Kot, który przyszedł na śniadanie" tom 16 cyklu

     Kocham serię z Qwillem.  Chyba w ogóle tak jest z cyklami kryminalnymi, że czytamy te, których bohater po prostu się nam podoba i którego lubimy. W przypadku Qwilla dochodzi jeszcze taki aspekt, że on ma pewne cechy, które są bardzo rzadkie i które można podziwiać, albo nawet można ich pozazdrościć, jednocześnie wiedząc, że mało kto je ma.  

    Qwill jako dziennikarz ma umiejętność nawiązywania kontaktu z obcymi ludźmi, bez względu na ich pozycję społeczną czy charakter. Chociaż wyśmienicie czuje się w szarej codzienności, gdy raz na jakiś czas gdzieś wyjedzie, odnajduje się w tym nowym miejscu rewelacyjnie i nie ma żadnego problemu z adaptacją. Jak zawsze ma przy sobie 2 koty, może liczyć na wypróbowanych, starych i nowych przyjaciół. Zawsze coś czyta, a w tym tomie zmierzył się z problemem ekologii, sercem i duszą będąc oczywiście po stronie przyrody. 

    Otóż jego przyjaciel Nick z żoną stali się właścicielami pensjonatu na Wyspie Śniadaniowej, dość szybko jednak turystów zaczęły dosięgać różne wypadki, np. zatrucie, skręcenie nogi, utopienie się itp. Na wyspie toczyła się walka dewelopera, chcącego zabudować wszystko, co możliwe i miejscowych, którzy oczywiście chcieli, aby wyspa na której z reguły mieszkali  od urodzenia, nie zamieniła się w zabetonowane siedlisko turystów. Zachodziło podejrzenie, że może za tymi wypadkami stoją autochtoni. Qwill na prośbę Nicka udał się z kotami na wyspę, aby zbadać sytuację, kiedyś był przecież dziennikarzem śledczym. Na miejscu napisał nawet satyrę na masową turystykę, w której zaatakował chytrość turystów, obżarstwo i spędzanie czasu, zorganizowane co do niemal minuty przez organizatora.  Satyra jest naprawdę wyśmienita. 

     Jak zwykle w tym cyklu w każdym tomie pojawiają się nowe postacie, a tym razem jest to Elizabeth, młoda dziewczyna uzależniona totalnie od toksycznej matki, a fascynująca się ziołami i numerologią. Usiłowała nawet numerologią zainteresować Qwilla, twierdząc że w cyfrach jest element magiczny. Qwill zaś miał okazję, aby w nowym miejscu rozwinąć swoje umiejętności i nawiązać nowe kontakty, co udało mu się idealnie, a co czytelnik może zaobserwować. 

     Nie brakuje oczywiście różnych scenek z kotami Koko i Yum Yum, dla miłośników kotów zawsze jest to atrakcja. Tym razem koty z racji wyjazdu musiały przeżyć podróż, w tym płynięcie jachtem, a potem zamieszkanie w małym domku, w którym brakowało im powierzchni do biegania. A co najgorsze, to dostawały jedzenie, które im nie smakowało i to był naprawdę wielki problem. 

    Na wyspie pojawia się też i przyjaciel Qwilla z lat szkolnych, z którym razem pracują w lokalnej gazecie, a z którym przyjaźnią się od czasów szkolnych, czyli od około 50 lat. Pokazane jest i to nie pierwszy raz, że panowie nie zawsze się ze sobą zgadzali, ale żaden nie chciał zmieniać drugiego na siłę. Niekiedy nawet prawili sobie drobne złośliwości, ale w razie potrzeby zawsze mogli na siebie liczyć. 
    Jak zawsze, na książkach z Qwillem się nie zawiodłam.
5/6


wtorek, 12 maja 2020

Andrea Camilleri "Cierpliwość pająka" - cykl z komisarzem Montalbano tom 8




    "Cierpliwość pająka" oceniam jako nietypowy, ale wyśmienity tom z serii z komisarzem Montalbano. Komisarz próbuje ustalić sprawców porwania, wydarzenia toczą się szybko, a jego prywatne problemy są na drugim planie. Pod względem intrygi kryminalnej jest to chyba najlepszy tom z serii, dotychczas czytałam poszczególne tomy bardziej z uwagi na komisarza, niż dla zagadek. Tutaj tropy związane z zagadką są wyśmienicie poprowadzone i powinny zadowolić każdego miłośnika kryminałów. 

   Tym razem motywem sprawców jest zemsta, tylko i wyłącznie zemsta. Mściciele przypominają tytułowego pająka, który cierpliwie i spokojnie tka swoją sieć i czeka na ofiarę. Jak pisze Camilleri "Namiętnej nienawiści, tak jak i namiętnej miłości, nie mogą zatrzymać nawet rozpacz i łzy kogoś, kto w niczym  nie zawinił". W tym przypadku porwano młodą, ale dorosłą dziewczynę, mieszkającą z obłożnie chorą matką i z ojcem. Porywacze zażądali astronomicznej sumy, na którą rodziny w żadnym razie nie było stać. Jak się okazuje, zemsta jest wyłącznym motywem działania sprawców, żądanie pieniedzy zaś pada, bo inaczej sytuacja wyglądałaby niewiarygodnie, pieniądze zaś zamierzali oni po prostu rozdać innym osobom. Intryga jest naprawdę mocno wciągająca. 

