wtorek, 1 września 2015

Sarah Waters „Za ścianą”



Parę miesięcy temu przeczytałam w Internecie w jednym z blogów entuzjastyczną recenzję „Za ścianą”. Autorka podkreślała, że występuje tam wątek  homoseksualny   , ale apelowała, aby się tym nie przejmować i żeby skupić się na innych aspektach książki. Zerknęłam na recenzje internautów na różnych portalach, w tym na www.lubimyczytac.pl , czy www.biblionetka.pl i ku swojemu zaskoczeniu zobaczyłam, że ocena tej książki była również  wysoka, tak wysoka, że aż  było to zaskakujące. W tej chwili na lubimyczytac trochę się obniżyła, ale to nie ma już większego znaczenia. Wątki  miłości dwóch kobiet odstraszały mnie dosyć mocno, ale ponieważ z jednej strony bardzo rzadko trafiają się aż tak pozytywne opisy  , a drugiej klimat Londynu z 1920 r. wydawał się pociągający , w końcu zakupiłam „Za ścianą”. Ale zastanawiałam się nad tym zakupem kilka miesięcy i to bynajmniej nie ze względów finansowych . Sama byłam mocno zdziwiona tym, że jestem tak bardzo konserwatywna. Nie czytałam dotychczas książek z wątkami homoseksualnymi i podchodziłam do S. Waters  trochę nieufnie.  Do tej pory takowe wątki w czytanych przez mnie książkach były absolutnie marginalne, typu w „Dzienniku Bridget Jones” jednym z bohaterów drugoplanowych był gej. U Waters wątki te z pewnością nie są marginalnie. Ale początek był jednak zachęcający. 

     Pozornie może to brzmieć mało ciekawie, ale do mieszkających na obrzeżach Londynu , spauperyzowanych wskutek wojny 26-letniej Frances i jej matki wprowadzili się lokatorzy. Było to młode, bezdzietne małżeństwo. Matka z córką niewiele wychodziły z domu , zajmowały się pracami domowymi i zastanawiały się, jak związać koniec z końcem. Nowi lokatorzy – Lilian i Len Barberowie – byli przeciwieństwem domowników . Lilian lubiła zabawę , chodziła  ekstrawagancko ubrana,  co polegało na tym, że przykładowo jej suknie kończyły się z 10 cm. nad kostką. Nie działo się nic spektakularnego, ale mijające powoli dni S. Waters opisała tak ciekawie, że nie mogłam się od tego oderwać. 


    Potem było gorzej. Pojawił się wątek zafascynowania Frances nową lokatorką. Frances zakochała się w niej i akcja skupiła się tylko na tym. Waters opisywała uczucia Frances i Lilian , które na tym etapie znajomości zaczęły zacieśniać więzi. Opisy relacji pomiędzy nimi, łącznie z seksem  , zajęły kilkadziesiąt stron, innych wątków nie było i wówczas skapitulowałam. Trudno było skupić się na czymś innym poza tą miłością, czy może raczej zafascynowaniem,  bo niczego innego w książce wtedy jeszcze nie było. Odłożyłam powieść i uzmysłowiłam sobie, że jest to nic nie warty gniot. Bywa tak, że ostra reklama potrafi jednak zmącić nam w głowie. Uznałam, że spora część czytelników też dała się zmanipulować  panującą w pewnych kręgach modą na literaturę z wątkami homoseksualnymi. I wskutek tego,  że w jednej czy drugiej książce pojawi się taki motyw , ma ona większa szansę na znalezienie patronów medialnych, na lepszą reklamę i w końcu na lepszą sprzedaż , bez względu na prezentowany poziom. Mechanizm ten panuje oczywiście tylko w pewnych kręgach, w  innych książka taka jest spalona w 100% już na samym początku, również bez względu na wszystko inne. No i parę  dni „Za ścianą” przeleżało , zastanawiałam się, co z tą książką zrobić, czy dać komuś, czy wyrzucić, czy co .
    Ale w weekend uznałam, że dam jej ostatnią szansę. Zaczęłam czytać. Mimo moich obaw autorka nie okazała się tak monotematyczna, jak się spodziewałam . Wydarzenia szybko zaczęły się komplikować , pojawiło się więcej wątków i więcej postaci. Relacje  pomiędzy Frances a Lilian  okazały się zdecydowanie bardziej skomplikowane, niż się to zapowiadało. Tak samo, relacje pomiędzy niemal wszystkimi innymi bohaterami okazały się nie tak proste i standardowe, jak to z reguły bywa. Książka  z romansu stała się  powieścią historyczną, obyczajową czy nawet kryminałem i thrillerem sadowym.  Co ważniejsze, powróciło to coś, co powoduje, że od książki jest bardzo ciężko się oderwać. Na swoje szczęście miałam wolny cały dzień i nie musiałam się zmuszać do wychodzenia czy robienia czegokolwiek innego , niż zgłębianie się w „Za ścianą”. I tego samego dnia udało mi się ją skończyć. Nie można napisać tutaj niczego szczegółowiej, bo wydarzenia naprawdę są zaskakujące i rozwijają się wyjątkowo dynamicznie. Spodziewałam się też innego zakończenia, spodziewałam się w tym sensie, że wydawało mi się, że się że się domyślam, jak to się skończy. Myliłam się, skończyło się zupełnie inaczej, niż myślałam. Po zakończeniu doszłam do zaskakującego wniosku, że  oceny książki przez internautów wcale nie wynikają z ich   zmanipulowania , ta książka jest po prostu dobra,
     Gdy kończę jakąkolwiek książkę, zastanawiam się, co mi dało to przeczytanie. Czy uzyskałam jakąś wiedzę, czy wpłynęło to na mój światopogląd, itp. ?  W tym przypadku poza niewątpliwą dawką całkiem niezłej rozrywki i oderwaniem się od codzienności ta lektura dała jeszcze co innego. Myślę, że nieco większą dawkę psychologii . Frances chciała żyć niekonwencjonalnie, pojawiły się jednak pewne „ale”, głównie była to kwestia matki, reakcje otoczenia nie odgrywały w jej przypadku większej roli, były też oczywiście i inne czynniki.  Jej sytuacja w pewnym stopniu przypomina sytuację wszystkich tych osób, których życie  w jakikolwiek sposób odbiega od przyjętego schematu i o tym głównie jest ta książka . Standardem u nas jest według mnie życie w rodzinie, tzn. z mężem i jednym dzieckiem, ewentualnie dwojgiem dziećmi, posiadanie pracy,  o którą należy się troszczyć, kupowanie samochodu, kupowanie mieszkania głównie na kredyt, zamieszkiwanie z reguły w tej samej miejscowości co reszta rodziny, wyjeżdżanie na urlopie nad morze do ciepłych krajów, itp. itd. Im większe jest odchodzenie od tego schematu, tym więcej jest różnych problemów i tym większej wymaga to odwagi. Wszystko zależy też od tego, gdzie się mieszka i w jakim środowisku się obraca. Jeden z moich kuzynów ma sześcioro dzieci, chociaż sytuacja materialna jego rodziny jest bardzo dobra, to stale spotyka się z różnymi głupimi uwagami.  Moja koleżanka z kolei nie chce brać kredytu na mieszkanie, cały czas wynajmuje i też bez przerwy słucha różnych uwag i „porad”, typu, jak długo chce tak funkcjonować. 


    W pewnym momencie Frances znajdzie się w sytuacji wyjątkowo trudnej, z powodów, o których nie mogę bez spojlera napisać. Będzie to sytuacja krytyczna wręcz i wtedy też można obserwować , jak sprawdza się życie wartościami w teorii, a jak w praktyce. Jest to szczególnie ciekawa część książki.
     Ale „Za ścianą”  daje też sporą dozę wiedzy historycznej. Odnoszę wrażenie, że tematyka II wojny jest w mediach eksploatowana maksymalnie , czasem nawet mam jej przesyt. A z kolei I wojna światowa w naszej literaturze czy filmografii praktycznie nie  istnieje. Wiadomo, z czego to wynika, ale temat I wojny jakoś nam uciekł. Akcja „Za ścianą” toczy się w 1920r. , echa wojny są więc bliskie. Rodzina Frances straszliwie ucierpiała na wojnie. My jesteśmy zasklepieni w swojej historii i nie za często wczuwamy się w to, co przeszli inni.  Dwaj bracia Frances zginęli w czasie walk. Ojciec zmarł. Rodzina wpadła w biedę, Frances z matką musiały przyjąć lokatorów, co było dla nich potwornie trudne. Co gorzej, musiały już wcześniej zrezygnować ze służących , a Frances sama zajmowała się domem, co powszechnej opinii było czymś poniżającym i świadczącym o upadku. Po lokatorami zostały im marne dywidendy, bliżej nieokreślone. Dość porażające były obrazy weteranów wojennych, którzy nie mieli co ze sobą zrobić. Znaleźli się bez środków do życia. Dotyczy to oczywiście tych weteranów, którzy pochodzili z biedniejszych rodzin. Imali się praktycznie wszystkich zająć , jakie były możliwe. Na przykładzie znajomej  Frances można obserwować pierwsze kobiece próby wyemancypowania się. Nie polegało to bynajmniej na chodzeniu na wiece czy demonstracje. Ta dziewczyna chciała tylko zacząć samodzielne życie  i zarabiać na siebie.  Przeważająca większość kobiet w tym czasie nie pracowała. Nie było to wcale takie proste.  Zabawne wydawały mi się też opisy zwykłych codziennych czynności. Domownicy udawali się do wychodka, usytuowanego na podwórku. Gdy małżeństwo chciało spędzić oddzielnie wieczór i realizowało ten plan, wywoływało to sensację i domniemania, że w małżeństwie tym źle się dzieje. Frances całe dnie spędzała na   sprzątaniu i gotowaniu.  Dosyć koszmarny był też los matki Frances, wdowy liczącej ok. 50 lat. Była to już siwa staruszka, nie miała formalnego wykształcenia,  do pracy fizycznej się nie nadawała. Możliwości poprawy sytuacji finansowej miała wyjątkowo ograniczone. Drugie małżeństwo nie wchodziło w rachubę, w tych warstwach nie było to praktykowane, poza tym była nie tylko za stara, ale do tego brzydka i biedna. Kosmetyczki czy fryzjerki nie miały wówczas takich możliwości, jak dziś, a poza tym matkę Frances nie było na nic takiego stać. Jej zajęciem była działalność dobroczynna w kościele i siedzenie w domu. A trzeba pamiętać, że mowa jest o tej warstwie społecznej, która   przed wojną uchodziła za średnią i do tego światłą. Tło historyczne jest naprawdę świetnie opisane. Nie przypuszczałam, że w tamtym czasie życie w Londynie było tak ciężkie, a szczególnie dla kobiet. 
     Wątku romansowego pomiędzy Frances a Lilian nie czułam w ogóle. Nie mogłam pojąć, jak Frances mogła odrzucić względy młodego, przystojnego chłopaka, który się nią zainteresował na przyjęciu. Nie zgodziła się nawet na jedno spotkanie, nie chciała  chociażby spróbować . Próby brnięcia w związek z Lilian były dla mnie czystą destrukcją nie tylko jej życia i nie mogę pojąć, jak mogła w to wchodzić .  


