Autorka
opowiada o luksusie w PRL, ale bynajmniej nie tylko o luksusie materialnym. To
dosyć krzywdzące dla książki utożsamianie jej tylko z opisami tego, czego w PRL
brakowało.
wtorek, 9 stycznia 2018
sobota, 6 stycznia 2018
Książki roku 2017
Jak zwykle zastanowiłam się nad tym, które z
przeczytanych książek okazały się najważniejsze, najbardziej wzbogaciły, dały
najwięcej do myślenia. Tak jak i w poprzednich latach biorę pod uwagę książki,
które przeczytałam w minionym roku, data wydania tej książki nie ma znaczenia. I
nie podsumowuję odrębnie poszczególnych gatunków literackich, typu – to powieść,
to reportaż itp. I nie wprowadzam też odrębnego podsumowania literatury
polskiej i zagranicznej.
sobota, 30 grudnia 2017
Mario Giordano „Ciotka Poldi i sycylijskie lwy”
„Ciotka
Poldi i sycylijskie lwy” to momentami przynudnawa
i z naiwnie skonstruowaną akcją powieść o ogromnej dawce radości życia z
niebanalną 60-latką w roli głównej. Podkreślić należy, że owa 60-latka, czyli
tytułowa Poldi to kobieta z tak olbrzymim temperamentem, że mogłaby go jej pozazdrościć
niejedna dwudziestolatka. Ubiera się seksownie, dość mocno się maluje, podrywa
facetów, jest bardzo atrakcyjna, alkohol pije niemal litrami i do tego nie jest
głupia, aczkolwiek do panny Marple z powieści Agaty Christie, sporo jej
brakuje. Zalet powieść ma sporo, wad równie dużo. Nie mogę jednak pojąć, jak
znalazło się tylu patronów medialnych i to tak poważnych, w tym kilka portali o
literaturze. Aż takich zachwytów nie podzielam.
Poldi, Niemka, wdowa, mniej więcej w
okolicach swoich 60-tych urodzin przyjechała na Sycylię, gdzie mieszkała część
jej rodziny. Kupiła tam dom, odremontowała go, a gdy jeden z jej pracowników
został zamordowany, zdecydowała się na przeprowadzenie śledztwa w tej sprawie.
Intryga kryminalna do wciągających zbyt mocno nie należy. Mimo opisów
temperamentnych Sycylijczyków i samej Sycylii momentami czytałam niemal na
siłę. Psychologia postaci jest płyciutka, opisy wyspy i panującej tam
obyczajowości też głębokie nie są.
Atutem książki jest właśnie temperamentna
Poldi i z tego względu lektura to zapewne świetna rzecz na chandrę. Do najbardziej zabawnych fragmentów należały te,
kiedy to nasza ekscentryczka zabrała się za podryw komisarza miejscowej
policji, Montanę. Facet co prawda nie przejawiał żadnych widocznych oznak
zainteresowania jej osobą, ale Poldi była uparta i fakt, że to ona miała być tą
uwodzącą, a nie mężczyzna, w żaden sposób jej nie przeszkadzał. Przeżyła moment
załamania, gdy na plaży dojrzała Montanę w towarzystwie młodej i atrakcyjnej
kobiety, a ich zachowanie wskazywało na to, że mogą być parą, ale załamanie to
trwało krótko. Poldi nie przejęła się nawet zbytnio, gdy Montana, przyparty już
później przez nią do przysłowiowego muru, wyznał jej, że rozumie jej uczucia, ale wybiera tamtą. Poldi zakomunikowała mu wówczas,
że to co on mówi, to są bzdury i że on nie rozumie, że potrzebuje jej, Poldi, a
nie tamtej kobiety. Książka jest warta
przeczytania już chociażby z powodu tego właśnie wątku i po to, aby przekonać
się, jak się to skończy. Dla osób w wieku zbliżonym do głównej bohaterki
powinna to być lektura obowiązkowa.
Oprócz tego powieść jest bardzo pozytywnie
niepoprawna jeszcze pod innym względem. Zarówno sama Poldi, jak i inni
bohaterowie nie zwracają jakiejkolwiek uwagi na względy zdrowotne. Ona kocha słońce, alkohol, cukier.
