środa, 11 listopada 2015

Beata Pawlikowska „Blondynka u szamana”


      

  Literatura podróżnicza nie jest moją pasją. Ta książka jest jednak na szczęście czymś dużo więcej, sporo jest w niej przemyśleń na różne, życiowe tematy, niezwiązane z podróżami, no i jest w niej opis praktyk szamańskich . Jest też opis wejścia w taki szamański trans przez autorkę, jedną z najbardziej znanych podróżniczek i zarazem pisarkę. Książka wydana jest wyjątkowo pięknie Przez National Geographic , jest  przejrzysta, jest masa zdjęć autorki, są też i jej rysunki. Te rysunki, bardzo delikatnie mówiąc ,  dziełem sztuki nie są i ja  dałabym sobie spokój z ich publikacją, ale dzięki temu jest zabawnie. Mimo tych bazgrołów, całość zdecydowanie jest godna polecenia.

          Najciekawsza część tej książki to oczywiście wizyta u szamana, ale wcześniej też czytelnik nie ma prawa się nudzić. Pawlikowska  poza opisem wędrówki po puszczy snuje przy okazji mini refleksje . Przykładowo opisując wyjątkowo piękny widok , stwierdza, że jej zdaniem takie napatrzenie się na coś tak pięknego, ładuje człowieka i powoduje, że staje się silny, tak jakby czerpał energię właśnie z obserwowanej natury. Ładować można się też inaczej , chociażby słuchając muzyki. Ona sama potrafi bardzo długo słuchać różnorakich melodii i w ten sposób też uzyskuje energię.   Dawno temu słuchałam audycji autorki w Zetce i bardzo krótko w programie I Polskiego Radia. Pamiętam, że mówiła kiedyś o tej energii, dającej siłę, jaka płynie z muzyki. Wspomniała wówczas w tym kontekście Pink Floyd. Osobiście , mimo całej sympatii dla Pink Floyd, ich muzyka nie kojarzy mi się z energią, ale każdy odbiera to inaczej. Pawlikowska pisze również o kluczu do własnego sukcesu, w jej przypadku jest to kwestia nadawania pewnym sprawom priorytetu. Wie, co jest dla niej najważniejsze i nigdy nie brakuje jej na to czasu. A co do samych opisów wędrówki po dżungli, to nie złapałam bakcyla, stało się wręcz odwrotnie, informacje o  jadowitych zwierzętach, roślinach, owadach – w tym także wchodzących pod skórę itp. koszmarków, a także niewyobrażalnego gorąca, byłyby dla mnie nie do przyjęcia.  Warte zastanowienia były też liczne wzmianki o Indianach, ich trybie życia czy mentalności. Biorąc pod uwagę to, że nie mają oni depresji, ani nerwic, jest  to tym bardziej warte uwagi. W naszym kręgu kulturowym nie byłoby oczywiście możliwości przyjęcia takiego trybu życia, jak ich, np. unikania pośpiechu, ale w pewnym zakresie co nieco można byłoby poprawić.

           Szamani są wyjątkowo ciekawym i zarazem tajemniczym tematem. Czytałam, że bardzo ostro przeciwko ich praktykom występuje Kościół Katolicki, szczególnie egzorcyści, którzy stanowczo odradzają takie kontakty. Twierdzą oni, że wchodząc w trans taki, jak szamani, człowiek otwiera się na inne kanały rzeczywistości i może tam spotkać demony, od których będzie ciężko się uwolnić. Ale są też i relacje osób, które zostały przez szamanów uleczone z różnorakich chorób. Pawlikowska dokładnie opisuje coś takiego. Szaman miejscowego plemienia zorientował się, że ma ona w sobie olbrzymią siłę wewnętrzną i że  mogłaby nawet uzdrawiać. Nie wnikając w zbędne szczegóły autorka została, za jej zgodą , wprawiona w taki trans. Wypiła podany przez szamana płyn, który musiał mieć w składzie środki halucynogenne. No i rzeczywiście miała  zadziwiające przeżycia, opisane szczegółowo w książce. Wydaje się, że przeżycia te różniły się od standardowych przeżyć zwykłych narkomanów. Występowały tam elementy związane z Indianami, tamtejsze bóstwa, zwierzęta , uzdrawianie z chorób. Nie wiem, czy można sobie coś takiego zasugerować. Na temat tego transu każdy pewnie będzie miał inne odczucia.

    Nie znam innych książek Pawlikowskiej, nie mogę ich porównywać. Z pewnością lepiej czytało mi się książkę, niż słuchało w radiu jej wrażeń z wyjazdów. Jest to zarówno zasługa zdjęć, jak i tego, że czytając można do pewnych fragmentów wrócić. Cała książka to lektura lekka, łatwa i przyjemna, a do tego nie jest głupia.

4/6          

sobota, 7 listopada 2015

Marcel Proust „Strona Guermantes” ( tom III „W poszukiwaniu straconego czasu” )



Okładka książki Strona Guermantes          

   Opisanie wrażeń po lekturze „W poszukiwaniu straconego czasu” jest zadaniem karkołomnym.  Wspomnienie  o czym jest tekst – w sensie akcji, zachęcające do przeczytania raczej nie będzie. Ten cykl przypomina mi smakowite danie, które smakuje tylko małej grupce smakoszy. Ale jeśli ktoś lubi różnorakie refleksje  w głównej mierze psychologiczne, ale także socjologiczne czy historyczne i jest w stanie czytać rzecz, w której pozornie nie dzieje się zbyt wiele, zawiedziony nie będzie. Może być naprawdę zachwycony.

     W tomie trzecim „W poszukiwaniu straconego czasu” narrator jest już młodzieńcem. Różne opisy, dygresje czy rozważania dotyczą tutaj nieco innych tematów, niż w tomach poprzednich, są poważniejsze.  Mieszka on nadal z rodzicami, babką i służącą , ale mieszkają już w innym miejscu, właśnie w pałacu hrabiny Oriany de Guermantes. Babka umiera właśnie w tej części. Narrator odbywa tylko jedną podróż, i to całkiem blisko, bowiem odwiedza na kilka tygodni swojego przyjaciela Roberta de Saint - Loup, żołnierza, stacjonującego w koszarach. Zaczyna również bywać na salonach. Głównym tematem, omawianym w tamtym czasie na salonach był proces Dreyfusa. Autor początkowo zakochany w hrabinie de Guermantes był przez nią całkowicie ignorowany, potem zaś niemal hołubiony. Zdobywa też pierwsze doświadczenia erotyczne i dochodzi do zacieśnienia jego znajomości z Albertyną. Zacieśniła się nieco jego znajomość z baronem Charlusem, oryginałem, wręcz dziwakiem i do tego szalenie inteligentnym .  W trzecim tomie czytelnik zna już większość bohaterów, ich losy zaczynają więc coraz bardziej intrygować. Niektórzy z  tych bohaterów umierają, albo po prostu znikają z życia narratora . Pojawiają się też nowi znajomi. Tak jak w poprzednich tomach, każde wydarzenie, albo i brak wydarzeń stają się podstawą głębszych rozmyślań. A że narrator jest wykształcony, inteligentny, rozważania, czy nawet krótkie refleksje są bardzo ciekawe. W tym tomie podczas opisywania życia salonowego, szczególna uwaga zwrócona jest na najbardziej inteligentne i najbardziej błyskotliwe postacie paryskich salonów, tj. na hrabinę de Guermantes i na barona Charlusa, aczkolwiek ten ostatni wolał inaczej spędzać czas. Nasz narrator jest już dojrzalszy i podejmuje się również tematów naprawdę poważnych, np. śmierć czy śmiertelna choroba. Jednocześnie też autor przejawia też, przy opisach innych sytuacji, oczywiście, spore poczucie humoru.