     W sumie jednak warto było sięgnąć po Sarę Waters. Nie wiem, czy przeczytam coś jeszcze jej autorstwa, raczej wątpię.  Czytanie niektórych scen było naprawdę sporym wyzwaniem. Osobiście znacznie przyjemniej byłoby mi czytać opisy romansu kobiety i mężczyzny. Ale warto jednak, o czym już pisałam, sięgać raz na jakiś czas po coś zupełnie nowego, chociażby po to, aby wyrobić sobie własna opinię.   Książki , w których występuje jakikolwiek motyw homoseksualny spotykają się często z uprzedzeniami. Nie zawsze czytelnicy dają im jakąkolwiek szansę. Obawy , że są to wyłącznie książki monotematyczne , w których są tylko opisy seksu, nie muszą być  trafne. Nie da się jednak ukryć, że literatura taka jeszcze długo będzie hermetyczna i czytywana głównie w środowiskach homo.  Nie muszę czytać wszystkiego, nie interesuje mnie np. literatura podróżnicza, nie widzę sensu w zmuszaniu się do czytania czegoś, co nie sprawia mi przyjemności.  Nie potrafię tak, jak autorka wspomnianego już przeze mnie bloga  nie zwracać uwagi na wątek romansowy, to jest kwintesencja tej książki. Reszta jest tłem. Wątki romansowe w powieści potrafią być naprawdę ciekawe ,  potrafią ekscytować i wywoływać emocje. Czytając S. Walters pozbywam się tych emocji. Sięgając do klasyki , czytając „Ogniem i mieczem” rozumiałam, że Skrzetuski mógł się zakochać w Helenie, a Helena w nim. Gdy oglądałam „Ogniem i mieczem” sytuacja była bardziej skomplikowana , bo Bohun – Domagarow był bardzo przystojny i nie wiem, czy nie wolałabym jego od Skrzetuskiego . Czytając „Lalkę” nie rozumiałam Izabelli i tego, dlaczego nie chciała ona Wokulskiego i byłam przez to wzburzona na Izabellę, a jednocześnie zła na Wokulskiego, dlaczego nie weźmie się za kogoś innego.  Czytając S. Waters nie rozumiem  i nie czuję w ogóle relacji romansowych, jedyną emocję, jaką one u mnie wywołują to niezrozumienie. Czytanie czegoś takiego przypomina trochę jedzenie potraw pozbawionych smaku i zapachu , picie kawy bezkofeinowej czy piwa bezalkoholowego . Są owszem, te inne wątki , np. kryminalne, ale wolę jednocześnie inne wątki i  romanse tradycyjne w jednej książce i  jednak dam sobie z Waters spokój .
4/6



wtorek, 25 sierpnia 2015

James Matthew Barrie „Przygody Piotrusia Pana” – audiobook, czyta Jarosław Boberek

Piotruś Pan

       Jeszcze kilka lat temu nie pomyślałabym , że zacznę wracać do bajek.  Ale faktycznie raz na jakiś czas, póki co dość rzadko, mam ochotę na coś naprawdę lekkiego, co nie wymaga niemal żadnego myślenia. Zdaniem niektórych psychologów każda dobra bajka czy baśń, ale taka ponadczasowa, to pewien przekaz do podświadomości . Bardzo ciekawie pisała o tym i interpretowała różne baśnie psychoterapeutka Katarzyna Miller w „Zwierciadle”  . Wydała również na ten temat książkę. Jej zdaniem każdy podświadomie , już jako dziecko, wybiera jako  ulubione te bajki, które w jakiś sposób mówią o tych problemach, które przeżywa właśnie to dziecko. Działa to według niej trochę na zasadzie  - powiedz mi swoją ulubioną bajkę, a powiem ci, kim jesteś. Czytając bajkę, dziecko nie ma świadomości tego, że czyta poniekąd o sobie, ale po prostu to czuje. W bajce z reguły jest też sposób na poradzenie sobie z problemem. Artykuły K. Miller były bardzo ciekawe i z pewnością jej teoria jest trafna, przynajmniej w moim przypadku. Z „Piotrusiem Panem” jest jednak inaczej, bo  nigdy wcześniej go nie czytałam. Wiedziałam tylko, jaka niemal każdy, że jest to rzecz o wiecznym dziecku, chłopcu, który nie chce być dorosły. I sięgnęłam po audiobook z czystej ciekawości, o co tam tak naprawdę chodzi.
       Bajka ta opowiada o trójce rodzeństwa, do których nocą przyfruwał ich kolega Piotruś Pan, razem marzyli i się bawili, a pewnej nocy wszyscy razem pofrunęli na wyspę Nibylandię,  gdzie Piotruś Pan zamieszkiwał. Na wyspie zamieszkiwali też koledzy Piotrusia, wróżka, syreny,  Indianie i różne zwierzęta. Wszyscy chłopcy cały dzień spędzali na zabawach i byłoby idealnie i naprawdę bajkowo, ale istniały pewne problemy. Głównym problemem byli piraci, również zamieszkujący tą samą wyspę, którzy  nienawidzili  Piotrusia i   jego kolegów. Chłopcy musieli też sami przygotowywać sobie posiłki, co nie było wcale takie łatwe. Nienawiść piratów do chłopców sprawiła, że w finale doszło do głównego starcia pomiędzy nimi.
     Czy coś takiego może w ogóle się podobać? Do mnie ta bajka  nie przemawiała w ogóle. Gdyby nie czytający Jarosław Boberek, byłaby najzwyczajniej w świecie nudna. Ale posłuchać mimo wszystko było warto. Może to komuś wyda się zabawne, ale dopiero w trakcie słuchania jej,  zorientowałam się , że popularna w pop kulturze i nie tylko,  postać kapitana Haka, z hakiem  zamiast jednej dłoni,   wzięła się właśnie z tej bajki. Chociażby  i z tego względu warto wracać do bajek, różne symbole i kody, funkcjonujące już od dawna w kulturze, stają się bardziej czytelne.
              Dla mnie było tam za dużo łopatologicznego dydaktyzmu, nie dość, że łopatologicznego, to momentami jeszcze , mówiąc wprost głupiego lub nieprawdziwego.  W jednej ze scen kapitan Hak, człowiek zdolny do najgorszych zbrodni, w tym zabójstwa, przypomina sobie jak to chodził jeszcze do szkoły, bardzo znanej, aczkolwiek nazwa jej nie pada. Przypomniał sobie, że wpojono mu tam, co jest najważniejsze na świecie. Jakby ktoś nie wiedział, to najważniejszą rzeczą na świecie są …. dobre maniery. Cóż, to takie brytyjskie, dla dorosłego bardzo proste do wychwycenia. I właśnie Hak zabijał i kradł , starał się jednak cały czas zachować te dobre maniery. Dla mnie to taki brytyjski nonsens. W innej scenie z kolei Wendy, jedyna dziewczynka na wyspie, miała zostać świadkiem  zabicia chłopców przez piratów. Pozwolono jej powiedzieć im ostatnie słowo.    I jakie było to jej ostatnie słowo przed ich śmiercią ( do której oczywiście nie doszło) …………… kazała im pamiętać  , że mają umrzeć, jak angielscy dżentelmeni.  Przez cały niemal tekst przewija się z kolei motyw sieroctwa i wiążącej się z nim tęsknoty za matką. Autor daje do zrozumienia, że nie każda matka jest idealna, ale  każda jednak kocha swoje dziecko. Nie wydaje mi się właściwe, aby takimi bzdurami karmić dzieci. W świetle doniesień mediów o dzieciobójczyniach, pijaczkach, pozostawiających dzieci bez opieki lub o matkach, znęcających się nad dziećmi, sensowniej chyba zamiast bredzić o dobrych manierach i angielskich dżentelmenach , lub o dobru, tkwiącym rzekomo w każdej matce, byłoby wpajać dzieciom zupełnie co innego. Barrie nie omieszkał też dać dzieciom do zrozumienia, jakie będą ich role , gdy dorosną. Wendy stała się dla chłopców „matką”, która całymi dniami zajmowała się pracami gospodarczymi, a nawet gdy chłopcy spali, ona cerowała im ubrania. Nie mogła pozwolić sobie na jakikolwiek luz, cały czas musiała ich pilnować. W tym samym czasie oni oczywiście się bawili i jakoś nie wpadli na pomysł, aby te obowiązki trochę podzielić. Cóż, byłoby to chyba sprzeczne z dobrymi manierami .  Wendy była bardzo zadowolona z takiego obrotu sprawy i myśl, aby zorganizować to jednak trochę inaczej, nie przyszła jej do głowy. Wbrew pozorom, „Piotruś Pan” jest bardzo smutną opowieścią. Sporo jest w niej żalu i tęsknoty.
            Było to stanowczo nie dla mnie. Jako dziecko nigdy nie miałam ochoty na tą bajkę i sądzę, że w dzieciństwie nie spodobałaby mi się. Ku mojemu zaskoczeniu, w tych kilku, no może co najwyżej kilkunastu  przypadkach sięgnięcia przeze mnie,  jako dorosłą osobę, po bajkę, też panowały pewne reguły. To, co podobało mi się jako dziecku,  nadal mnie zachwycało. A gdy  sięgnęłam po „Alicję w krainie czarów”, której jako dziecko w ogóle nie czułam i mnie nudziła, to było dokładnie tak samo. Myślałam, że może teraz ją zrozumiem, że zacznie mnie bawić itd. Nic z tych rzeczy się nie stało. Bajka, która dawno temu dawała wiele radości,  będzie dawała tą radość dalej. I dlatego dalej będę znowu raz na jakiś czas po bajki sięgać. Ale po „Piotrusia Pana” z pewnością ponownie już nie sięgnę.
    Gigantycznym atutem jest Jarosław Boberek . Opisy zajęć chłopców na wyspie wydają mi się teraz tak nudne , ale gdy on je czytał,  wydawały się z kolei ciekawe. Niektórzy aktorzy są już tak dobrą „marką”, że tak jak podniosą frekwencje na każdym niemal filmie, tak i zwiększą sprzedaż każdego prawie audiobooka. Boberek stał się dla mnie nowo odkrytym talentem. Gdyby nie on, byłoby to  w ogóle niestrawne.
 2/6