Nie interesuje się tym, czy jest to dobre dla zdrowia, czy jest rakotwórcze lub
czy może wywołać inne choroby. Wie, że lubi określone rzeczy i już. Teraz, gdy
panuje obsesja zdrowotności i mania odchudzania się, gdy ludzie odmawiają sobie
wielu przyjemności, bo być może kiedyś im to zaszkodzi, przedstawiony przez
autora dystans do życia w takimi rygorze, jest świetnym pomysłem.
4/6
czwartek, 21 grudnia 2017
Igor Ostachowicz „Noc żywych Żydów” – audiobook, czyta Tomasz Sobczak
Książka
Ostachowicza zapowiadała się świetnie. Gdy o niej usłyszałam, wiedziałam, że sięgnąć
po nią muszę. Tomasz Sobczak też bardzo tekstowi pomaga. Ale rozczarowanie było
spore.
Sam pomysł opierał się na tym, że we
współczesnej Warszawie pojawili się Żydzi, konkretnie rzecz biorąc były to
trupy Żydów, które żyły. A ludzie ci zmarli bądź zginęli w czasie II wojny.
Pojawili się najpierw w piwnicy domu głównego bohatera, potem u niego w
mieszkaniu, a jeszcze później to chodzili po całej Warszawie, a szczególnie upodobali
sobie galerię handlową Arkadię. Przez długi czas nie wiadomo, co spowodowało, że
Żydzi ożyli, nie wiadomo, czego chcą, jak długo zamierzają przebywać wśród żywych.
Opisanie tego wyszło autorowi znacznie gorzej, niż sam pomysł.
niedziela, 17 grudnia 2017
Agata Christie ( jako Mary Westmacott ) „W samotności”
Powieści
wydane przez Agatę Christie pod pseudonimem Mary Westmacott różnią się
zasadniczo pod względem treści i formy od tych, które przyniosły jej sławę. Ta
konkretna powieść jest wspaniała. Ale
nie ma w niej ani Herculesa Poirot`a, ani panny Marple, nie ma tez zabójstwa,
ani śledztwa. Gdy Królowa Kryminału zapragnęła odpocząć od konwencji powieści
detektywistycznej, pisała właśnie jako Mary Westmacott. A „W samotności”,
wydawane również pod tytułem „Samotna”, czy „Samotna wiosną” jest chyba jedną z
ważniejszych. W „Autobiografii” Christie wspomniała, że tą właśnie książkę
pisała jak w transie, jakby pod wpływem natchnienia i że jest z niej bardzo
zadowolona. Nie jest to oczywiście dosłowny cytat z „Autobiografii”, ale
kwintesencja wypowiedzi. I to się daje odczuć przy lekturze. To klasyczny
przykład, jak właśnie w stosunkowo lekkiej formie można przekazać poważny
przekaz. Książkę się wręcz pochłania, ten trans pisania jakby udzielał się czytelnikowi
podczas lektury, a przynajmniej ja tak miałam. Sięgałam po nią z pewna dozą
rezerwy, bo w końcu na temat jej powieści obyczajowych nie słyszałam peanów
pochwalnych. Ale moja opinia jest w pewnym sensie takim pochwalnym peanem.
Powieść nie jest obszerna, a mając na względzie, że czyta się ją wyjątkowo
lekko, wystarczy na jej lekturę jeden wieczór.
piątek, 15 grudnia 2017
Varujan Vosganian „Księga szeptów”
W
ubiegłym roku odkryłam literaturę środkowoeuropejską, tzn. zaczęłam ją
czytywać. Idąc tym tropem sięgnęłam po „Księgę szeptów”, której autor, Ormianin
z pochodzenia, jest laureatem Angelusa, czyli nagrody dla najlepszej książki
właśnie z regionu Europy Środkowej i jest też kandydatem do literackiego Nobla.