         Aby to zobrazować, zacznę od przykładu z samego początku. Na samym początku narrator zastanawia się nad nowym miejscem zamieszkania. W rozmyślaniach tych przewija się postać Franciszki, służącej, która  żyła z tą rodziną całe życie. Narrator, Marcel,  dowiedział się od lokaja, że Franciszka powiedziała lokajowi, że  nie znosi naszego Marcela , że jest złośliwy, że myśli on o tym, jak tu specjalnie utrudnić jej życie.  Było to szokujące, bo był on przekonany o tym, że jest dokładnie odwrotnie, że Franciszka go niemal kocha niczym swojego syna. Dało to asumpt do rozmyślań  nad różnicą w tym, jak  postrzegamy siebie sami, a jak postrzegają nas inni. W odniesieniu do Franciszki  autor  zastanowił się nad tym, czy w ogóle ta informacja jest prawdziwa, czy służący aby tego nie zmyślił, albo nie przeinaczył. Potem zastanowił się też nad tym,   czy  aby Franciszka nie powiedziała służącemu  w jakimś celu czegoś, co nie jest prawdą.   A potem rozważał ten problem jeszcze szerzej już bez odniesień do siebie czy do Franciszki, tylko właśnie ogólnie w stosunkach międzyludzkich. 

   Pisarz porównywał też dość długo dwa salony , pani Vileeparisis i hrabiny de Guermantes. W rzeczywistości porównuje naprawdę błyskotliwą inteligencję hrabiny de Guermantes z czymś tylko ponad przeciętnym. Ale jest to też porównanie dwóch stylów życia , jednego nie oglądającego się zbytnio na to, co ludzie powiedzą i na liczenie się z opinią przez hrabinę . Nietypowy styl życia pani Villeparisis a głównie brak wielkiego majątku i utrzymywanie kontaktów z niewłaściwymi osobami spowodowały jej wykluczenie ze sfer wyższej arystokracji.   Ale zyskała w zamian pewną swobodę. Czy było warto? Według mnie oczywiście, że tak, ale ona sama raczej zadowolona nie była i robiła dobrą minę do złej gry, co jest opisane. Wszystko to są obserwacje i rozważania ponadczasowe. Teraz też są różne grupy i grupki towarzyskie, wykluczanie z nich, pretendowanie do nich itd. Przy okazji opisu salonów są też dygresje na temat małżeństw, udawania przez małżonków wspaniałego stadła przed innymi, gierek, jakie toczą sami przed sobą, obłudy przed innymi.

       Mnie osobiście mocno interesował sam narrator, jego tryb życia. Znamienne było, gdy pojechał w odwiedziny do przyjaciela Roberta Saint - Loup , prawie cały czas spędzał w towarzystwie. Musiał jednak w ciągu dnia mieć   jedną, dwie godziny wyłącznie dla siebie, aby  pobyć sam ze sobą i aby móc poczytać .  W trakcie zwyczajnych dni, w Paryżu, znaczną część czasu poświęcał na rozwój osobisty, bez literatury, teatru czy muzyki nie mógł istnieć.

    Dla mnie ciekawe były też opisy rozmów na temat sprawy Dreyfusa.  Nie tak dawno opisywałam ją w poście Robert Harris „Oficer i szpieg”. Harris opisał całą sprawę, dość tendencyjnie, ale szczegółowo, Proust zaś uważał, ze każdy wie, o co chodzi , na czym afera ta polega i skupił się jedynie na opisach reakcji ludzi na przebieg wydarzeń. Afera wstrząsnęła całym społeczeństwem ,  totalnie je spolaryzowała, wydobyła na jaw różne skrywane emocje, widoczne było to na salonach. Ci, co mieli inny pogląd na tą sprawę, niż właściciel salonu, byli eliminowani z grona bywalców, chyba że ukrywali swoje poglądy . Zdarzało się, że małżonkowie byli podzieleni w tej sprawie, tak było chociażby w przypadku Swannów, Odeta tłumaczyła się wówczas za męża i odcinała od jego poglądów. Nie za wiele to pomagało. A co do meritum, to argumenty za wina lub niewinnością Dreyfusa, mało kogo interesowały, ludzie wydawali sądy sugerując się głównie żydowskim pochodzeniem Dreyfusa, jego majątkiem i manifestowanym bogactwem, jak również innymi, nie mającymi żadnego związku z domniemanym szpiegostwem informacjami.  Działało to w obie strony. Można sobie porównać te opisy z naszymi własnymi aferami i reakcjami na nie.

    Przy okazji śmierci babki sporo jest refleksji o chorobach, hipochondrii ,  czy o śmierci . W tym przypadku wszystko jest aktualne.

       Proust co było zaskakujące dla mnie, wykazał się też sporym poczuciem humoru. Niektóre opisy są naprawdę śmieszne. Przykładowo autor po raz pierwszy pojawił się w salonie hrabiny de Guermantes. A bywali tam najlepiej urodzeni arystokraci. Arystokracja była tak wąskim kręgiem, że wszyscy się znali. Do wyjątków należało zaproszenie raz na jakiś czas kogoś znanego, mającego zasługi na jakimś polu, np. pisarza czy wynalazcę. Jeden z bywalców zauważywszy nowego gościa i zaczął wykazywać nim spore zainteresowanie. Zdaniem narratora przypominało  to zainteresowanie badacza nowym, nieznanym rodzajem robala.

     Głębia rozważań , w tym wyjątkowo dużo psychologicznych, przypomina mi współczesne książki Javiera Mariasa. I u Prousta i u Mariasa akcja nie zajmuje dużo miejsca , większość to rozważania. Zdania są długie, czytać trzeba z uwagą . Ale warto. Po trzecim tomie czuję się trochę jak podczas oglądania wciągającego serialu. Nie można przestać.

6/6          

wtorek, 3 listopada 2015

Arthur Conan Doyle - „Przygody Sherlocka Holmesa” - audiobook, czyta Janusz Zadura


Obraz znaleziony dla: Przygody Sherlocka Holmesa książka

  
  Sherlock Holmes to taki kolejny powrót do klimatu retro i czasów chodzenia do szkoły. Powrót zainspirowany współczesnym serialem „Sherlock”, z uwspółcześnionym Sherlockiem Holmesem , w którego wcieli się  Benedict Cumberbatch.    Czy ten powrót  ma sens ? Sherlocka przecież się zna, z opowiadań , z różnych adaptacji filmowych. Dla mnie była to świetna powtórka z rozrywki. Co dziwne, przy niektórych opowiadaniach zaczynałam się denerwować, chociaż dobrze wiedziałam, że wszystko skończy się dobrze. O nudzie nie było mowy. W zbiorze „Przygody Sherlocka Holmesa”   jest kilkanaście opowiadań, cześć znanych bardziej, część mniej.

     Lubię bardzo kryminały , a opowiadania o Holmesie nadal , mimo upływu czasu, są jednymi z najbardziej oryginalnych. Najważniejsze jest tam myślenie, sztuka przez wiele osób niemal zapomniana. Holmes rozwiązywał zagadki , w dużej mierze siedząc w fotelu i paląc fajkę. Traktuję to jako symbol, gloryfikację myślenia, wiadomo, że ruszenie się poza własny pokój bywa niezbędne.   Detektyw cały czas się dokształcał, nie w sensie formalnym, ale stale czytał, pogłębiał wiedzę. Nie mógł mieć setek przyjaciół na facebooku i gdyby żył we współczesnych czasach z pewnością by ich nie miał . Wystarczał mu jeden realny przyjaciel, doktor Watson, na którego mógł liczyć w każdej sytuacji. Fascynujące opowieści prowadzone są bez opisów przemocy i bez często spotykanych w innych książkach naturalistycznych opisów różnych ohydztw, np. wymiocin itp.   Co rzadko spotykane, to Holmes był nie tylko mądry, ale i wysportowany, a ponadto muzykalny. Taki mężczyzna nie istnieje, to pewne... Ale aby ta postać nie była taka nierealna, autor przedstawia go też jako  trudnego we współżyciu, złośliwego, z ciętymi ripostami w dialogach. Detektyw nie był nudziarzem. 

