niedziela, 17 grudnia 2017

Agata Christie ( jako Mary Westmacott ) „W samotności”

Okładka książki W samotności           

  


Powieści wydane przez Agatę Christie pod pseudonimem Mary Westmacott różnią się zasadniczo pod względem treści i formy od tych, które przyniosły jej sławę. Ta konkretna powieść jest wspaniała.  Ale nie ma w niej ani Herculesa Poirot`a, ani panny Marple, nie ma tez zabójstwa, ani śledztwa. Gdy Królowa Kryminału zapragnęła odpocząć od konwencji powieści detektywistycznej, pisała właśnie jako Mary Westmacott. A „W samotności”, wydawane również pod tytułem „Samotna”, czy „Samotna wiosną” jest chyba jedną z ważniejszych. W „Autobiografii” Christie wspomniała, że tą właśnie książkę pisała jak w transie, jakby pod wpływem natchnienia i że jest z niej bardzo zadowolona. Nie jest to oczywiście dosłowny cytat z „Autobiografii”, ale kwintesencja wypowiedzi. I to się daje odczuć przy lekturze. To klasyczny przykład, jak właśnie w stosunkowo lekkiej formie można przekazać poważny przekaz. Książkę się wręcz pochłania, ten trans pisania jakby udzielał się czytelnikowi podczas lektury, a przynajmniej ja tak miałam. Sięgałam po nią z pewna dozą rezerwy, bo w końcu na temat jej powieści obyczajowych nie słyszałam peanów pochwalnych. Ale moja opinia jest w pewnym sensie takim pochwalnym peanem. Powieść nie jest obszerna, a mając na względzie, że czyta się ją wyjątkowo lekko, wystarczy na jej lekturę jeden wieczór.  

piątek, 15 grudnia 2017

Varujan Vosganian „Księga szeptów”

 
 
 

W ubiegłym roku odkryłam literaturę środkowoeuropejską, tzn. zaczęłam ją czytywać. Idąc tym tropem sięgnęłam po „Księgę szeptów”, której autor, Ormianin z pochodzenia, jest laureatem Angelusa, czyli nagrody dla najlepszej książki właśnie z regionu Europy Środkowej i jest też kandydatem do literackiego Nobla. O Ormianach wiedziałam naprawdę bardzo niewiele, co nieco z historii, o ludobójstwie i to w jedynie w ogólnym zarysie, o kulturze prawie nic. Sama jestem zadziwiona swoją ignorancją w tym zakresie, z jednej strony o Zachodzie Europy wiem sporo, a o tym, co bliższe - dużo, dużo nic.  Za każdym razem, gdy przełamuję ten opór przed tą literatura środka, uświadamiam sobie, że naprawdę warto. Zawsze jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, w stylu: nie wiedziałam, że tam mogą mieć tak dobra literaturę.  Konsumpcjonizm w tej części Europy jest mniejszy, problemy mniej wydumane, pisarze mają o czym pisać. Autor pochyla się nad Ormianami, którzy na początku ubiegłego stulecia mieszkali na terenie Turcji, potem zaś osiedli na terytorium obecnej Rumunii.

    „Księga szeptów” jest lektura porażającą, z pewnością to jedna z najlepszych pozycji, jakie czytałam w tym roku. Ostatnio takie wrażenie wywarł na mnie Domosławski. Język, jakim całość została napisana, jest przepiękny, co oczywiście też jest m. in. zasługą tłumacza. Autor umie pisać, ma talent. A co do treści to książka jest trudna do zdefiniowania. Nie jest to powieść ani autobiografia, ani traktat historyczny. To wspomnienia i to bardzo luźne i co charakterystyczne, dotyczące i rodziny, znajomych, sąsiadów i jeszcze historie całej masy osób, które autor zna tylko ze słyszenia. Większość to ustne opowieści, przez dziesiątki lat z uwagi na uwarunkowania historyczne, przekazywane z pokolenia na pokolenie szeptem, stąd właśnie tytuł – „Księga szeptów.” Są to historie, dotyczące narodu ormiańskiego, indywidualne oczywiście też. Losy osób, które np. emigrowały dość szybko, są jedynie zasygnalizowane.

      Najwięcej miejsca poświęcone jest tym, który przeżyli koszmar ludobójstwa i  dwie wojny oraz komunizm, właśnie w Europie. Losy Ormian w XX wieku były przerażające, w czasie I wojny nieliczni przeżyli ludobójstwo. Ofiar według było około 1,5 miliona. O ile o holocauście wszyscy niemal wiedzą wszystko, to o Ormianach mało kto wie. Potem II wojna i komunizm, którą pisarz jako dziecko przeżył w Rumunii. Książka szalenie rozszerza horyzonty. I nie pozostawia obojętnie emocji.