O Ormianach wiedziałam naprawdę bardzo niewiele, co nieco z historii, o
ludobójstwie i to w jedynie w ogólnym zarysie, o kulturze prawie nic. Sama
jestem zadziwiona swoją ignorancją w tym zakresie, z jednej strony o Zachodzie
Europy wiem sporo, a o tym, co bliższe - dużo, dużo nic. Za każdym razem, gdy przełamuję ten opór
przed tą literatura środka, uświadamiam sobie, że naprawdę warto. Zawsze jestem
bardzo pozytywnie zaskoczona, w stylu: nie wiedziałam, że tam mogą mieć tak
dobra literaturę. Konsumpcjonizm w tej
części Europy jest mniejszy, problemy mniej wydumane, pisarze mają o czym pisać.
Autor pochyla się nad Ormianami, którzy na początku ubiegłego stulecia
mieszkali na terenie Turcji, potem zaś osiedli na terytorium obecnej Rumunii.
„Księga szeptów” jest lektura porażającą, z
pewnością to jedna z najlepszych pozycji, jakie czytałam w tym roku. Ostatnio
takie wrażenie wywarł na mnie Domosławski. Język, jakim całość została
napisana, jest przepiękny, co oczywiście też jest m. in. zasługą tłumacza.
Autor umie pisać, ma talent. A co do treści to książka jest trudna do
zdefiniowania. Nie jest to powieść ani autobiografia, ani traktat historyczny.
To wspomnienia i to bardzo luźne i co charakterystyczne, dotyczące i rodziny,
znajomych, sąsiadów i jeszcze historie całej masy osób, które autor zna tylko
ze słyszenia. Większość to ustne opowieści, przez dziesiątki lat z uwagi na
uwarunkowania historyczne, przekazywane z pokolenia na pokolenie szeptem, stąd
właśnie tytuł – „Księga szeptów.” Są to historie, dotyczące narodu
ormiańskiego, indywidualne oczywiście też. Losy osób, które np. emigrowały dość
szybko, są jedynie zasygnalizowane.
Najwięcej miejsca poświęcone jest tym,
który przeżyli koszmar ludobójstwa i
dwie wojny oraz komunizm, właśnie w Europie. Losy Ormian w XX wieku były
przerażające, w czasie I wojny nieliczni przeżyli ludobójstwo. Ofiar według
było około 1,5 miliona. O ile o holocauście wszyscy niemal wiedzą wszystko, to
o Ormianach mało kto wie. Potem II wojna i komunizm, którą pisarz jako dziecko
przeżył w Rumunii. Książka szalenie rozszerza horyzonty. I nie pozostawia
obojętnie emocji.
Podczas czytania odnosiłam wrażenie, że
czuję niemal zapach orientalnych przypraw, jakimi niegdyś Ormianie handlowali.
Tak samo, czułam niemal smak tradycyjnych potraw ormiańskich, chociaż nigdy ich
nie próbowałam, opisy były tak wymowne. To samo było z muzyką, ich muzyką.
Motyw, który przewija się przez cała książkę, to konwoje. Ormianie wysiedleni
ze swoich wiosek i miasteczek na terenie Turcji, w czasie I wojny byli z nich wyganiani, a potem
pędzeni w konwojach, nazywanych konwojami śmierci przez pustynie. Jedynym celem tej operacji
było ich unicestwienie i pozbycie się mniejszości narodowej.
Książka wbrew pozorom nie nuży.
Opowiedzianych historii jest wiele. I mimo wspólnego mianownika, czyli
straconych szans, przeżytego przez nielicznych piekła , historie te są i
zaskakujące i budzące uwagę. Można poczytać chociażby o zamachach na Turkach,
uznanych nieformalnie przez Ormian za winnych ludobójstwa. W świetnym filmie
„Monachium” opowiedziana jest historia Żydów, a właściwie grupy likwidacyjnej,
wykonującej wyroki śmierci na
organizatorach mordu na sportowcach żydowskich w Monachium. Nie wiem
oczywiście, na ile historia z filmu jest zgodna z prawdą historyczną. Podobne
historie, tylko nienagłośnione, kryje też historia Ormian. Mowa jest i o aktach bohaterstwa i podłości.