   Całość ma niesamowitą atmosferę  Londynu sprzed stulecia, z jego mgłą i dorożkami. Nie brakuje komizmu, Conan Doyle chyba lekko kpił z ówczesnej obyczajowości . Wszyscy niemal mężczyźni w trakcie rozmów Holmesa z klientami określani są dżentelmenami, a kobiety damami. Przykładowo klient Holmesa opowiada mu, że nieznani mu dżentelmeni chcieli go zabić. W innym opowiadaniu pewien dżentelmen udawał lekarza i wraz z innym dżentelmenem , udającym chorego, złożyli wytwórnię fałszywych monet. Conan Doyle przemyca też lekki dydaktyzm, w jednym z przypadków, gdy detektyw ustalił i znalazł sprawcę, odpuścił mu i nie zgłosił sprawy na policję. Uznał, że sprawca był skruszony i żałował tego co zrobił, a wsadzanie go do więzienia mogłoby go jedynie zdeprawować. Miło się tego słucha. Byłam pod wrażeniem  opisu kobiet, które będąc prawnie uzależnione od ojca czy męża, wykazywały się sporą zaradnością.  

    Zadura czyta rewelacyjnie. Dzięki niemu audiobooka słucha się z przyjemnością, nic nie przeszkadza, aktor nie krzyczy tam, gdzie nie powinien, nie zawodzi, nie można odczytać tekstu lepiej. Wycisnął z tekstu wszystko, co się dało. 

       „Przygody Sherlocka Holmesa” można czytać po prostu dla przyjemności, tak jak dla przyjemności można iść na spacer czy do kina . 

5/6

   

czwartek, 29 października 2015

Annie Proulx „Kroniki portowe”


   To jedna z moich ulubionych książek, w topie 10 książek życia byłaby z pewnością.   Powinna dostać wszystkie możliwe nagrody literackie, a faktycznie dostała National Book Award i Pulitzera. Czytałam ją teraz po raz czwarty lub piąty, nie pamiętam dokładnie. Jest to książka o nadziei, najpiękniejsza, jaką na ten temat kiedykolwiek czytałam.
      Jest to współczesna opowieść  o Quoylu, ok. 36- letnim mężczyźnie, który po śmierci żony wyjechał wraz z ciotką i dwoma córkami na Nową Funlandię,  czyli do krainy przodków, gdzie nigdzie wcześniej nie był. Był on nieudacznikiem, nie był w stanie znaleźć satysfakcjonującej pracy, jego małżeństwo było jedną wielką pomyłką, żona permanentnie go zdradzała.   W nowym miejscu nic nie wyglądało tak, jak mogłoby się wydawać, ale powoli, bardzo powoli zaczął stawać na nogi i cieszyć się życiem. Nowa Funlandia w latach 90-tych, kiedy była pisana książka , jak również w okresie wcześniejszym, była miejscem , z którego się uciekało. Jak jest teraz, nie wiem, ale prawdopodobnie nadal tak może być. Prawie nikt nie chciał mieszkać tam, gdzie jeszcze w maju bywają burze śnieżne . Nasz bohater był absolutnym wyjątkiem. Dostał pracę w lokalnej gazecie, gdzie sporządzać miał m. in. właśnie kronikę portową.  Były to opowieści o wypływających z portu i powracających statkach, które z biegiem czasu stały się dla czytelników czymś fascynującym.
   Pozornie może się to wydawać mało odkrywcze, szczególnie w zalewie książek o zaczynaniu wszystkiego od nowa. Diabeł tkwi w szczegółach . „Kronik portowych” w żaden sposób nie można porównywać do „Powrotu nad rozlewisko” lub do podobnej literatury.
     „Kroniki” nie są bynajmniej lekturą tylko dla tych , którzy myślą o diametralnie zmianie życia. Fascynacja nią może zacząć się już od pierwszych kartek. Pisarka wpadła na pomysł, aby każdy rozdział poprzedzony był cytatem z innej książki, z nieznanej zupełnie „Księgi węzłów Ashleya”. Opis węzła jest idealnie dopasowany do treści rozdziału. Przykładowo na początku rozdziału jest opis liny z węzłem , jaka rzucana jest rozbitkowi, a w rozdziale jest mowa o tym, jak Quoyle powolutku zaczyna sobie w życiu radzić, np. przyjaciel – jedyny, jakiego do pewnego momentu miał, znalazł mu pracę. Zabieg taki stwarza atmosferę pewnej magii, codzienne wydarzenia zaczynają przypominać coś absolutnie wyjątkowego.
          Niepowtarzalna jest też sceneria. Zimne tereny ze śniegiem i lodem rzadko kiedy są miejscem akcji książek czy filmów, a jeżeli już tak się stanie, trudno taką książkę czy film zapomnieć lub z czymś pomylić. Niezapomniana śniegowa sceneria z „Fargo” braci Coen każdemu utkwiła w pamięci. W przypadku „Kronik portowych” poza śniegiem mamy jeszcze klifowe wybrzeże i Atlantyk oraz burze śnieżne. Najbardziej popularnym środkiem komunikacji są łodzie .   W takiego rodzaju miejscu , przez długie lata niemal odciętym od świata, ludzie żyją w rytmie przyrody i często mają zdolności, które można byłoby nazwać paranormalnymi. Bardziej wsłuchują się w siebie i miewają różnego rodzaju przeczucia .  Takie nietypowe zdolności ma chociażby córka Quoyle`a ,  Bunny, a także wydawca gazety.
     Ciekawe są bardzo sylwetki głównych bohaterów, nie są to banalne opisy z czytadeł, pokazana jest głębia psychologiczna postaci. Osobiście nie mam nic przeciwko czytadłom, sama raz na jakiś czas po nie sięgam, co widać chociażby w tym blogu . Biorąc do ręki „Kroniki portowe” trzeba mieć świadomość, że jest to jednak coś zupełnie innego. Przykładowo Quoyle początkowo wydaje się niezaradnym i nieciekawym facetem, do tego  nieszczególnie mądrym i mało urodziwym. Rzadko kiedy pisarz wybiera sobie takiego bohatera. Ale sytuacja się zmienia. Przypadkowo poznany mężczyzna dostrzegł jednak w Quoyle`u jakiś potencjał , chyba dostrzegł w nim dobrego człowieka i zaproponował mu przyjaźń. Kolejną szansę  dała mu ciotka, proponując wspólny wyjazd. Później wydawca gazety dał mu pracę. Wydobywanie z Quoyle`a mądrości , dobroci czy zaradności odbywa się bardzo powoli, ale czytanie o tym jest fascynujące. Nie ma tu prostych życiowych recept i banalnych schematów. Nowa Funlandia nie jest miejscem, gdzie każdemu żyje się świetnie, a każdy, kto tam przyjedzie ma życie usłane różami. Sporo jest też o życiu mieszkańców tej wyspy, tym współczesnym i tym dawnym. Jest to rzeczywiście miejsce dziwne. Tak długo odciętym od świata, że kwitną tam różnego rodzaju gusła i przesądy.
        Równolegle do tej książki czytałam też trzeci tom „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta – „W stronę Guermantes”. Narrator w pewnym momencie zastanawiał się nad swoimi lekturami i przypominał sobie książki autorstwa niejakiego Bergotta ( postać fikcyjna). Wywarły one na nim kiedyś kolosalne wrażenie. Kiedy znacznie później sięgnął po nie kolejny raz, był zdumiony, że nie wydały mu się już takie wyjątkowe. Zaczął się zastanawiać, jak to się stało. I doszedł do wniosku, że te książki na pewnym etapie życia otwarły mu oczy na pewne sprawy i rozszerzyły mu horyzonty. W późniejszym okresie życia, to co wyczytał u Bergotte`a miał już przyswojone . Wrażenie oszołomienia nie mogło się więc już powtórzyć. Oszołomić mogło go tylko coś nowego, co znowu zmieniłoby jego spojrzenie. Zastanowiło mnie, czy te rozmyślania mogą mieć zastosowanie do mnie i do moich lektur, do których wracam, chociażby do „Kronik portowych”. W pewnym stopniu tak. Oszołomienie po pierwszym czy nawet drugim przeczytaniu już się nie powtórzyło. Ale czytając tą , czy też i inną , książkę  ponownie , zawsze zwracam uwagę na coś jeszcze, co wcześniej mi umknęło. Tym razem zainteresowałam się bardziej opisami tych nietypowych, paranormalnych zdolności , zastanawiałam się, czy są to wyjątkowe zdolności, czy  może ma je każdy, tyle tylko że większość z nas nie przywiązuje do nich wagi lub nawet nie zwraca na nie uwagi i koncentruje się na codziennych obowiązkach.    No i lektura takiej książki sama w sobie jest czystą, niemal zmysłową,  przyjemnością, taką, o jakiej w odniesieniu do innych jeszcze książek pisał w „Klubie Dumas” Artura Perez-Reverte. 
     „Kroniki portowe” są książką o nadziei. Nie dotyczy to tylko życia Quoyle`a. Dotyczy to również i życia ciotki i właściwie wszystkich bohaterów. Nawet w pewnym momencie autorka pisze o ptaku. Ptaka, wydawałoby się, że martwego, ze złamanym karkiem, zauważyła córka Quoyle`a. Było to przygnębiające . Na drugi dzień ptaka nie było. Wszystko wskazywało na to, że ten ptak nie miał jednak złamanego karku i że odleciał.  Coś pięknego, nawet nieoczekiwanego można znaleźć wszędzie, nawet i w miejscu, skąd każdy ucieka. Może się to stać na każdym etapie życia, nawet po tym, gdy ktoś przeżył koszmar. Nawet dla takiego przesłania warto czytać tą powieść .
        Warto też obejrzeć film Lasse Halstroma z Kevinem Spacey (Quoyle), Julianne Moore (miłość z Nowej Funlandii),  Judi Dench (ciotka) , Cate Blanchett (żona). Scenariusz nie jest wierny książce, ale nie o to przecież chodzi, sedno i atmosfera są  uchwycone. W filmie przepiękna jest muzyka Jerry`ego Goldsmitha i Christophera Younga. Dopiero po obejrzeniu filmu tak naprawdę mogłam zrozumieć, jak wygląda życie w takich realiach i jak piękne są tamtejsze krajobrazy. 
6/6
         