      Podczas czytania odnosiłam wrażenie, że czuję niemal zapach orientalnych przypraw, jakimi niegdyś Ormianie handlowali. Tak samo, czułam niemal smak tradycyjnych potraw ormiańskich, chociaż nigdy ich nie próbowałam, opisy były tak wymowne. To samo było z muzyką, ich muzyką. Motyw, który przewija się przez cała książkę, to konwoje. Ormianie wysiedleni ze swoich wiosek i miasteczek na terenie Turcji,  w czasie I wojny byli z nich wyganiani, a potem pędzeni w konwojach, nazywanych konwojami śmierci  przez pustynie. Jedynym celem tej operacji było ich unicestwienie i pozbycie się mniejszości narodowej.

     Książka wbrew pozorom nie nuży. Opowiedzianych historii jest wiele. I mimo wspólnego mianownika, czyli straconych szans, przeżytego przez nielicznych piekła , historie te są i zaskakujące i budzące uwagę. Można poczytać chociażby o zamachach na Turkach, uznanych nieformalnie przez Ormian za winnych ludobójstwa. W świetnym filmie „Monachium” opowiedziana jest historia Żydów, a właściwie grupy likwidacyjnej, wykonującej wyroki śmierci na  organizatorach mordu na sportowcach żydowskich w Monachium. Nie wiem oczywiście, na ile historia z filmu jest zgodna z prawdą historyczną. Podobne historie, tylko nienagłośnione, kryje też historia Ormian.  Mowa jest i o aktach bohaterstwa i podłości. Sporo jest też o życiu codziennym, o obyczajowości, o miłości. 

   Całość jest niezwykła. I daje naprawdę dużo do myślenia, o tym chociażby jak bardzo wybiórcze jest podejście do historii Europy i świata, pewne kwestie są eksponowane, inne zaś powoli ulegają zapomnieniu, albo co najmniej marginalizowaniu.  I każdy niemal ulega takiemu trendowi, takiemu wpisywaniu się w ten schemat.

6/6

sobota, 9 grudnia 2017

Bronnie Ware „Czego najbardziej żałują umierający”

Okładka książki Czego najbardziej żałują umierający

  
       Autorka książki przez około 10 lat pracowała jako opiekunka osób starszych i niedołężnych, właściwie już umierających. Książka zaś jest autobiografią, w której opisane są również kontakty z tymi umierającymi. Wbrew powszechnym zachwytom nie zauważyłam jednak w tej pozycji żadnych nadzwyczajnych porad, niczego co nie byłoby już wiadome. Bronnie Ware przywołuje sylwetki swoich podopiecznych, każdy z nich miał swoje doświadczenia i każdy z nich zwierzał się jej ze swoich przemyśleń.

      Ktoś, kto nie żył zgodnie ze swoimi pragnieniami, tylko tak, jak chciało otoczenie, żałował braku odwagi. Inna kobieta, która nie miała żadnych znajomych, tuż przed śmiercią zaczęła żałować, że kontakty z przyjaciółmi  z przeszłości się urwały. Mężczyzna, wdowiec, z kolei zaczął żałować, że nie przeszedł wcześniej na emeryturę i że nie zdążył  z żoną wybrać się w dłuższą podróż. Jeszcze ktoś inny pouczał Bronnie, że nie należy przejmować się drobiazgami, inny że najważniejsza jest miłość, że należy okazywać innym swoje uczucia, że należy próbować osiągnąć szczęście.

       Jak na mój gust nie są to rzeczy szczególnie odkrywcze, a część tych porad w ogóle wydaje mi się wątpliwa. Kwestia terminu przechodzenia na emeryturę jest przecież sprawą indywidualną, coś, co dla jednego może być zbawienne, dla innego może okazać się zabójcze. Jedni świetnie się czują, pracując dłużej, jeszcze inni prawie całe zawodowe życie marzą o emeryturze.  Poza tym tego rodzaju konkluzje są powszechnie znane, problem tylko tkwi w praktyce, tzn. w przejściu z teorii do praktyki. Każdy przecież wie, że nie powinno się przejmować drobiazgami, tylko nie do końca wiadomo, jak to osiągnąć. Na wcielenie w życie innych porad często brakuje czasu, albo jakoż tak wychodzi, że robi się inaczej, niż się powinno.