niedziela, 23 sierpnia 2015

Philip Roth „Amerykańska sielanka”



  
         Każdy chyba zna ludzi, którym wszystko się udaje i nigdy nie mają „pod górkę”. Wygrywają już na starcie, rodzą się w normalnych rodzinach, rodzice ich kochają, dbają o nich , są w stanie zadbać o ich zdrowie, wykształcenie i wszystko, co potrzeba. Ale start to dopiero początek. Potem jest jeszcze lepiej. Ci wybrańcy losu nigdy nie mają problemów, zdobywają świetnie płatne, interesujące  prace, zawierają szczęśliwe małżeństwa. W ich rodzinach nie dochodzi do dramatów, choroby są tylko na starość i to późną . Dzieci ich są udane, dobrze się uczą, nie sprawiają problemów. Są w stanie zaspokoić każdą swoją zachciankę.  Ich życie  to istna sielanka, a przynajmniej tak się wydaje .  Być może , gdyby ktoś obserwował życie takich osób przez wiele lat, ten piękny obraz zacząłby się zaciemniać, Philip Roth właśnie podjął taką próbę wniknięcia w głębię.
   Wielkość tej książki w tej olbrzymiej wnikliwości psychologicznej Rotha, nie tylko prześledził on życie głównego bohatera, Levova,  od wczesnej młodości, aż do śmierci. Mimo, że pozornie Levov sprawiał wrażenie  kogoś prostego i wyjątkowo płytkiego, pisarz poświecił olbrzymią ilość czasu, aby  sprawdzić, czy rzeczywiście był on  tylko takim bogatym prymitywem, na jakiego wygląda.  Pojechał nawet w te miejsca, gdzie Levov mieszkał ,  pracował lub chociażby tylko przebywał. Przemyślał każdy , ale to dosłownie każdy szczegół z jego życia  , zastanowił się nad jego marzeniami, skąd się wzięły,  życiem rodziców, nad tym, jak jego bohater reagował na wpływy otoczenia , czy miał bliskie osoby. Przeanalizował całą masę rzeczy, które nie sposób jest enumeratywnie wymienić. I doszedł do wniosku, że rzeczywiście stworzył coś w rodzaju portretu psychologicznego Levova. Ale podkreślił, że nie ma żadnej pewności, czy w tym portrecie jest cokolwiek z prawdy. Mógł się przecież pomylić.

       I co się okazuję, gdy zajrzy się w życie takiej osoby, żyjącej w pozornej sielance,  nieco głębiej ? Po pierwszym wejrzeniu okazuje się, że naprawdę wszystko jest świetne , że przypatrujemy się komuś, kto jest „w czepku urodzony”. Ale Roth jest wyjątkowo dociekliwy. Zagląda głębiej i głębiej. I co się okazuje?  Że ludzi, którzy nie mają problemów, którym zawsze wszystko się udaje, po prostu nie ma. Że ten sielski obrazek, przypominający reklamę, jest najzwyczajniej w świecie sztuczny. Że jest to kwestia zbudowania w swoim życiu pięknej fasady, która w przeciwieństwie do tego, co jest w środku,  jest dla każdego widoczna.  Roth kreśli w „Amerykańskiej sielance” wyjątkowo przenikliwy portret psychologiczny nie tylko głównego bohatera – Szweda Levova, ale i innych kilku osób z najbliższego jego otoczenia. Im piękniej czyjeś  życie  się z zewnątrz prezentowało, tym większe piekło i gra pozorów panowały wewnątrz, tak jakby rządził tym nieokreślony mechanizm.   Innych reguł nie ma, bo poszczególne osoby cierpią z różnych powodów. Jeden wpada w paranoję lub coś w tym rodzaju, inny z powodu masy zmartwień zapada na chorobę, ktoś inny stacza się jako alkoholik, a właściwie alkoholiczka. Jest to m. in. książka o tym, jak bardzo możemy się  mylić, patrząc na kogoś z boku i oceniając go powierzchownie. 

        A przechodząc do meritum,  jest to książka o „Szwedzie” Levovie, wspaniałym sportowcu, super przystojnym. Urodził się on w bogatej rodzinie amerykańskich Żydów, a pochodzącej gdzieś właśnie z Europy Wschodniej. Jego ojciec był właścicielem fabryki rękawiczek. Szwed ożenił się z miss stanu New Jersey i urodziła im się bardzo bystra córka. Wszystko było pięknie, ale córka z biegiem czasu zaczęła sprawiać coraz większe problemy . Z zewnątrz nie było to widoczne . Ale sytuacja się pogarszała, wszystko zaczęło się walić, aż w końcu doszło do tragedii.      

    Poza kwestią psychologii, książka daje  panoramę amerykańskiej historii z punktu widzenia zwykłego obywatela, począwszy od II wojny, opis wtapiania się emigrantów w życie państwa, dorabianie się przez nich, sprawy rasowe i narodowościowe, w tym kwestie antysemityzmu , reakcję społeczeństwa na wojnę w Wietnamie inne. Osobiście czytałam niewiele amerykańskich powieści współczesnych i tym bardziej było to dla mnie ciekawe doświadczenie.

     Amerykańska sielanka” to pierwsza książka Philipa Rotha, jaka przeczytałam.   Po kilku pierwszych zdaniach wiadomo jest, że jest to Wielka Literatura, z wielkimi tematami .  Tego rodzaju literatury bez talentu stworzyć się nie da, sama ciężka praca nie wystarczy . Powieść napisana jest przepięknym językiem. Należy jednak do tych książek, których nie da się pochłonąć w błyskawicznym tempie. Trzeba ją smakować. Nie ma tam chyba ani jednego chybionego czy głupiego, prostackiego , grafomańskiego  zdania. Olbrzymią liczbę zdań można sobie podkreślać i zastanawiać się nad nimi,  są takie prawdziwe. Przykładowo podczas jednego z przyjęć u Levovów nasz bohater spoglądał na gości ,  znał ich od kilkudziesięciu lat . Konkluzja tej obserwacji została skwitowana w ten sposób :  „Zdumiewało go tylko, że ludzie tak łatwo zatracają siebie, że tracą tworzywo , które czyniło ich tym, kim byli, i wyjałowieni z siebie, zamieniają się w postacie, dla których kiedyś sami odczuwaliby litość”. Niewątpliwie książka jest też doskonale przetłumaczona przez Jolantę Kozak, kiepski tłumacz popsułby cały efekt.   To właśnie po tej książce doskonale widać, że do pisania naprawdę potrzeba talentu. Teoretycznie książkę każdy może napisać, na tej samej zasadzie, jak i każdy może namalować obraz. Problem polega na tym, czy takie dzieło będzie miało,  poza subiektywną, jakąkolwiek wartość obiektywną.

   Jakiś czas temu wpadłam na pomysł, aby poczytać trochę pisarzy uznanych na świecie, których w ogóle nie znam, a których dzieła, sądząc po podejmowanej tematyce, wydały mi się interesujące. Niekoniecznie będą to nowości. Zaczęłam od P. Modiano  , teraz sięgnęłam właśnie po P. Rotha. Ten pomysł był wyjątkowo trafny i dalej będę go realizować.