 
  
 
 
 
 

poniedziałek, 19 października 2015

„Świat według Garpa” – John Irving – audiobook, czyta Mariusz Benoit


Obraz znaleziony dla: Świat według Garpa
 









          Czasami mam wrażenie, ze spotkania z książkami przypominają spotkania z ludźmi. Czasem kogoś się widzi i ma się świadomość, że  tą osobę od razu można polubić. Niekiedy jest tak, że ktoś nie robi fajnego wrażenia, ale przekonujemy się do niego wraz z upływem czasu . Ale czasem jest tak, że ktoś budzi żywiołową niechęć od pierwszego wrażenia , a odczucie to tylko wzmaga się . W tym ostatnim przypadku do tego kogoś nie można się już przekonać, ze znajomości nic nie będzie. Nie do końca jest to nieracjonalne. Myślę, że w przeciągu paru sekund można zauważyć zacięty wyraz twarzy, nieustępliwość, cwaniactwo, wredność itp. Nasza podświadomość ma błyskawiczne skojarzenia. 

     „Świat według Garpa” był dla mnie odrażający od samego początku. W miarę słuchania   było coraz gorzej. Całego audiobooka wysłuchałam tylko dlatego, że jest on wyjątkowo krótki,  trwa około 3, 4 godziny.  Być może jest to kwestia zupełnie innego postrzegania świata i  innego poczucia humoru. Niektórzy lubią morze, inni góry. Kogoś, kto chodzi z plecakiem po górach nie przekona się do tego, że smażenie się w upale na słońcu nad morzem może być przyjemne .  W „Świecie według Garpa” nie podobało mi się nic. To nie moja bajka. Co gorsze, to nie wywołał on we mnie żadnych większych emocji, co najwyżej lekką irytację lub momentami obrzydzenie. Generalnie kojarzy mi się z jedną wielką nudą. Trudno jest mi znaleźć inną książkę, która byłaby mniej nudna. Nie potrafię pojąć, jak ta książka może się komuś podobać.

          Garp to syn samotnej pielęgniarki. Czuła ona wstręt do mężczyzn, ale mimo to pragnęła mieć dziecko . Najlepiej byłoby, aby dziecko pojawiło się bez seksu, ale w latach 40-tych in vitro nie było. Kobieta poradziła sobie w ten sposób, że odbyła stosunek z nieprzytomnym pacjentem w szpitalu – szczegóły „techniczne” są w książce. W późniejszym okresie czasu matka Garpa , po wydaniu jej pamiętników, stała się prekursorką ruchu feministycznego, według Irvinga polegającego na nienawiści do mężczyzn. Ulubionym jej strojem był fartuch pielęgniarski, który traktowała jak prywatne ubranie.  Z mężczyznami kontaktów nie miała żadnych, ale za to obsesyjnie o nich myślała. Kiedyś podczas podróży z synem kazała mu zaczepiać prostytutki, bo chciała porozmawiać z nimi o żądzy. Była bardzo „tolerancyjna”, przy okazji kontaktów z prostytutką zaproponowała synowi, że zafunduje mu ich usługę . Młodość Garpa upłynęła w takich właśnie warunkach. On w przeciwieństwie do matki w celibacie nie żył, jego intymne kontakty z kobietami stanowią główny wątek książki.  Ale ożenił się z kobietą, w której był zakochany i spełniając jej zachciankę, został pisarzem. Jakoś tak się składało, że bardzo często spotykał koło siebie zgwałcone kobiety, które miały wyrwane języki. Miał dwójkę dzieci, a jedno z nich zginęło w wypadku. Tak na oko, to około 80% książki lub nawet i więcej stanowią opisy seksu lub kwestii z nim związanych, śmierć dziecka to może 1% treści lub mniej. Może w książce w wersji oryginalnej , nieskróconej jest inaczej .  
    Nie wiem, jak to się stało, ze ta książka zdobyła takie uznanie . Zastanawiam się, czy aby po latach pruderii społeczeństwo amerykańskie nie łyknęło książki Irvinga i nie wpadło w zachwyt nad nią tylko i wyłącznie dlatego, że był tam seks. Cóż, obecnie w tej materii wybór literatury jest olbrzymi i można znaleźć coś ciekawszego, chociażby wydane w tej samej serii „Wyznania chińskiej kurtyzany”.
   
   Benoit nie przekonał mnie do tej książki. Nie wiem, czy w ogóle byłoby to możliwe. Teoretycznie podczas przygotowywania tekstu na potrzeby audiobooka mogło dojść do wycięcia najciekawszych fragmentów. Ale to tylko teoria. W tym zakresie mógłby wypowiedzieć się tylko ktoś, kto zna książkę.

1/6

czwartek, 15 października 2015

Frederick Forsythe „Czarna lista” – audiobook, czyta Jan Peszek




        Na dłuższą podróż wzięłam wciągający audiobook. „Psy wojny” były tak ciekawe i tyle dające do myślenia, że nie czekałam dłużej , tylko sięgnęłam po kolejną pozycję. „Czarna lista” dotyczy tematu wyjątkowo na czasie, bo mówi o terroryzmie, a konkretnie o likwidowaniu , czyli de facto o zabijaniu politycznych przeciwników przez służby specjalne różnych państw. Tym razem wrogiem do odstrzału jest niejaki „Kaznodzieja”, czyli fanatyczny islamski duchowny, który z zakrytą twarzą wygłasza pseudo religijne kazania i nawołuje w nich do zabijania Amerykanów. Ponieważ ma olbrzymią siłę sugestii, znajdują się tacy wyznawcy, którzy faktycznie dokonują zamachów na Amerykanów. Są to zamachy skuteczne. Głównym bohaterem „Czarnej Listy” jest tzw. „Tropiciel”, który ma unicestwić „Kaznodzieję”. 

       Likwidacja ukrywającego się wroga i różne inne sposoby walki z nim to jeden z tematów tej książki. Pasjonujące były tutaj opisy jego poszukiwań , czy  próby ustalenia jego tożsamości. Ale są i inne . Jednym z nich jest porwanie statku przez współczesnych piratów . O tego typu działaniach wiedziałam tylko tyle , że mają miejsce, głównie w rejonie Afryki i Azji. Opisy są szalenie ciekawe, zaskoczeniem dla mnie był jednoczesny prymitywizm bezpośrednich porywaczy i profesjonalizm organizatorów, chociażby wykorzystywanie przez tych ostatnich nowoczesnego sprzętu komputerowego, czy łączy satelitarnych do rozmów telefonicznych. Zupełnym newsem byli dla mnie profesjonalni negocjatorzy, reprezentujący porywaczy i właścicieli statku, a także wpłacanie okupu na konta bankowe. 