Sporo jest też o życiu codziennym, o obyczajowości, o miłości.
Całość jest niezwykła. I daje naprawdę dużo
do myślenia, o tym chociażby jak bardzo wybiórcze jest podejście do historii
Europy i świata, pewne kwestie są eksponowane, inne zaś powoli ulegają
zapomnieniu, albo co najmniej marginalizowaniu.
I każdy niemal ulega takiemu trendowi, takiemu wpisywaniu się w ten
schemat.
6/6
sobota, 9 grudnia 2017
Bronnie Ware „Czego najbardziej żałują umierający”
Autorka
książki przez około 10 lat pracowała jako opiekunka osób starszych i
niedołężnych, właściwie już umierających. Książka zaś jest autobiografią, w
której opisane są również kontakty z tymi umierającymi. Wbrew powszechnym
zachwytom nie zauważyłam jednak w tej pozycji żadnych nadzwyczajnych porad,
niczego co nie byłoby już wiadome. Bronnie Ware przywołuje sylwetki swoich podopiecznych,
każdy z nich miał swoje doświadczenia i każdy z nich zwierzał się jej ze swoich
przemyśleń.
Ktoś, kto nie żył zgodnie ze swoimi
pragnieniami, tylko tak, jak chciało otoczenie, żałował braku odwagi. Inna
kobieta, która nie miała żadnych znajomych, tuż przed śmiercią zaczęła żałować,
że kontakty z przyjaciółmi z przeszłości
się urwały. Mężczyzna, wdowiec, z kolei zaczął żałować, że nie przeszedł
wcześniej na emeryturę i że nie zdążył z
żoną wybrać się w dłuższą podróż. Jeszcze ktoś inny pouczał Bronnie, że nie należy
przejmować się drobiazgami, inny że najważniejsza jest miłość, że należy
okazywać innym swoje uczucia, że należy próbować osiągnąć szczęście.
Jak
na mój gust nie są to rzeczy szczególnie odkrywcze, a część tych porad w ogóle
wydaje mi się wątpliwa. Kwestia terminu przechodzenia na emeryturę jest
przecież sprawą indywidualną, coś, co dla jednego może być zbawienne, dla
innego może okazać się zabójcze. Jedni świetnie się czują, pracując dłużej,
jeszcze inni prawie całe zawodowe życie marzą o emeryturze. Poza tym tego rodzaju konkluzje są powszechnie
znane, problem tylko tkwi w praktyce, tzn. w przejściu z teorii do praktyki. Każdy
przecież wie, że nie powinno się przejmować drobiazgami, tylko nie do końca wiadomo,
jak to osiągnąć. Na wcielenie w życie innych porad często brakuje czasu, albo
jakoż tak wychodzi, że robi się inaczej, niż się powinno.
W
sumie dla mnie książka nie okazała się zbyt odkrywcza. Napisana jest ponadto z
dziwną manierą, autorka każdą napotkaną osobę
określa jako wspaniałą. Wszystkich znajomych nazywa przyjaciółmi. Opisując
prace przy chorych wszystkie wykonywane czynności wspomina jako realizowane z
ochotą, bez ociągania się czy nawet minimalnego wstrętu. Brzmi to trochę
nienaturalnie. Elementy autobiograficzne, które wbrew tytułowi, nie mają nic
wspólnego z umierającymi, zajmują sporo
miejsca. Zanim czytelnik dotrze do pierwszego podopiecznego, musi przebrnąć
kilkadziesiąt stron. Na końcu zaś znowu jest niezwykle obszerny opis, jak to
autorka podjęła pracę w więzieniu dla kobiet i gdzie uczyła je tworzyć
piosenki. Książka napisana jest w duchu: świat jest świetny, jeśli tylko ktoś czegoś
chce, z pewnością to osiągnie, środki na osiągniecie celu same się znajdą. Wszystko
jest jasne i proste. Za dużo jest o autorce, za mało o umierających,
przemyślenia nie są szczególnie głębokie.