     W sumie dla mnie książka nie okazała się zbyt odkrywcza. Napisana jest ponadto z dziwną manierą,  autorka każdą napotkaną osobę określa jako wspaniałą. Wszystkich znajomych nazywa przyjaciółmi. Opisując prace przy chorych wszystkie wykonywane czynności wspomina jako realizowane z ochotą, bez ociągania się czy nawet minimalnego wstrętu. Brzmi to trochę nienaturalnie. Elementy autobiograficzne, które wbrew tytułowi, nie mają nic wspólnego z umierającymi,  zajmują sporo miejsca. Zanim czytelnik dotrze do pierwszego podopiecznego, musi przebrnąć kilkadziesiąt stron. Na końcu zaś znowu jest niezwykle obszerny opis, jak to autorka podjęła pracę w więzieniu dla kobiet i gdzie uczyła je tworzyć piosenki. Książka napisana jest w duchu: świat jest świetny, jeśli tylko ktoś czegoś chce, z pewnością to osiągnie, środki na osiągniecie celu same się znajdą. Wszystko jest jasne i proste.   Za dużo jest o autorce, za mało o umierających, przemyślenia nie są szczególnie głębokie.

2/6  

czwartek, 7 grudnia 2017

Clive S. Lewis „Opowieści z Narnii” cz. I „Lew, czarownica i stara szafa” – audiobook, czyta Jerzy Zelnik i Agnieszka Greinert

        Opowieści z Narnii,  lew, czarownica i stara szafa

„Opowieści z Narnii” klasyfikowane są jako książka dla dzieci i młodzieży. Odstręcza to wydatnie od tej pozycji dorosłych. A nie każdy przecież miał Opowieści jako lekturę. Istnieje więc zapewne spore grono osób, które książki tej nie czytały i nie sięgną po nią nigdy, po przecież nie są już dziećmi. I koło się zamyka. Spotkałam się ze stwierdzeniem, że nie ma literatury dziecięcej i dla dorosłych, jest literatura dobra albo zła. W tym przypadku jest to lektura wyśmienita i nie tylko dla dzieci czy młodzieży.

     Interpretacja audiobooka, szczególnie w wykonaniu Agnieszki Greinert jest typowo dziecięca, a nawet wręcz infantylna, co dorosłemu może ten odbiór utrudniać.  Greinert czyta tak, jakby słuchaczami były naprawdę bardzo małe dzieci. Ale da się przez to przebrnąć, całość jest przecież króciutka, audiobook trwa zaledwie 4,5 godziny. Greinert  czyta partie dziewczynek i kobiet, Zelnik chłopców i mężczyzn, a  narracją się dzielą. To dość oryginalne posuniecie, jeszcze się z takim nie spotkałam.

      Jeśli ktoś nie zna tej pozycji, to powinien koniecznie po nią sięgnąć. A jeśli ktoś zna, warto lekturę odświeżyć. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, jest walka dobra ze złem, jest odwaga, lojalność, ale i zdrada i tchórzostwo. Dorośli od razu wyłapią analogie do religii chrześcijańskiej i do postaci z Ewangelii. Ten króciutki utwór, chociaż nie ma w sobie bezpośredniego i nachalnego dydaktyzmu,  może bardziej przemówić do serca, niż niejedna książka religijna czy kazanie. Lewis był przecież wielkim piewcą chrześcijaństwa, nie tylko tutaj. Całość opowiedziana jest szalenie interesująco. A ponieważ wydarzenia w Narnii dla czwórki głównych bohaterów zaczynają się , gdy trwa niemal wieczna zima, ale w której nie ma Bożego Narodzenia czy Mikołaja, warto też sięgnąć po nią właśnie teraz. Bo Mikołaj w końcu się pojawia. Do mnie opisy śniegów i mrozu bardziej przemawiają, gdy czytam je właśnie zimą. Latem jakoś nie pasuje.

     C.S. Lewis miał bogatą wyobraźnię, aby w takiej baśniowej formie przekazać tak ważną treść. I nie dotyczy to tylko „Opowieści z Narnii”, szczytem nieskrępowanej wyobraźni, połączonej z olbrzymim talentem i wiedzą, było też  chociażby stworzenie genialnych „Listów starego diabła do młodego.”

   I ostatecznie tak infantylna interpretacja nie była w stanie popsuć aż tak bardzo całości.