   Zupełnie nietypowo dzieje się w życiu komisarza, otóż całość rozpoczyna się od tego, że przebywa on w domu na zwolnieniu po postrzale. Był w szpitalu, jego życie było zagrożone, przejechała do niego Livia. Montalbano będąc bliski śmierci zaczął nawet myśleć o testamencie, którego nigdy nie napisał. Zrobił takie błyskawiczne podsumowanie życia pod kątem najbliższych mu osób. Ponieważ formalnie był starym kawalerem, w dodatku bezdzietnym, kwestia dziedziczenia nie była prosta, a nie chciał, aby majątek przejął jakiś daleki kuzyn. Myślę, że w trakcie czytania w momencie, gdy mowa jest o tym testamencie, każdemu czytelnikowi, też nasunie się myśl, jak to byłoby w jego przypadku. Lektura nie jest więc pozbawiona chwili zastanowienia. Komisarz za najbliższe mu osoby uznał na pierwszym miejscu partnerkę, Livię, na drugim dosyć tajemniczą postać, określaną przez niego mianem "syna, który nie jest synem" i przyjaciela z pracy, Catarellę. Co do tego ostatniego, to nie przypuszczałam nawet, że do niego Montalbano jest  aż tak mocno przywiązany. Nie wiem, kim jest "syn, który nie jest synem", ale z pewnością kwestia ta była wytłumaczona we wcześniejszych tomach, które w tej chwili w wersji papierowej w normalnych cenach nie są dostępne. Rozmyślania o testamencie absolutnie nie są długie, nikogo więc nie zdołują.   

    W tym tomie nie ma wielu opisów smakowitych dań, które Montalbano jadał. Gdy wprowadziła się Livia, gosposia będąca świetną kucharką, przestała przychodzić, uznając się za chwilowo zwolnioną z obowiązków. A że Livia nie potrafiła dobrze gotować, Montalbano musiał zadowolić się daniami typu oliwki, figi i ser owczy. Na restauracje tym razem nie miał za wiele czasu, podobnie jak i na czytanie. Wspomniane są jednak "Przemiany" Owidiusza, pojawia się "Rada Egiptu", autorstwa Leonarda Sciascii. Gdy zainteresowałam się tą pozycją, odnalazłam, że w magazynie "Prace literackie" jest dostępny artykuł o literackich zainteresowaniach Montalbano pt. "Policjant erudyta. O literackich kontekstach w cyklu powieści kryminalnych o komisarzu Andrei Montalbano". Zawsze zwracam uwagę na to, co Montalbano czyta, to jeden ze smaczków cyklu. 

   No i na koniec po raz kolejny Camilleri po raz kolejny dał się poznać jako znawca psychiki ludzkiej. Gdy komisarz żegnał już wyjeżdżającą Livię, na lotnisku poczuł, że z jednej strony już za nią  tęskni, a z drugiej uczył ulgę, że znowu będzie mógł być sam. I ku swojemu zaskoczeniu na twarzy Livii zobaczył, że ona również nie tylko żałuje, że musi wyjechać, ale że także się i z tego powodu równocześnie cieszy. Camilleri nie myśli schematami i nie upraszcza wszystkiego, za to go też lubię.
5/6
  

niedziela, 10 maja 2020

Jacek Żakowski, Leszek Cichy, Krzysztof Wielicki "Rozmowy o Evereście"

    Audiobook przerósł moje oczekiwania, a zdarza się to rzadko. Spodziewałam się po prostu relacji z wyprawy sprzed 40 lat spisanej   niemal na bieżąco, bo krótko po powrocie himalaistów, ewentualnie jeszcze dodatku w postaci wprowadzenia do nowego wydania. Okazało się, że jest to jednak coś więcej. Zasadnicza część książki to rzeczywiście tekst pierwotny, ale jest jeszcze obszerny wstęp, napisany współcześnie, a ponadto w trakcie czytania też zdarzają się drobne komentarze, formułowane już z perspektywy czasu, który upłynął.  


  Nie będę oczywiście streszczać opisu wyprawy, ale skupię się na tym, co z całej opowieści wydało mi się najbardziej godne uwagi, a były to kwestie psychologiczne. Opowiadając o uczestnikach wyprawy, rozmówcy zwrócili uwagę na to, że część z nich była ryzykantami, część zaś cechowała rozwaga i zachowawczość. Ci bardziej zachowawczy starali się tłumaczyć tym brawurowym, żeby nie przesadzali z ryzykiem, że życie ludzkie jest najważniejsze, że w razie niebezpieczeństwa lepiej jest zawrócić. Jednym z tych zachowawczych himalaistów, właściwie najbardziej zachowawczym  był Zygmunt Heinrich ps. "Zyga". L. Cichy i K. Wielicki w pierwotnym tekście komentowali, że "Zyga" ma szanse dożyć starości i że przy takim podejściu, jeśli nie stanie się nic nadzwyczajnego, w górach nic mu nie grozi. No i dodali już, że jednak 40 lat temu nie mieli racji, że "Zyga" jednak zginął w górach. Sprawdziłam, otóż 9 lat później gdy był z wyprawą znów pod Everestem, spadła na nich lawina i zabiła 5 osób. Nasunęły mi się porównania chociażby z wojną, nie było wówczas żadnej reguły, ginęli i odważni i zachowawczy, a przeżywali zarówno ci, co się nie narażali, jaki i ci, co działali w podziemiu i walczyli w powstaniu. Regułą był brak reguły. Ciekawe obserwacje można też prowadzić i teraz, gdy trwa epidemia. Jedni zabezpieczają się wszelkimi możliwymi sposobami, noszą maseczkę i przyłbicę, rękawiczki, a to też sporadycznie, bo generalnie starają się w miarę możliwości nie wychodzić z domu. Inni stosują minimum z minimum zabezpieczeń. A czas pokaże, jak to się dla kogo skończy. 

