czwartek, 21 listopada 2013

John le Carre “Subtelna prawda”

Subtelna prawda - John Le Carré

  
      Zacznę  od końca. Właśnie  pod koniec książki ,  Toby, główny bohater rozważa przebieg wydarzeń wokół siebie. „Zaplątał się w spór z ze wzniosłym stwierdzeniem Fryderyka Schillera , iż z głupotą sami bogowie walczą nadaremno („Dziewica orleańska”). Nie o to chodzi, uznał Toby, i nie ma wymówki dla nikogo, czy to bóg, czy człowiek . To, z czym bogowie i wszyscy rozsądni ludzie walczą nadaremno, to wale nie głupota.  To czysta, bezsensowna, cholerna obojętność na wszelki interes, poza własnym”.  

       Uwielbiam le Carre`a. Za mądrość , brak naiwności i właśnie takie rozważania, za wartką, inteligentna akcję i głębię psychologiczną jego powieści.  Chociaż jest on już starszym panem, podoba mi się on z wyglądu, ze swoim  wyjątkowo bystrym spojrzeniem.

 
    „Subtelna prawda” nie jest oczywiście pierwszą książką le Carre`a, jaką przeczytałam. Zaczęło się od „Wiernego ogrodnika” , potem przeczytałam jeszcze kilka wcześniejszych dzieł. Najnowsze dzieło moim zdaniem nie odbiega od poziomu wsześniejszych, a to, która pozycja  jest najlepsza , to  kwestia gustu. Wydaje mi się, że zdecydowanie najlepsze to właśnie „Wierny ogrodnik” i „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”. Ale ta ostatnia pozycja, to może podobała mi się aż tak bardzo dzięki genialnemu filmowi „Szpieg” T. Alfredsona. Może „Subtelną prawdę” też ktoś kiedyś sfilmuje.  
      Zacznę jednak od początku. Toby Bell, będąc sekretarzem brytyjskiego Ministra Spraw Zagranicznych zorientował się, że minister zorganizował w Giblartarze nie do końca legalną, tajną operację „Fauna i Flora”  . Po trzech latach dowiedział się, ze najprawdopodobniej podczas realizowania  tej operacji zginęła niewinna kobieta i dziecko, a cała sprawa została zatuszowana. Żołnierz zaś, który  dowodził tą operacją, został wyrzucony z wojska i jako jedyny poniósł konsekwencje  całego przedsięwzięcia.
    W operację zamieszany był też Christopher Probyn, dyplomata w starszym wieku, nazywany przez Tobiego nielotem. Określenie nielot wzięło się od niezbyt wysokiego poziomu inteligencji    Christphera,  występującego też pod pseudonimem „Paul”. I Christpher i Toby staną przed dylematem,   czy upublicznić okoliczności i przebieg akcji.
   Książka początkowo ma charakter sensacyjny, potem zaś staje się powieścią psychologiczną. I na początku i pod koniec akcja toczy się wartko. Mnie chyba najbardziej podobały się aspekty psychologiczne. W aspekcie sensacyjnym już od początku wiadomym jest , że za całą sprawą stoi  wielka, prywatna firma, która   zatrudnia byłych wojskowych i byłych dyplomatów, współpracuje z wojskiem i najemnikami, zajmuje się czymś, co nazwałabym jako uzyskiwanie własnych danych wywiadowczych i w końcu przeprowadza tez akcje militarne. W „Subtelnej prawdzie” pokazane jest, że i dane wywiadowcze i sam   sposób prowadzenia operacji militarnych przez prywatną firmę , pozostawia wiele do życzenia. No i najważniejsze jest to, że firma taka działa jedynie w swoim własnym interesie.  Na jej czele stoi niejaki Crispin, skompromitowany, były  dyplomata. W razie potrzeby firma ta dysponuje ludźmi od mokrej roboty, niemal każdego może przekupić. Jak to mówił jeden z bohaterów, prowadzi się już „prywatne wojenki”. Właśnie przy pomocy takich firm.  
       Podczas czytania myślałam sobie, ze dobrze, że u nas nie ma żadnych takich pomysłów, wojsko reprezentuje cały czas państwo i przez nie jest utrzymywane. Ale po namyśle przypomniałam sobie, ze kiedyś w telewizji pokazywali, jak to nasze wojsko, tzn. koszary i in. tereny wojskowe są ochraniane przez prywatne firmy ochroniarskie. Może więc jest to pierwszy krok do prywatnych armii? Nie chciałabym, aby wojsko uległo prywatyzacji, ale le Carre jest wyjątkowo przenikliwy. Dopóki nie przeczytałam „Wiernego ogrodnika”, nie miałam świadomości, jak wielką potęga są firmy farmaceutyczne i jak olbrzymim kapitałem dysponują. Dopiero po „Ogrodniku” zaczęłam zwracać na tego typu kwestie większą uwagę. No i le Carre miał całkowita rację. Z roku na rok firmom farmaceutycznym wiedzie się  coraz lepiej.    
    Aspekty psychologiczne z kolei też są szalenie ciekawe. Główny problem to dylemat Tobbiego, czy narażać swoja karierę , a właściwie ją zaprzepaścić i powiedzieć prawdę czy być konformistą? Ale są i inne problemy, jak chociażby wątek, zadawałoby się,  bliskiego przyjaciela Tobbiego  , również z MSZ. On z kolei stanął przed dylematem, czy powinien przyznawać się do bliskiej znajomości z Tobbim, gdy kariera tamtego zwisła na włosku   i kontakty z nim nie były dobrze widziane. No i Christopher. On jest już na emeryturze , zdobył tytuł szlachecki , może cieszyć się świętym spokojem. Czy jest sens w jego sytuacji się narażać i próbować ujawniać prawdę ? Każdy z bohaterów podejmuje określone decyzje, możemy poznać motywację każdego z nich.
    Dodam jeszcze, ze podczas czytania nie nudziłam się. Rozwój wydarzeń wchłaniał mnie.