5/6


  

wtorek, 5 grudnia 2017

Charles Dickens „Przygody Olivera Twista” – audiobook, czyta Bartłomiej Topa

Przygody Olivera Twista czyta Bartłomiej Topa - Charles Dickens                    


Mało który z pisarzy jest tak wrażliwy na ludzką krzywdę i tak empatyczny, jak był Dickens. Z niezachwianą konsekwencją pochylał się nad biedakami, sierotami i innymi skrzywdzonymi. Jeżeli ktoś tęskni za wiekiem XIX i żałuje, że to nie wówczas się urodził, powinien sięgnąć po Dickensa, a po „Przygody Olivera Twista” szczególnie. Świetnie się wówczas żyło ludziom dobrze sytuowanym i dobrze urodzonym, dla pozostałych życie nie było nawet wyzwaniem, tylko czymś w rodzaju koszmaru. W powieści występuje postać młodej kobiety, wychowywanej w dobrym domu wśród ludzi nieźle sytuowanych. Mimo tego miała ona świadomość, że z racji jej nieślubnego pochodzenia nie może wyjść za mąż za mężczyznę, którego kocha, bo  zrujnowałoby to jego karierę i pozycję towarzyską. Koszmar goni koszmar. Czytałam kiedyś wypowiedź  Polańskiego na temat tego, dlaczego zdecydował się przenieść Olivera na ekran. Powiedział, że obecnie wiele ludzi żyje w dobrobycie, a ich dzieciom trudno jest sobie wyobrazić świat bez różnorakich gadżetów, jak chociażby telefony komórkowe czy bez wyjazdów wakacyjnych, często są one trzymane pod kloszem i nie mają świadomości, że istnieje też bieda i zło. I w tej sytuacji chciał on pokazać dzieciom, a dorosłym przypomnieć, że nie zawsze było tak świetnie, że nie ma co narzekać na obecne czasy i że warto docenić to, co się ma. Sam Polański zaś z racji przeżytego w dzieciństwie getta, identyfikował się z Oliverem, którego dzieciństwo było piekłem.

niedziela, 26 listopada 2017

Arthur Conan Doyle „Powrót Sherlocka Holmesa” - audiobook, czyta Janusz Zadura

Audiobook Powrót Sherlocka Holmesa  - autor Arthur Conan Doyle   - czyta Janusz Zadura

 
Kończy się jesień, spadają resztki kolorowych liści, snuje się mgła. Czyli nastał idealny czas na Sherlocka Holemesa i londyńskie mgły, dorożki, fajkę i wszystko, co wiąże się z tym najsłynniejszym z detektywów. Opowiadania raczej już nie są w stanie niczym zaskoczyć, ale wracam do nich, jak w stare, dobrze znane miejsca i z reguły właśnie w listopadzie, na który wszyscy nie wiadomo dlaczego wiecznie narzekają. Pisałam już o Sherlocku tutaj, tutaj i tutaj. Zadura jest wyśmienitym lektorem, lepszego trudno byłoby sobie wymarzyć do tego typu lektury.  Trudno mi sobie uzmysłowić, że komuś mogłoby coś takiego się nie spodobać.

        W niemal wszystkich powieściach detektywistycznych policjant czy detektyw, tropiący dziennikarz, czy ktokolwiek inny, próbujący rozwiązać zagadkę, występuje sam. Jest sam przeciwko mordercy, przeciwko przełożonym i wielu innym osobom. Sherlock to jeden z nielicznych bohaterów tego typu, który ma przy boku przyjaciela. Może i w tym, między innymi, tkwi  fenomen tych książek? Każdy tęskni przecież za prawdziwą przyjaźnią. Holmes i Watson są nierozłączni. Nie ma pomiędzy nimi zawiści czy rywalizacji. Watson ma świadomość, że w porównaniu do Holmesa jest mniej błyskotliwy i że nie ma tak lotnego umysłu. Ale zupełnie mu to nie przeszkadza, ani trochę nie czuje się gorszy. Jest dumny, że ktoś taki, jak Holmes jest jego przyjacielem. A Holmesowi też nie przeszkadza, że jego przyjaciel jest nieco mniej inteligentny od niego, mają przecież i tak płaszczyznę porozumienia. I zawsze mogą na siebie liczyć. Jest to może troszkę naiwne, mało kto w rzeczywistym świecie byłby tak wspaniałomyślny, aby znosić z humorem różne przytyki Holmesa pod swoim adresem co do braków inteligencji. Jest to nieco naiwne, ale przecież nie niemożliwe.   

piątek, 24 listopada 2017

Nic Pizzolato „Galveston”