    Innym ciekawym aspektem była determinacja w dążeniu do celu, co w teorii brzmi banalnie, a w praktyce jest jednak poważnym problemem. W 1980 r. Everest uchodził za niemożliwy do zdobycia zimą, tak twierdził też pierwszy zdobywca szczytu E. Hillary. Nasi himalaiści jechali więc z misją, że spróbują dokonać niemożliwego, bariera psychologiczna była więc potężna. Parę dni przed tym, jak Cichy i Wielicki szczyt zdobyli, inna dwójka naszych wspinaczy z tej samej wyprawy miała wierzchołek  "w zasięgu ręki". Warunki były całkiem dobre, oni byli zdrowi i nie zdarzyło się nic szczególnego, co uniemożliwiałoby podjęcie ataku. Byli zaopatrzeni we wszystko, co możliwe. I doszli do niższego wierzchołka południowego, a następnie ... zawrócili. Fragment rozmowy z książki dotyczy też właśnie tego epizodu. Było to irracjonalne, ale widocznie tamci tak naprawdę nie wyobrażali sobie tego, że to oni mogą być pierwszymi zimowymi zdobywcami szczytu. Takiego problemu na szczęście nie mieli Cichy i Wielicki. 
   Ciekawe są też rozdziały o Cichym i Wielickim, gdy Żakowski rozmawia tylko z jednym rozmówcą o jego życiu. Wówczas można zauważyć niestandardowość postaci już od wczesnej młodości. Przykładowo Wielicki uległ wypadkowi podczas wspinaczki, miał gips i gorset i położono go do szpitala. Po stosunkowo krótkim czasie chyba 2 tygodni opuścił szpital mimo zakazu lekarzy, gorset sam zdjął i pojechał potem na wspinaczkę. Myślę, że każdy czytelnik po przeczytaniu czy odsłuchaniu książki znajdzie dla siebie jeszcze inne , równie ciekawe aspekty rozmowy. 


     Nie podzielam natomiast zachwytu nad wykonaniem audiobooka. Żakowski jest doświadczonym dziennikarzem, zarówno piszącym jak też występującym w radiu i telewizji, on podczas czytania wypada naprawdę dobrze. Z Cichym i Wielickim jest dużo gorzej. Problem z poprawną dykcją jest najmniejszy. Himalaiści wyszli najprawdopodobniej z zalożenia, że to oni zdobyli szczyt, to oni w 1980r. udzielili wywiadu i że odczytanie swoich wypowiedzi nie będzie żadnym problemem. Podczas luźnej rozmowy z pewnością sprawdziliby się doskonale. Ale czytają fatalnie, sztucznie. Dochodzą np. do końca strony, gdzie wyraz jest przedzielony i kończą pauzą w połowie tego wyrazu, przez co zdanie staje się mało czytelne. Potem gdy przewrócą kartkę zaczynają od tej połówki przerwanego słowa. Wykonanie było dla mnie tak złe, że podczas pierwszego rozdziału zastanawiałam się, czy w ogóle będę w stanie dotrwać do końca i czy nie lepiej byłoby, gdybym przerwała słuchanie. Ale można jednak przyzwyczaić się i do tego. A z pewnością było warto.
5/6

czwartek, 7 maja 2020

Dariusz Rosiak "Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista"



       Kupując tą książkę spodziewałam się, zgodnie zresztą z opisem wydawcy, rzetelnego portretu księdza Mieczysława Krąpca, byłego rektora KUL-u, wybitnego profesora filozofii, świetnego organizatora, który z małej uczelni, przeznaczonej do likwidacji, zrobił prężnie działający duży ośrodek naukowy, promieniujący na cały kraj. Okazało się, że M. Krąpiec zarejestrowany został jako tajny współpracownik PRL-owskich służb specjalnych. Zgłębienie dziejów tej postaci i próba ustalenia, czy rzeczywiście doszło do świadomej współpracy, a jeżeli tak, to jak to się mogło stać, mogło być fascynujące. Mamy przecież duchownego, autorytet moralny znany niegdyś w całym kraju. Książka mnie jednak nieco rozczarowała. Ojciec Krąpiec  i jego domniemana współpraca jest tylko jednym z podjętych wątków, tym samym więc temat jego osoby nie został jakoś szczególnie głęboko potraktowany, a  przynajmniej ja czuję w tym zakresie niedosyt.  Całość napisana jest w naprawdę ciężkim, nawet bardzo ciężkim  stylu i czyta się to źle. Bardziej tą książkę wymęczyłam, niż przeczytałam. W żadnym chyba momencie temat nie porywa, nawet gdy na kartach pojawia się Grzegorz Piotrowski, zabójca księdza Popiełuszki, nie robi się ciekawiej. Można natomiast dowiedzieć się wielu rzeczy na tematy historyczne, psychologiczne już znaczniej mniej.  

    Podczas czytania uświadomiłam sobie, że paradoksalnie więcej chyba wiem o czasach II wojny, niż o niektórych fragmentach dziejów PRL-u. Temat KOR-u, Solidarności, czy generalnie opozycji był tyle razy wałkowany w mediach, że wydawać by się mogło, że niczym już nie zaskoczy. Temat teczek i współpracy ze służbami PRL-owskimi również, niekiedy można było już mieć nim przesyt. Ale autor zajął się KUL-em, właśnie jego byłym rektorem, a także Januszem Krupskim, byłym działaczem opozycyjnym i byłym studentem KUL-u, a o tych postaciach nie miałam zielonego pojęcia. Często tak właśnie bywa, że wydaje się, że się już coś dogłębnie zna na tyle, że nie ma sensu tematu pogłębiać, a potem okazuje się, że ta nasza wiedza wcale nie była taka rozległa, jak wydawało się na początku. J. Krupski rzeczywiście był szalenie barwną postacią, mimo niewątpliwych zasług w działalności opozycyjnej nie zrobił po 1989r. żadnej kariery, miał swoje niezłomne zasady, a parcie w górę i wykorzystywanie do tego dawnych kontaktów było z nimi sprzeczne. 