       „Czarna Lista” jest typową książką sensacyjno – szpiegowską. Forsythe chyba w ubiegłym miesiącu publicznie przyznał się do tego, że był wieloletnim współpracownikiem brytyjskiego wywiadu. Można więc przyjąć, że książka napisana jest przez profesjonalistę. Czytelnik nie jest więc zasypywany opisami bzdur, które nigdy nie mogłyby mieć miejsca. Jest to olbrzymi atut powieści. Do tego dochodzi niewątpliwy talent literacki .

                Nie jestem znawcą powieści sensacyjnych, ale porównując Forsythe`a do innych autorów książek tego typu, uważam go za swój numer jeden . Z tego co pamiętam, to czytałam  dwie pozycje Kena Folleta:  ”Klucz do Rebeki” i „Lot ćmy”. I czytałam też chyba 2 książki Toma Clancy`ego, tytułów nie pamiętam.  Wszyscy trzej pisarze piszą , w przypadku Clancy`ego jest to już niestety czas przeszły, bardzo ciekawie, książki są wciągające , czyta się je lekko .  Clancy i Forsythe specjalizują się w czasach współczesnych, Follet pisze również o średniowieczu. Odnoszę wrażenie, że Follet pisze trochę „pod publikę”, tzn. w każdej książce jest romans , dobrzy bohaterowie przeżywają , źli kończą źle. Książki Folleta nie zaskakiwały mnie w tym sensie, że nie ma tam mowy o wydarzeniach historycznych, czy innych zjawiskach np. społecznych , o których nic nie wiedziałabym. Zaskakująca jest  jedynie akcja, czyli wydarzenia fikcyjne. Clancy miał  gigantyczną wiedzę o kwestiach historycznych i wojskowych. U niego przeszkadzało mi z kolei to, że wykreował głównego bohatera  Jacka Ryana na wzór wszelkich cnót, kogoś przypominającego trochę Jamesa Bonda, trochę postać herosa z mitologii. Ten super mózg został wyłącznie dzięki swym umiejętnościom i inteligencji prezydentem USA.  Nie potrzebował wielkich pieniędzy, intryg , wykańczania przeciwników politycznych itp. Clancy idealizował też wojsko. Po jego śmierci przeczytałam gdzieś, że wojskowi wyjątkowo ubolewali nad jego śmiercią.    

      U Forsythe`a nie ma żadnych wyidealizowanych bohaterów. W opisywanym przez niego świecie sporo jest przemocy, korupcji , zdrady i bezwzględności. Nie ma też bajkowych reguł, typu dobro będzie nagrodzone, a zło ukarane.  Ale pisarz umieszcza wszędzie iskierkę nadziei, coś pozytywnego. Już sama postać „Tropiciela” z „Czarnej listy” jest pozytywna.  Bohaterami drugiego czy nawet trzeciego w tej książce planu okazała się grupka ludzi, którzy po prostu, będąc doskonale przygotowanymi, przystąpili do wykonywania zadania, do zrobienia tego, co do nich należało.  Byli to komandosi. Nie mogę napisać, czy udało im się zrealizować plan, jaki plan to był i czy wszyscy oni przeżyli. W książce nie padają nawet ich nazwiska. Nie wiadomo nic o ich życiu prywatnym, nie wiadomo, czy zdradzali żony, czy w szkole dobrze się uczyli. Można przypuszczać, że nie byli ideałami, ideałem nikt nie jest. Podobnie było w „Psach wojny”, coś naprawdę dobrego chciał zrobić ktoś, komu do ideału było naprawdę bardzo daleko.

5/6

 

czwartek, 8 października 2015

Marcin Wroński „Pogrom w przyszły wtorek”


Obraz znaleziony dla: Pogrom w przyszły wtorek











           To trzeci już tom Wrońskiego, jaki przeczytałam. Z pewnością przeczytam pozostałe. Jest to idealna książka zarówno dla miłośników kryminałów i dla miłośników historii. Treść nie jest łatwa, lekka i przyjemna. Mowa jest o trudnych sprawach i o koszmarnym dla nas, okresie historii.  Książka jest mroczna, Wroński na szczęście pisze lekko.

     Były, przedwojenny komisarz policji – Zyga Maciejewski opuszcza stalinowskie więzienie. Ceną za wypuszczenie było podpisanie lojalki. Nie ma pracy, nie wie, czy będzie miał gdzie mieszkać i gdzie jest jego żona i dziecko. Szybko okazuje się, że w jego domu zagnieździli się dzicy lokatorzy, a Róża żyje przy boku oficera UB. Maciejewski zobowiązał się z kolei aby pomóc UB przy dziwnych sprawach i musi wywiązać się ze zobowiązań. W okolicach Lublinie mordowane są z nieznanych powodów kobiety , w Lublinie doszło zaś do zabójstwa Żyda, byłego więźnia obozu w Sobiborze. Zanosi się na coś jeszcze gorszego , na pogrom Żydów. Pewne ślady prowadzą do żołnierzy podziemia niepodległościowego, inne do UB, jeszcze inne do byłych więźniów obozu koncentracyjnego, kolejne do bimbrowników i handlarzy. Nie można wykluczyć , że może też w grę wchodzić zemsta nieustalonych osób i prywatne porachunki z niewiadomego powodu .  

          Szalenie wciągające są zarówno koleje losy Zygi, jego znajomych, byłych policjantów, jak i bieżące wydarzenia. Odnalezienie się w nowej rzeczywistości jest niezwykle trudne. W tej książce niemal nic nie jest czarno – białe. Niemal wszyscy bohaterowie, poza stalinowskimi ubowcami z lat 40-tych,  są pewną mieszanką dobra i zła. Różnią się tylko proporcje. Autor burzy też pewne stereotypy. Nie każdy , kto był w czasie wojny ofiarą , po wojnie zachowuje się w porządku. Nie każdy, kto uchodził za kapusia, był nim . Nie wszystko, co wydawało się oczywiste i proste, takie było w rzeczywistości. Proste myślenie stereotypami u Wrońskiego się na szczęśćcie nie sprawdza.  Sporo jest zaskoczeń.

    Realia tamtych czasów wydają się być odzwierciedlone w sposób wyjątkowo trafny. Nie kojarzę żadnego elementu tamtego czasu, znanego z historii, książek czy filmów, który zostałby przez autora pominięty. O niektórych tych aspektach rzeczywistości, opisanych przez Wrońskiego, nie pamiętałam. Nakreślona  panorama jest chyba bezbłędna. Chociażby z tego względu mogłaby to być lektura szkolna. Uczeń ucząc się o tamtych czasach z podręcznika , część rzeczy zapomniałby . Po lekturze takiej książki wszystko wydałoby mu się jasne i logiczne.

      Podczas czytania nasuwały mi się analogie z kryminałami Krajewskiego o Wrocławiu czy  Lwowie. Obaj pisarze postawili na kryminały retro, na ten sam okres historyczny, na dwudziestolecie międzywojenne i lata późniejsze. Dla mnie Wroński pisze lżej, jakby z większym dystansem.  W jego książkach na przekór rzeczywistości jest też humor. „ W otchłani mroku” Krajewskiego było dla mnie straszne do czytania, miałam po nim doła. W przypadku „Pogromu w przyszły wtorek” Wrońskiego nic takiego się nie stało.  U Krajewskiego wydarzenia rozgrywały się według najczarniejszego scenariusza, działo się z reguły to, czego czytelnik najbardziej się obawiał. U Wrońskiego nie jest  tak źle.  Z cała pewnością to kwestia gustu, jedni wolą Mickiewicza, inni Słowackiego, jedni wolą góry, inni morze itp. Wolę więc Wrońskiego.

