niedziela, 19 kwietnia 2015

Rafał Ziemkiewicz „Jakie piękne samobójstwo”



  
Jest to absolutnie wyjątkowa książka, którą czyta się niemal z zapartym tchem i po której czuje się, że jest się znacznie mądrzejszym, niż przed lekturą. Jest to rzadko spotykany, ale  moim zdaniem bardzo mądry punkt spojrzenia na naszą historię.  A w czym tkwi ta wyjątkowość? Otóż mamy wszyscy chyba w głowach pewne schematy myślowe, np. nasze położenie geograficzne jest fatalne, albo: mamy pecha, bo spotykają nas same nieszczęścia, typu rozbiory i wojny . Inne schematy to np. nasze położenie sprawia, że historia stawia nas przed faktami dokonanymi, np. II wojna musiała się od nas zacząć. W związku z tym, że generalnie przyjmujemy taki punkt widzenia, nie widzimy swoich błędów i finalnie nie wyciągamy z przeszłości żadnych wniosków . A za jakiś czas te same błędy popełniamy ponownie. Ziemkiewicz podejmuje walkę z tych schematami i przedstawia swój punkt widzenia na te sprawy. Zaczyna swój wywód od końcówki XVIII wieku. Osobiście jestem zauroczona tą książką i polecam ją każdemu, nie tylko tym, którzy interesują się historią.

       Książka napisana jest lekko, w tym sensie, że czyta się ją bardzo dobrze. Mimo, że całość wymaga zastanowienia, żaden fragment nie dłuży się. Nie ma też problemu ze stylem pisania, Ziemkiewicz pisze jasno i prosto. Co zaskakujące, fakty, o których pisze  w większości są znane, a mimo to opisując je potrafi utrzymać napięcie, niczym w thrillerze. 

    Zasygnalizuję tutaj niektóre tylko myśli zawarte w „Samobójstwie”. Dobór będzie bardzo subiektywny. Już na początku autor stawia tezę, że prawdziwa historia, czyli rzeczywisty przebieg faktów różni się znacznie od tej, która znana jest z podręczników szkolnych. Dzieje się tak dlatego, że historie piszą zwycięzcy, fakty niewygodne dla siebie  pomijają, eksponują zaś lub w ogóle wymyślają wydarzenia i motywy działania, które świadczą o nich dobrze. I z tego też powodu np. kraje skandynawskie nigdzie nie nagłaśniają np. udziału swoich obywateli  w czasie wojny w walkach po stronie Niemców. My z kolei mamy obsesję, wszystkich za wszystko przepraszamy, nawet i za wyimaginowane przewinienia. Boimy się zaś przypomnieć Niemcom czy Rosjanom, że na nas napadli. Boimy się mówić o Wołyniu, bo Ukraińcy mogliby się na nas obrazić. Od wieków dajemy się manipulować Zachodowi i wierzymy w sojusze z Wielką Brytanią czy Francją, nawet gdy od początku wiadomo było, że traktaty te były  tylko świstkami papieru.  Przykładów jest masa.

    W odniesieniu do historii XIX wieku Ziemkiewicz sygnalizuje, jak wyglądały decyzje o wybuchu powstań narodowych  . Inicjatywa wychodziła od garstki bardzo młodych, pobawionych politycznego i jakiegokolwiek innego doświadczenia ludzi. Nie zważano na sytuację międzynarodową, czy jest korzystna, czy nie. Nie patrzono , czy powstańcy będą mieli jakiekolwiek uzbrojenie . Nie brano pod uwagę realnego układu sił. Społeczeństwo było terroryzowane koniecznością poparcia powstania, w przeciwnym bądź razie ci, co nie uczestniczyliby w walkach, uznani byliby za zdrajców. Prawie nikt nie odważył się sprzeciwić takiemu punktowi widzenia. A kolejne pokolenia uczono, że udział w takich walkach jest czymś godnym podziwu , zaś krytyczny do nich stosunek oznacza zdradę.  Tych, którzy robili karierę np. w administracji czy w wojsku zaborców , traktowano jako  zdrajców, a bez nich, bez ich doświadczenia i wykształcenia, odbudowa państwa w 1918r. nie byłaby możliwa.

     Ostro Ziemkiewicz rozprawia się z dwudziestoleciem międzywojennym. Stawia tezę, że w tamtym czasie to my demokracji uczyliśmy się zaledwie kilka lat, do zamachu majowego. I spowodowało to, że nie wykształciliśmy normalnych elit, o doborze na stanowiska , szczególnie na najwyższe stanowiska państwowe decydował za czasów Piłsudskiego fakt , czy ktoś walczył w legionach. Sam fakt walki w legionach był wystarczający do tego, aby zostać np. premierem. Zwraca też uwagę na olbrzymi wpływ, jaki mieli na nasze losy rosyjscy agenci wpływu, jak niepostrzeżenie i zręcznie manipulowali i opinią publiczną i tzw. elitą państwa. Wystarczy wspomnieć jak w 1920 r. każdy miał świadomość, ze naszym największym wrogiem jest Rosja i do czego jest zdolna. Po upływie zaledwie kilku lat, w latach 30-tych Rosją przestano się przejmować , niechęć do niej zaczęła jakby wyparowywać, zaś  głównego wroga zaczęto upatrywać w Niemcach.   

    Jedynym minusem tej książki jest to, że jest dołująca. Gdy spędzi się sporo godzin na czytania, jakie błędy popełnialiśmy i widzimy, że cały czas na przestrzeni dziejów, były one takie same, robi się mało przyjemnie. Może inni inaczej reagują na taką lekturę, ja złapałam doła . Każde państwo poza nami angażowało się w wojny i inne walki tylko wówczas, gdy miało w tym interes. My od wieków wszystkim naokoło pomagamy, walczymy o nie swój interes na różnych frontach, ginie masa ludzi, za nas nikt oczywiście nie walczy i nam nikt nie pomaga.  Ta mentalność jest niezmienna. Porażające były też przypomnienia, jak to pasjonujemy się walkami bez uzbrojenia i bez przygotowania i mimo , że okoliczności takie są znane dowództwu, stale wydawane były rozkazy, aby walczyć. I działo się tak przez wszystkie powstania narodowe, życie naszych obywateli dla naszych dowódców wojskowych i naszych polityków nie miało znaczenia. Żadne inne państwo nie decydowało się na takie szaleństwo na taką skalę. Kult walki jest wyjątkowo silnie rozpowszechniony ,  akceptowany i szanowany. A kult rozumu i racjonalizmu traktowany jest zupełnie odmiennie.

   W  „Jakim pięknym samobójstwie” Ziemkiewicz podjął tematykę zbliżoną w pewnym stopniu do tego, o czym pisał Zychowicz w „Obłędzie 44” czy „Pakcie Ribbentrop – Beck”. Zychowicz także pisał o błędach, popełnionych przez władze II RP, jak również przez dowódców wojskowych , które doprowadziły finalnie do upadku państwa. Zychowicz skupił się bardziej szczegółowo na okresie II wojny i na czasach, bezpośrednio ją poprzedzających. Ziemkiewicz opisał problem obszerniej, cofając się w czasie jeszcze o ponad 100 lat. Są też i różnice w podejściu do pewnych zagadnień, ale   książki się nie powielają i warto jest przeczytać każdą z nich. Każda na co innego zwraca uwagę. Wszystkie są bolesne.

   Podkreślam jeszcze raz, nie streściłam tutaj wszytych tez autora, zasygnalizowałam tylko te, które wydały mi się najciekawsze.

6/6

 

wtorek, 14 kwietnia 2015

Jacek Piekara ”Mój przyjaciel Kaligula” – audiobook, czyta Leszek Filipowicz i in.