niedziela, 17 listopada 2013

„Obsługiwałem angielskiego króla” Bohumil Hrabal – audiobook, czyta Kazimierz Kaczor

 Obsługiwałem angielskiego króla (audiobook CD) - Hrabal Bohumil - duży obrazek

        Po serii kilku nieudanych  książek  w końcu natrafiłam na coś ciekawego.  Jazda samochodem dzięki „Obsługiwałem angielskiego króla” stała się jeszcze bardziej przyjemna  .  Była to dość dziwna przyjemność.  Słysząc Kazimierza Kaczora , czytającego Hrabala,  miałam wrażenie , jakbym zaprosiła do jazdy jakiegoś totalnego , wrednego prostaka, który bez cienia zażenowania i bez jakichkolwiek skrupułów objaśnia mi swój punkt widzenia świata. Nie ukrywa żadnych swoich nikczemności,  a chociaż zachowywał się obrzydliwie, nie miał jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Opowiadał wszystko tak, jakby to czytelnik/słuchacz był taki sam, jak i narrator i jakby nie trzeba było przed się czegokolwiek wstydzić.  Jest to rzadki punkt widzenia , bo z reguły każdy się wybiela i pewne rzeczy przemilcza, inne pamięta zaś inaczej, niż wyglądały w rzeczywistości. Narracja Hrabala wygląda tak, jakby nagrał  po kryjomu monolog krętacza. Od tego schematu odbiegają ostatnie rozdziały, gdzie nasz bohater , stając się robotnikiem leśnymi samotnikiem, zaczyna  wreszcie myśleć, opiekuje się zwierzętami , żyje w zgodzie z naturą.

               Nie czytałam wcześniej ani tej książki ani nie oglądałam filmu, chociaż była ona bardzo znana, to nic o niej nie wiedziałam. Jan żył w bardzo burzliwych czasach i historii jego życia nie da się opowiedzieć bez nawiązań do historii Czechosłowacji. Początkowo Jan sprzedaje na dworcu serdelki, oszukując ile się da. Jeden z oszukanych zapamięta go sobie, rozpozna go później w  kelnerze w hotelu i  ku mojemu zaskoczeniu, zarekomenduje go później jako  kelnera do lepszego  hotelu. Jan jego zdaniem to     człowiek z potencjałem , który może wiele osiągnąć . Jan zmienia hotele a w międzyczasie Niemcy zajmują jego ojczyznę, co nie robi na nim żadnego wrażenia. Nasz kelner jest zadowolony, bo skoro nikt Niemców nie chce obsługiwać on się tego podejmuje, dostanie więcej napiwków. Jan ożenił się z Niemką , przechodząc przez poniżającą dla każdego, oprócz niego , procedurę badania przez lekarza i po uzyskaniu specjalnego zezwolenia od władz niemieckich na taki ślub.  Urodził mu się upośledzony psychicznie syn, którego oddał do zakładu. Po wojnie stał się milionerem i całkiem dobrze dogadywał się z komunistami. Ostatecznie jego majątek został znacjonalizowany , a on sam  stał się robotnikiem leśnym. 

    Jan to jakby taki Zelig z filmu W. Allena, dostosuje się do wszystkich okoliczności, jakie napotka , jest elastyczny bez ograniczeń. Jego problemy to np. kwestia, czy oficerowie SS zaakceptują go jako męża Lisy. Hrabal opisuje wszystko z humorem, bez znudzenia i bez przynudzania.  Człowieka, który zachowywał się obrzydliwie , opisuje tak, że jakby wszystko to , co on robił, było normalne. Ta technika ma oczywiście swoje plusy, od naszego bohatera nic nas nie oddziela, nikt nie komentuje jego poczynań. Sami możemy oceniać  jego zachowanie. Tyle tylko, że część czytelników, głównie niewyrobionych, czy młodszych   , może  wpaść na pomysł, że Jan jest taki sympatyczny i że też chcieliby tacy być. Na skutek tej techniki oszust i koniunkturalista staje się niejako bohaterem pozytywnym . My mamy swojego Nikodema Dyzmę, ale w „Karierze Nikodema Dyzmy” jest chociażby Żorż Ponimirski, niby to szaleniec, który ma pełną świadomość, kim jest Dyzma i mówi to innym.  Poza tym narracja w Dyzmie prowadzona jest inaczej, nie z punktu widzenia głównego bohatera, co wpływa na dystans do niego. Czesi chyba mają inną mentalność, mnie „Obsługiwałem angielskiego króla” nie porwało, mimo, że słuchałam z zaciekawieniem.