2/6
czwartek, 7 grudnia 2017
Clive S. Lewis „Opowieści z Narnii” cz. I „Lew, czarownica i stara szafa” – audiobook, czyta Jerzy Zelnik i Agnieszka Greinert
„Opowieści
z Narnii” klasyfikowane są jako książka dla dzieci i młodzieży. Odstręcza to
wydatnie od tej pozycji dorosłych. A nie każdy przecież miał Opowieści jako
lekturę. Istnieje więc zapewne spore grono osób, które książki tej nie czytały
i nie sięgną po nią nigdy, po przecież nie są już dziećmi. I koło się zamyka. Spotkałam
się ze stwierdzeniem, że nie ma literatury dziecięcej i dla dorosłych, jest
literatura dobra albo zła. W tym przypadku jest to lektura wyśmienita i nie
tylko dla dzieci czy młodzieży.
Interpretacja
audiobooka, szczególnie w wykonaniu Agnieszki Greinert jest typowo dziecięca, a
nawet wręcz infantylna, co dorosłemu może ten odbiór utrudniać. Greinert czyta tak, jakby słuchaczami były
naprawdę bardzo małe dzieci. Ale da się przez to przebrnąć, całość jest
przecież króciutka, audiobook trwa zaledwie 4,5 godziny. Greinert czyta partie dziewczynek i kobiet, Zelnik chłopców
i mężczyzn, a narracją się dzielą. To dość
oryginalne posuniecie, jeszcze się z takim nie spotkałam.
Jeśli
ktoś nie zna tej pozycji, to powinien koniecznie po nią sięgnąć. A jeśli ktoś
zna, warto lekturę odświeżyć. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, jest walka
dobra ze złem, jest odwaga, lojalność, ale i zdrada i tchórzostwo. Dorośli od
razu wyłapią analogie do religii chrześcijańskiej i do postaci z Ewangelii. Ten
króciutki utwór, chociaż nie ma w sobie bezpośredniego i nachalnego dydaktyzmu,
może bardziej przemówić do serca, niż
niejedna książka religijna czy kazanie. Lewis był przecież wielkim piewcą chrześcijaństwa,
nie tylko tutaj. Całość opowiedziana jest szalenie interesująco. A ponieważ
wydarzenia w Narnii dla czwórki głównych bohaterów zaczynają się , gdy trwa
niemal wieczna zima, ale w której nie ma Bożego Narodzenia czy Mikołaja, warto
też sięgnąć po nią właśnie teraz. Bo Mikołaj w końcu się pojawia. Do mnie opisy
śniegów i mrozu bardziej przemawiają, gdy czytam je właśnie zimą. Latem jakoś
nie pasuje.
C.S. Lewis miał bogatą wyobraźnię, aby w
takiej baśniowej formie przekazać tak ważną treść. I nie dotyczy to tylko „Opowieści
z Narnii”, szczytem nieskrępowanej wyobraźni, połączonej z olbrzymim talentem i
wiedzą, było też chociażby stworzenie
genialnych „Listów starego diabła do młodego.”
I ostatecznie tak infantylna interpretacja
nie była w stanie popsuć aż tak bardzo całości.
5/6
wtorek, 5 grudnia 2017
Charles Dickens „Przygody Olivera Twista” – audiobook, czyta Bartłomiej Topa
Mało
który z pisarzy jest tak wrażliwy na ludzką krzywdę i tak empatyczny, jak był
Dickens. Z niezachwianą konsekwencją pochylał się nad biedakami, sierotami i
innymi skrzywdzonymi. Jeżeli ktoś tęskni za wiekiem XIX i żałuje, że to nie
wówczas się urodził, powinien sięgnąć po Dickensa, a po „Przygody Olivera
Twista” szczególnie. Świetnie się wówczas żyło ludziom dobrze sytuowanym i
dobrze urodzonym, dla pozostałych życie nie było nawet wyzwaniem, tylko czymś w
rodzaju koszmaru. W powieści występuje postać młodej kobiety, wychowywanej w
dobrym domu wśród ludzi nieźle sytuowanych. Mimo tego miała ona świadomość, że z
racji jej nieślubnego pochodzenia nie może wyjść za mąż za mężczyznę, którego
kocha, bo zrujnowałoby to jego karierę i
pozycję towarzyską. Koszmar goni koszmar. Czytałam kiedyś wypowiedź Polańskiego na temat tego, dlaczego
zdecydował się przenieść Olivera na ekran. Powiedział, że obecnie wiele ludzi
żyje w dobrobycie, a ich dzieciom trudno jest sobie wyobrazić świat bez
różnorakich gadżetów, jak chociażby telefony komórkowe czy bez wyjazdów
wakacyjnych, często są one trzymane pod kloszem i nie mają świadomości, że
istnieje też bieda i zło. I w tej sytuacji chciał on pokazać dzieciom, a
dorosłym przypomnieć, że nie zawsze było tak świetnie, że nie ma co narzekać na
obecne czasy i że warto docenić to, co się ma. Sam Polański zaś z racji
przeżytego w dzieciństwie getta, identyfikował się z Oliverem, którego
dzieciństwo było piekłem.