       Ten audiobook to klasyczny przykład wpadki przy zakupie. Tytuł i opis brzmiały wyjątkowo zachęcająco. To był czysty impuls. Okazało się, że zakup to czysta pomyłka.
     Na audiobook składają się opowiadania typu science-fiction. Prezentują one  dość zbliżony, moim zdaniem  poziom, aczkolwiek tematyka jest  dość różnorodna. Pierwsze  opowiadanie , tytułowe zresztą, mówi o Kaliguli, częściowo  Klaudiuszu i o głównym bohaterze, narratorze, będącym wampirem. Wampir wcielił się w postać patrycjusza rzymskiego. Jeżeli ktoś pamięta książkę lub serial „Ja Klaudiusz” nie dowie się z niego zbyt wiele.  Elementem nowym jest wampir. Wampir opisuje jak to np. kazał rozebrać niewolnika, przywiązać go do łóżka, a potem  obcinał mu członek tępym nożem. Opis był tak obrzydliwy i psychopatyczny że chciało mi się wymiotować. Po tym opisie nie byłam w stanie rozważać,  jakie jest przesłanie tego opowiadania.  Odpowiedź co do przesłania sama z siebie nie przyszła. Było to skrajnie odrażające.
     W innym opowiadaniu z kolei opisane jest, jak to bohater nienawidzi jednego z polityków, a właściwie nie tylko polityka, ale całej opcji. Gdy zobaczył zdjęcie tego polityka w gazecie wyzywał go w różnoraki sposób i zdjęcie sukcesywnie niszczył.  Opowiadanie jest absolutnie współczesne, a polityk jest wymieniony z nazwiska. Bohater jest skrajnie agresywny i opowiadania nie da się słuchać w spokoju, atmosfera jest nerwowa. W tym przypadku czułam się tak, jakbym oglądała jeden z programów telewizyjnych z zaproszonymi politykami, którzy nerwowo się przekrzykują. Osobiście nie przepadam za takimi programami i nie przyszło mi do głowy, że sama sobie niechcący zafunduję coś w tym stylu . Jadąc samochodem nie słucham radia, bo chcę uciec od widomości  i od polityki, tym razem nie uciekłam. 
         Wątki polityczne występują też i w innych opowiadaniach, monologi postaci są wówczas  nerwowe, czytaniu towarzyszy napięcie. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, będzie zadowolony, ja czegoś takiego nie znoszę. W wielu opowiadaniach występują też wątki związane z wojskowością i z wojną. Przykładowo oddział żołnierzy idzie pustynią do bazy, oddalonej o bodajże kilkanaście dni drogi. Żołnierze są wyczerpani, a zapasy wody nie są w stanie zaspokoić ich potrzeb. Nie wiadomo , kto dojdzie i czy w ogóle ktoś dojdzie.
    Odbiór jakiegokolwiek dzieła to kwestia indywidualna. Do mnie te opowiadania absolutnie nie przemówiły. Słuchanie ich wiązało się z nerwówką. Tylko jedno z opowiadań zaciekawiło mnie nieco bardziej, niż pozostałe. Mówiło ono o mężczyźnie, który żyje współcześnie, ale w innej rzeczywistości. Żyje w świcie, w której  II wojna potoczyła się inaczej.
    Lekarstwem na to, aby nie męczyć się z takimi dziełami, które są absolutnie nie dla nas,  jest z pewnością staranniejszy dobór lektury. Można więcej czytać o konkretnej książce w Internecie. Ale nie jesteśmy przecież cyborgami.  Można zrobić coś spontanicznie. Czasem się na tym traci, ale  niekiedy tez zyskuje się.  Ma to też swoisty urok.
2/6

piątek, 10 kwietnia 2015

Marcin Wroński „Kino Venus”




 

           Wroński jest laureatem najbardziej prestiżowych nagród za powieści kryminalne. Otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru  za najlepszą polskojęzyczną powieść kryminalną lub sensacyjną roku i Nagrodę Wielkiego Kalibru Czytelników w 2014r.  za  „Pogrom w przyszły wtorek”. W  2013r. za tą samą książkę otrzymał nagrodę Kryminalna Piła za najlepszą polską kryminalną powieść miejską . Dostał jeszcze inne nagrody, do różnych innych nagród był też nominowany. Do nagród podchodzę z dystansem, ale taki dorobek robi jednak wrażenie. Jako miłośniczka kryminałów postanowiłam więc coś Wrońskiego przeczytać.

    „Kino Venus” jestem kryminałem retro, a wydarzenia rozgrywają się w Lublinie w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Książka jest zarazem drugim tomem cyklu z komisarzem Maciejewskim . W tym tomie Maciejewski w akcie niełaski został przeniesiony do  komisariatu policji w biednej , żydowskiej  dzielnicy miasta. Było to  dla niego degradacją. Zajął się on sprawą handlu kobietami i zmuszaniem do prostytucji.

    Zalet jest w „Kinie Venus” znacznie więcej niż wad . Zacznę więc od nich. Absolutnie rewelacyjnie oddane są realia życia w tamtym okresie czasu. Wroński zaś jest na tyle oryginalny, że opisał życie biedoty i tym samym odmitologizował tamten okres. Przykładowo jedna z bohaterek , Salcia, Żydówka, uczennica jeszcze, mieszkała z rodzicami. Rodziców tych nachodził komornik, matka była praczką, a ojciec bezrobotnym. Dziewczyna chodziła w nędznych ubraniach i do tego głodna. Perspektywy na wyjście z tej sytuacji miała żadne. Podobnych opisów jest więcej. Ku mojemu zaskoczeniu w książce są  też fragmenty z  kręceniem filmów porno . Odbywało się to z udziałem porwanych dziewcząt, a one uczestniczyły w tym pod przymusem.  Opisane jest środowisko dziennikarskie,   sutenerzy, a nawet góra, zajmująca się procederem handlu tymi nieszczęsnymi kobietami. Bez wnikania w szczegóły zasygnalizuję tylko, że handlem kobietami, w przeważającej większości były to Żydówki, zajmowali się bogaci Żydzi. Wydarzenia z handlem kobietami nie są fikcją. Nie przypominam sobie innej książki beletrystycznej , z której  aż w tak dużo można byłoby się dowiedzieć o realiach życia w tamtym czasie. Nawet drobiazgi miały swój urok, np. dziewczęta chodzące w mundurkach uczennic.

     Problemem dla mnie zaś było to, że książka przez długi czas mnie nie wciągała. Czytałam ją, będąc jakby obok. Zaczęła wciągać mniej więcej w połowie. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że na to, czy książkę czyta się dobrze,  wpływ ma też to, jak została wydana. Oczywiście ponad 90% sukcesu to treść i co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Ale format książki czy  wielkość czcionki też mają swoje znaczenie. Ten egzemplarz, który czytałam wydany został przez W.A.B. i jest to wydanie kiepskie, zbliżone do kieszonkowego, z małą czcionką i byle jakim papierem.   Nie wiem, czy sytuacja byłaby dużo lepsza, gdybym czytała lepsze wydanie, ale wydaje mi się, że w pewnym stopniu tak.   Mimo, że miałam w domu  stare, pożółkłe , kieszonkowe wydanie „Łuku Triumfalnego” sprzed 20 czy 30 lat, kupione na Allegro, gdy tylko dowiedziałam się, że Rebis wydał tą powieść współcześnie, zaraz   kupiłam nowe wydanie. Nowe wydanie, w większym formacie czytało mi się zdecydowanie lepiej.

        Ciężko było mi też poczuć sympatię do Maciejewskiego i jego alkoholizmu. Szokujące były dla  mnie kobiety jego życia, najpierw jedna prostytutka, potem druga prostytutka były jego konkubinami. Maciejewski zajmował się albo piciem, albo seksem, albo rozwiązywaniem sprawy kryminalnej, a w przerwach ubolewał nad tym, że jest w gorszym komisariacie.  Opisywane środowisko sutenerów z pewnością nie budzi sympatii . Skrajna bieda też jakiegokolwiek uroku nie ma, a opisy brudu czy smrodu do przyjemnych nie należą.  Obrzydliwe były też dla mnie np. te fragmenty, gdzie Maciejewski budzi się z kacem z pokoju,  w którym są śmierdzące naczynia z resztkami posiłków sprzed kilku dni. Cała książka pełna jest scen , w których coś śmierdzi i jest obrzydliwe z wyglądu. Wszystko jest nieestetyczne i pozbawione wdzięku. Panuje klimat beznadziei.

      Myślę jednak, że dam Maciejewskiemu jeszcze jedną szansę. Inne książki z tego cyklu opisują wydarzenia rozgrywające się w innym środowisku.  