6/6

sobota, 15 sierpnia 2015

Robert Harris „Oficer i szpieg” – audiobook , czyta Jan Peszek

Oficer i szpieg Książka audio MP3 Czyta: Jan Peszek

      O istnieniu   Roberta Harrisa dowiedziałam się podczas czytania biografii Romana Polańskiego. Do tego czasu wydawało mi się, że istnieje Thomas Harris, autor m. in. „Milczenia owiec” . Okazało się, że Polański przyjaźni się z Robertem Harrisem, autorem m. in. „Ghostwriter”, zekranizowanego właśnie przez Polańskiego – u nas  na ekranach pt. „Autor widmo”, dla mnie rewelacyjnego filmu. Polański obecnie pracuje nad ekranizacją ostatniej powieści Roberta Harrisa pt. „Oficer i szpieg”. Tematyka książki wydała mi się całkiem interesująca,  no właśnie dlatego wpadłam na pomysł przeczytania jej. Zamiast przeczytania wyszło odsłuchanie. Audiobook jest wyjątkowo udany, słucha się rewelacyjnie, wciąga i można dowiedzieć się sporo rzeczy z historii.

    Mówiąc w skrócie, książka opowiada w formie zbeletryzowanej oczywiście, o najsłynniejszym sądowym procesie francuskim, z zarazem o jednej chyba z największych francuskich afer szpiegowskich , o tzw. aferze Dreyfusa . Dreyfus był oficerem francuskim i Żydem, który pod sam koniec XIX wieku oskarżony został o zdradę państwa i szpiegostwo na rzecz Niemiec. Skazano go na degradację i dożywotnie pozbawienie wolności , które polegało na zesłaniu na Diabelską Wyspę .  

     Naprawdę warto ta książkę przeczytać, czy ewentualnie odsłuchać, jak kto woli. Proces Dreyfusa wywołał szeroki oddźwięk niemal na całym świecie,  doprowadził do ogromnej polaryzacji francuskiego społeczeństwa, podzieliło się ono na dreufusistów, zwolenników tezy, że oficer ten był niewinny  i na anty dreyfusistów, według których był winny. Pokazał  w pewnym  stopniu różnego rodzaju mechanizmy, rządzące państwem. Wydarzenia opowiadane są przez narratora, którym jest jeden z bohaterów tej afery, szef , a potem już były szef francuskiego  wywiadu wojskowego – Georges Picquart. Powieść mówi o faktach historycznych, tak więc uznałam, że nie muszę obawiać się spojlerów. Gdy objął tą funkcję, Dreyfus był już skazany, zaś Picquart uznał, że dokument   , na podstawie którego doszło do skazania, został sfałszowany właśnie przez wywiad, na czele którego stanął. Zaczął tą sprawę drążyć, spowodowało to wznowienie procesu, ale sprawa skończyła się podtrzymaniem poprzedniego wyroku.  Po kilku latach, gdy doszło do zmiany władzy,  jednak doszło do kolejnego wznowienia procesu Dreyfusa, tym razem wyrok był odmienny.  Picquart tak bardzo zaangażował się w tą sprawę, że został oskarżony o ujawnienie tajemnic wojskowych i państwowych i usunięto go z wojska. Picquart wysunął też tezę , że w armii francuskiej faktycznie był szpieg, major Esterhazy. Esterhazemu również wytoczono proces, który zakończył się jego uniewinnieniem. Wtedy gdy Francją rządził już inny obóz polityczny, wznowiono też proces i Picquarta i Esterhazego. Picquarta zrehabilitowano, a Esterhazego uznano za winnego szpiegostwa.

    Książka wywołuje masę emocji. Ja osobiście po jej wysłuchaniu i po przejrzeniu informacji na ten temat w internecie doszłam do wniosku, że mimo ostatecznego werdyktu sądowego , rehabilitującego Dreyfusa , mógł on jednak być winnym. Trudno na podstawie książki jednoznacznie ustalić, na czym polegało fałszerstwo dokumentu, autor je opisuje, ale w przeciwieństwie  do innych faktów, nigdzie indziej nie znalazłam informacji  o tym, jak fałszerstwo wyglądało. Co do tego fałszerstwa, czy ono było, czy nie, już wówczas  było sporo kontrowersji. Dwukrotnie sądy wydały ten sam werdykt, czyli uznający winę Dreyfusa. Za drugim razem sąd zmienił jedynie karę, tzn. dożywocie zamienił na 10 lat pobytu w więzieniu.  Po tym orzeczeniu Dreyfus przyznał się do winy, a prezydent państwa go ułaskawił, tzn. darował mu resztę kary jako winnemu  szpiegostwa. Po ułaskawieniu Dreyfus stwierdził, że i tak jest  niewinny, a przyznał się dlatego, bo był już wykończony i nie przeżyłby długo w warunkach pozbawienia wolności. Do uniewinnienia doszło dopiero po dalszych kilku latach,  wówczas gdy zmienił się rząd, a stronnictwo dreyfusistów urosło w siłę . Wówczas powołano kolejny skład sądu, który orzekł o uniewinnieniu. Nie trafia mi do przekonania teza, ze wszystkie wyroki sądów trzeba szanować. W tym przypadku trzy różne składy sądów wydały różne wyroki na podstawie tych samych dowodów. Czym innym jest sytuacja, gdy pojawi się coś nowego, nieznanego wcześniej, to zmienia postać rzeczy. A w tym przypadku dlaczego ma się szanować tylko wyrok ostatni, a dwa poprzednie uznać za błędne? Ciekawie pokazane jest też, jak na tej sprawie wiele osób robiło polityczne kariery.

          Mimo tego, że dla wielu osób fakty, a przynajmniej ich zarys, są znane, to mimo tego warto jednak książkę przeczytać dla różnych szczegółów i ciekawostek , w tym dla poznania różnego rodzaju mechanizmów, które rządzą społeczeństwem. W toku procesu  doszło do takiej paranoi, że jeżeli ktoś uznawał winę Dreyfusa , to przez obóz przeciwny uważany był za antysemitę i jako takiego starano się go zdyskredytować .   Antydreyfusiści z kolei powoływali się z kolei na fakt, że rodzina Dreyfusa była szalenie bogata ,  miała olbrzymie wpływy i stąd też mogła docierać do dziennikarzy lub różnych wysoko postawionych osobistości i wywierać na nie wpływ. Ich zdaniem mogła też odgrywać swoją rolę solidarność narodowościowa. Merytorycznymi faktami mało kto się zajmował.

     Atutem audiobooka jest czytający książkę Jan Peszek. Raz na jakiś czas w jego głosie słychać emocje, ale jest to w szczególnych momentach książki, a poza tym stara się zachować spokój. Podczas słuchania nie jest nudno. Jedyne, co mi się absolutnie nie podobało, to  potworna stronniczość pisarza. Książka napisana jest w takim stylu, aby zmanipulować czytelnika tak, by nie miał jakichkolwiek wątpliwości co do  niewinności Dreyfusa. R. Harris daje do zrozumienia, że jeżeli ktoś uważa inaczej, to jest antysemitą. Film Polańskiego z pewnością będzie  podobny. Tego rodzaju postawa ucina jakąkolwiek merytoryczną dyskusję. Drażniło mnie też trochę przedstawienie Georgesa Picquarta, szefa wywiadu wojskowego, jako idealisty, niemal świętego, pozbawionego wad, wspaniałego bojownika o sprawiedliwość. Myślę, że gdyby był takim idealistą nieskazitelnego charakteru, nie doszedłby do tak wysokiego stanowiska i to w takiej instytucji, zajmowałby się może dziećmi w sierocińcu.

                Jeżeli ktoś nie podejdzie do książki bezkrytycznie i nie da sobą  manipulować, będzie miał sporo do myślenia. Może być tak, że czytelnik uzna, że jego zdaniem, Dreyfus był rzeczywiście niewinny . Każdy ma prawo do własnego zdania i wszystko jest ok, dopóki to zdanie jest wynikiem własnej analizy faktów , a nie z góry pozbawionej przez kogoś innego tezy.

4/6 

  

  

niedziela, 9 sierpnia 2015

Swietłana Aleksijewicz „Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka”



 
    Nie jestem fanką reportaży czy tzw. literatury faktu, ale nie tak dawno przeczytane „Broad Peak. Niebo i piekło” B. Dobrocha i P. Wilczyńskiego czy „Angole” L. Winnickiej na tyle spodobały mi się, że sięgnęłam po kolejną książkę tego typu.  Mam bardzo mieszane uczucia  po przeczytaniu „Czasów secondhand”. Nie ulega wątpliwości, że z książki tej można niesamowicie dużo się dowiedzieć. Z żadnego innego źródła nie dowiedziałam się aż tak wiele na temat Rosji i Rosjan , jak właśnie z tej książki . Większość  innych książek, informacji z internetu czy telewizji okazała się w porównaniu z tą właśnie książką powierzchowna. 

         Ale jest i druga strona medalu. Czyta się ją bardzo źle, bardziej ją wymęczyłam, niż przeczytałam . Bardzo ciekawe informacje podane są w wyjątkowo nieprzystępnej formie.  Autorka znalazła bardzo oryginalnych i interesujących rozmówców, skłoniła ich do zwierzeń, zwierzenia te nagrywała , potem zaś … chyba po prostu przepisała, dodając gdzieniegdzie uwagi typu „włączam magnetofon”, „wyłączam magnetofon”, „płacze” itp. Ludzie mówili w różny sposób, nie każdy jest dobrym mówcą, a zwłaszcza gdy mowa jest o wyjątkowo osobistych sprawach. Efekt dla mnie był fatalny. Od tego jest właśnie dziennikarz, aby umieć interesująco przekazać na piśmie określoną  treść.

     Co do rozmówców, to Aleksijewicz znalazła ich sporo i do tego bardzo różnych . Są w różnym wieku , głównie z Rosji, ale nie tylko, bo również i z Białorusi czy Ukrainy, Armenii czy Abchazji, generalnie z krajów dawnego ZSRR.  Opowiadają o tym, co w ich życiu było najważniejsze. A w ich przypadku nie można oddzielić spraw prywatnych od wydarzeń historycznych ,  czy politycznych.  Są oni tak dobrani, że z reguły zaskakują i to totalnie.