    Autor usiłował zgłębić temat ojca Krąpca i jego domniemanej współpracy. Lektura utwierdza w przekonaniu, że rzeczywistość nie jest czarno - biała, że z reguły składają się na nią różne odcienie szarości. Im więcej wie się na temat relacji rektora z oficerem SB, z którym się spotykał, tym trudniej jest zająć jednoznaczne stanowisko w tym zakresie. Opisanie tej relacji też było szalenie trudne, bo z jednej strony nie można przecież kogoś potępiać, z drugiej zaś nie można relatywizować. Ciekawsze niż samo ewentualne potwierdzenie współpracy, było zajęcie się motywami księdza, gdy spotykał się z oficerem. 

   W tle pojawia się też wątek współpracy kleru ze służbami i również próba zgłębienia, dlaczego takie postawy miały miejsce. D. Rosiak rozmawiał na ten temat z dominikaninem, ojcem Józefem Puciłowskim, który zgłębiał to zagadnienie. Jak się okazało, wielu duchownych podejmowało taką współpracę, bo nie widzieli w tym niczego złego. Wywodzili się z biednych rodzin ze wsi, dla których socjalizm oznaczał awans społeczny i tamta władza kojarzyła im się dobrze. Jest też pokazana kwestia konfliktu dominikanów z prymasem Wyszyńskim. Generalnie jest tych zagadnień kilka, a każde potraktowane pobieżnie, niedosyt jest wiec tym większy.
4/6
    

czwartek, 30 kwietnia 2020

Bolesław Prus "Lalka" - audiobook, czyta Jarosław Gajewski





            "Lalka" jest idealnym audiobookiem, trwa długo i słuchając jej, całkowicie się odrywałam od rzeczywistości. Spodobała mi się zdecydowane, niewyobrażalnie wręcz bardziej, niż wtedy gdy czytałam ją w szkole. Dopiero teraz odkryłam masę rzeczy, które można dostrzec w trakcie lektury. Lektor czytając głośno, robi to znacznie dłużej, niż gdyby się czytało tekst dla siebie, nazwijmy to standardowo, po cichu. Słuchanie czytanego tekstu daje możliwość dłuższego  smakowania książki, pozwala odkryć ukryte dotąd znaczenia no i więcej rzeczy można zapamiętać.  

    "Lalkę" odebrałam tym razem jako powieść dla indywidualistów o indywidualiście. Każdy kto w jakimkolwiek aspekcie życia idzie pod prąd obowiązującym powszechnie wzorcom, będzie mógł z Wokulskim w większym lub mniejszym stopniu się utożsamiać. Wokulski żyje poza jakimikolwiek schematami. Miał okresy, kiedy było inaczej, ale nie dało mu to szczęścia, np. gdy był mężem Minclowej, wiódł pozornie niemal idealne życie, którego wiele osób mogło mu zazdrościć. Tylko sam Wokulski i Rzecki wiedzieli, jak strasznie się wtedy męczył i jak szalenie niezgodne było to z jego prawdziwą naturą. Prus zauważa podstawową prawdę, która jednak nie dla każdego jest jasna, tzn. że nie ma idealnego wzorca szczęścia dla wszystkich. Wokulski szuka cały czas swojego miejsca, ma problem z tym, aby je znaleźć, ale szanse ma cały czas. Jest przeciwieństwem poczciwego Rzeckiego, który nigdy nie miał pomysłu na swoje życie i funkcjonuje według zasady, że skoro jakoś tak wyszło, że został subiektem w konkretnym sklepie i mieszka w Warszawie, to niech już tak będzie do końca, a zastanowienie się, czy jest z tego zadowolony i ewentualne próbowanie jakichkolwiek zmian nawet nie przychodziło mu do głowy. 

    Prus pochylił się też nad tym, co często jest pomijane przez wielu pisarzy. Otóż stworzył bohaterów, np. właśnie Wokulskiego, prezesową Zasławską czy profesora Ghosta, których interesuje coś więcej, niż oni sami i czy ich rodzina. Osoby te patrzą szerzej, robią coś dobrego dla ogółu, narażają się przy tym na głupie uwagi czy obgadywanie za plecami. No bo kto widział, żeby przepisywać majątek na biednych, zamiast na krewnego nieroba, który błyskwicznie ten majątek przepuści. O takich postawach, reprezentowanych przez mniejszość, pisał B. Cywiński w "Rodowodach niepokornych".  Pisząc o robieniu czegoś dla innych mam na myśli robienie czegoś więcej, niż dawanie publicznie datku na cel, uznany powszechnie za godny, bo to niczego nie kosztuje, jest zwyczajem, wyrabianiem pewnej normy.