4/6

poniedziałek, 30 marca 2015

Evzen Bocek „Ostatnia arystokratka”





Evzen Bocek , autor książki, zatrudniony jest jako kasztelan jednego z czeskich zamków, jest to inaczej mówiąc zarządzający  . Zna się na tej tematyce i akcję swojej książki umiejscowił właśnie na takim zamku. Zamek ten został odzyskany od państwa przez prawowitych właścicieli, a konkretnie przez ich spadkobierców, wnuka z rodziną. Właściciele ci  przybyli do Czech z USA, gdzie zamieszkiwali na stałe. I właśnie ich perypetie po powrocie do kraju przodków są  opisane w książce. Opisuje je narratorka, czyli ich nastoletnia córka. Rodzina była całkowicie spłukana, owszem stali się właścicielami olbrzymiej nieruchomości, ale nie mieli z czego żyć, nie pracowali przecież. A zamek wręcz sypał się ze starości i z braku remontu. Odnalezienie się w wielkim, ziemnym zamku i zdobycie środków utrzymania to tematy główne „Ostatniej arystokratki”.  

    Książka jest lub może raczej bywa śmieszna, w moim odczuciu na początku śmieszy bardziej, pod koniec zdecydowanie mniej.  Jest to styl przypominający Joannę  Chmielewską, ale mnie osobiście Chmielewska śmieszy bardziej. Ale to kwestia gustu. Gdybym miała porównywać, to u Chmielewskiej humor jest na znacznie wyższym poziomie. Bohaterka książek Chmielewskiej jest nie tylko wykształcona, ale jeszcze zawsze  inteligentna , a nawet i błyskotliwa. U Bocka rodzice narratorki są idiotami. Matka to typowa Amerykanka o niczym nie mająca pojęcia, jej ulubionym zajęciem jest czytanie biografii księżnej Diany. Ojciec różni się niewiele. Ich córka, narratorka, różni się tym tylko, że nie jest idiotką. Humor u Bocka jest na zróżnicowanym poziomie, często niestety jest niesmaczny . Sytuacje humorystyczne wynikają nie z sytuacji, zaaranżowanych przez bohaterów, ale z przypadku, najczęściej zaś śmieszne mają  być głupie zachowania domowników i ich służby . Sporo jest opisów , związanych jest z kupami czy sikami, np. kot wieziony w torebce zrobił kupę   i zaczęło śmierdzieć, albo ktoś wysikał się do nocnika, kot potrącił nocnik i zawartość się wylała na dywan, poczym również zaczęło śmierdzieć.

    Inteligentniejsze puenty też się zdarzają. Autor dość krytycznie opisuje   zachowania turystów, zwiedzających zamek. Okazało się, że są oni w dużym stopniu zainteresowani spirytyzmem i ich zainteresowaniem cieszą się zamki, nawiedzane przez duchy. Konieczne było więc wymyślenie duchów, jak również okoliczności, w których miałyby one straszyć.  Arystokracja kojarzy się często z jazda konną i niezbędne było również, aby rodzina jeździła konno. Było to atrakcją dla turystów, szczególnie gdy można było  zrobić zdjęcie hrabiny jadącej konno. Właściciele musieli więc szybko nauczyć się tej sztuki. Dość ciekawe było spostrzeżenie, że większości turystów nic nie interesuje. Mimo, że przychodzą na zamek z własnej woli, chcą skończyć zwiedzanie możliwie szybko. Dlaczego więc przychodzą? No bo nie mają innego zajęcia, szczególnie w weekend , a w weekend coś „trzeba”  zaplanować i zrobić.

          Denerwowało mnie też, że w wielu scenach źle traktowane były przez domowników zwierzęta , przykładowo kot był kopany, psom zakładano kolczatki, a szczytem była już scena świniobicia. Aby zarobić, rodzina chciała urządzić świniobicie na oczach turystów. Świnia jednak zachorowała i mogła nie dożyć wyznaczonego dnia, w związku z czym wezwano weterynarza, aby naszprycował ją jakimikolwiek lekami po to tylko, aby dożyła przybycia turystów. Zwierzę stało się apatyczne i jego zarżnięcie odbyło się w terminie, na miejscu przyrządzono mięso i dano je turystom. Całość bardzo się podobała, wyłonił się więc pomysł, aby zabić drugą świnię, ta była zdrowa, wyrywała się . W wykonaniu  Evzena Bocka opisy zabijania tych zwierząt miały być  bardzo   śmieszne, np. przerażone zwierzę chce uciec, kwiczy, turyści się śmieją. Dla mnie było to obrzydliwe.

     Zastanowiła mnie mentalność Czechów, wiele im do szczęścia nie trzeba. Pośmieją się z idiotyzmów i są zadowoleni . Nie udają inteligentów. Kompleksów nie mają. W książkach jest też co nieco o historii zamku, który odzyskała rodzina. Opisy są krótkie, zamek przechodził podczas różnych wojen z rąk do rąk, nikt go nie bronił, „zdobywał go, kto chciał”. Właścicielom to chyba przesadnie nie przeszkadzało. Nikt w żadnych walkach nie ginął, nikt nie odnosił ran, ród przyzwyczaił się chyba do różnych lokatorów różnych przekonań i różnych nacji. Bez względu na to, do jakiego państwa zamek należał, hrabianki skupiały się na  szukaniu mężów, wywoływaniu duchów  i temu podobnych rozrywkach. Panowie polowali. Jedyne zniszczenia budowli wynikały z upływu czasu.  W zamku było skrzydło Himmlera, który krótko tam pomieszkiwał podczas wojny. Potomkowie nie tylko nie wstydzą się tego, ale są zadowoleni, bo mogą tam wpuszczać turystów i na nich zarabiać.  To , co dla kogoś innego byłoby wstydliwe, czy głupie, oni obracają w żart.  Okazało się np. , że jeden z przodków  był erotomanem  o bardzo wyrafinowanych gustach. Zostały po nim zapiski z opisami różnych scen porno i opisami  gadżetów do seksu. Niektóre z tych gadżetów też się ostały. Rodzina błyskawicznie wykorzystała to , zebrała wszystko i powstał pokój , przypominający sex shop retro i dom publiczny retro. Pokój stał się miejscem do zwiedzania  dla wycieczek, na których można było zarobić.  Jest to specyficzna mentalność.  To właśnie dzięki niej Czesi przetrwali II wojnę z symbolicznymi stratami zarówno w ludziach, jak i w mieniu.

             W sumie książka najgorsza nie jest. Zachwytów też nie podzielam. Można się co nieco dowiedzieć się o zubożałych potomkach arystokracji we współczesnych czasach. Temat jest oryginalny. Pośmiać też trochę się można. Pytanie jest tylko takie, czy kogoś śmieszy ten rodzaj dowcipu.  Kiedyś oglądałam wywiad z Joanną Chmielewska w telewizji. Dziennikarka jej zakomunikowała, że zdaniem niektórych osób, jej książki nie prezentują zbyt wysokiego poziomu. Pisarka odpowiedziała krótko, że te osoby nie muszą jej książek czytać.  Uważam, że takie książki są potrzebne, jest to świetna rozrywka.  Jeśli ktoś chce się rozbawić , wyluzować, może sięgnąć po „Ostatnią arystokratkę” , ja dalszych tomów kupować jednak nie będę.

4/6

środa, 25 marca 2015

Lew Tołstoj „Anna Karenina” – audiobook , czyta Anna Polony

 