     Są wśród nich są tacy , bynajmniej nie tylko w mocno zaawansowanym wieku, którzy cały czas rozpaczają nad upadkiem ZSRR. Symbol czerwonej gwiazdy, różne ordery i odznaczenia z tamtych czasów,  portrety Lenina i Stalina traktują jak coś w rodzaju przedmiotów kultu religijnego. W ludobójstwo nie do końca wierzą , uważają, że to propaganda.  Gdy widzą, że ktoś na bazarze  sprzedaje stare, radzieckie ordery,  zaczynają płakać, wzywać policję itp. Jedna kobieta na nagrobku męża kazała wyryć sierp i młot, bo w to właśnie oni wierzyli. Ich wywody pomagają trochę zrozumieć,  jak doszło do tego, że mają taki światopogląd. Od dzieciństwa wmawiano im, że żyją w raju, społeczeństwo nie było tak bardzo rozwarstwione, podobała im się wspólnota pochodów  z okazji 1 maja , podobało śpiewanie pieśni komsomolskich, czuli wspólnotę. Po upadku ZSRR pojawili się prawdziwi bogaci i nędzarze. Opisane jest małżeństwo, z wyższym wykształceniem, jedno było pracownikiem naukowym, drugie muzykiem, dorabiali sobie po przemianach ustrojowych zbieraniem petów po papierosach i sprzedawaniem ich na targu. W czasach komuny nie musieli czegoś takiego robić  . Związek Radziecki ich zdaniem był wtedy czymś wielkim, teraz już go nie ma.   No i oni tęsknią,  chcą, aby znów było tak „świetnie”, jak wtedy. Wiara w Boga została zastąpiona wiarą w Stalina, komunizm i ZSRR, a gdy nie ma Stalina, komunizmu i ZSRR, zaczął się dla wielu dramat.     

                Jest opisana historia byłego marszałka ZSRR, który po rozpadzie państwa się powiesił. Nie jest to jedyne samobójstwo z nostalgii za tamtymi czasami, opisane w książce. Są też opowieści na inne tematy, np. historie ludzi młodych . Jeden z nich opisuje pobyt w wojsku, który jawi się jako nieustający koszmar, a traktowanie młodych , jak bydła,   permanentne znęcanie się nad nimi, powoduje, że przekształcają się oni w bestie, które stają się alkoholikami i w okrutny sposób znęcają się potem nad rodziną.  Są też i mniej znane historie, np. o mniejszościach etnicznych w Rosji. Ci, których już po wyglądzie , typu ciemniejszy kolor skóry, można zidentyfikować jako pochodzących z Kaukazu , żyją w warunkach  takich jak bezdomne zwierzęta, nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc policji, kradzieże na ich szkodę, pobicia, gwałty są na porządku dziennym, zabójstwa zdarzają się również.  

    W jednym z rozdziałów mężczyzna  opowiada o swoim niedoszłym małżeństwie .Jego niedoszły teść był oficerem rosyjskich służb, nie do końca wiadomo jakich, prawdopodobnie NKWD i opisywał mu, jak wyglądało rozstrzeliwanie ludzi, w czym osobiście uczestniczył. Są liczne wspomnienia z wojen, nie tylko z II wojny światowej , ale i wojny w Afganistanie, czy wojny z Finlandią, to tylko przykłady. Szokujących fragmentów jest sporo. Przykładowo tych, co się poddali i zostali wzięci do niewoli, zsyłano do łagrów.

       Wszystkie te historie łączy wspólny mianownik, ludzie ci mają zniszczone życie przez ideologię komunistyczną. Nawet  młodzi , którzy wychowywani byli przez rodziców czy dziadków,  żyjących   w komunizmie. Mieli styczność z więźniami łagrów, bojaźliwość i posłuszeństwo wobec  władzy wpajano im od dzieciństwa.  Jeżeli zdarzy się, że ktoś  jednak wykaże się odwagą, spotykają go nieciekawe konsekwencje. Jedna z historii dotyczy studentki z Białorusi, która brała udział w protestach przeciw fałszowaniu wyborów. Demonstranci zostali pobici przez policję i  aresztowani . Policjanci pacyfikujący demonstrację przez poprzedzające godziny siedzieli stłoczeni w wozach bez  jedzenia i picia, a potem wyżywali się na demonstrantach. A co najgorsze, to taka postawa, aby próbować coś zrobić, pomijając czy w ogóle ma realne szanse powodzenia, spotyka się z niechęcią społeczeństwa, niekiedy nawet z ostracyzmem. Ludzie są w przeważającej większości przeciwni protestom i chcą, aby było tak, jak jest. Nie każdy ma odwagę i możliwości, aby stamtąd wyjechać.  Obraz, jaki wyłania się z książki jest gorzej , niż ponury, opowieści są wyjątkowo dołujące. Jest kilka rozmów z byłymi więźniami łagrów, niektórzy też darzą estymą ZSRR. I to jest już najlepszy dowód na to, jak strasznie zdegenerowano ich umysły.  Wygląda na to, że duch , nazwijmy to komunizmu czy radzieckości tkwi w całym społeczeństwie , wśród młodych i starych, wykształconych i niewykształconych,  nawet gdy nie każdy zdaje sobie z tego sprawę. Musiałyby minąć całe pokolenia, aby ten homo sovieticus zniknął .

   Gdyby ta książka napisana była przystępnym językiem dałabym jej 6/6. Trzeba mieć dużo samozaparcia, aby przez nią przebrnąć. Kupując ją , nie miałam też świadomości, że będzie w niej  sporo opisów z łagrów.  Te opisy są tak koszmarne, że nie jestem w stanie ich czytać, nie tylko u Aleksijewicz. Wystarczył mi  w tym zakresie,  przeczytany kilkanaście lat temu, „Archipelag Gułag” Sołżenicyna. Nie chcę tej wiedzy jeszcze pogłębiać. Tutaj, szczególnie na początku, było tego sporo. Ostatecznie jednak warto było. Ta książka zmieniła moje spojrzenie na Rosjan.  Teraz wiem, ze oni nigdy nie wyprą się imperialnych ambicji, zdecydowana większość społeczeństwa zawsze będzie za odbudową imperium  .      

5/6

czwartek, 30 lipca 2015

Joanna Chmielewska „Autobiografia tom IV . Trzecia młodość”

Autobiografia. Tom 4. Trzecia młodość - zdjęcie 1

       Natrafiłam w końcu na idealną książkę na lato. Jest lekka, pełna humoru, dobrze się ją czyta,  no i nie ma żadnych przykrych niespodzianek , typu makabryczne wspomnienia z wojny lub inne traumy.  Chmielewska opisuje w niej koleje swojego losu z dużym dystansem. Nie każdy opis różnych wydarzeń jest szczególnie ciekawy, jedne są ciekawsze, inne mniej. Ale dla mnie niesamowite jest jej podejście do życia, właśnie na luzie z umiejętnością znajdowania zabawnych aspektów w każdej niemal sytuacji. Wcześniejsze tomy autobiografii przeczytałam kilka lat temu, a ta jakoś leżała na półce i czekała na swój czas.

    W tym tomie opisuje ona wydarzenia z tego okresu życia, kiedy miała lat około 40 – 60. Pamiętać należy jednak, że nigdy nie zachowywała się ona tak, jak zachowują się typowe kobiety w średnim czy starszym wieku. Zawsze miała rzadką umiejętność porozumiewania się z ludźmi  bez względu na ich wiek. Nigdy nie była typem kobiety, poświęcającej się dla rodziny, takiej cierpiętnicy. Dbała o swoich synów, owszem, ale zawsze miała też swoje życie, swoich znajomych , pisanie, podróżowanie , hazard. Była absolutnie niekonwencjonalną osobą.

     W tym tomie opisuje m. in. kilkunastoletni związek z „blondynem wszechczasów” , czyli swoim kolejnym partnerem. Opisała, że gdy go zobaczyła, jego uroda ją niemal powaliła. Facet był porażająco przystojny. I nie wykazywał jakiegokolwiek zainteresowania jej osobą. Uznała więc, że nie może przepuścić takiej szansy i zrobi wszystko, co możliwe. Nawiązała więc dialog i poinformowała go, że nie widziała jeszcze kogoś aż tak przystojnego , że z pewnością ma on ogromne powodzenie, ale chciałby, żeby dał jej szansę itp. Mniej więcej tak to brzmiało. Było to komiczne. Ale facet  został „złapany”. Potem okazało się, ze życie z nim nie było sielanką, ale to już zupełnie inna opowieść.

    Jest w tym tomie o rodzinie, matce, ojcu, synach. Nikogo z nich nie opisuje jako herosów czy geniuszy, wspomina o różnych wadach i zaletach, ale generalnie mimo tych wad, pisze o nich ciepło. Snuje też różnorakie refleksje, np. o zjawiskach nadprzyrodzonych , o roli przypadku w życiu czy intuicji. Intuicja czy przeczucia wiele razy uratowały ją np. na drodze, gdy jechała samochodem. I wierzy w zjawiska paranormalne. Wspomina też o psach swojego życia. Sporo jest też i o jej twórczości, a więc łączy pewne wydarzenia z życia ze swoimi książkami. Często jest tez mowa o podróżach, w tym okresie czasu Chmielewska  sporo jeździła po świecie, była w ZSRR, w Kanadzie, Francji, Danii,  Algierii . A ponieważ był to PRL, podróże miały swój smaczek. Dla czytelnika w obecnych czasach absurdy z tym związane są zabawne. Ale dla kogoś, kto w tamtych czasach chcąc gdzieś wyjechać, musiał załatwiać masę idiotycznych formalności , było to mniej śmieszne.   Podróż po ZSRR to w ogóle jakiś matrix.