 6/6

wtorek, 29 września 2015

Dmitry Glukhovsky „Futu.re”


       Miło to być coś wyjątkowo  ciekawego, wartka akcja, wyjątkowo wciągająca czytelnika do tego stopnia, że nie można się oderwać od czytania. Miały być też rozważania o etyce, o nieśmiertelności, uczuciach ludzkich. Czego w tej książce miało nie być … Jedynym jej plusem w rzeczywistości jest to, że mimo bełkotliwej treści czyta się ją całkiem dobrze ( poza obrzydliwymi scenami z fizjologicznymi opisami seksu i torturami)  Autor umie pisać, tylko tyle, że mimo barwnego życiorysu, nie ma nic oryginalnego czy ciekawego do przekazania. Pisze w szaleńczym tempie grubaśne książki , a nie ma czasu, aby cokolwiek przemyśleć.
        Całość to dla mnie kompilacja „Nowego wspaniałego świata” Huxley’a, „Roku 1984”  Orwella, „Blade Runner’a”  Dicka a także wspomnień z łagrów , to ostatnie przeniesione do wersji futurystycznej. Chętni mogliby poszczególne sceny z „Futu.re” klasyfikować , która z którego dzieła jest zaczerpnięta, a w najlepszym razie zainspirowana.  Szereg scen mogłaby ponadto posłużyć jako gotowy scenariusz to filmów hard porno w wersji sado – maso. Opisy seksu z tej książki należą do najbardziej obrzydliwych w literaturze, jakie czytałam. Autor ma chyba spore problemy z samym sobą, niemal w każdej scenie z erotyzmem jest przemoc, np. marzenia o gwałtach, w tym z przybijaniem ręki kobiety do podłogi gwoździem i zastanawianie się, jak bardzo krzyczałaby. Opisy są wyjątkowo naturalistyczne ze szczegółowym uwzględnieniem fizjologii.

       Główny bohater, raz określany numerem, innym razem , rzadko,  imieniem, jest Nieśmiertelnym, który zajmuje się ściganiem kobiet , które zaszły w ciążę i jej nie zarejestrowały.  Gdy takową znajdzie, zabiera jej dziecko. Dziecko trafia do internatu, gdzie z rodzicami nie może mieć żadnego kontaktu, a wychowywane jest tam w reżimie i warunkach przypominających radzieckie łagry, z torturami fizycznymi i psychicznymi na porządku dziennym. Matce wstrzykiwany jest zaś zastrzyk, które powoduje , że w przyśpieszonym tempie zaczyna się starzeć i najpóźniej za 10 lat umiera. Ludzie żyją w gigantycznych metropoliach, które mieszczą się w wielkich wieżowcach , bogaci na górze, a biedni na dole.  Wynika to oczywiście z przeludnienia. Przeciętne mieszkania mają powierzchnię kilku metrów kwadratowych.

   Całość jest pustą wydmuszką. Nie znalazłam tam niczego odkrywczego, tylko pseudointelektualne odkrycia. Te odkrycia to przykładowo „newsy” na miarę XXI wieku : starsi ludzie też maja uczucia, starszego człowieka też można kochać, gdy kobieta nie może mieć dziecka - może być z tego powodu nieszczęśliwa, ojcostwo czy macierzyństwo mogą uszczęśliwiać i in.

    Znacznie ciekawsze i wbrew wszelkim pozorom,  głębsze refleksje na temat nieśmiertelności, są w musicalu „Wampiry” w piosence „Wieczność” , polecam chociażby na you tubie w wykonaniu artystów z naszej „Romy”.

            Ta książka to moje największe rozczarowanie w tym roku. Jeżeli robiłabym ranking na najgorszą książkę przeczytaną w danym roku, to ta z pewnością zajęłaby pierwsze miejsce w roku 2015r.   

   A poza tym wszystkim to nie wiem, dlaczego wszystkie wizje przyszłości w różnych dziełach literackich czy filmowych, przedstawiane są w tak czarnych barwach. Poza wojnami, ludziom generalnie żyje się przecież coraz lepiej. Jest olbrzymi postęp medycyny, techniki, jest masa wynalazków, ułatwiających życie. Kobiety są samodzielne, nie są zdane tylko na męża. Nie musi się tkwić na siłę w różnych koszmarnych małżeństwach, istnieją rozwody.  Jest tolerancja dla chorych psychicznie, dzieci pozamałżeńskich, można też żyć w związkach nieformalnych . Jest inne podejście  do  zwierząt. Poziom edukacji społeczeństwa jest nieporównywalny do tego sprzed np. 100 lat. Przykłady można mnożyć.

1/6

sobota, 26 września 2015

Edith Wharton „Wiek niewinności” – audiobook, czyta Ewa Mateuszuk


„Wiek niewinności” jest znany głównie z filmu . Książka pokazuje jednak wydarzenia z innej perspektywy i z większą zdecydowanie głębią psychologiczną. Zdecydowanie jest godna polecenia. Pozornie wydarzenia mogą wydawać się banalne i stare jak świat. Rozgrywają się głównie w Nowym Jorku w latach 80-tych XIX wieku. Otóż młody mężczyzna, Newland Archer , pochodzący z bogatej, cieszącej się poważaniem  rodziny zaręczył się młodą dziewczyną z innej, równie bogatej rodziny, May Welland. Jednocześnie w tym samym czasie  zakochał się w innej kobiecie, hrabinie Olenskiej. Pojawił się dylemat, co robić w tej sytuacji? Sytuację komplikował fakt, że ta trzecia była formalnie zamężna, ku ogólnemu zaskoczeniu i zgorszeniu, odeszła ona od męża. W czym tkwi więc urok tej książki”? Dlaczego już od 100 lat fascynuje  czytelników ?


        W powieści tej pokazany jest drobiazgowo dylemat , który w różnych wariantach przeżywa cała masa ludzi .  Te dylematy niekoniecznie muszą dotyczyć kwestii damsko – męskich. 

  Wariant nr 1 . Zdecydować się na rutynę i konformizm, iść utartą drogą, tak jak i rodzice i dziadkowie, sąsiedzi, znajomi z pracy, robić to, co jest społecznie oczekiwane i akceptowalne a także pozbawione niemal ryzyka , a na co w rzeczywistości nie ma się ochoty.  W przypadku właśnie z powieści dla Archera oznaczało  to małżeństwo z May, narzeczoną, chociaż przerażało go to .

Wariant nr 2 . Iść za głosem serca , za tym , co czuje się, że jest dla człowieka jego powołaniem, czego chce się tak z głębi serca.  Zrobić tak, mimo iż jest to bardzo ryzykowne, oznaczać może utratę pozycji w grupie społecznej i wiązać się z pogorszeniem sytuacji finansowej ( przynajmniej na początek) i dużymi zmianami. W przypadku Archera  oznaczałoby to zerwanie zaręczyn lub nawet potem odejście  od żony i związanie się z hrabiną Olenską.

    Edith Wharton rewelacyjnie opisuje miotanie się Archera . Doskonale widać, że jest to człowiek bardzo inteligentny, ale  wyjątkowo słabego charakteru . Tylko przy hrabinie Olenskiej czuje on, że serce szybciej mu bije i ma wtedy pełną świadomość, że nie kocha narzeczonej, czy później już żony . Wie jednocześnie, że hrabina również go kocha. Ale związek z głupiutką żoną jest taki prosty, akceptowany a nawet i podziwiany przez ogół. Nie wie, co robić i stać go jedynie na to, aby hrabinie ze szczerego serca  udzielać porad i bronić jej przed obgadującym ją permanentnie towarzystwem. Naraża się nawet na to, że w powszechnym przekonaniu uchodzi za kochanką hrabiny. Tylko tyle, że tą świadomość, iż posądzano go o romans,  zyskał bardzo późno, gdy Olenska odjeżdżała już do Europy. Zrobiłam tu wyjątek i napisałam wprost, jakie jest zakończenie. Najważniejsze w książce jest bowiem nie to, co on zrobi, tylko odwrotnie. Dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej, dlaczego jest takim hipokrytą, słabym oszustem, udającym kochającego męża.