     Fascynujące okazało się dla mnie przyglądanie się charakterom ludzkim. Żadna postać nie jest tylko czarno - biała, nikt nie jest tylko dobry czy tylko zły. Nawet poczciwy Rzecki swoją głupotą narobił trochę złego, np. opowiadając pani Stawskiej wymyślone przez siebie nonsensy, że Wokulski się w niej kocha, dał jej niepotrzebną nadzieję i doprowadził do cierpienia. Większość bohaterów gdy już się ich pozna i uzna, że można ich jakoś zakwalifikować, w pewnym momencie wymyka się temu zaszufladkowaniu i robi coś, co wydaje się jakby do nich niepasujące. W jednych rzeczach są dobrzy, w innych niekoniecznie, a wszystko jeszcze się zmienia. Przykładowo taka hrabina Wąsowska, robiąca wrażenie pustej kokietki, kochającej się w Wokulskim, gdy po dłuższym czasie rzeczywiście zdała sobie sprawę z tego, że on jest szaleńczo zakochany w pannie Łęckiej, podjęła próbę ich pogodzenia, działając tym samym na swoją niekorzyść. Bohaterowie u Prusa bywają nieprzewidywalni, ulegają emocjom. Na żadnego z nich pisarz nie patrzy przez pryzmat stereotypów. Wszystko jest bardzo złożone.  Wokulski przyjaźni się z Suzinem, chociaż Suzin jest Rosjaninem i mógłby uchodzić, a w niektórych kręgach wręcz uchodzi za wroga. Dzięki Prusowi na Suzina patrzymy jak na człowieka, a nie jak na przedstawiciela zaborcy. Wokulski przyjaźni się też z Żydem, doktorem Szumanem i ma poprawne kontakty z innymi Żydami.  Każdy z nich jest inny. 

    O aspekcie irracjonalnym w powieści pisać nie będę, bo napisała o tym O. Tokarczuk w eseju "Lalka i perła", o którym pisałam tutaj. Powieść ta to też idealne źródło wiedzy o epoce, o tym jak wówczas żyli ludzie z różnych warstw społecznych, bogaci, biedni, wykształceni, niewykształceni. To jest też powieść o Warszawie, obecnie wielu przewodników oferuje oprowadzenie po trasie  śladami "Lalki". Taka trasa jest nawet opracowana przez miasto, są odpowiednie tablice.
    6/6
   
   
                   

sobota, 25 kwietnia 2020

Olga Tokarczuk "E.E."


    Pisząc o eseju O. Tokarczuk pt. "Lalka i perła" - tekst tutaj, wspomniałam, że autorka zwróciła w nim uwagę m. in. na to, jak wiele w "Lalce" Prusa jest tego, co w życiu irracjonalne i wymykające się spod kontroli rozumu. W "E.E." autorstwa samej już O. Tokarczuk, tego co wymyka się spod kontroli rozumu, jest szalenie dużo. "E.E." jest dla mnie powieścią o tym, co niewytłumaczalne, ale napisaną bez tandeciarstwa i bez naiwności. To książka o tajemnicy. Po przeczytaniu całości więcej jest pytań, niż odpowiedzi. Powieść jednocześnie jakby otwiera nas na to wszystko, co racjonalne nie jest, pozwala patrzeć na świat nie tylko przez pryzmat rozumu, ale tak jak jeden z bohaterów, który poczuł, że "wszystko staje się ważne i warte zbadania, nawet ludzkie pomyłki, rozkojarzone marzenia senne, przypadki, zbiegi okoliczności." 

    Książka jest jedną z wcześniejszych pozycji w dorobku noblistki, ale już wtedy autorka potrafiła zaintrygować i napisać tak, że nie da się tego zapomnieć. "E.E." opowiada o młodej dziewczynie, Ernie, która uchodziła w najbliższym otoczeniu za medium. Z udziałem dziewczynki prowadzone były seanse spirytystyczne, a ich uczestnicy uważali, że rzeczywiście dzięki Ernie dochodzi do kontaktu z duchami bliskich im zmarłych. Wychodzi co prawda na jaw, że w kwestiach spadających rzekomo samorzutnie przedmiotów Ernie nieproszone "pomagały" jej siostry bliźniaczki, ale w pozostałych elementach już nie. Ewentualne kontakty z duchami nie są jedynymi niejasnymi fragmentami powieści. W innych fragmentach Erna np. ma przeczucia, ale też nie potrafi ich jasno wyartykułować, np. patrzy się na lodowisko na rzece, zafascynowana sama nie wie czym i wydaje jej się, że lód się zapada  i dzieci wpadają pod niego. Ale też nie jest pewna, czy rzeczywiście to widzi, czy jej się tylko tak wydaje, nie wie, kiedy coś takiego nastąpi i czy w ogóle nastąpi. Opiekunka musiała ją na siłę ciągnąc do domu, a lód rzeczywiście się załamał i to zgodnie z wizją, ale nie tego dnia.

   Każdy z pewnością zetknął się w życiu z czymś irracjonalnym. Z reguły też nie wiadomo,  co z tego zdarzenia czy zjawiska ma wyniknąć, co mamy robić. W dzieciństwie rzeczywiście zauważało się więcej takich rzeczy, potem bardziej brakuje czasu, albo nie zwraca się już na nie uwagi, niekiedy też na siłę się je racjonalizuje lub bagatelizuje. "E.E." pozwala poczuć tamten klimat, zastanowić się np. minionym snem, nad przeczuciami czy nad rzekomymi zbiegmi okoliczności. 

    Poza opisaną sferą powieść oferuje jeszcze więcej. Jest oczywiście motyw podróży, matka Erny wraz z wszystkimi dziećmi zawsze spędza wakacje na wsi i to tam, dalej od domu ma czas i chęć, aby przyjrzeć się z perspektywy swojemu życiu i zrobić bilans minionego roku, oswoić się z przemijaniem. Portret rodziny Erny też zasługuje na uwagę, pozornie rodzina jest udana, ale po bliższym przyjrzeniu się ukazują się rysy, momentami szkoda jest nawet Erny, zmuszanej do uczestnictwa w seansach spirytystycznych przez matkę, która chce popisać się córką przed sąsiadami i innymi znajomymi. Niemiecki Wrocław sprzed I wojny też ma swój urok.
5/6  

środa, 22 kwietnia 2020

Krzysztof Bochus "Czarny manuskrypt" tom I z Christianem Abellem


 
      Jestem fanką kryminałów retro i był to już najwyższy czas, aby po powieści K. Bochusa sięgnąć. Autor, były dziennikarz, zadebiutował jako powieściopisarz w wieku 62 lat i to z sukcesem. Naprawdę warto było zobaczyć, co ma do powiedzenia ktoś, kto udowodnił, że nigdy nie jest za późno.   
    