   Nie jest to lektura typu Dostojewski czy Tołstoj. Jest to rozrywka. Upały się skończyły, przynajmniej na razie, a ja chyba mam już potrzebę, aby przeczytać coś poważniejszego. Nie oznacza to, że nie sięgnę po inną książkę Chmielewskiej. Z pewnością coś Chmielewskiej zakupię.

       A przy okazji poszukiwania lektur łatwych i przyjemnych , ale nie głupich, idealnych na upały, dowiedziałam się, że co roku od kilku lat w Siedlcach odbywa się Festiwal Literatury Kobiecej - Pióro i Pazur. W kategorii „Pióro” konkurują „najbardziej poruszające książki roku”. A w kategorii „Pazur” toczy się walka o tytuł  „najzabawniejszej/najsympatyczniejszej książki z humorem wydanej w  ostatnim roku”. Gdy zerknęłam na listy laureatów, zorientowałam się, że nie znam ani autorek, ani ich książek. A może warto.

4/6   

  

    

niedziela, 26 lipca 2015

Edward Stachura „Cała jaskrawość” – audiobook, czyta Daniel Olbrychski

Cała jaskrawość


    Utwór jest wyjątkowo specyficzny, stanowi coś pośredniego pomiędzy opowiadaniem a esejem . Są to wspomnienia Stachury   z wakacji, które spędzał wraz ze swoim kolegą Witkiem, trochę włócząc się,  trochę pracując, a przede wszystkim snując rozważania na wszelkie możliwe tematy  . Jest to utwór metaforyczny, aczkolwiek wiele rzeczy można też odbierać dosłownie. Został wydany w 1969r. , ale z pewnością wydarzenia rozgrywają się w znacznie wcześniejszym okresie czasu.

    Co to właściwie jest ta cała jaskrawość? Jest to zdaniem Stachury doświadczanie życia w pełni, jest to świadomość blasków i cieni dnia codziennego , wesela i smutku, przyjaźni i samotności, piękna i brzydoty, dobroci i zła itp. itd. Jest to życie chwilą ,  w sensie doświadczania każdej chwili, smakowania jej i cieszenia się nią,  bez odkładania życia na tzw. później, które nie wiadomo kiedy nastąpi.  Jest to cieszenie się życiem nawet wtedy, gdy przeżywa się trudniejsze momenty , wiadomo przecież, że nie będą one trwały wiecznie.  Stachura nie odwraca się od trudnych spraw , ma świadomość, że  nie jest łatwo, widzi wokół ludzi z traumatycznymi doświadczeniami wojennymi , np. dzieci bawiące się w rozstrzeliwanie. Doświadczają go myśli o śmierci.  Ale są też momenty  pełne radości gdy np. czuje powiew wiatru.   Czuje wówczas, że życie składa się właśnie z takiej mozaiki różnych odczuć. Jest to rzadkie podejście do życia. O ile podejście do radości u Stachury jest takie samo, jak u większości , to ze smutkiem jest już inaczej. Sporo  ludzi odwraca się od smutku, boi się go, udaje , że go nie ma.  Część z nich odczuwając   smutek woli się znieczulić, uciec w picie lub psychotropy.  Sporo osób zafałszowuje obraz życia, udając, że wszystko jest świetne, praca, mąż czy żona , dzieci, znajomi.  Stachura ma odwagę patrzeć na wszystko z odwagą ,  zauważać wszystkie aspekty i cieszyć się całością . Jest to postawa godna prawdziwego mędrca .

      Utwór można też odbierać właśnie metaforycznie, włóczęga autora i Witka to po prostu   szukanie swojego miejsca w życiu. Ktoś, kto już znalazł to swoje miejsce,  również może zabrać się za czytanie czy słuchanie „Całej jaskrawości”, utwór jest wielowarstwowy.  

    Audiobook jest wyjątkowo krótki, trwa około 3 godzin. Nie ma na  nim żadnej informacji, że jest to wersja skrócona. Wydanie tradycyjne, papierowe,  „Całej jaskrawości” liczy ponad 200 stron i nazywane jest powieścią. Obawiam się, że audiobook jest właśnie wersją skróconą, odczytanie 200 stron zajmuje znacznie więcej, niż 3 godziny, chyba że rzecz napisana jest wyjątkowo wielką czcionką. Wydawcy audiobooków mają zwyczaj , że na wersji pełnej często zamieszczają informację, że jest to wersja nieskrócona. Na wersjach skróconych z reguły informacji na ten temat nie ma. Można więc dać się nabrać . Aby mieć pewność w 100% musiałabym mieć przed oczami tradycyjny tekst. Ale już brak informacji o tym, czy mamy do czynienia z wersją pełną, czy skróconą , nie jest w porządku.

      Olbrychski  jako czytający jest właściwą osobą na właściwym miejscu, czyta wspaniale. Raz ścisza głos, innym razem  czyta głośniej. Gdy uważa,  że dany fragment jest bardzo ważny, dobitnie to akcentuje.   Nie da się czegoś nie usłyszeć, czy przegapić.

    Utwór daje sporo do myślenia. Gdy patrzę z dystansem, współczuję Stachurze, że musiał wieść w tamtym czasie życie takie, jak je opisał. Fizyczna praca wykończyłaby mnie. Życie na wsi kilkadziesiąt lat temu wiązało się z brakiem tych standardów zamieszkiwania, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Byłabym załamana , gdybym musiała żyć w jakiejś okropnej wiejskiej chałupie. Kolejnym koszmarem byłyby obrazy wojny, chociażby  ludzie z powodu traumy chorzy psychicznie i mówiący stale o godzinie policyjnej. Życie w socjalizmie, szczególnie krótko po wojnie,  wiązało się też z całą masą innym makabresek.  Nie wspomnę o innych drobiazgach. Ale gdyby Stachura myślał tak, jak ja, nie byłoby „Całej jaskrawości” . Zamiast cieszyć się tym, co ma, skupiłby się np. na ubolewaniu, że  czegoś mu brakuje i że powinien urodzić się w innym miejscu i w innym czasie. Aby doświadczać tego, co on, nie trzeba być bogatym, nie musi się mieć nawet własnego mieszkania  i stabilizacji w postaci stałej pracy. Wystarczy   tylko być.
5/6

    

czwartek, 23 lipca 2015

Marta Kisiel „Nomen omen”

Nomen omen


  W ramach eksperymentowania raz na jakiś czasu, raz na rok lub nawet rzadziej,  przełamuję konwencję i czytam coś z takiej literatury, której z reguły nie czytuję i która wydaje mi się odstraszająca. Warto to robić, bo wrażenie typu, że coś jest „nie dla mnie”,  może być mylne. Poza tym gusta się zmieniają, doświadczenie życiowe też się zmienia i czasem po takiej próbie można znaleźć dla siebie coś nowego i ciekawego, tak jest np.  z potrawami i smakami.

     „Nomen omen” jest literaturą luźną, na lato , czyta się wyjątkowo dobrze, tak jakby czytało się samo. Tym zabiegiem, z którym dotychczas nie miałam do czynienia jest wprowadzenie do książki elementów  całkowicie nierealnych, typu zjawa , która się porusza, mówi i działa, czy chociażby 3 siostry, które mają więcej niż paranormalne zdolności . Jest to zabieg, pozwalający poruszyć trudny temat w bardzo lekkiej formie. Wielu ludzi ma różne traumatyczne przeżycia z przeszłości, mają oni koszmarne sny, nerwice i różnorakie problemy. Można o tym pisać w formie prozy realistycznej, opisując , co dzieje się w ich głowach, jak to wpływa na otoczenie, jak otoczenie na to reaguje itp. itd. Coraz powszechniejsze staje się teraz wprowadzanie do powieści elementów paranormalnych i nie mam na myśli literatury fantasy. Coś co zostało wyparte z umysłu, siedziało lata ukryte w podświadomości i czego ludzie panicznie się boją,  wychodzi na jaw. Słyszałam o książce Igora Stachowicza „Noc żywych Żydów”, której nie czytałam, o współczesnej Warszawie, w   której raptem pojawiają się Żydzi, ukrywający się trakcie wojny w piwnicach. Oni wychodzą z tych piwnic, ma to związek z pewnym, srebrnym,  przedmiotem skradzionym Żydom.  Mam w domu na półce kryminał „Duchy Belfastu”, Nevilla, w którym byłego zamachowca IRA prześladują duchy ofiar. Wielką popularnością cieszy się cykl  kryminałów Bena Aaronovitcha o detektywie Peterze Grancie.    W „Nomen Omen” jest zastosowany podobny zabieg, jak w tych i podobnych im książkach.

       U Marty Kisiel główna bohaterka – Salka, po skończonych studiach, wyprowadziła się z domu do Wrocławia i zamieszkała na stancji u trzech dziwnie zachowujących się sióstr w bardzo podeszłym wieku. W trakcie czytania poznajemy brata Salki, Niedasia , jej rodziców i babcię. Wydawałoby się, że są to najzwyklejsi ludzie pod słońcem  . Okazuje się, że nie do końca tak jest, bo nikt z rodziny nie znał historii wczesnych lat życia owej babci . Okazało się , że babcia ku zaskoczeniu syna, synowej, wnuka  i wnuczki pochodziła z rodziny niemieckiej, mieszkającej we Wrocławiu,  jej rodzice byli Niemcami, babcia też nosiła niemieckie imię. Miała  ona też koszmarne wspomnienia z wojny, szczegółów zdradzić nie można, ale można zasygnalizować, że w trakcie obrony Wrocławia w 1944r. zginął jej ojciec. Tajemnica z tym związana jest dosyć makabryczna. Przez kilkadziesiąt lat babcię i jeszcze 3 wtajemniczone we wszystko panie, dręczyły  koszmary, o których nikt nie mógł się dowiedzieć. Ale od wojny minęło sporo lat. Jest to wystarczający czas, aby likwidować różne białe plamy , aby mówić o tym, o czym z różnych względów się nie mówiło. Im dłużej trwa milczenie, tym jest gorzej. I okazuje się, że pradziadek Salki powrócił, chodzi po Wrocławiu i robi krzywdę ludziom. Jest upiorem, choć sam o tym nie wie.  A skoro już do tego doszło, skrywane z uporem tajemnice wychodzą na jaw. W tym przypadku są to wydarzenia ściśle związane z przedwojenną  i wojenną , a nawet tuż powojenną historią Wrocławia. Pasjonaci historii będą zadowoleni  .