Obraz znaleziony dla: Anna Karenina 
          Kiedy skończyłam już słuchać audiobooka,  zupełnie przypadkowo, tzn. bez związku z książką,  byłam w kinie  na filmie „Sils Maria”. W filmie Juliette Binoche gra aktorkę, która ma zagrać w sztuce teatralnej  starzejącą się kobietę . Dwadzieścia  lat wcześniej , w tej samej sztuce grała  rolę  młodej kobiety. Teraz ma nastąpić zmiana perspektywy. Niby to samo, ale zupełnie inaczej. Miałam podobne odczucia po raz drugi spotykając się z „Anną Kareniną”, czytałam ją 10 lat temu, nie liczę tutaj  ekranizacji . Powieść ta sama, ale odbiór zupełnie inny, 10 lat to jednak jest  dużo, inaczej patrzy się na świat. Wiedziałam, co się stanie  i z Anną i z innymi bohaterami, ale czułam się tak, jakbym spotykała się z nimi po raz pierwszy i jakbym dopiero teraz tak naprawdę ich poznawała. Czułam się tak, jak grana przez Binoche aktorka , która ma zagrać doskonale znaną rolę ,  okazuje się, że rola niby ta sama , ale ona jest już inna ,  inaczej na tą rolę patrzy i ta pozornie znana rola okazuje się rolą nową.
     Audiobook jest rewelacyjny, a dobór Anny Polony jako czytającej książkę,  to przysłowiowy strzał w dziesiątkę.  Polony większość tekstu czyta powoli, bez egzaltacji , moduluje głos nieznacznie. Tą powieść winna czytać dojrzała , mądra kobieta. I tak właśnie jest.
     Zaskoczeniem dla mnie było to, że każda niemal scena z powieści z czymś mi się już kojarzyła,  konkretnie z różnymi, analogicznymi scenami z życia. Gdy zna się tekst dobrze, nie myśli się o tym co się stanie, ale o tym, dlaczego to się dzieje, dlaczego np.  ludzie w taki sposób reagują na taką sytuację? Czy wydarzenia mogły potoczyć się inaczej? Co zadecydowało o tym, że wszystko poszło w tym, a nie w innym kierunku? Czy ktoś mógł uniknąć destrukcji ? W którym momencie przekroczona została granica, po której nie ma już odwrotu?
      Nie chcę opisywać swoich skojarzeń chronologicznie, wymienienie ich wszystkich nie byłoby możliwe, powstałaby druga powieść. Ale napiszę o niektórych , przykładowych skojarzeniach.
      Poraziła mnie podczas słuchania sytuacja Anny , tzn. ostracyzm, z jakim się spotkała ze strony otoczenia . Jedyną osobą, która się od niej nie odwróciła była bratowa, Dolly. Siostra Wrońskiego odmówiła mu utrzymywania jakichkolwiek kontaktów z Anną, tłumacząc się tym, że niechęć środowiska spadnie i na nią, a ona ma córki na wydaniu. Poza tym mąż robi karierę, która mogłaby z powodu takiej znajomości gwałtownie zahamować, co wiązałoby się z ograniczeniem środków finansowych. Dolly z kolei nie mogła poświęcać Annie wiele czasu, miała całą gromadę dzieci i Anna została sama. Wydawało mi się w pierwszym momencie, po pierwszych fragmentach na ten temat, że takie zachowania to anachronizm z XIX wieku. Momentalnie pojawiła się jednak myśl, że wcale nie. Mam koleżankę, która znalazła się w podobnej sytuacji jak Anna. Małomiasteczkowe środowisko w którym przebywała , ją odtrąciło. Musiała już z mężem zmienić miejsce zamieszkania. Mogłam też obserwować mechanizm odtrącenia przez środowisko , może raczej przez część  środowiska niejako z autopsji, gdy w jednym z miejsc, w którym pracowałam, z kilkoma innymi osobami wpadliśmy w konflikt z szefem. Jego przyboczni zaczęli się od nas odsuwać, przestali wpadać nawet na kawę, niektórzy przestali nawet mówić cześć, byłoby to przecież źle widziane. Ten sam mechanizm Tołstoj opisał trafnie, szczegółowo i genialnie i jest to absolutnie ponadczasowe. 
          Szalenie ciekawy jest opis destrukcji osobowości Anny. Gdy ją poznajemy jest dobrą matką i pozornie dobrą żoną, a może raczej żoną, prawidłowo wypełniającą swe obowiązki. Jest przy tym uczciwa i prawdomówna. Gdy pojawiło się uczucie do Wrońskiego , zaczął się fałsz. Początkowo ukrywała całą sytuacją przed Kareninem, kłamała. Było jej z tym bardzo źle miała tego świadomość .  Pojawiły się straszliwe dylematy, związanie się z Wrońskim oznaczało w jej sytuacji automatycznie zerwanie kontaktów z synem, który pozostawał przy mężu. Potem były już tylko się wyrzuty sumienia,  nerwowość, podejrzliwość , niechęć do patrzenia w przyszłość. Drugie dziecko Anna wyraźnie zaniedbywała. Kłamstwo stało się już chlebem powszednim. Okłamała nawet Wrońskiego i to co do sprawy szalenie ważnej.  On liczył na to, że w przyszłości będą mieli syna, dziedzica, ona zaś wiedziała od lekarza , że więcej dzieci nie będzie mogła mieć. Zwierzyła się z tego tylko Dolly. Dla zabawy zaczęła też wdzięczyć się do Lewina, męża Kitty, chciała ot, tak, z nudów, go w sobie rozkochać. On był młody, zakochany po uszy w żonie. To,   że może kolejny raz wyrządzić straszliwą krzywdę Kitty, nie miało dla Anny żadnego znaczenia.   Jej wrażliwość i empatia wyraźnie stępiały, coraz częściej zaczęło do chodzić do głosu zło. Anna zaczęła stawać się innym człowiekiem. Myślę, że każdy chyba mógł obserwować w rzeczywistości takie przemiany ludzi, z różnych powodów oczywiście.
       Zdumiał mnie tak samo inny opis, na który podczas czytania nie zwróciłam jakiejkolwiek uwagi. Odnosi się to  do wyjazdu Anny z Wrońskim do Włoch, a dokładnie do dłuższego pobytu w jednym z miasteczek. Wroński był młodym mężczyzną, lubiącym towarzystwo , spędzanie czasu z  kolegami, kochał wojsko i wyścigi. Dla Anny zrezygnował ze służby wojskowej. Mimo dobrych chęci nie był w stanie odnaleźć   się w tej sytuacji. Szczególnie dotkliwe stało się to właśnie we Włoszech . Nie potrafił znaleźć sobie zajęcia. Ile można zwiedzać ? Przypomniał sobie, że kiedyś malował, ale ile można malować, szczególnie że tak naprawdę nie była to jego pasja.  To właśnie wówczas pojawiły się pierwsze rysy na związku z Anną i na jego uczuciu do niej. Znam osoby, które w stosunkowo młodym wieku przestały pracować,  około 40-tki. Stało się z nimi to samo , co z Wrońskim. Po chwilowej euforii przyszła apatia, siedzą przed telewizorem całymi dniami, są wyjątkowo drażliwi, życie toczy się gdzieś obok nich. Kontakty towarzyskie też się im pourywały, albo mocno osłabiły. Na małżeństwa oddziałuje to wyjątkowo niekorzystnie. Opis takiego stanu , dokonany przez Tołstoja idealnie trafia w sedno. Wiadomym jest dla mnie, że nic dobrego z tego stanu nie nigdy nie wyniknie, nie mam na myśli tak drastycznej sytuacji, jak w powieści, ale zmiany w psychice tej osoby.
    Wszystkich opisów z książki , które szczególnie mnie  zaintrygowały, nie mogę – tak jak już napisałam – wymienić.  Musiałabym pisać, pisać i pisać. Jestem pewna, że gdy sięgnę   kiedyś kolejny raz po „Annę Kareninę” , to zwrócę uwagę na jeszcze inne fragmenty i będę miała przed oczami jeszcze inne przypadki. I zawsze czegoś nowego o psychice ludzkiej się dowiem. To właśnie jest Wielka Literatura.   
      Myślę też, że wysłuchanie audiobooka, gdy zna się książkę, jest cennym doświadczeniem. To jest jeszcze inny efekt, niż w przypadku czytania książki po raz drugi. Gdy czytam nawet po raz drugi książkę, to ona nadal wciąga. Wiem, co się stanie i chcę nadal mimo to, przeczytać to jeszcze raz.  Nawet podczas tego drugiego czytania czyta się szybko i przez to pewne rzeczy można pominąć, lub nie zwrócić na nie uwagi. Czytanie na głos trwa dłużej. Jest więc zdecydowanie większa szansa, że podczas słuchania, niczego się nie pominie.
6/6

 

niedziela, 22 marca 2015

Wojciech Eichelberger , Tomasz Jasturn „Sny, które budzą”





    Spędzamy  1/3 życia śniąc i nie za bardzo wiemy, jak mamy rozumieć nasze sny. Do psychologów i ich niektórych teorii  podchodzę z pewnym dystansem,  ale Wojciecha Eichelbergera wyjątkowo cenię. Czytałam wiele jego tekstów w „Zwierciadle” i zawsze coś wartościowego z tej lektury wynosiłam.