Okładka książki Galveston

  
Dawno nie czytałam tak przejmująco smutnej, a zarazem tak pięknej i tak mądrej powieści. Chociaż minęło już kilka dni, nie może wyjść mi z głowy. Tak samo smutny był serialowy „Detektyw”, do którego scenariusz napisał właśnie Pizzolatto. Do „Detektywa” miałam aż dwa podejścia, za pierwszym razem wydał mi się tak przygnębiający, że nie dałam rady go oglądać. Przełamałam się dopiero po jakimś czasie. „Galveston” wciąga tak mocno, że zaprzestanie czytania byłoby szalenie trudne, a chyba nawet i niemożliwe.

sobota, 11 listopada 2017

Vitus B. Droscher „Białe lwy muszą umrzeć”

 
  
          „Białe lwy muszą umrzeć” to jedna z najlepszych książek o zwierzętach, jakie kiedykolwiek czytałam. Wydana została u nas 20 lat temu w bardzo zgrzebnej szacie graficznej i mało kto o niej wie. Aż trudno jest mi zachować spokój, gdy przypomnę sobie miałkość rozreklamowanego obecnie „Duchowego życia zwierząt”, które w porównaniu do „Białych lwów” są zaledwie pustą wydmuszką. Tezy i opisy zawarte w „Białych lwach” nawet dla mnie były szokujące, niektóre tylko oczywiście, a przecież czytam o zwierzętach, mam je w domu, oglądam określone programy w telewizji.

sobota, 4 listopada 2017

James Ballard „Imperium słońca” – audiobook, czyta Zbigniew Zamachowski

83-7132-846-X_84870_F.jpg

     
Nieprzypadkowo sięgnęłam zaraz po audiobooku Jarosława Abramowa – Newerly „Lwy mojego podwórka” , o którym pisałam tutaj, po właśnie „Imperium słońca” Ballarda. Chociaż w obu przypadkach są to książki, opisujące wojnę z perspektywy dziecka, to do „Imperium słońca” jakoś się nie przekonałam. Polski pisarz opisuje wydarzenia takimi, jakimi je zapamiętał, a więc wojnę spędzoną głównie przy boku matki. Jest narratorem powieści, pisząc bezpośrednio - ja zrobiłem to lub tamo. I w jego opowieści nie wyczułam żadnego fałszu. Z Ballardem jest inaczej. II wojna zastała go wraz z rodzicami w Szanghaju, wszyscy razem przeżyli ją w obozie dla ludności cywilnej Lunghua. „Imperium słońca” nie są jednak tylko wspomnieniami, autor zastosował dziwaczy manewr i dla potrzeb powieści opisał dzieje Jima – alter ego autora, który został od rodziców rozdzielony. Czyli więc są to częściowo wspomnienia, częściowo zaś zmyślenia, bo trudno powiedzieć, czy pewne sytuacje faktycznie mogły się chłopcu przydarzyć.  Już z tego tylko powodu ta opowieść kojarzy mi się z nutą fałszu. Czy możliwe jest, aby żołnierze japońscy przez kilka dni żywili samotnego, białego chłopczyka w publicznych miejscach? Może i tak, ale wątpię. Wolę, gdy coś jest czystą beletrystyką, lub wspomnieniami, biografią, reportażem. Nastawiona do książki byłam więc już z góry niechętnie.

sobota, 28 października 2017

Michał Bułhakow „Mistrz i Małgorzata” w tłumaczeniu Leokadii Przebindy, Grzegorza Przebindy i Igora Przebindy

 
    
      Tłumaczenie Leokadii Przebindy, Grzegorza Przebindy i Igora Przebindy jest trzecim z kolei. Jako pierwszy powieść przetłumaczyli Witold Dąbrowski i Irena Lewandowska, drugie tłumaczenie było Andrzeja Drawicza. Jest jeszcze czwarte z 2017r. Jana Cichockiego. Oprócz tego ostatniego czytałam wszystkie, a Drawicza ze 3 lub i 4 razy. Aby zauroczyć się tą powieścią, wystarczy wziąć dowolne tłumaczenie do ręki i z całą pewnością wystarczy. Bez żadnego problemu rozumie się przesłanie książki. Ale fascynując się nią, można porównywać poszczególne przekłady i doskonale się przy tym bawić. Nie jestem językoznawcą ani polonistą czy rusycystą, nie porównywałam przetłumaczonego tekstu do oryginału, ale muszę przyznać, że jeżeli ktoś zna powieść, czytał ją parę razy, wyczuje różnice w tłumaczeniu.