       Książka jest nie do końca typowym czytadłem. Opisy współczesności są pełne humoru i bardzo luźne, ale raz na jakiś czas autorka cofa nas w przeszłość. Te retrospekcje nie mają nic wspólnego z wesołością, są tragiczne, ale na szczęście  nie są długie, bardziej przypominają dygresje i wyraźne zejście  z głównego nurtu wydarzeń. Jest to zrobione na tyle umiejętnie, że nie potrafią one popsuć dobrego humoru. Mimo tych retrospekcji książka jest wyjątkowo luźna. Ma też wątki damsko – męskie, Salka poznaje bowiem kogoś, jej brat też.

    Podczas  czytania trzeba się mocno zdystansować i nie spodziewać się powagi. Chyba rok temu zaczęłam pierwszy raz czytać „Nomen Omen” , gdy wyłonił się upiór, a trzy siostry dały pokaz swoich umiejętności, uznałam, że to jest nonsens i po kilkudziesięciu stronach książką odłożyłam. Teraz zaś, pamiętając, że czytało się ją wyjątkowo dobrze i szybko , sięgnęłam po nią ponownie i zaczęłam od nowa. I skończyłam oczywiście. Lektura jest pewnego rodzaju zabawą , ale i mini lekcją historii , a właściwie jej mniej znanych epizodów.

     Nie żałuję spędzonego tak czasu i nie wykluczam, że sięgnę i po inne pozycje tego nurtu. Ale „Nomen Omen” był dla mnie trochę za dziecinny. Kisiel napisała bardzo młodzieżowym językiem, używanym chyba głównie wśród licealistów, może ewentualnie jeszcze studentów młodszych roczników. Wydarzenia opisywane są z punktu widzenia,  w tym konkretnym przypadku,  zdziecinniałych i infantylnych dwudziestolatków. Przeszkadzało mi też i to, że dorośli ludzi , typu rodzice Salki też byli tacy trochę głupkowaci i niedojrzali. No i jest kilka scen, niepotrzebnych, gdzie starsza pani łopatologicznie naucza młodych prawdy o życiu. Nie wszystkie fragmenty są do końca logiczne . Wszystkim zaś scenom towarzyszą przerysowania i przesada, moim zdaniem, w nadmiarze. Wszystko to jest kwestią gustu, fanów „Nomen Omen” ma sporo. Jeśli komuś takie mankamenty nie przeszkadzają, może spokojnie czytać, nawet w upały,  wystarczy jeden wieczór . Dla mnie ta książka miała  być swoistego rodzaju relaksującym odmóżdżaczem właśnie na upał , no i w pewnym stopniu była.  Każdy musi sam poczuć, czy humorystyczna  formuła „z przymrużeniem oka” ze zjawami i czarami mu odpowiada.  

3/6    

poniedziałek, 20 lipca 2015

Frederick Forsyth „Psy wojny” audiobook, czyta Jan Englert


Psy wojny
 
       Książka i sposób jej odczytania są rewelacyjne . Nie spodziewałam się po tym audiobooku niczego szczególnego, spodziewałam się jedynie rozrywki, a efekt, jak rzadko kiedy, przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.  Wywarła ona na mnie niesamowite wrażenie i bynajmniej nie była tylko rozrywką. Każdy ma swoje tzw. ulubione książki, niekiedy nie mogę pojąć, co ktoś widzi w takiej czy innej książce. Bywa też odwrotnie, nie mogę zrozumieć, dlaczego komuś nie podoba się coś, co według mnie jest genialne. Każdemu coś w duszy gra i zdarza się, że książka dotyka właśnie czegoś bardzo głębokiego. W przypadku tej właśnie książki tak właśnie było.

                Najważniejsza jest treść oczywiście, ale nie można zapomnieć o sposobie napisania. „Psy wojny” są szalenie wciągające. Od kilku już lat jeżdżę samochodem, słuchając audiobooków. I  jednoczesne  prowadzenie samochodu i słuchanie nie jest dla mnie żadnym problemem, jest to porównywalne do rozmowy z kimś, kto jedzie ze mną.  Ale w tym przypadku książka tak bardzo mnie wciągnęła, że zaczynałam zapominać, że jestem w samochodzie. Wszystkie czynności wykonywałam machinalnie, całe szczęście, że są wakacje i w godzinach szczytu ruch drogowy jest zdecydowanie mniejszy, niż zwykle. Ale gdy zorientowałam się, że jestem już , nie wiadomo skąd,  pod swoim blokiem lub pod pracą, zastanowiłam się, czy w przypadku tej konkretnej książki słuchanie jej w samochodzie, jest dobrym pomysłem.  Jest wciągająca w sposób niewyobrażalny. Poza tym audiobook jest bardzo krótki, trwa około 5 godzin, a przeciętny czas trwania audiobooka to kilkanaście godzin. Nie może się wiec znudzić.  A Englert, to po prostu klasa. Urodził się chyba m. in. po to, aby tą powieść przeczytać. Nie oglądałam filmu, ale nie potrafię sobie wyobrazić Cata Shannona, mówiącego innym głosem i innym tonem, niż Englerta. Nie znam innych książek Forsytha, nie mam porównania, czy są tak samo wciągające, ale spróbuję i innych.   

      Pozornie temat powieści  może wydawać  się mało interesujący, tzn. mnie nigdy nie interesował, ale diabeł tkwi w szczegółach. Książka napisana została w 1974r. , opisywane wydarzenia, fikcyjne oczywiście, rozgrywają się niewiele wcześniej. Niebotycznie bogaty i cyniczny brytyjski lord sir James Manson ,  przedsiębiorca jednocześnie,  uzyskał informację że w jednym z afrykańskich krajów są duże złoża platyny. Wpadł na pomysł, jak wejść w ich posiadanie. Otóż  uznał, że przeprowadzi przy pomocy najemników zamach stanu i spowoduje , że władzę obejmie znany mu lokalny afrykański kacyk, totalny figurant i marionetka . Gdy ta marionetka zostałaby już prezydentem, zgodzi się, aby  spółka, należąca do lorda wydobywała w jego kraju złoża cyny. Podczas wydobycia ”wyjdzie na jaw”, że  są to głównie złoża platyny, ale umowa czy zezwolenie miała być  jednak tak skonstruowana , że sprawą tą nie będzie już mógł nikt inny się zajmować, tylko spółka lorda. Sekretarz lorda wykorzystując swoje kontakty znalazł odpowiednio doświadczonego najemnika, Cata Shannona,  który prowadził w Afryce już wiele walk . Shannon przystąpił do realizacji zadania zbierając odpowiednią ekipę najemników,  kupując nielegalnie broń,   próbując ją przemycać z jednego kraju do drugiego i korumpując pieniędzmi lorda kogo tylko się dało.  Ekipa, jaka zbierze , to w dużej mierze galeria bardzo ciekawych typów. W tym przypadku za wiele powiedzieć nie można, groziłoby to strzeleniem spojlera.

    Osobiście nie mam zbyt dobrego zdania o dziennikarzach, ale Forsythe był dawno temu korespondentem BBC a Afryce, jego wiedza na ten temat jest imponująca. Książka mówi o wydarzeniach fikcyjnych, ale właśnie w taki sposób i z takich powodów w Afryce odbywają się zamachy stanu. Książka nie została napisana ku pokrzepieniu serc, jest straszna w sensie naładowania jej olbrzymią dawką cynizmu. Ale tak właśnie w Afryce było i chyba jest nadal   i inaczej napisać nie można było. Manson w pewnym momencie np. rozmyśla, czy każdego da się  przekupić, dochodzi do wniosku, że całe jego doświadczenie wskazuje na to, ze owszem, każdego da się kupić .  Jak to robi, można poczytać czy posłuchać, „Psy wojny” są m. in. i o tym.

    Ale nie to wszystko jest najciekawsze. Najciekawsze i najbardziej dające do myślenia jest co innego. Muszę pisać o tym bardzo ostrożnie , bo spojler byłby niemal zbrodnią.  Niemal wszystkie postacie z książki są cynikami, ale jedna z nich wykaże się absolutnie niespodziewanym,  ludzkim odruchem. Nie napiszę, kto to będzie, ani co zechce zrobić, ani czy mu się to uda.  Ale expressis verbis  wypowie się po stronie afrykańskich biedaków, którzy przez takich bezwzględnych graczy, jak lord Manson, drenujących z chciwości Afrykę z jej bogactw, nie dają żyjącym tam ludziom szansy na normalne życie. 