    Książeczka ta – 136 stron, wydrukowanych wielką trzcionką , to opis 12 przypadków pacjentów psychoterapeuty. Każda z tych osób miała swoje problemy, na początku rozdziału jest to właśnie opisane. Każdej z nich w pewnym momencie przyśnił się charakterystyczny sen. Sen ten z reguły przemawiał za pomocą symboli i odnosił się właśnie do sytuacji danej osoby, wydobywał z jej podświadomości jej lęki czy marzenia.  Potem następuje interpretacja snu. Jeden rozdział to jeden pacjent i jego sen.

     Rozmówcy, dyskutujący o tych snach, tj. Eichelberger i Jastrurn wychodzą z założenia, że sny są jakby listami naszej podświadomości do nas. Czasem, a nawet i często,   nie wiemy, co w nas w środku siedzi, czego tak naprawdę chcemy, niekiedy czegoś wiedzieć nie chcemy i przed pewnymi prawdami bronimy się.  Podświadomość do nas przemawia właśnie przez sny. Jest to jednak przekaz indywidualny, składający się z obrazów, które mogą być czytelne tylko dla tej konkretnej osoby. Przykładowo jeden z pacjentów W. Eichelbergera wychowywał się w bardzo biednej rodzinie, nie mieli nawet normalnej ubikacji, czego bardzo się wstydził. Potem się wybił, po wielu już latach , gdy mieszkał zupełnie gdzie indziej, zdobył majątek, szczęśliwy jednak w dalszym ciągu nie był. I przyśnił mu się sen, w którym odwiedził on sąsiada z dzieciństwa, biedaka i skorzystał u niego z toalety. Toaleta ta była  inna niż w rzeczywistości, szło się do niej bardzo , bardzo wysoko, była to taka podniebna, wyjątkowo luksusowa  toaleta.  Okazało się jednak, że nie można z niej wyjść, wszędzie jest przepaść . Tą toaletę psycholog potraktował jako symbol tego, od czego pacjent chciał uciec i zarazem symbol tego, do czego dążył. Był to też obraz tego, do czego doszedł, do luksusu, z którego można już tylko spaść , do tego dochodziło odcięcie się od korzeni i jednoczesna tęsknota za tymi korzeniami.   Nie ma jednego kodu do odczytywania snów, tak jak np. przyjmują to różne senniki. U kogoś innego taka toaleta mogłaby symbolizować coś zupełnie innego.

       W książeczce tej jest cała masa symboli. Przykładowo osoba zdominowana, mająca wszystko uporządkowane i poukładane śniła, że uciekała skądś, chciała przeskoczyć przez płot i jej się to nie udało. Trzeba było się zastanowić, przed czym była ta ucieczka i czy nie warto byłoby ją przeprowadzić w rzeczywistości, czyli zmienić to, co tą osobę uwierało.  

    Dla mnie przypadki te były wyjątkowo ciekawe. I nawet już po tej lekturze starałam się przypomnieć sobie, co mi się śniło i co to może oznaczać. Przecież nawet w każdej religii świata pojawiają się sny i przekazy, jakie te sny dają śniącemu. Do przeczytania całości i nawet do przemyślenia wszystkiego wystarczy jeden wieczór. Potem można wracać i jeszcze zerknąć. Według mnie warto.

     To co mi przeszkadzało, to fakt, że większość tych pacjentów miała wyjątkowo ciężkie dzieciństwo i w wielu przypadkach ich problemy były z tego powodu inne niż u większości ludzi. Często też powracał problem relacji z matką czy ojcem, mimo tego, że pacjenci byli już dorośli. Osobiście mam wątpliwość co do sensu ciągłego otwierania  starych ran i analizowania ich.  Ale przeczytać warto. Opisanych przypadków jest sporo, coś zbliżonego do siebie chociażby w pewnej części, każdy znajdzie.

4/6
 

niedziela, 15 marca 2015

Eugenio Zolli „Byłem rabinem Rzymu…Historia wielkiego nawrócenia”



 
      Eugenio Zolli rzeczywiście był w okresie 1940 do 1945r. naczelnym rabinem Rzymu, a w 1945r. zmienił wiarę na katolicką. jest to wydarzenie niespotykane, aby ktoś, kto zajmuje tak wysokie stanowisko w hierarchii kościelnej i jest postacią powszechnie znaną, zmieniał wiarę. Decydując się na takie posunięcie Zolli miał pełną świadomość, że nie zyska w ten sposób ani nowego stanowiska, ani pieniędzy, a straci szacunek swojego narodu i zostanie wykluczony ze środowiska, w którym się obracał.  Historia ta wydawała mi się na tyle ciekawa, że parę lat temu zakupiłam tą książkę, licząc na to że napisał on , co doprowadziło do tego czynu. I faktycznie, napisał o tym.  

       W książce jest zawarta historia jego życia, pisana jest ona jednak w sposób inny, niż to zazwyczaj bywa. Zolli całe życie był duchownym , jest więc sporo rozmyślań o wierze, które była dla niego  najważniejsza. O życiu rodzinnym, a miał dwoje dzieci, raz owdowiał i ożenił się powtórnie,  napisał  bardzo niewiele. Poza kwestiami związanymi z religią, sporo miejsca zajmuje też opowieść o historii, był przecież rabinem Rzymu w trakcie II wojny światowej. Jeżeli ktoś czytał lub oglądał „Purpurę i czerń” , to zorientuje się, że wydarzenia opisywane w obu książkach częściowo się pokrywają, przedstawiane są jednak z innych punktów widzenia, dotyczy to chociażby zbiórki złota przez Żydów. Miało ono być przekazane Niemcom i miało ochronić Żydów przed zagładą. Jak się okazało, nie uchroniło.

      Najciekawsze dla mnie było oczywiście wszystko, co wiązało się z nawróceniem, w końcu to coś w rodzaju cudu. Trudno mi sobie wyobrazić, aby stało się coś odwrotnego, aby np. papież przeszedł na judaizm.  Kilka lat przed przeczytaniem tej książki, coś gdzieś usłyszałam, że Zolli w trakcie uroczystości w synagodze zobaczył Chrystusa i że to był powód konwersji. Okazało się, że  fakt taki miał miejsce, ale przyczyn zmiany wiary było wiele , a zdarzenie z synagogi dla procesu nawrócenia nie miało większego znaczenia.  Sam proces dojrzewania do takiej decyzji był wyjątkowo długotrwały.    Zaczęło się dość banalnie, Zolli urodził się w Polsce, dorastał w środowisku wielokulturowym, miał kolegów zarówno wśród Żydów, jak też i wśród katolików. Jego najlepszy kolega z tamtych czasów pochodził z biednej rodziny, mieszkał z matką, ojciec jego nie żył. Małego Eugenio, a właściwie wtedy jeszcze Izraela Zollera fascynowała ta rodzina. Jak napisał później, panowała  w niej miłość , łagodność , tolerancja , a intrygował go zaś szczególnie krzyż wiszący na ścianie. Rozmyślał  o tym krzyżu jako dziecko. Obserwacja tej rodziny zapoczątkowała cały proces.

     Gdy czytałam te  fragmenty przyszło mi na myśl, jak to nie wiadomo, jak wielki wpływ to , co robimy, może wywierać na innych ludzi. Wydawałoby się, że zwykłe, codzienne czynności, nie mają żadnego znaczenia, że liczą się tylko czyny spektakularne . W tym przypadku było inaczej. Ta biedna i niewykształcona kobieta, matka małego chłopca, nie mogła sobie przecież wyobrazić , że jej zwyczajne zachowanie, gotowanie obiadu, rozmowy z synem , wymiana zdań z samym Zollim,  spowodują ciąg wydarzeń, które w konsekwencji doprowadzą do konwersji naczelnego rabina Rzymu.

    Kolejny czynnik , który spowodował zmianę wiary , to rozważania religijne, oparte na gigantycznej wiedzy. Zolli nie ograniczał się w swych rozmyślaniach tylko do Tory, czytywał cały Stary Testament , czytywał też i Nowy Testament. I dochodził do ciekawych wniosków, typu, że Stary Testament i Nowy się ze sobą wiążą , a Nowy Testament jest wypełnieniem Starego. Taka światłość umysłu jest rzeczywiście czymś szczególnym, mało kto wychodzi poza utarte schematy, osoby o innych poglądach traktuje się często jako wrogów, albo jako osoby, których myśli nie zasługują ani na uwagę, ani na przemyślenie. Profesor Zolli był bez wątpienia intelektualistą wielkiego formatu. Nie ma mowy o tym, aby zajmował się pracą fizyczną , chociażby w domu, nie wiem, kto to robił, nie ma o tym mowy. On czytał, rozważał, modlił się.  Prozaiczne sprawy dnia codziennego najprawdopodobniej  musiały spoczywać na jego żonie . Albo w ogóle nie interesowała go żadna rozrywka, albo o tym nie pisał, ale wygląda na to, że go nie interesowała. Życie towarzyskie też go nie interesowało.  