       Na marginesie tych refleksji dorzucę jeszcze parę zdań na zupełnie inny temat.  Ustanowiono nową nagrodę literacką , jest to Nagroda im. Wisławy Szymborskiej.  Dość sceptycznie podchodzę do różnych nagród, a szczególnie do ich mnożenia i mam wątpliwość, czy w ogóle takie nagrody mają sens. Rok temu zakupiłam „Książkę twarzy” M. Bieńczyka, za która dostał on nagrodę Nike. Zaciekawił mnie temat felietonów z tej książki. Miały to być felietony o literaturze, sporcie, podróżach, życiu. Nie byłam w stanie tej książki przeczytać. Zdarza mi się to szalenie rzadko, ale nie doczytałam jej do końca.  Z reguły daję książce szansę, gdy już ją wybiorę, kupię, czy pożyczę,  czytam do końca. Mam nadzieję że gdy jest zła, to może w dalszej części się polepszy , albo chociaż zaciekawi mnie. I w zdecydowanej większości tak się dzieje. Bieńczyka nie byłam w stanie przeczytać.      Zapomniałam o nim, ale ostatnio natrafiłam na tą książkę na półce. Dałam ją koleżance.  Uznałam , że może jej się spodoba. W końcu mamy różne gusta. I stało się to samo. Koleżanka mimo wielkich chęci też ma problem z Bieńczykiem  i nie może przez niego przebrnąć .  
     
bsługiwałem angielskiego króla (audiobook CD) - Hrabal Bohumil - duży obrazek
 
       Po serii kilku nieudanych  książek  w końcu natrafiłam na coś ciekawego.  Jazda samochodem dzięki „Obsługiwałem angielskiego króla” stała się jeszcze bardziej przyjemna  .  Była to dość dziwna przyjemność.  Słysząc Kazimierza Kaczora , czytającego Hrabala,  miałam wrażenie , jakbym zaprosiła do jazdy jakiegoś totalnego , wrednego prostaka, który bez cienia zażenowania i bez jakichkolwiek skrupułów objaśnia mi swój punkt widzenia świata. Nie ukrywa żadnych swoich nikczemności,  a chociaż zachowywał się obrzydliwie, nie miał jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Opowiadał wszystko tak, jakby to czytelnik/słuchacz był taki sam, jak i narrator i jakby nie trzeba było przed się czegokolwiek wstydzić.  Jest to rzadki punkt widzenia , bo z reguły każdy się wybiela i pewne rzeczy przemilcza, inne pamięta zaś inaczej, niż wyglądały w rzeczywistości. Narracja Hrabala wygląda tak, jakby nagrał  po kryjomu monolog krętacza. Od tego schematu odbiegają ostatnie rozdziały, gdzie nasz bohater , stając się robotnikiem leśnymi samotnikiem, zaczyna  wreszcie myśleć, opiekuje się zwierzętami , żyje w zgodzie z naturą.
                Nie czytałam wcześniej ani tej książki ani nie oglądałam filmu, chociaż była ona bardzo znana, to nic o niej nie wiedziałam. Jan żył w bardzo burzliwych czasach i historii jego życia nie da się opowiedzieć bez nawiązań do historii Czechosłowacji. Początkowo Jan sprzedaje na dworcu serdelki, oszukując ile się da. Jeden z oszukanych zapamięta go sobie, rozpozna go później w  kelnerze w hotelu i  ku mojemu zaskoczeniu, zarekomenduje go później jako  kelnera do lepszego  hotelu. Jan jego zdaniem to     człowiek z potencjałem , który może wiele osiągnąć . Jan zmienia hotele a w międzyczasie Niemcy zajmują jego ojczyznę, co nie robi na nim żadnego wrażenia. Nasz kelner jest zadowolony, bo skoro nikt Niemców nie chce obsługiwać on się tego podejmuje, dostanie więcej napiwków. Jan ożenił się z Niemką , przechodząc przez poniżającą dla każdego, oprócz niego , procedurę badania przez lekarza i po uzyskaniu specjalnego zezwolenia od władz niemieckich na taki ślub.  Urodził mu się upośledzony psychicznie syn, którego oddał do zakładu. Po wojnie stał się milionerem i całkiem dobrze dogadywał się z komunistami. Ostatecznie jego majątek został znacjonalizowany , a on sam  stał się robotnikiem leśnym. 
    Jan to jakby taki Zelig z filmu W. Allena, dostosuje się do wszystkich okoliczności, jakie napotka , jest elastyczny bez ograniczeń. Jego problemy to np. kwestia, czy oficerowie SS zaakceptują go jako męża Lisy. Hrabal opisuje wszystko z humorem, bez znudzenia i bez przynudzania.  Człowieka, który zachowywał się obrzydliwie , opisuje tak, że jakby wszystko to , co on robił, było normalne. Ta technika ma oczywiście swoje plusy, od naszego bohatera nic nas nie oddziela, nikt nie komentuje jego poczynań. Sami możemy oceniać  jego zachowanie. Tyle tylko, że część czytelników, głównie niewyrobionych, czy młodszych   , może  wpaść na pomysł, że Jan jest taki sympatyczny i że też chcieliby tacy być. Na skutek tej techniki oszust i koniunkturalista staje się niejako bohaterem pozytywnym . My mamy swojego Nikodema Dyzmę, ale w „Karierze Nikodema Dyzmy” jest chociażby Żorż Ponimirski, niby to szaleniec, który ma pełną świadomość, kim jest Dyzma i mówi to innym.  Poza tym narracja w Dyzmie prowadzona jest inaczej, nie z punktu widzenia głównego bohatera, co wpływa na dystans do niego. Czesi chyba mają inną mentalność, mnie „Obsługiwałem angielskiego króla” nie porwało.
 