    „Psy wojny” , które pozornie są tylko rozrywkową powieścią, dają bardzo dużo do myślenia. Wiem , że w Afryce panuje głód, że życie tam jest koszmarem, ale to właśnie ta książka mi to drastycznie przypomniała.  I przypomniała mi naszą bierność, co najwyżej okazjonalne dawanie przy okazji takiej czy innej zbiórki paru przysłowiowych złotych. Ale  nie mogę przestać myśleć o tym, o czym myślał lord, że wszyscy są przekupni. Moim zdaniem nie, ale gdy głębiej się zastanowić, to nie wygląda to różowo. Wydaje mi się, że teraz koperty z pieniędzmi zniknęły, ale panuje za to epoka załatwiactwa. Szczególnie jest to widoczne w małych miejscowościach. Mam rodzinę w małym miasteczku. Tam wszystko się ”załatwia”. Jeden załatwi drugiemu pracę w określonym miejscu, tamten za to „pomoże” tamtemu np. w załatwieniu wizyty u lekarza, bez wielomiesięcznego czekania itd. itp.  Ktoś bez koneksji nie jest w stanie normalnie funkcjonować. Ludzie czytając „Psy wojny” oburzają się zachowaniem lorda Mansona , a sami współuczestnicząc w korupcyjnym czy „załatwiaczym” układzie stają po tej samej stronie, co i on. To, czego bez spojlera opisać nie można, czyli to niespodziewane zachowanie jeden z postaci,  daje asumpt do masy rozważań etycznych. Ten człowiek przy pomocy strasznych środków chciał zrobić cos dobrego. Nie jest to może nadzwyczajnym odkryciem, ale nam się wydaje, że jesteśmy etyczni i w porządku, a tymczasem ktoś , kto wydaje się z gruntu zły, ma odwagę robić coś naprawdę wyjątkowego.

    Nie spodziewałam się po tej książce większej głębi , byłam więc przyjemnie zaskoczona. A miałam ochotę na coś w sam raz na lato, czyli  lekkiego i nie wymagającego specjalnego myślenia. Mój kolega znalazł idealne określenie właśnie na coś do czytania, lekkiego, relaksującego i nie poruszającego cięższych tematów , nazwał to „odmóżdżaczem”  . Odmóżdżacze każdemu raz na jakiś czas są potrzebne, ale „Psy wojny” odmóżdżaczem  z całą pewnością nie są.

6/6

piątek, 17 lipca 2015

Patrick Modiano „Zagubiona dzielnica”




Jest cała masa pisarzy, zarówno klasyków, jak i  współczesnych, szczególnie tych współczesnych, których nie znam. Nie ma możliwości przeczytania wszystkiego tego, co nas interesuje.  Każdy chyba ma problem, jakie kryterium wyboru książki przyjąć. Kryterium może być informacja o treści książki, znany nam autor czy polecenie kogoś godnego zaufania. Do nagród podchodzę sceptycznie. Ale czasem jednak i na nagrody patrzę. Najmniejsze zaufanie mam do naszej  Nike, zdarzyło mi się rozczarować nią gigantycznie, teraz już nawet nie za bardzo zwracam na nią uwagę.  Ale inaczej już jest np. z Nagrodą Pulitzera czy Bookera albo National Book Award czy francuską Nagrodą Goncourtów . Czasem, gdy nie jestem pewna , co kupić, tego rodzaju nagroda bywa w pewnym stopniu wskazówką.  Kiedyś w księgarni wpadły mi w ręce „Kroniki portowe” Annie Proulx . Informacja , o czym jest książka,  wydała się bardzo ciekawa, a fakt, że została nagrodzona Nagrodą Pulitzera i National Book Award spowodował, że bez dalszego zastanawiania ją kupiłam . I był to strzał w dziesiątkę. Tak się jakoś stało, że nabrałam ochoty na poznanie tych znanych i cenionych pisarzy, o których niewiele wiem. Patrick Modiano jest Noblistą z 2014r. , a wcześniej zdobył Nagrodę Goncourtów. Tematy, o których pisze, wydały mi się ciekawe. Czemu więc nie spróbować ?

                 „Zapomniana dzielnica” jest bardziej opowiadaniem, niż powieścią. Czyta się ją lekko, nadaje się nawet na lato, kiedy to nie zawsze mam ochotę na lektury poważne. Myślę, że ta pozycja zainteresuje każdego, kto bywał w  miejscach  , z którymi łączy go wieź emocjonalna, w których np. spędzał dzieciństwo , albo które odwiedzał.     Poza narratorem bohaterem tego dzieła jest też Paryż. To ostatnie chyba najbardziej zaważyło na tym, że zdecydowałam się właśnie na tą, a nie na inna książkę Modiano , z Paryżem też mnie co nieco łączy i dawno w nim nie byłam. Otóż narrator, Ambrose Guise , Anglik , lat 39 , poczytny pisarz, przyjechał do Paryża na spotkanie z wydawcą. Przy okazji miał ochotę na odwiedzenie miasta, w którym nie był od 20 lat. Dla tych, którzy lubią książki, gdzie coś się  dzieje, to ważna informacja , bo Ambrose włóczy się potem po Paryżu,  a nawet i spotyka się z nie widzianą od 20 lat znajomą. I w sensie akcji nic więcej się nie dzieje. Książka jednak jest wyjątkowo bogata w różne refleksje , a  czytelnik ma potem sporo do myślenia. Ja o „Zagubionej dzielnicy” myślę już od dobrych kilku dni. To jest tak, jakby lektura uruchamiała jakieś przemyślenia, do których nie wiadomo, czy w ogóle doszłoby, gdyby nie ona.

      Ambrose wędruje ulicami Paryża i cały czas coś mu się przypomina, głównie ludzie z którymi przyjaźnił się 20 lat temu, no i kobieta, w której był zakochany. Spacer po mieście przypomina zaś wędrówkę przez upiorną krainę , niby to miasto zna, ale ono już jest inne. Brakuje ludzi, o których ciągle myśli, odnosi wrażenie, jakby mieli oni skądś się wydobyć.  Nie potrafię tego opisać tak, jak Modiano. Ale mam parę takich miast, z którymi cos mnie łączy. Czytając Modiano miałam wrażenie, jakby ktoś opisał moje własne uczucia, gdy jestem w tych miastach.  

     Ale i tak najważniejsze są nasuwające się refleksje. Pisząc nie tak dawno temu o  „Zakochaniach”  Mariasa  zacytowałam zdanie z powieści , zdanie o książkach: „To, co się stało nie jest najważniejsze. To tylko powieść, a wydarzenia powieściowe nie są istotne, po ich przeczytaniu natychmiast się o nich zapomina.  Najciekawsze są możliwości, idee, do których nas pobudzają, które w nas zasiewają, poprzez swe fikcyjne przypadki, bo te pozostają w nas bardziej wyraziste niż rzeczywiste wydarzenia i  bardziej się nad nimi rozwodzimy”.

          Modiano powoduje, że zastanawiamy się nad wieloma rzeczami. Dlaczego chcemy wracać się w te miejsca, z którymi nas coś łączyło? Czy jest to czysty sentymentalizm, czy może potrzeba zakończenia niezałatwionych spraw, a może potrzeba zastanowienia się nad czymś, co gdzieś w nas tkwi, a nie poświęciliśmy temu żadnej refleksji? Może tęsknimy do ludzi, z którymi spędzaliśmy tam miłe chwile. Może teraz czegoś brakuje nam w naszych więzach rodzinnych lub towarzyskich.  A może jest odwrotnie, może te powroty to tęsknota  za wolnością, której później jest za mało. A może porównujemy nasz obecne życie z tym, co było dawno i dochodzimy do wniosku,  że wtedy było lepiej, a potem wszystko potoczyło się inaczej, niż powinno.   Może warto zastanowić się nad tym, dlaczego wtedy było lepiej i czy nie dałoby się polepszyć tego, co jest teraz. A może powrót jest potrzebny do tego, aby uzmysłowić sobie, że to właśnie teraz jest w porządku, że to dawniej żyliśmy mrzonkami i ułudą.  Każdy przypadek jest inny. Wędrówka w przeszłość to  zawsze też pewna konfrontacja z dawnymi marzeniami, czy coś udało się nam osiągnąć, jeśli nie, to ciekawe dlaczego.  Może tamte marzenia nie do końca były nasze, teraz mamy inne i nie ma nad czym rozpaczać.  Czasem mamy problem z tym, aby odgrodzić to,  co umarło, od teraźniejszości, o czym  pisał właśnie w „Zakochaniach” Marias . Nie chodzi o zapomnienie, byłoby to idiotyzmem, chodzi o zaprzestanie wiecznego rozpamiętywania , żałowania itp. Taki wyjazd w przeszłość do Paryża lub jakiejkolwiek innej miejscowości może pozwolić zamknąć pewien rozdział w życiu.  Zamknięcie nie powinno  jednak być przedwczesne . Ambrose Guise podczas pobytu w Paryżu uzmysłowił sobie sporo rzeczy , lepiej zaczął rozumieć siebie. Zapomnienie o tym co było,   lub zapomnienie o mądrym przemyśleniu tego, co było,  kojarzy mi się z uratą cząstki siebie. Nie powinniśmy nosić w sobie żadnych zagubionych dzielnic. W miastach zagubione, zapuszczone i zapomniane  dzielnice opanowywane są przed różnych degeneratów, strach jest tam chodzić.  To, co się tam dzieje , stopniowo zaczyna  zagrażać  całemu miastu. Tak jest i z nami.

   Książka jest dosyć gorzka, ale nie jest dołująca. Mimo braku realnej akcji czytało mi się ją dobrze, nie odczuwałam się nudy w jakiejkolwiek postaci. Czułam jedynie niedosyt, bo była ona tak krótka. Nie wszystkie wydarzenia z przeszłości Ambrose`a się wyjaśniły.

       Zastanawiam się też nad własną wędrówką w przeszłość i podróż do miejsca, w którym dawno nie byłam.

5/6