      Miało również miejsce ukazanie się Chrystusa Zollemu. Nie było to coś nagłego , on o Chrystusie myślał już o długiego czasu, od kilkudziesięciu lat. To ukazanie się Chrystusa to było jakby postawienie kropki nad „i” w jego procesie odchodzenia od judaizmu.

  Książka jest głównie dla osób wierzących , szczególnie z  powodu sporej ilości rozmyślań religijnych o  Piśmie Świętym. Te rozważania są dla osób bardzo zaawansowanych , czyta się je wyjątkowo ciężko, chyba że ktoś jest przyzwyczajony do takiej lektury. Przy rozważaniach jest sporo przypisów, jeśli ktoś jest zainteresowany i chciałby gruntownie przemyśleć sobie te kwestie, wyjaśnienia w przypisach  będą bardzo pomocne.  Książkę wydało wydawnictwo katolickie Salwator i opracowanie pod kątem religijnym jest na bardzo wysokim poziomie . Brakowało mi natomiast zdjęć, nie ma ani jednego  , dopiero w wikipedii sprawdzałam, jak   autor wyglądał. Nie ma żadnego kalendarium z życia. Trudny jest też język , którym książka została napisana. Tłumacz chciał niewątpliwie , aby przekład był ściśle zgodny z oryginałem.  I chyba nie da się zrobić inaczej, gdy jest cała masa rozważań, w tym cytatów z Pisma Świętego. Ale język przez to jest archaiczny.

      Myślę, że idealnym pomysłem byłoby, gdyby o wydarzeniach, które opisane są w „Byłem rabinem Rzymu” napisał jeszcze ktoś inny w bardziej przystępnej formie. I aby opisał życie Zollego tak, aby książkę mógł przeczytać z ciekawością również i niewierzący.

4/6

środa, 11 marca 2015

Agatha Christie „Kieszeń pełna żyta”



   
       „Kieszeń pełna żyta” to typowy kryminał A. Christie. Idealnie nadaje się do tego, aby odszukiwać  w świecie rzeczywistym sylwetki osób , sportretowanych przez pisarkę. Jak już pisałam wcześniej, uwielbiam coś takiego robić. Zawsze podczas czytania Christie zastanawiam się, kto z moich znajomych lub rodziny ma taki sam charakter , jak ktoś z bohaterów książki.  W tym przypadku jest to typowa książka Chrisite, bo wiadomo, że zabił ktoś z domowników, których wielu nie jest. A wszystkich poznajemy po kolei. Charaktery są ponadczasowe.

     Wydarzenia rozgrywają się w olbrzymim domostwie bardzo bogatej rodziny , nazwanej przekornie Domkiem pod Cisami. Wszystko rozpoczyna się od zgonu pana domu – przedsiębiorcy Rexa Fortescue, który zaraz po przyjściu do biura i wypiciu herbaty padł trupem. Okazało się, że został otruty  niacyną,  która  działa bardzo szybko . Nie ma innej możliwości, jak ta, że został on otruty w domu podczas śniadania. A w domu była jego żona, druga już, młodziutka, po której widać, że poleciała na jego pieniądze. Kobieta ta miała kochanka, jeszcze bardziej chytrego, niż ona sama, bo kochanek ten z kolei miał plan, że gdy ona zostanie bogatą wdową, będzie chciała ponownie wyjść za mąż, a on będzie pod ręką. Był też dorosły syn Parsival z żoną.  Parsival robił idealne pierwsze  wrażenie, był pupilkiem ojca, ale to tylko pozory, im bardziej się go poznawało, tym bardziej widoczne był, że pod maską uczciwego człowieka kryje się ktoś inny. Jego żona pozornie robiła wrażenie mało rozgarniętej, ale w rzeczywistości w niektórych momentach widać było całkiem bystre, chytre spojrzenie. Córka Rexa wydawała się najnormalniejsza z całej rodziny . Służba to wyjątkowo głupia służąca – Gladys, sprytny , lubiący zaglądać do kieliszka kamerdyner, pyskata kucharka i uporządkowana , inteligentna zarządzająca domem Mary Dove.  Po śmierci pana domu do Domku pod Cisami przybył z zagranicy drugi syn, ujmujący, ale będący w permanentnym konflikcie z ojcem, Lancelot z żoną.

      W miarę, jak rozgrywają się wydarzenia, można śledzić charaktery tych osób. Dla mnie najtrudniejszym było znalezienie alter ego kochanka żony. Znam sporo kobiet, wychodzących za mąż dla pieniędzy,  nawet za odrażających staruchów . Wydawało mi się, że nie znam za to męskiego odpowiednika takiego charakteru.  Po głębszym zastanowieniu okazało się, że sporo jest takich i w moim otoczeniu.

     Jak to u A. Christie bywa, jest i tajemnica z przeszłości. Rex długo wcześniej był współwłaścicielem kopalni w Afryce. Jego wspólnik zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach, a wszystko wskazuje na to, że mógł mieć z tym związek właśnie Rex.  Zmarły w Afryce wspólnik miał żonę w i dwoje dzieci. Nie można wiec wykluczyć, że któreś z dorosłych dzieci mogło wejść do rodziny Fortescue i dokonać zemsty.

      Christie wplotła w akcję różne dygresje na temat charakteru ludzkiego. Są one stale zastanawiające. Przykładowo w jednej ze scen  Mary Dove była wypytywana przez policjanta na temat tego, czy w określonym momencie widziała przez okno kogoś w ogrodzie. Mary widziała i od razu powiedziała, że wydawało jej się, że to był …..tu podała imię tej osoby, nazwijmy go X. Nie mogę oczywiście  napisać, kto to mógł być, którego zabójstwa to dotyczyło i jaki był związek tego mężczyzny z wydarzeniami. Wszystko jest jasne dopiero na końcu . Policjant zakomunikował Mary, że to nie mógł być X, bo o tej godzinie nie było go w domu. Mary przypomniawszy sobie, że rzeczywiście o tej godzinie X w domu nie był, zaczęła się wycofywać z tego, co powiedziała. Uznała, że musiał to jednak być ktoś inny. Okazało się później, że jednak pierwsze skojarzenie było trafne i faktycznie to był X. Gdyby policja wzięła pod uwagę tą ewentualność, że X był w ogrodzie, przyśpieszyłoby to rozstrzygnięcie sprawy. Skojarzyło mi się od razu, jak często ludzie wycofują się ze swoich spostrzeżeń  lub w ogóle zmieniają zdanie pod wpływem cudzej sugestii. A sugerujący  z kolei w rozmowie niczego nie zyskują od drugiej strony.  No i często przecież tak bywa, że gdy chcemy sobie coś przypomnieć, czy skojarzyć, trafne jest właśnie pierwsze wrażenie, czyli coś, co wynika z podświadomości, co nie podległo jeszcze obróbce intelektu. Szkoda, że często  rezygnujemy z tego, co od razu nam przyszło do głowy jako pierwsza myśl lub pierwsze wrażenie.

         Różnych ciekawych obserwacji charakterologicznych jest zdecydowanie więcej, nie sposób tu wszystko wymienić. Szczególnie ciekawe było ukazanie, jak bardzo szkodliwa może być zwykła głupota, niemal tak, jak i prawdzie wyrachowanie, połączone z olbrzymim intelektem.

      Zauważyłam jeszcze jedno. Parę lat temu oglądałam film „Kieszeń pełna żyta” z Joan Hickson. Pamiętałam mniej więcej film, gdy czytałam książkę. Ku swojemu zaskoczeniu zauważyłam, że jeśli ktoś czytałby bardzo, ale to bardzo uważnie, zauważyłby jednak pewne mini poszlaki, które bardzo wcześnie wskazywały na właściwego mordercę. Były też i mylne poszlaki, wskazujące na innych, ale te właściwe były znacznie sensowniejsze i znacznie  bardziej sugestywne. Nie wiem, czy pisarka zrobiła to celowo, czy tak  tylko jej wyszło.  No i życiu też tak jest, jeżeli obserwowalibyśmy ludzi wnikliwiej, mniej byłoby zaskoczeń co do ich zachowania .