       Na marginesie tych refleksji dorzucę jeszcze parę zdań na zupełnie inny temat.  Ustanowiono nową nagrodę literacką , jest to Nagroda im. Wisławy Szymborskiej.  Dość sceptycznie podchodzę do różnych nagród, a szczególnie do ich mnożenia i mam wątpliwość, czy w ogóle takie nagrody mają sens. Rok temu zakupiłam „Książkę twarzy” M. Bieńczyka, za która dostał on nagrodę Nike. Zaciekawił mnie temat felietonów z tej książki. Miały to być felietony o literaturze, sporcie, podróżach, życiu. Nie byłam w stanie tej książki przeczytać. Zdarza mi się to szalenie rzadko, ale nie doczytałam jej do końca.  Z reguły daję książce szansę, gdy już ją wybiorę, kupię, czy pożyczę,  czytam do końca. Mam nadzieję że gdy jest zła, to może w dalszej części się polepszy , albo chociaż zaciekawi mnie. I w zdecydowanej większości tak się dzieje. Bieńczyka nie byłam w stanie przeczytać.      Zapomniałam o nim, ale ostatnio natrafiłam na tą książkę na półce. Dałam ją koleżance.  Uznałam , że może jej się spodoba. W końcu mamy różne gusta. I stało się to samo. Koleżanka mimo wielkich chęci też ma problem z Bieńczykiem  i nie może przez niego przebrnąć .  

Po

Po serii kilku nieudanych  książek  w końcu natrafiłam na coś ciekawego.  Jazda samochodem dzięki „Obsługiwałem angielskiego króla” stała się jeszcze bardziej przyjemna  .  Była to dość dziwna przyjemność.  Słysząc Kazimierza Kaczora , czytającego Hrabala,  miałam wrażenie , jakbym zaprosiła do jazdy jakiegoś totalnego , wrednego prostaka, który bez cienia zażenowania i bez jakichkolwiek skrupułów objaśnia mi swój punkt widzenia świata. Nie ukrywa żadnych swoich nikczemności,  a chociaż zachowywał się obrzydliwie, nie miał jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Opowiadał wszystko tak, jakby to czytelnik/słuchacz był taki sam, jak i narrator i jakby nie trzeba było przed się czegokolwiek wstydzić.  Jest to rzadki punkt widzenia , bo z reguły każdy się wybiela i pewne rzeczy przemilcza, inne pamięta zaś inaczej, niż wyglądały w rzeczywistości. Narracja Hrabala wygląda tak, jakby nagrał  po kryjomu monolog krętacza. Od tego schematu odbiegają ostatnie rozdziały, gdzie nasz bohater , stając się robotnikiem leśnymi samotnikiem, zaczyna  wreszcie myśleć, opiekuje się zwierzętami , żyje w zgodzie z naturą.
                Nie czytałam wcześniej ani tej książki ani nie oglądałam filmu, chociaż była ona bardzo znana, to nic o niej nie wiedziałam. Jan żył w bardzo burzliwych czasach i historii jego życia nie da się opowiedzieć bez nawiązań do historii Czechosłowacji. Początkowo Jan sprzedaje na dworcu serdelki, oszukując ile się da. Jeden z oszukanych zapamięta go sobie, rozpozna go później w  kelnerze w hotelu i  ku mojemu zaskoczeniu, zarekomenduje go później jako  kelnera do lepszego  hotelu. Jan jego zdaniem to     człowiek z potencjałem , który może wiele osiągnąć . Jan zmienia hotele a w międzyczasie Niemcy zajmują jego ojczyznę, co nie robi na nim żadnego wrażenia. Nasz kelner jest zadowolony, bo skoro nikt Niemców nie chce obsługiwać on się tego podejmuje, dostanie więcej napiwków. Jan ożenił się z Niemką , przechodząc przez poniżającą dla każdego, oprócz niego , procedurę badania przez lekarza i po uzyskaniu specjalnego zezwolenia od władz niemieckich na taki ślub.  Urodził mu się upośledzony psychicznie syn, którego oddał do zakładu. Po wojnie stał się milionerem i całkiem dobrze dogadywał się z komunistami. Ostatecznie jego majątek został znacjonalizowany , a on sam  stał się robotnikiem leśnym. 
    Jan to jakby taki Zelig z filmu W. Allena, dostosuje się do wszystkich okoliczności, jakie napotka , jest elastyczny bez ograniczeń. Jego problemy to np. kwestia, czy oficerowie SS zaakceptują go jako męża Lisy. Hrabal opisuje wszystko z humorem, bez znudzenia i bez przynudzania.  Człowieka, który zachowywał się obrzydliwie , opisuje tak, że jakby wszystko to , co on robił, było normalne. Ta technika ma oczywiście swoje plusy, od naszego bohatera nic nas nie oddziela, nikt nie komentuje jego poczynań. Sami możemy oceniać  jego zachowanie. Tyle tylko, że część czytelników, głównie niewyrobionych, czy młodszych   , może  wpaść na pomysł, że Jan jest taki sympatyczny i że też chcieliby tacy być. Na skutek tej techniki oszust i koniunkturalista staje się niejako bohaterem pozytywnym . My mamy swojego Nikodema Dyzmę, ale w „Karierze Nikodema Dyzmy” jest chociażby Żorż Ponimirski, niby to szaleniec, który ma pełną świadomość, kim jest Dyzma i mówi to innym.  Poza tym narracja w Dyzmie prowadzona jest inaczej, nie z punktu widzenia głównego bohatera, co wpływa na dystans do niego. Czesi chyba mają inną mentalność, mnie „Obsługiwałem angielskiego króla” nie porwało.
 