niedziela, 26 listopada 2017
Arthur Conan Doyle „Powrót Sherlocka Holmesa” - audiobook, czyta Janusz Zadura

Kończy
się jesień, spadają resztki kolorowych liści, snuje się mgła. Czyli nastał
idealny czas na Sherlocka Holemesa i londyńskie mgły, dorożki, fajkę i
wszystko, co wiąże się z tym najsłynniejszym z detektywów. Opowiadania raczej
już nie są w stanie niczym zaskoczyć, ale wracam do nich, jak w stare, dobrze
znane miejsca i z reguły właśnie w listopadzie, na który wszyscy nie wiadomo
dlaczego wiecznie narzekają. Pisałam już o Sherlocku tutaj, tutaj i tutaj.
Zadura jest wyśmienitym lektorem, lepszego trudno byłoby sobie wymarzyć do tego
typu lektury. Trudno mi sobie uzmysłowić,
że komuś mogłoby coś takiego się nie spodobać.
W niemal wszystkich powieściach
detektywistycznych policjant czy detektyw, tropiący dziennikarz, czy ktokolwiek
inny, próbujący rozwiązać zagadkę, występuje sam. Jest sam przeciwko mordercy,
przeciwko przełożonym i wielu innym osobom. Sherlock to jeden z nielicznych
bohaterów tego typu, który ma przy boku przyjaciela. Może i w tym, między
innymi, tkwi fenomen tych książek? Każdy
tęskni przecież za prawdziwą przyjaźnią. Holmes i Watson są nierozłączni. Nie
ma pomiędzy nimi zawiści czy rywalizacji. Watson ma świadomość, że w porównaniu
do Holmesa jest mniej błyskotliwy i że nie ma tak lotnego umysłu. Ale zupełnie
mu to nie przeszkadza, ani trochę nie czuje się gorszy. Jest dumny, że ktoś
taki, jak Holmes jest jego przyjacielem. A Holmesowi też nie przeszkadza, że
jego przyjaciel jest nieco mniej inteligentny od niego, mają przecież i tak
płaszczyznę porozumienia. I zawsze mogą na siebie liczyć. Jest to może troszkę
naiwne, mało kto w rzeczywistym świecie byłby tak wspaniałomyślny, aby znosić z
humorem różne przytyki Holmesa pod swoim adresem co do braków inteligencji. Jest
to nieco naiwne, ale przecież nie niemożliwe.
piątek, 24 listopada 2017
Nic Pizzolato „Galveston”
Dawno
nie czytałam tak przejmująco smutnej, a zarazem tak pięknej i tak mądrej
powieści. Chociaż minęło już kilka dni, nie może wyjść mi z głowy. Tak samo
smutny był serialowy „Detektyw”, do którego scenariusz napisał właśnie
Pizzolatto. Do „Detektywa” miałam aż dwa podejścia, za pierwszym razem wydał mi
się tak przygnębiający, że nie dałam rady go oglądać. Przełamałam się dopiero
po jakimś czasie. „Galveston” wciąga tak mocno, że zaprzestanie czytania byłoby
szalenie trudne, a chyba nawet i niemożliwe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)