       Wydawca napisał, że jest to najbardziej gorzka powieść A. Christie. Faktem jest, że wszyscy niemal bohaterowie są tutaj obrzydliwi, a po zabitych nikt nie płacze. Ale i tak z tym stwierdzeniem się nie zgadzam. W innych jej powieściach też tak bywa.

6/6

sobota, 7 marca 2015

Franciszek Klimek „Koty są dobre na wszystko”




    Jest to urzekający, często humorystyczny zbiór wierszy  wielkiego miłośnika kotów. I są to wiersze o kotach i o ludziach, mających koty. Franciszek Klimek jest doskonale znany czytelnikom ”Kocich spraw”, niemal w każdym numerze jest co najmniej jeden jego wiersz. Poeta pisze wiersze w tradycyjnej formie, a osobiście właśnie takie lubię najbardziej. Nie przemawia do mnie ani biały wiersz, ani wiersz bez rymu. Za to wiersze , nazywane przeze mnie tradycyjnymi, szybko zapamiętuję, a czytanie ich to prawdziwa przyjemność.

    Zbiór ten jest wyjątkowy chociażby z tego powodu, że wiersze w zdecydowanej większości są pogodne, ciepłe , wprowadzają czytelnika  w wyśmienity nastrój i dotyczą naszej codzienności. A taka postawa poety jest rzadka. Dotyczy to chyba nie tylko poetów, ale i innych twórców, mamy mało artystów pogodnych, większość uwielbia smęcić i zajmować się tematami przygnębiającymi, w stylu : śmierć, choroba i to najlepiej nowotworowa lub inna nieuleczalna, rozmaite tragedie, dotykające człowieka. Są też i tematy podniosłe, wielkie. Często też można spotkać się z czymś w rodzaju wymądrzania się, pouczania, snucia dziwacznych rozważań, np. na sznurku do suszenia wisi i suszy się prześcieradło  i co z tego wynika,  itp.  Często twórcy zachowują się tak, jakby walczyli o to, kto znajdzie najbardziej tragiczny temat. Nie mam nic przeciwko pisaniu o poważnych tematach, też czytam takie książki i chodzę na takie filmy.  Ale brakuje w tym proporcji, mało kto pisze,  ot tak,  zwyczajnie o zwyczajnych sprawach. Teraz, kiedy na topie były dyskusje o filmowych Oskarach, zorientowałam się, że wśród naszych kandydatów, tzn. nominowanych,  był m. in. film właśnie o umierającej na raka kobiecie oraz o rodzicach wychowujących nieuleczalnie chore dziecko . Prawie nikt nie ma ochoty na nakręcenie czegoś , co w lekkiej formie mówi poważnych sprawach.  

    Wiersze Franciszka Klimka są urzekające.  Z pewnością tomik spodoba się każdemu miłośnikowi kotów, jego kupno  to też idealny pomysł na prezent dla kogoś, kto już ma kota. A wielce prawdopodobne jest, że osoba, która kotów nie ma po przeczytaniu połknie bakcyla i zafascynuje się i wierszami i kotami.

    Zbiorek jest wydany wyjątkowo starannie, w wyjątkowej oprawie graficznej. Wydała go Fundacja Kultury i Sztuki Europejskiej Ars Longa, a zilustrowała wspaniałymi, kolorowymi i czarno – białymi rysunkami Oksana Gatalajska . Przyjemnie bierze się go do ręki.

    Miałam spory problem, aby wybrać wiersz ulubiony, podobają mi się wszystkie. Ale chyba nie przez przypadek tomik otwiera  „Dom”:

„Niemal założyć się jestem gotów,

bo wątpliwości moich to nie budzi,

że, gdzie jest dom szczęśliwych kotów

tam jest też dom szczęśliwych ludzi”.

         Kilka dni temu, na Międzynarodowej Wystawie Kota Rasowego na Stadionie Narodowym, miałam okazję poznać poetę, który podpisywał tomiki. Ma w sobie olbrzymi urok, jest miłym, szalenie ciepłym człowiekiem . Nie spodziewałam się takiego miłego spotkania. I tym sposobem obok różnych kocich gadżetów, typu zabawki czy karma, wróciłam z przepięknym tomikiem. 

6/6


 

   

piątek, 27 lutego 2015

Ruth Hoffmann „Dzieci Stasi”


   
        Dowiedziałam się o tej książce ze swojej ulubionej audycji radiowej - „Poczytalni” w TOK FM, słuchanej jej  nie bezpośrednio, tylko z archiwum z internetu.  W pierwszych momentach poczułam rozczarowanie, no bo dlaczego tym razem dyskusja ma toczyć się o czymś takim? Stasi może być tematem interesującym, ale jakieś dzieci?  W miarę gdy podczas słuchania dowiadywałam się o książce coraz więcej, moje zainteresowanie rosło. Zaraz po zakończeniu audycji książkę tą zamówiłam. A zaraz po zamówieniu przeczytałam ją i to mimo tego, że w planach miałam przeczytanie czegoś zupełnie innego. Trwało to wszystko zaledwie kilka dni. I było warto.

     Książka jest niebywale interesująca i wbrew pozorom mówi o czymś, o czym dotychczas się nie mówiło.  Większość jej rozdziałów jest o dzieciach byłych oficerów Stasi, są to ich wspomnienia z okresu dzieciństwa, młodości, a kończą się – co ciekawe - nie na upadku Muru Berlińskiego, ale na czasach współczesnych.  Historie tych ludzi mają charakter bardzo osobisty , koncentrują się na ich odczuciach i przemyśleniach , są również wątki szpiegowskie , ale niejako  w tle.  Absolutnie unikalne jest to, że  cześć tych „dzieci” ma ojców bardzo znanych opinii publicznej. Dla mnie jest to po prostu książka psychologiczna.

     Wszystkie historie są arcyciekawe. Do tego jeszcze autorka dodała mini rozdziały o charakterze wyłącznie faktograficznym, gdzie podaje dane , w tym statystyki, i inne konkretne informacje.  Dla tych osób, które pamiętają PRL,  książka będzie i tak sporym zaskoczeniem. Stopień inwigilacji społeczeństwa w RFN był zdecydowanie wyższy , niż u nas. Jest to trudne do wyobrażenia. Jak podaje autorka, powołując się na konkretny materiał źródłowy, w NRD na jednego pracownika Stasi przypadało 180 obywateli. W ZSRR na jednego pracownika takiego samego aparatu przypadało 595 obywateli, w Czechosłowacji 867, a w Polsce 1574 osób. Są to dane dotyczące wyłącznie pracowników służb, do tego dochodzi jeszcze gęsta siec współpracowników. O jakiejkolwiek wolności,  a nawet o jej namiastkach nie było tam mowy.

      Trudno mi w tej chwili wybrać historie najciekawsze. W „Poczytalnych” wspomniano np. historię dziewczyny, która została zauważona na ulicy z „elementem” podejrzanym o wrogie nastawienie do ustroju, czyli ze swoim chłopakiem. Stasi zaciągnęło ją do samochodu, odwiozło do domu i poinformowało ojca o tym, co się stało. Ojciec – major Stasi – pobił ja do nieprzytomności, złamał jej rękę i żebra.

       Do każdego czytelnika najbardziej  przemówi inna historia. To kwestia indywidualna. Dla mnie szokująca była  historia kobiety  , której ojciec – szpieg i pracownik Stasi – uciekł na Zachód , przeszedł tam na „druga stronę” i na stałe związał się z kochanką z RFN. Córka i żona, które zostawił w NRD przestały dla niego istnieć, a istniała możliwość, aby  cała rodzina została na zachód przerzucona. Mężczyzna ten  wydał nawet książkę o swoim życiu, ku zaskoczeniu jego córki,  w książce o niej też nic nie ma . Wiedział, że córka i żona po jego ucieczce przeżyją piekło, ale nie miało to dla niego jakiegokolwiek znaczenia.