       Na marginesie tych refleksji dorzucę jeszcze parę zdań na zupełnie inny temat.  Ustanowiono nową nagrodę literacką , jest to Nagroda im. Wisławy Szymborskiej.  Dość sceptycznie podchodzę do różnych nagród, a szczególnie do ich mnożenia i mam wątpliwość, czy w ogóle takie nagrody mają sens. Rok temu zakupiłam „Książkę twarzy” M. Bieńczyka, za która dostał on nagrodę Nike. Zaciekawił mnie temat felietonów z tej książki. Miały to być felietony o literaturze, sporcie, podróżach, życiu. Nie byłam w stanie tej książki przeczytać. Zdarza mi się to szalenie rzadko, ale nie doczytałam jej do końca.  Z reguły daję książce szansę, gdy już ją wybiorę, kupię, czy pożyczę,  czytam do końca. Mam nadzieję że gdy jest zła, to może w dalszej części się polepszy , albo chociaż zaciekawi mnie. I w zdecydowanej większości tak się dzieje. Bieńczyka nie byłam w stanie przeczytać.      Zapomniałam o nim, ale ostatnio natrafiłam na tą książkę na półce. Dałam ją koleżance.  Uznałam , że może jej się spodoba. W końcu mamy różne gusta. I stało się to samo. Koleżanka mimo wielkich chęci też ma problem z Bieńczykiem  i nie może przez niego przebrnąć .  
serii kilku nieudanych  książek  w końcu natrafiłam na coś ciekawego.  Jazda samochodem dzięki „Obsługiwałem angielskiego króla” stała się jeszcze bardziej przyjemna  .  Była to dość dziwna przyjemność.  Słysząc Kazimierza Kaczora , czytającego Hrabala,  miałam wrażenie , jakbym zaprosiła do jazdy jakiegoś totalnego , wrednego prostaka, który bez cienia zażenowania i bez jakichkolwiek skrupułów objaśnia mi swój punkt widzenia świata. Nie ukrywa żadnych swoich nikczemności,  a chociaż zachowywał się obrzydliwie, nie miał jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Opowiadał wszystko tak, jakby to czytelnik/słuchacz był taki sam, jak i narrator i jakby nie trzeba było przed się czegokolwiek wstydzić.  Jest to rzadki punkt widzenia , bo z reguły każdy się wybiela i pewne rzeczy przemilcza, inne pamięta zaś inaczej, niż wyglądały w rzeczywistości. Narracja Hrabala wygląda tak, jakby nagrał  po kryjomu monolog krętacza. Od tego schematu odbiegają ostatnie rozdziały, gdzie nasz bohater , stając się robotnikiem leśnymi samotnikiem, zaczyna  wreszcie myśleć, opiekuje się zwierzętami , żyje w zgodzie z naturą.


                Nie czytałam wcześniej ani tej książki ani nie oglądałam filmu, chociaż była ona bardzo znana, to nic o niej nie wiedziałam. Jan żył w bardzo burzliwych czasach i historii jego życia nie da się opowiedzieć bez nawiązań do historii Czechosłowacji. Początkowo Jan sprzedaje na dworcu serdelki, oszukując ile się da. Jeden z oszukanych zapamięta go sobie, rozpozna go później w  kelnerze w hotelu i  ku mojemu zaskoczeniu, zarekomenduje go później jako  kelnera do lepszego  hotelu. Jan jego zdaniem to     człowiek z potencjałem , który może wiele osiągnąć . Jan zmienia hotele a w międzyczasie Niemcy zajmują jego ojczyznę, co nie robi na nim żadnego wrażenia. Nasz kelner jest zadowolony, bo skoro nikt Niemców nie chce obsługiwać on się tego podejmuje, dostanie więcej napiwków. Jan ożenił się z Niemką , przechodząc przez poniżającą dla każdego, oprócz niego , procedurę badania przez lekarza i po uzyskaniu specjalnego zezwolenia od władz niemieckich na taki ślub.  Urodził mu się upośledzony psychicznie syn, którego oddał do zakładu. Po wojnie stał się milionerem i całkiem dobrze dogadywał się z komunistami. Ostatecznie jego majątek został znacjonalizowany , a on sam  stał się robotnikiem leśnym. 
    Jan to jakby taki Zelig z filmu W. Allena, dostosuje się do wszystkich okoliczności, jakie napotka , jest elastyczny bez ograniczeń. Jego problemy to np. kwestia, czy oficerowie SS zaakceptują go jako męża Lisy. Hrabal opisuje wszystko z humorem, bez znudzenia i bez przynudzania.  Człowieka, który zachowywał się obrzydliwie , opisuje tak, że jakby wszystko to , co on robił, było normalne. Ta technika ma oczywiście swoje plusy, od naszego bohatera nic nas nie oddziela, nikt nie komentuje jego poczynań. Sami możemy oceniać  jego zachowanie. Tyle tylko, że część czytelników, głównie niewyrobionych, czy młodszych   , może  wpaść na pomysł, że Jan jest taki sympatyczny i że też chcieliby tacy być. Na skutek tej techniki oszust i koniunkturalista staje się niejako bohaterem pozytywnym . My mamy swojego Nikodema Dyzmę, ale w „Karierze Nikodema Dyzmy” jest chociażby Żorż Ponimirski, niby to szaleniec, który ma pełną świadomość, kim jest Dyzma i mówi to innym.  Poza tym narracja w Dyzmie prowadzona jest inaczej, nie z punktu widzenia głównego bohatera, co wpływa na dystans do niego. Czesi chyba mają inną mentalność, mnie „Obsługiwałem angielskiego króla” nie porwało.
 