    Książka jest oryginalna i to pod kilkoma względami. Wydarzenia rozgrywają się w okresie dwudziestolecia międzywojennego w Kwidzyniu, w tamtym czasie zwanym Marienwerderem i w Malborku, wówczas Marienburgu. Z racji tego, że tereny te wówczas były niemieckie, powieść napisana jest z punktu widzenia niemieckiego, Niemcami bowiem są główni bohaterowie. I prosty zabieg ten wystarcza do tego, aby inaczej już patrzeć chociażby na Zakon Krzyżacki, utożsamiany u nas jedynie z grabieżami, mordami i bitwą pod Grunwaldem. W książce są bohaterowie, którzy dziejami zakonu się fascynują i dostrzegają w nim to, co u nas jest pomijane, tzn.  rzeczywiście ponadprzeciętne walory, w tym erudycję, jak to określił autor "umiejętność  podnoszenia się z kolan i przekuwania porażek w zwycięstwa", świetną dyplomację. Zamek w Malborku jest  unikalny na skalę światową, a gdyby z kolei w dwudziestoleciu nie doszło do renowacji wielu dzieł sztuki i murów, to nie  wiadomo, czy zamek przetrwałby II wojnę. A renowacją zajmowali się przecież Niemcy i zrobili to najlepiej, jak umieli.   

   Książce towarzyszy aura tajemnicy, zabity zostaje ksiądz, zabójstwo przypomina rytualne, niedługo potem pada drugi trup. W tle z kolei widać jednocześnie, że w siłę rośnie NSDAP i związani z nią ludzie, a w praktyce  wygląda to tak, że tępe osiłki podnoszą głowy i chcą rządzić miastem, nie licząc się z nikim i z niczym. Narasta antysemityzm. Na uwagę zasługuje też główny bohater, czyli radca kryminalny Christian Abell. Jest inteligentny, przystojny, błyskotliwy, zna się nie tylko na swojej pracy, ale też i na sztuce, rozszedł się z żoną, a w Kwidzyniu mieszka jego dawna miłość. "Czarny manuskrypt" nie jest na szczęście harlekinem. Radca ma też korzenie polskie po babce. Przy okazji snutej opowieści kryminalnej można dowiedzieć się sporo i o historii zamku w Malborku, a także i o sztuce, np. o Anselmie Feuerbachu. Są również i Polacy, nie zajmują żadnych stanowisk, są dyskryminowaną mniejszością, postrzeganą jako  nieroby i złodzieje. 

    To natomiast, czego mi brakowało podczas czytania, to lekkość stylu, dzięki czemu powieść można wręcz chłonąć. "Manuskrypt" mnie niestety nie wciągnął. Czytałam jakby z boku, a o zapomnieniu o otaczającej rzeczywistości w ogóle nie było mowy. Powieść ta jest jednak pierwszą w dorobku Krzysztofa Bochusa, a następne, w tym również z cyklu z radcą Abellem, czytelnikom podobały się jeszcze bardziej. Myślę więc, że to kwestia wyrobienia się jako powieściopisarza, no i wprawy. Łopatologiczne wywody na temat krzyżaków pasowałyby z kolei bardziej do poręcznika, niż do powieści. Lepiej zdecydowanie byłoby, gdyby te historyczne informacje wplecione zostały w akcję w inny, bardziej przystępny sposób, tak aby nie zaburzało to tempa wydarzeń. Nie najlepiej wypada też psychologia, poza znaną tezą, że natura ludzka jest zdolna do wszystkiego i że od wieków rządzą nią te same prawa, głębszej psychologii tam nie ma. 

    "Manuskrypt" całkiem nieźle prezentuje się na tle innych kryminałów retro. Niedoścignionym wzorem jest dla mnie Marcin Wroński i jego gorzki cykl z Zygą z akcją osadzoną w dwudziestoleciu międzywojennym, w którym nie ma niczego w rodzaju wykładów historycznych, a wcześniejszej niż akcja wydarzenia, np. wojna z 1920r. są zasygnalizowane np. we wspomnieniach, czy rozmowach. Zasygnalizowane są zaś zaś tak, że naprawdę wiele można się dowiedzieć, a wiedza ta nie jest standardowa. I u Wrońskiego nie ma udziwnień, zabójca zabija w najprosztszy możliwy dla niego sposób, np. dusząc i z reguły z prozaicznych przyczyn, starych jak świat, np. zemsta. Podobne atuty mają kryminały Marka Krajewskiego, również o tym samym okresie. I u Wrońskiego i u Krajewskiego nie ma żadnych stereotypów w opisywaniu postaci, większość bohaterów umyka prostym schematom i nie daje się jednoznacznie zakwalifikować, wszystko jest  prawdziwe. Kryminały z kolei Rhys Bowen z akcją osadzoną w Nowym Jorku sprzed 100 lat, są już z innej półki, ale czytają się fenomenalnie. Też nieźle czyta się Akunina i jego cykl z Ernestem Fandorinem, też sprzed 100 lat, chociaż momentami bilsko jest grafomanii. Jakub Szamałek jako archeolog z wykształcenia ze strożytnością też super sobie poradził, jego książki to kopalnia wiedzy. I szczególnie wyróżniłabym w tym zakresie niezrównaną Agatę Christie i jej retro kryminał ze starożytnym Egiptem, istną perełkę pt. "Zakończeniem jest śmierć", w którym idealnie pokazała, że ludzie sprzed tysięcy lat w istocie nie różnili się od nas ani sposobem myślenia, ani uczuciami i targały nimi takie same emocje.     