   Wygodniej dla niego było nic nie robić , szedł po prostu z prądem. Skoro się zaręczył,  przygotowania do ślubu były w toku, to po co miałby to rujnować ? Skoro już się ożenił, to jak mógł odejść od żony? Archer to bardzo często spotykany typ mężczyzny, właściwie nie tylko mężczyzny, po prostu człowieka. To konformista i ktoś bierny, kto zawsze płynie z prądem  , kto nigdy nie zrobi nic zaskakującego , zawsze ma na względzie reakcje otoczenia na swoje zachowania. Chociaż kochał Olenską całym sobą,  nawet gdy dowiedział się , że znalazła się w tragicznej sytuacji finansowej, nie zrobił nic, aby  jej pomóc. Jedyne, na co było go stać, to bronienie jej w towarzystwie, ale samo to nie zagrażało jego pozycji. Ale jednocześnie nie jest to ktoś totalnie zły. Poza tymi cechami może to być dobry ojciec , rzetelny i uczciwy pracownik . Nie uważam zaś, aby można było mówić „dobry mąż” o kimś, kto nie kocha żony, kocha inną kobietę i odgrywa przed żoną coś w rodzaju roli przykładnego męża. Wharton nie portretuje ludzi w czarno – białych barwach. Wiele jest takich osób, jak Archer.  Są to właśnie ci, którzy zawsze robią to, co wszyscy, bez wyjątku, żyją tak jak i otoczenie, w obłudzie i zakłamaniu.  Gdyby wybuchła wojna , a w jego otoczeniu ludzie walczyliby, gdyby aprobowała to jego rodzina, pewnie poszedłby walczyć. Gdyby zasugerowano mu , że ma udawać chorego, zrobiłby tak. A gdyby urodził się w Niemczech w latach 20-tych , to wstąpiłby, tak jak większość osób z jego klasy społecznej,  do SS.  Archer jest typowym przedstawicielem środowiska, z którego się wywodzi, ono całe jest właśnie takie.

   Poza Archerem pisarka ukazuje też i inne ciekawe aspekty życia jego rodziny. Porażający jest opis zakłamania opisywanej grupy społecznej, jako całości. Każdy dba wyłącznie o własną pozycję i jej zachowanie . Preferowane jest życie w zakłamaniu. Myślę, że zasadniczo nie odbiega to od współczesnego stylu życia w wielu środowiskach.   
   Czytająca audiobook Ewa Mateuszuk jest średnia, bez rewelacji, umiejętnie operując głosem, mogłaby bardziej zaciekawiać czy nawet  pogłębiać  napięcie.  Jej styl czytania jest nudnawy i monotonny, co psuje wyśmienity tekst. Nie dziwię się, że pisarka za tą właśnie powieść jako pierwsza kobieta otrzymała nagrodę Pulitzera.

5/6

środa, 16 września 2015

Stefan Żeromski „Wiatr od morza”

WIATR OD MORZA - 2384580491

 
 Sięgnęłam po Żeromskiego po raz pierwszy od skończenia liceum. Podobnie , jak i niektórych innych polskich klasyków lubiłam go, ale tak jakoś wyszło, że nie czułam potrzeby, aby po niego sięgać. Nie sięgałam po Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Krasickiego, Wyspiańskiego, Fredrę  i  wielu innych jeszcze twórców. Nie wiem sama dlaczego. Czy fakt, że musiało się ich czytać, że  był to przymus, miał znaczenie? Chyba nie, bo po obcych klasyków sięgałam. O tych naszych chyba …..….. zapomniałam. To dziwne zjawisko, nie potrafię powiedzieć, dlaczego właściwie po nich nie sięgałam. Nie robiłam tak z jakiejś przekory, zawsze było cos innego do czytania, albo nowego, albo współczesnego .

     „Wiatr od morza” znalazłam w domu u rodziców, jest to jeszcze wydanie z minionej epoki , w sensie dosłownym, na zgrzebnym papierze, przypominającym papier toaletowy, z malutką czcionką, wyjątkowo mało estetyczne, teraz tak nie wydaje się książek . Ponieważ lubię morze, szczególnie Bałtyk, a wyjeżdżam tam jesienią, sięgnęłam po „Wiatr od morza”. Zastanowiło mnie też, czy czytanie naszej klasyki w zalewie olbrzymiej ilości współczesnej literatury ma  jeszcze sens, czy potrafi wzbogacać ? Czy jest już ona anachroniczna, czy ponadczasowa? Czy przeczytanie po raz kolejny znanej pozycji naszego klasyki potrafiłoby cieszyć, czy odkrylibyśmy coś dzięki temu?

   „Wiatr od morza” to zbiór opowiadań, zbeletryzowanych oczywiście, poświęconych wybranym epizodom  z historii Pomorza , Wschodniego i Zachodniego, ułożone są one chronologicznie. Dobór wydarzeń jest całkowicie subiektywny, a pod pojęciem Pomorza rozumiem, tak jak Żeromski,  całą krainę geograficzną, nie tylko wąski pas wybrzeża.  Opowiadania zaczynają się jeszcze w czasach pogańskich, od najazdów wikingów na te ziemie, a kończą już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Niektóre poświęcone są konkretnemu wydarzeniu historycznemu, np. zabójstwie św. Wojciecha, rzezi Gdańszczan w 1308r., zwycięstwie po Świecinem w 1462r nad Krzyżakami . Są też opowiadania, w których bohaterami są tzw. zwykli ludzie  i ich zwyczajne życie, wpisane jednak oczywiście w epokę. Bohaterem, który przewija się w wielu opowiadaniach jest Smętek, czyli zły duch, diabeł, który mącił, aby było źle. Jak to zwykle bywa przy doborze do czegokolwiek, każdy pewnie, ja zresztą też, trochę inaczej wybrałabym wydarzenia. Ale to kwestia typowo subiektywna.

      Konkluzja moich rozważań, czy warto nadal sięgać po klasykę, okazała się jasna i prosta. Warto po nią sięgać, nie musiałam nawet długo zastanawiać się nad odpowiedzią. Jedne opowiadania podobały mi się bardziej, inne mniej. Każde na swój sposób wzbogacało wiedzę historyczną, o wielu faktach już nie pamiętałam. Co do niektórych to nie jestem pewna, czy w ogóle kiedykolwiek o nich wiedziałam. Ale to nie jest najważniejsze. To nie jest podręcznik historii. Pod względem literackim opowiadania są piękne i potrafią sięgnąć gdzieś  bardzo głęboko, potrafią wzruszyć w niesamowity sposób. Są niektóre, perełki, które miałabym ochotę niemal całe zacytować. Nie da się zacytować całych, ale troszeczkę tak.

  Jeden z najpiękniejszych opisów jest  w opowiadaniu „Śmierć św. Wojciecha”  , jest to opis muzyki. Św. Wojciech wraz z trzema innymi zakonnikami płynął łodzią , a ich przewodnik w pewnym momencie zaczął grać na pięciostrunnej, normandzkiej wioli. „Niezwyciężona potęga tej muzyki , najwyższa, najbardziej niezmożona potęga ziemi” …”ogarnęła serce”. „Jej obezwładniająca woń tak przemyślnie  a zarazem tak prosto wyjawiała zapomniane skrytości , tkwiące na początku i we środku życia, wczoraj i dzisiaj. Chwile dawne, w czasie zamierzchłe, zaginione i do cna przepadłe w niepamięci , stawały się dzisiejszymi, o sile wyrazistości o stokroć większej , niż ją wówczas posiadały. Uczucia pogubione w dzieciństwie, w młodości”…… „dogoniły go i teraz odnalazły.” Cały opis jest przepiękny, ale zajmuje dobrych kilka stron.

     Inny z kolei przepiękny opis odnosi się do Mikołaja Kopernika, w opowiadaniu „Kopernik”, gdy dokonał on swego odkrycia.  Żeromski spróbował wejść w jego odczucia, z jednej strony niebotyczne zdumienie, z drugiej zafascynowanie, wątpliwości, co dalej zrobić w tej sytuacji, z kim porozmawiać...  „Kto miał mu podać rękę, pomoc i radę?”  „Stała się wokoło jedyna towarzyszka  żywota : niezmienna i wierna – samotność” .

              Jedyna rzecz, którą określiłabym jako nieco anachroniczną, to język. Zdania są długie, niektóre wyrazy czy nawet zwroty , nie są już używane. Widać już po kilku zdaniach, że nie jest to język współczesny.  I z tym czytelnik musi się zmierzyć. Czytałam kiedyś dyskusję na temat tłumaczeń literatury obcej. Tłumacze stali na stanowiskach, że warto tłumaczyć niektóre dzieła po raz kolejny, bo niektóre tłumaczenia mają po kilkadziesiąt i więcej lat, są właśnie anachroniczne i utrudniają lekturę. Nie słyszałam zaś nigdy o czymś w rodzaju uwspółcześniania starych, rodzimych,  tekstów . Ale poza tym językiem nie widzę innych trudności.