       Na marginesie tych refleksji dorzucę jeszcze parę zdań na zupełnie inny temat.  Ustanowiono nową nagrodę literacką , jest to Nagroda im. Wisławy Szymborskiej.  Dość sceptycznie podchodzę do różnych nagród, a szczególnie do ich mnożenia i mam wątpliwość, czy w ogóle takie nagrody mają sens. Rok temu zakupiłam „Książkę twarzy” M. Bieńczyka, za która dostał on nagrodę Nike. Zaciekawił mnie temat felietonów z tej książki. Miały to być felietony o literaturze, sporcie, podróżach, życiu. Nie byłam w stanie tej książki przeczytać. Zdarza mi się to szalenie rzadko, ale nie doczytałam jej do końca.  Z reguły daję książce szansę, gdy już ją wybiorę, kupię, czy pożyczę,  czytam do końca. Mam nadzieję że gdy jest zła, to może w dalszej części się polepszy , albo chociaż zaciekawi mnie. I w zdecydowanej większości tak się dzieje. Bieńczyka nie byłam w stanie przeczytać.      Zapomniałam o nim, ale ostatnio natrafiłam na tą książkę na półce. Dałam ją koleżance.  Uznałam , że może jej się spodoba. W końcu mamy różne gusta. I stało się to samo. Koleżanka mimo wielkich chęci też ma problem z Bieńczykiem  i nie może przez niego przebrnąć .  

niedziela, 10 listopada 2013

„Człowiek, który był Czwartkiem” Gilbert Keith Chesterton - audiobook




  
        Sięgnęłam po tego audioboka, zachęcona recenzjami, które,  jak się później okazało, nie miały właściwie nic wspólnego z rzeczywistością.    Nie znam twórczości Chestertona, chociaż mam świadomość, że uchodzi on za znakomitego pisarza i filozofa.  

         W recenzji od wydawcy książki przeczytałam, że  ”Powieść G.K. Chestertona „Człowiek, który był czwartkiem” zwyciężyła w jednym z najbardziej intrygujących współczesnych rankingów literackich. Zapytano mianowicie funkcjonariuszy brytyjskich służb specjalnych, jaki utwór XX wiecznej literatury oddaje najlepiej charakter działalności policji politycznej, tajnych operacji i ukrytej agentury. Wbrew oczekiwaniom zdecydowana większość respondentów nie wybrała żadnej z powieści Fredericka Forsytha czy Johna le Carré, lecz wskazała jednoznacznie na utwór Chestertona”.
                 Mimo niechęci do filozofii, dałam  szansę „Człowiekowi, który był Czwartkiem”, dałam się skusić otoczce kryminalno- szpiegowskiej , ale  w tym przypadku była to absolutna pomyłka.  To coś absolutnie nie dla mnie, nie moja bajka. Sama akcja to jakieś najwyżej 20%, w najlepszym przypadku , książki. Reszta to różnorakie rozważania, najczęściej snute są one w trakcie dialogów .   Główny bohater, policjant, znalazł się na spotkaniu tajnej organizacji anarchistycznej i momentalnie, bez wysiłku, wszedł do grona władz. Każdy, kto odgrywa w tej organizacji rolę przywódczą, dostaje pseudonim, a pseudonimami są nazwy dni tygodnia. Nasz bohater stał się Czwartkiem, przywódca to Niedziela. Szybko okazuję się, że we władzach tej organizacji jest nieco więcej   policjantów. Powinni się oni zająć jej infiltrowaniem  , ale zaczynają od ustaleń, kto jest swój, a kto nie.    Im bardziej akcja rozkręca się, tym bardziej absurdalna się staje . Wszyscy cały czas filozofują i trudno natrafić na normalny dialog, bez dzielenia włosa na czworo. Zaczyna się od rozważań, czy każdy artysta to anarchista i jak należy to rozumieć.  A potem jest coraz gorzej.

      „Człowiek” to wg mnie rozprawa filozoficzna ,a nie żadna powieść, z całą pewnością zaś nie jest to ani powieść kryminalna, ani szpiegowska. Jest to pozycja dla naprawdę wybranych czytelników , szczególnie dla miłośników filozofii, wątpię, czy ktoś inny będzie w stanie przez nią przebrnąć. Jest trudna do słuchania, do czytania z pewnością też. Wydarzeniami zaciekawiłam się zaledwie w kilku momentach.  