    Po kolejny tom K. Bochusa z pewnością jednak sięgnę. 
4/6

sobota, 11 kwietnia 2020

Olga Tokarczuk "Lalka i perła"


     Zastanawiałam się, czy jest tu sens pisania o "Lalce i perle", nie jest to przecież odrębna powieść, tylko esej o "Lalce" B. Prusa. Rozważania O. Tokarczuk są jednak tak wnikliwe, a spojrzenie na powieść z XIX wieku tak unikalne, że szkoda byłoby to dzieło pominąć. Sięgnęłam właśnie po ten esej, gdy zaczęłam miesiąc temu słuchać "Laki" jako audiobooka i bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że nieco inaczej patrzę już na "Lalkę". O swoich refleksjach o samej powieści napiszę po odsłuchaniu całości. 


      Jestem pod gigantycznym wrażeniem rozważań O. Tokarczuk. Ostatnio panuje moda na czytanie reportaży, a wielu czytelników uważa, że tylko z literatury faktu można się czegoś ciekawego dowiedzieć, powieść zaś kojarzy im się z czymś gorszym, z wymyśloną historią bez wartości. O. Tokarczuk już w przemówieniu noblowskim ujęła się za powieścią, a w tym fenomenalnym eseju pokazuje, jak wiele właśnie z powieści można się dowiedzieć, nie wspominając już o samej przyjemności czytania. 

     Przeważająca większość czytelników, w tym również i ja w czasach szkolnych, kojarzy "Lalkę" z historią obsesyjnej miłości Wokulskiego do Izabeli. Noblistka zaś pisząc o tym dziele najmocniej skupia się na tym, co jest irracjonalne, niewytłumaczalne, symboliczne, a wbrew pozorom właśnie takich elementów jest w "Lalce" naprawdę sporo, a także na tym co ma związek z wewnętrznym rozwojem człowieka i wypełnianiem przez niego własnej misji. Zasygnalizuję tutaj te myśli, które wydały mi się najbardziej godne zastanowienia. Mogą one zabrzmieć banalnie, będą wyrwane z kontekstu, esej jest zwięzły, a przepisywanie go jest przecież pozbawione sensu.  

     "Lalka" zdaniem O. Tokarczuk jest dziełem wybitnym. Po czym zaś rozpoznać można dzieło wybitne? Robi ono na czytelniku wrażenie przybliżania się do jakiejś tajemnicy, wywołuje oszołomienie, zadziwienie, niepokój. Każdy doświadcza tych odczuć na swój własny sposób. Postacie są tak skonstruowane, że można się z nimi identyfikować, każdy z kim innym. Autor zaś jest kimś wtórnym, dzieło bowiem robi wrażenie, jakby pochodziło skądś wyżej, może przerastać autora, tak jakby autor opisywał coś, co już istniało gdzieś wcześniej, jakby po prostu było mu podyktowane przez siłę wyższą. 

    "Lalka" opowiada historię przemiany, jest nie o miłości do Izabeli, bo to jest tylko pewna forma, ale o podróży wewnętrznej człowieka. Wokulski wybija się ponad masę i staję się coraz większym indywidualistą, wyróżnia się od zbiorowości. Czuje się jako Obcy w tym świecie. Jest to "Obcość, która daje możliwość pozostawania w dialogu z bóstwem. Obcość, która dzięki bolesnemu dystansowi do świata pozwala widzieć więcej i szerzej". "Obcość, dzięki której Obcy jest poruszany i motywowany z góry".  

     Jest pełen sprzeczności. Robi się coraz bardziej empatyczny i wobec innych ludzi, zwierząt, a nawet i roślin. Na początku drogi, a jednocześnie tej swojej przemiany interesował się właściwie tylko swoim rozwojem intelektualnym, potem Izabelą i zdobyciem majątku dla niej, a potem dopiero zaś pojawiło się zainteresowanie i współczucie dla innych. Autorka cytuje te fragmenty "Lalki",  w których Wokulski słyszy jakby głos, dla niej jest to głos Boga i to z nim bohater toczy dialog. 

     Zwraca też uwagę, że dla rozwoju wewnętrznego Wokulskiego kluczowe były podróże, jedna prowadziła na Powiśle, gdzie spotkał się z ludzką nędzą i tam po raz pierwszy doznał totalnego współczucia dla wszystkiego, co go otaczało. Konsekwencją tego było potem pomaganie innym, począwszy od furmana Wysockiego. A druga podróż wiodła do Paryża, gdzie z kolei zetknął się z profesorem Geistem i zainteresował się badaniami naukowymi, ale też szalenie dużo myślał, coś wspominał, zaczął mieć przeczucia, pojawiły się zachwyty, "w racjonalnym nastawieniu Wokulskiego pojawiła się szczelina". Chociaż żaden fragment książki nie mówi wprost, aby Wokulski był religijny, O. Tokarczuk zauważa, że "prowadzi go instynkt religijny, silna potrzeba transcendencji, która wyróżnia go od "wydrążonych ludzi" jego czasów". 