    Dobór tematów i to, czy więcej jest opisów zwycięstw, czy  różnych tragedii , nie jest kwestią tego, kiedy Żeromski żył. To kwestia światopoglądu i tego, z jakiego punktu spogląda na dzieje. Współcześnie też toczą się dyskusje nad sensownością naszych powstań, nad tym, czy zamiast walczyć, lepiej byłoby zająć się czymś innym, chociażby pracą czy kształceniem się. Jedni wolą składać hołd różnego rodzaju bojownikom. Inni, np. Stefan Bratkowski we wspaniałej książce „Skąd przychodzimy” stawia tezę, że czcimy tylko wojowników, a zapominamy o bohaterach pracy, którzy nie podejmując walki w sensie dosłownym, więcej zrobili, niż ci walczący. W każdym rozdziale wspomina inną postać, np. Ernesta Malinowskiego, Eugeniusza Kwiatkowskiego i in. Mnie trochę drażniło przedstawiane nas, Polaków , przez Żeromskiego, jako nieudaczników ( mój zwrot, autor używa innych, patetycznych), którzy ciągle byli gnębieni i prześladowani.   Na szczęście nie wszędzie , nie w każdym opowiadaniu tak jest. Mieszko I chociażby pokazany jest jako chytrzejszy od Niemców. Generalnie jednak naprawdę warto.

5/6


sobota, 12 września 2015

Agatha Christie „Zagadka Błękitnego Ekspresu” – audiobook, czyta Danuta Stenka


Tajemnica Błękitnego Expressu

Zastanawiam się, dlaczego tak bardzo lubię A. Christie. Czytam jej książki, niektóre po raz kolejny, słucham audiobooków , oglądam namiętnie filmy z panną Marple i Herculesem Poirot. I wcale mi się to nie nudzi. W obawie, aby nie brakło mi książek A. Christie, dozuję ich czytanie tak, aby w ciągu roku czytać ich zaledwie kilka. Za parę lat wyczerpię listę , ale trudno. A więc dlaczego tak bardzo za jej książkami przepadam?

Częściowo przypominają one baśnie , ale jednocześnie  zawsze zaskakują szalenie wnikliwymi obserwacjami psychologicznymi. Chociaż pozornie z baśni nic nie mają, są pewne podobieństwa. Bohaterami nie są co prawda królowie czy księżniczki, ale klimaty są podobne. Akcja wszystkich książek Królowej Kryminału toczy się w wyższych sferach, wśród osób albo niezmiernie majętnych, albo po prostu majętnych. Nie martwią się oni  tym, co zaprząta głowę niemal każdemu, na przysłowiowy chleb im nie brakuje. W większości i to zdecydowanej nie pracują, żyją ze spadków lub z majątku rodziców, kobiety utrzymuje mąż, nie muszą ani gotować , ani sprzątać, robi to za nich służba. Opisy wnętrz są estetyczne, wszyscy są zadbani i eleganccy. Christie nie emanuje przemocą, w jej książkach zabija się szybko . W opisach czy to ludzi czy miejsc czy rzeczy, nie ma niczego nieestetycznego. Jej bohaterowie z reguły nie chorują, a jeżeli już się to przytrafia, to komuś w tak zaawansowanym wieku, że i tak wkrótce umarłby ze starości. Ludzi ci pozornie nie maja problemów. Pozornie , bo Christie ich różnorakie bolączki jedynie sygnalizuje. Pewnie to kwestia wiktoriańskiego wychowania, ale nie opisuje ona domowych awantur czy pijaństwa, ani nawet czyjegoś bólu i cierpienia. Czytelnik musi zadowolić się wzmianką na taki temat. W tamtych czasach, w kręgach, w których Christie się obracała, o takich sprawach nie mówiło się. Co charakterystyczne, wszyscy mają swoje tajemnice.

Ku swojemu zaskoczeniu  raz na jakiś czas odkrywam, jak wiele ludzi ukrywają. Mój kolega, wydawałoby się  że przykładny pracownik, mąż i ojciec, ma sprawę karną za to, że rzucił się na żonę z nożem, a nie było to wydarzenie incydentalne. Małżeństwo mojej koleżanki wydawało się wyjątkowo udane. Tkwiłam w tej ułudzie dopóki nie powiedziała mi na, że złożyła już pozew rozwodowy, a mąż był alkoholikiem i zdradzał ją. Christie co do tych tajemnic ma całkowitą rację.  Tak jest i teraz.

  No i mamy też drugą stronę medalu, która powoduje, że to nie jest baśń . Christie widzi wszystko, nawet   najskrzętniej skrywane tajemnice. W „Błękitnym Ekspresie” główną bohaterką jest Katarzyna, 32-letnia panna, która ponad 10 lat pracowała jako dama do towarzystwa starszej pani, a potem otrzymała po niej gigantyczny spadek. Katarzyna ma niezwykła umiejętność, potrafi słuchać. Potrafi słuchać z empatią każdego rozmówcy. Nie koncentruje się na sobie, tylko na tej drugiej osobie. Powoduje to, że ludzi świetnie czują się w jej towarzystwie, a mężczyźni do niej lgną. Ta umiejętność częściowo jest wrodzona, a częściowo nabyta. Pozornie może się to wydawać banalne, ale jest to szalenie rzadkie. Znam tylko jedną osobę, która potrafi słuchać w ten sposób, jest to moja koleżanka. I faktem jest, że ludzie  do niej lgną, a mężczyźni  wariują na jej punkcie.

Katarzyna wyruszyła w podróż do krewnej, wyruszyła właśnie Błękitnym Ekspresem. Poznała tam córkę milionera, Ruth, która z trakcie podróży została zamordowana. Podejrzanych o to jest kilka osób, w pierwszym rzędzie mąż i kochanek. Jest to ciekawe, a zagadka ma szalenie zaskakujące rozwiązanie. Christie podejmuje kilka różnorakich problemów psychologicznych. Na kanwie rozgrywających się wydarzeń Poirot – czyli alter ego autorki – zastanawia się z innymi postaciami, czy porządna kobieta powinna dać szansę adoratorowi z bardzo nieciekawą przeszłością? Czy zły mężczyzna pod wpływem dobrej kobiety może się zmienić? A czy może być na odwrót ? Czy dobry mężczyzna może zmienić się  pod wpływem złej kobiety? Zainteresowani mogą sięgnąć po książkę. To nie jedyne problemy. Zabawne , a zarazem przerażające  jest czytanie o tym, do czego zdolna jest kobieta, gdy dowiaduje się, że mężczyzna, którego ona kocha, ma inną. Najbardziej podobała mi się scena o tej tematyce z „Blue Jasmin” W. Allena , tam żona po usłyszeniu takiej wieści totalnie straciła głowę i zadenuncjowała męża i jego finansowe przekręty policji . Skazała się tym samym na biedę. Do czasu gdy dowiedziała się o zdradach męża jego finansowe oszustwa jej nie przeszkadzały.  U Christie kobieta zareagowała inaczej.  Ale i Christie i W. Allen są zgodni co do tego, że taka kobieta jest zdolna dosłownie do wszystkiego. W tej powieści dominują wątki damsko – męskie. Sporo jest na ten temat rozważań i rozmów.

Wykonanie audiobooka jest wyśmienite, nie przepadam za Stenką, ale na siłę nie będę szukać, o co można byłoby się przyczepić.  W czytaniu Stenki nic nie drażni. Słucha się z uwagą, bez nudy. Oglądałam już film „Zagadka Błękitnego Ekspresu”  , wiedziałam , jak wszystko się skończy, ale i tak słuchałam w napięciu. Audiobook wzięłam na dłuższą podróż. Byłam potem zła, że jeszcze nie dojechałam do celu,  a książka się skończyła . Kolejny audiobook wydał mi się nudny i przewidywalny, ale to tylko początek, dam mu szansę, choć nie jest to Agatha Christie.
5/6