    

  

wtorek, 5 listopada 2013

Asa Larsson „Krew, którą nasiąkła”

Krew, którą nasiąkła - Åsa Larsson
  
        Będę dosyć bezwzględna dla tej książki, ale napiszę bez ogródek, co o niej myślę.  Dla mnie poza jednym aspektem, o którym później, ta książka to jedna wielka pomyłka.  Główna bohaterka to niejaka Rebeka , adwokat, zatrudniona w dużej kancelarii w wielkim mieście. Parę lat wcześniej w obronie własnej zabiła kilka osób, w tym dwóch pastorów, stało się to w okolicy Kiruny, miejscowości, z której pochodzi.  „Krew” zaczyna nieco później od tych wydarzeń, tj.  od morderstwa pani pastor w małej miejscowości w okolicy Kiruny. Ofiara została zamordowana dosyć brutalnie i powieszona w miejscowym kościele. Pani pastor, jak się okazało dosyć szybko, była mężatką, ale nie tylko,  była ona  lesbijką , permanentnie zdradzającą męża i mającą namiętny romans z jedną z wiernych. Nie przeszkadzało jej to w żadnym stopniu pełnić posługi duszpasterskiej i nie miała z tego powodu żadnych dylematów moralnych, w ogóle nie był to dla niej jakikolwiek problem.  Oprócz tego pani pastor była feministką , domagającą się różnych parytetów dla kobiet. Stworzyła też coś w rodzaju ruchu parafialnego, kobiecego oczywiście, w ramach którego zrzeszyła masę kobiet, wobec których  mężowie stosowali przemoc. Bliska jej sercu była też ekologia i ochrona wilka . Miała ona liczne grono wrogów i właściwie każdy z nich mógł być podejrzany o zbrodnię.  Sprawa zabójstwa pani pastor znalazła się w zainteresowaniu Rebeki, gdyż zatrudniająca ją kancelaria wpadła na pomysł zaproponowania jednej z parafii usługi kompleksowej obsługi prawnej. Rebeka w ten sposób więc znalazła się w pobliżu miejsca akcji. Sprawę zaś prowadzi miejscowa pani policjantka. Jednym z wrogów pani pastor jest inny duchowny, Stefan .  Są oni w totalnym konflikcie, praktycznie o wszystko.  Wkrótce potem pada drugi trup. Wszystko to napisane  jest w dość nudny sposób i  podczas czytania nie miałam żadnego problemu z oderwaniem się od tekstu w dowolnym momencie pod byle pretekstem.

                                Nie mogłam nic na to poradzić, ale czytając tą powieść, cały czas skupiałam się nie tyle na zagadce zabójstwa, ale na tym, co  było najbardziej dla mnie egzotyczne, czyli na osobie zamordowanej pastor, jej posłudze i relacji z wiernymi.  Wiem, że miałam tu pisać o książce , a nie o kwestiach religii, ale nie mogę od tego uciec. Być może jestem staroświecka, ale  opisy z książki dotyczące tamtejszego duchowieństwa, były dla mnie szokujące.  Nie wiem w ogóle, czemu miały służyć. Poza zamordowaną , która przedstawiana jest w zdecydowanie pozytywnym świetle, inni duchowni  są postaciami skrajnie antypatycznymi, na granicy psychopatii,  a niektórzy  chyba już poza tą granicą. Wygląda na to, że Asa Larsson ma chyba fobię kościelną.

          Na odrębną uwagę zasługuje  opowieść o wilczycy, Żółtonogiej , właściwa akcja książki jest  przeplatana tą opowieścią . Wilczyca  osiedliła się w pobliżu Kiruny, a którą pani pastor  się zaopiekowała, finansując jej monitoring i zarazem ochronę przed myśliwymi. Opowieść o Żółtonogiej jest piękna, ale  okrutna, a nawet wręcz brutalna, pokazane jest życie w stadzie wilków, prawa, jakie tym życiem rządzą. Kłania się tu teoria Darwina.  Czytałam te fragmenty chyba z większym jeszcze zainteresowaniem, niż opowieść o zabójstwie. Bardziej byłam przejęta losem Żółtonogiej i kibicowaniem, aby nic złego się jej nie stało, niż czymkolwiek innym. Żadna z postaci ludzkich nie wzbudziła we mnie  ani sympatii ani empatii i nie byłam w stanie przejąć się czyimkolwiek losem, bardziej, niż losem zwierzęcia.  Można oczywiście snuć analogie pomiędzy życiem pani pastor, a wilczycą, ale to mniej mnie interesowało. Opowieść o wilczycy to jedyna rzecz, zasługująca w tej książce na uwagę .

                Zastanowiła mnie inna jeszcze kwestia. Wszyscy niemal bohaterowie „Krwi” mają jakieś spore problemy ze sobą, z rodziną, nie ma tu pogodnych i zadowolonych z życia osób. Jest to taka dziwna zależność. W Skandynawii, gdzie poziom życia jest bardzo wysoki, bardzo często w książkach bohaterowie są nieszczęśliwi i samotni, a atmosfera jest ponura . A najpogodniejszy kryminał, jaki przeczytałam w tym roku, był autorstwa Rosjanina, Borysa Akunina  . „Świat jest teatrem” to jedna wielka afirmacja życia.

                 

środa, 30 października 2013

„Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa - audiobook, czyta Wiktor Zborowski