       To co zasygnalizowałam to tylko wierzchołek góry lodowej, rozważań autorki, żeby w pełni doświadczyć tego, o czym ona pisze, warto sięgnąć po tą malutką książeczkę.  Na końcu eseju O. Tokarczuk zamieszcza "Hymn o perle" Miłosza, to właśnie do tej perły nawiązuje tytuł eseju.  
6/6

niedziela, 5 kwietnia 2020

Peter Zuckerman , Amanda Padoan "Pochowani w niebie. Niezwykła historia Szerpów i największej tragedii na K2"


   Parę tygodni temu przeczytałam "Bez powrotu. życie i smierć na K2" o tragicznych wyprawach na K2 w 2008r., a z racji tego że książka  pozostawiła we mnie spory niedosyt, znalazłam inną pozycję o tym dramacie. "Pochowani w niebie" pokazują, jak można pozornie  znany już temat przedstawić tak, że wydarzenia postrzega się już zupełnie inaczej. Do tej pory podczas opisywania wypraw całkowicie pomijani byli Szerpowie, można było co najwyżej znaleźć wzmianki, że w ogóle byli, ewentualnie że coś robili źle, albo że któryś z nich zginął. A gdy już zginął, media nie podawały nawet nazwiska, tak że rodziny mogły jeszcze przez wiele dni nie wiedzieć, czy czyjś mąż, ojciec, czy brat przeżył. Autorzy "Poległych w niebie" właśnie Szerpów uczynili głównymi bohaterami. I całość wygląda zupełnie inaczej. Punkt widzenia Szerpów na wyprawę nie zawsze jest mile widziany przez pozostałych, ale to Szerpowie najlepiej widzą butę i chamstwo niektórych wspinaczy. To właśnie Szerpowie dostrzegają nadal silnie występujący u białych rasizm i wiążące się z nim poczucie wyższości, nawet wtedy gdy uczestnicy wyprawy nie mają tego świadomości. 

    Autorzy opisują chociażby sytuację, gdy jeden z Szerpów już podczas wspinaczki bardzo poważnie zachorował, a był na tyle wysoko, że nie był w stanie samodzielnie zejść. Żaden z członków kilku wypraw nie wyraził chęci, aby pomóc, a wtedy jeszcze warunki były dobre, wszyscy byli w znakomitej formie, tyle tylko że szykowali się powoli do ataku szczytowego i konieczność udzielania pomocy mogła postawić pod znakiem zapytania wejście na szczyt. Co gorzej, gdy jeden z Szerpów zdecydował się na pójście na ratunek to nie tylko ostatecznie nikt do niego nie dołączył, ale ten ratujący przez 2 godziny chodził po bazie,  chcąc pożyczyć sprzęt do wspinaczki, nikt nawet tego nie chciał zrobić.  Autorzy dali pod rozwagę pytanie, czy ta sytuacja wyglądałaby tak samo, gdyby pomocy potrzebował np. Amerykanin  czy Norweg. Gdy wyprawa już się zakończyła, to do tej konkretnej sytuacji mało kto wracał, nie było roztrząsania, dlaczego nikt nie chciał pomóc. 

    Na K2 w 2008r. rozegrały się czyny niewyobrażalnie bohaterskie, ale miały też miejsce zwykłe świństwa. Przyjęty punkt widzenia pozwala na wgląd w motywy, jakimi kierowali się bohaterowie. Jeden z nich np. pomógł, bez cienia wątpliwości narażając się na śmierć, bo nakaz taki wypływał z wyznawanej przez niego z religii, w tym przypadku z islamu. Wiadomo, jak u nas postrzega się islam. Książka w wielu miejscach łamie utarte schematy myślenia.

   W porównaniu do "Bez powrotu", "Pochowani w niebie" są zdecydowanie lepiej napisani, dużo bardziej wciągają, jedynie za obszerne są fragmenty początkowe o Szerpach, ich pochodzeniu, sytuacji w regionie itp. Są zdjęcia, czarno -białe, ale lepsze takie, niż żadne, są mapki i szkice, a na nich naniesione bazy. Autorzy wykazali się też większą odwagą przy pisaniu. W "Drodze bez powrotu" autor bał się kategorycznych wniosków przy opisie sytuacji, które budzą kontrowersje z uwagi na sprzeczne wersje uczestników. Tutaj P. Zuckerman i A. Padoan również przytaczają źródła, ale zajmują stanowisko, analizując zapewne wcześniej te różne wersje. Przykładowo ledwo żywy wspinacz dowlókł się do obozu i próbował dostać nocleg we względnie, jak na tamte warunki, komfortowym namiocie z dwoma osobami. Po usłyszeniu "wynocha", co skazywało go na śmierć,  zajrzał do drugiego namiotu, gdzie było trzech mężczyzn, ale przyjęto go, chociaż wiadomo było, że wszyscy noc spędzą na siedząco, na położenie się miejsca już nie było. Autorzy nie bali się wprowadzić tego "wynocha" do książki. 

   Co więcej pokazane są też losy uczestników i ich rodzin po wyprawie. I nie ogranicza się to standardowych wzmianek rodzin tych, co zginęli, typu "to był wspaniały człowiek", czy "bardzo nam go brakuje" itp. Pokazane jest, jak trudne może być życie kogoś, kto przeżył, jakie wątpliwości ludzie ci mogą mieć i jak odnosi się do nich otoczenie, sugerując, że może czegoś zaniedbali, nie pomogli. Jeden z bohaterów np. się rozpił i zaczął przypominać menela. Jest też wzmianka o tym, jak to Koreańczycy, najbardziej butna wyprawa pod kierownictwem niebywale aroganckiego człowieka, odlatywała z bazy pod K2 śmigłowcami. Gdyby odeszli stamtąd tak, jak inni, a pieniądze na te śmigłowce przekazali rodzinom zmarłych, dzieci tych, co zginęli byłyby ustawione finansowo do końca życia.
5/6