     Przykładów mechanicznego traktowania rodzin jest tam zdecydowanie więcej. Jest chociażby historia dwóch chłopaków, którzy mieszkali z rodzicami na Zachodzie, w RFN-ie, jednego dnia ojciec wywiózł ich wszystkich do NRD i zakomunikował im, że teraz tam będą mieszkać, nikogo nie spytał wcześniej o zdanie. To, że synowie mieli swoje życie, znajomych , nie miało znaczenia.  Co na ten temat myśli zona, również nie miało znaczenia. Okazało się, że  był w Stasi. Życie jego rodziny z dnia na dzień stało się koszmarem . Synowie przyzwyczajeni do życia na wolności, nie byli w stanie przyzwyczaić się do życia w państwie komunistycznym. Nie mogli z nikim porozmawiać o tym, co myślą, nie mogli słuchać tej muzyki, którą lubią , nie mogli spotykać się z tym, z kim chcą itd.

      Prowadzenie podwójnego życie był dla oficerów regułą. Często rodzina tak naprawdę nie wiedziała, czym ojciec się zajmuje, niekiedy nie wiedzieli nawet, że ma on jakikolwiek związek ze służbami specjalnymi. W większości wypadków w domu nie było żadnego wychowywania, tylko coś w rodzaju tresury. Bicie i to nie byle jakie, tylko naprawdę koszmarne,  było na porządku dziennym. Dzieci żyjąc w niewyobrażalnym stresie często moczyły się w nocy, za co były odpowiednio karane. Wymagano od nich, aby niemal na rozkaz bawiły się , na rozkaz uczyły i aby zawsze były grzeczne. Ojcowie w większości przypominali pozbawione uczuć cyborgi. Często dzieci , przynajmniej te, które opisane są w książce, nie podzielały poglądów ojców na temat ustroju, część z nich z uwagi na „wrogą postawę wobec ustroju ” i pod byle pretekstem była osadzana w więzieniu. Ojcowie  często wówczas wyrzekali się syna czy córki, zrywali z nim kontakty i opisywali to w stosownym raporcie, a w przypadku podjęcia przez dziecko próby nawiązania kontaktu, sporządzali kolejny raport. Nie zawsze się tak działo, ale na tyle często, że R. Hoffmann mogła sięgnąć do takich raportów.

    Szokujące są także losy tych dawnych dzieci już po zjednoczeniu Niemiec. W wielu przypadkach życie z takimi ojcami i w takich warunkach spowodowało, że dzieci te nie potrafiły pozbyć się strasznych problemów. Leczą się np. u psychiatrów, niekiedy bezskutecznie.

    Książka robi niesamowite wrażenie. Jest bardzo dobrze udokumentowana, autorka powołuje się na masę dokumentów, w tym   znaczna ich cześć pochodzi Instytutu Gaucka, czyli odpowiednika naszego IPN. Część dzieci , obecnie 40-to czy 50-cio latków , występuje pod własnym imieniem i nazwiskiem, pozostali anonimowo.   Całość czyta się bardzo szybko , chłonie się ją niemal, mimo, że nie jest to powieść, tylko  reportaż i częściowo dokument. Świetnym pomysłem było, aby historie poszczególnych osób opisane zostały przez dziennikarkę, a nie przez samych bohaterów, dzięki temu uniknęło się dłużyzn , sam tekst napisany jest wyjątkowo sprawnie . Przede wszystkim autorka musiała dokonać podczas spisywania  tych opowieści selekcji i efekt  jest taki, że bohater miał możliwość wygadania się,  a do druku trafiły historie odnoszące się do najważniejszych  aspektów ich życia.

    U nas nic podobnego dotychczas się nie ukazało. Nie kojarzę książki o dzieciach byłych oficerów SB. Być może nie mają one ochoty na publiczne wynurzenia, a może ich dzieciństwo i młodość nie były aż tak przerażające, jak  to opisane jest w książce. Zastanowiło mnie, dlaczego to właśnie w NRD ten aparat tajnych służb był tak wyjątkowo sprawny, przyszło mi najpierw na myśl, że może to kwestia tego, że NRD była granicą bloku wschodniego, dalej zaczynał się Zachód. Ale opisy powszechnego donosicielstwa są porażające  i wydaje się to gorsze, niż było u nas. Zastanawia mnie, czy nie jest o aby wina tej szeroko znanej niemieckiej „porządności”, ich fabryki nie produkują przecież bubli, wszystko jest robione tak, jak powinno. W ruchu drogowym jazda taka, jak u nas, byłaby nie do pomyślenia. Może więc gdy od obywateli wymagano donosicielstwa , obywatele zabrali się do tego dokładnie, porządnie i tak jak należy, tak jak do wszystkiego, co robią.  Hipoteza ta jest bardzo niepoprawna politycznie, ale coś w tym jest.

6/6

sobota, 21 lutego 2015

Herbert George Wells „Wehikuł czasu”



tłumaczenie z 1895r.


       „Wehikuł czasu” jest bardziej opowiadaniem, niż powieścią, w moim wydaniu liczy  zaledwie 123 strony i jest to lektura na jedno popołudnie.  Podróżnik w Czasie zebrał w domu grupę znajomych i opowiedział im o swojej podróży w przyszłość na skonstruowanym przez siebie wehikule. W późniejszym czasie miała również miejsce druga podróż w czasie. H. G. Wells opisując przygody Podróżnika w Czasie zwracał sporo uwagi na kwestie psychologiczne, socjologiczne, a nawet i w pewnym stopniu filozoficzne. Ja za filozofią nie przepadam i był to pewien problem. Podróżnik jest istota myślącą i najbardziej interesują go kwestie takie, w jakim kierunku pójdzie ludzkość, czy zachowa swoje człowieczeństwo, dobro, współczucie itp. , czy może na świecie zapanuje okrucieństwo? Czy człowiek z przyszłości będzie przewyższał pod  względem wiedzy człowieka z czasów autora, czyli z przełomu XIX i XX wieku? W książce jest więc sporo spostrzeżeń i przemyśleń na ten temat.   Autor przedstawia swoją wizję przyszłości mało optymistyczną dla ludzkości. Podczas czytania miałam mieszane uczucia.       

     Spora liczba filmów podejmuje zbliżoną tematykę, tylko w lżejszej formie, np. „O północy w Paryżu”, wszystkie 3 części „Podróży do przyszłości”, „Peggy Sue wyszła za mąż”, „Kate i Leopold”, seria komedii „Goście, goście”, czy „Goście w Ameryce” no i masa innych. Według mnie filmy te w tej właśnie lekkiej formie są w stanie przekazać  poważniejsze treści, może tylko bez rozważań filozoficznych. H.G. Wells bardziej skupił się na rozmyślaniach o rozwoju ludzkości, co temu sprzyja, co nie,  i na wspomnianych rozważaniach o postępie czy bardziej o zaniku różnych ludzkich odruchów.  Książka jest idealnym przyczynkiem  do własnych refleksji na ten temat, ale same przygody Podróżnika w Czasie na tle tych innych dzieł wydają się nieco mniej ciekawe. Książki tej nie czyta się też lekko. Sprawdziłam, że tłumaczenie Feliksa Wermińskiego, pochodzi jeszcze z pierwszego polskiego wydania, z 1899r.

      Wizja przyszłości u H. G. Wells`a jest wyjątkowo mało optymistyczna. Osobiście z takim pesymizmem nie zgadzam się. Już chociażby w „Gościach, gościach” w humorystyczny sposób pokazane było, jak  sprytny pachołek żyjący w okresie średniowiecza chciał zostać na zawsze w czasach współczesnych. W swoich czasach był służącym , dyspozycyjnym 24 godziny na dobę, zdanym wyłącznie na łaskę swojego pana , jadającym pod stołem ochłapy, pozbawionym jakiejkolwiek opieki prawnej  i zdrowotnej. Różnica pomiędzy poziomem życia w jego czasach, a czasach, do których się przeniósł, wydała mu się porażająca. Wystarczy wspomnieć jeszcze o innych zmianach , chociażby o sytuacji kobiet, dawniej zdanych na łaskę ojca , a potem męża, pozbawionych  możliwości zarobkowania. Sytuacja zwierząt dawniej a dziś też nie wymaga komentarza. Rozważania te można snuć niemal w nieskończoność, ale skrajnie pesymistyczne wizje przyszłości mało mnie przekonują i uważam, że wizja pisarza, nawet gdyby traktować ją symbolicznie, nie jest realna.

     4/6