Mistrz i Małgorzata - audiobook | Michaił Błuhakow

„Mistrz i Małgorzata” to jedna z moich ulubionych książek, czytałam ją już kilka razy, zarówno w tłumaczeniu Dąbrowskiej i Lewandowskiego, jak też i Andrzeja Drawicza. To ostatnie podoba mi się znacznie bardziej.  Niektóre fragmenty znam prawie na pamięć.    Pamiętam, że gdy pierwszy raz czytałam „Mistrza”, był październik i moja ukochana pora roku ,  jesień. „Mistrzem” zafascynowałam się od razu i za rok, gdy liście na drzewach zaczęły żółknąc,  przypomniałam sobie że rok wcześniej czytałam Bułhakowa. Nie chciałam, aby tamta jesień była gorsza od poprzedniej i poczułam, że chcę „Mistrza” przeczytać znowu. I w ten właśnie sposób narodziła się taka moja tradycja, że jesienią, gdy nie ma już gorąca i jest tak pięknie, to uprzyjemniam sobie te dni jeszcze bardziej i czytam wtedy jedną z moich ulubionych powieści.  W ubiegłym roku po raz pierwszy zamiast czytać, wysłuchałam „Władcy pierścieni” , był to maraton, łącznie 60 godzin. Tego roku zobaczyłam, że jest właśnie audiobook  z „Mistrzem i Małgorzatą” i zadecydowałam, że  odsłucham go .
        <a href = "http://www.strykowski.net">Zdjęcia - www.strykowski.net</a>
Sprzedaż zdjęć, kupno zdjęć, szukam fotografii
„Mistrza i Małgorzatę” w tłumaczeniu, niestety,  Dąbrowskiej i Lewandowskiego czyta Wiktor Zborowski.  Lubię Zborowskiego, czyta prawidłowo, ale też słuchałam bez euforii. Zborowski mimo całej mojej sympatii, czyta jako taka. Nie ma takiego głosu, jak Andrzej Łapicki, który może czytać cokolwiek i będzie to fascynujące.    Ale też nie dorównał Krzysztofowi Globiszowi, który czytał „Paragraf 22”. „Paragraf” odsłuchałam, zanim jeszcze założyłam tego bloga. Wykonanie Globisza to było autentyczne mistrzostwo, raz krzyczał, raz szeptał, raz wolno , raz tak szybko, jak karabin maszynowy, innym razem czytając był tak wściekły, że aż udzieliło mi się to.  Chyba nic z „Paragrafu” nie uszło mojej uwadze, a to  zasługa Globisza. To wykonanie to taka najwyższa półka . Zborowski  nie przeskoczył poprzeczki, postawionej przez Globisza.

Ale słuchało mi się „Mistrza” nie tak źle. Wiedziałam doskonale, co się  za chwilę będzie działo. Jeździło mi się z tą powieścią dobrze.  Uwielbiam wracać raz na jakiś czas do dawnych lektur. Zawsze czuję się prawie tak, jakbym czytała  je po raz pierwszy. Za każdym razem , gdy ponownie sięgam po książkę, jestem starsza i mądrzejsza, mam więcej tzw. doświadczenia życiowego . Zawsze tak jakoś się dzieje zwracam uwagę  podczas kolejnego czytania na coś, czego wcześniej  nie zauważałam . Co do „Mistrza” to wydawało mi się, że już nic mnie nie zdziwi, że sporo już i przemyślałam na temat tej książki i przeczytałam, co sadzą o niej inni. Myślałam, ze odkryłam już i drugie i trzecie dno tej powieści. Ale myliłam się .    

Parę lat temu natrafiłam na jeszcze jedną interpretację , szalenie ciekawą. Natrafiłam na nią przypadkowo, ale też nie do końca. Będąc u krewnych zobaczyłam Frondę, a na okładce wśród różnych tytułów był też taki : „Mistrz i Małgorzata” powieścią satanistyczną?” Publikacja jest na tyle ciekawa, że streszczę ją tutaj. Autorem jest Andriej Diomin , Rosjanin, historyk sztuki, kulturoznawca, współpracuje z prawosławnym ruchem ikonograficznym.

Znaczna większość historyków literatury traktuje tą powieść jako antychrześcijańską , głównym bohaterem jest szatan , pokazany w pozytywnym świetle. Zdaniem Diomina jest dokładnie odwrotnie . Bułhakow pochodził z bardzo religijnej rodziny, dziadkowie byli księżmi, a ojciec teologiem, po pewnym kryzysie wiary pisarz powrócił na łono cerkwi. Gdy czyta się jego dzienniki, albo „Białą gwardię” jego  postawa religijna i głęboka wiara nie budzą wątpliwości . W okresie międzywojennym Rosjanie albo uważali, że Chrystus nie istniał, albo traktowano go jedynie jako postać historyczną. Obraz Ha Nocri z powieści to obraz Chrystusa nie jako Boga, tylko człowieka, pochodzący z apokryfów, bardzo popularny wówczas w Rosji . Autorem opowieści o Ha Nocri wbrew pozorom  nie jest  Mistrz, tylko szatan, który jak sam mówi, był świadkiem tamtych wydarzeń. To również on jako pierwszy rozpoczyna opowieść o Ha Nocri  , a opowieść mistrza w niczym nie różni się od tego co szatan widział. Pozostaje pytanie, skąd Mistrz znał tak dokładnie, łącznie z przebiegiem rozmów,  przebieg wypadków? Według Diomina, autorem powieści o Ha Nocri jest szatan, a Mistrz występuje jako medium lub osoba przez tego diabła opętana. Obraz Chrystusa przedstawianego w taki sposób, jak Ha Nocri , był w okresie stalinizmu bardzo popularny w Rosji. Idąc tym tokiem rozumowania, obraz ten pochodzi od szatana. I dalej : Mistrz po napisaniu powieści staje się wrakiem człowieka, całkowicie wypalonym i niezdolnym do niczego , stale się czegoś boi. Małgorzata nie jest w stanie mu pomóc, chyba nawet bardziej niż Mistrzem jest zafascynowana jego powieścią. Z opisów w powieści wynika, że mieszkańcy Moskwy  nie chodzą do cerkwi  , ich religijność jest zerowa i stąd też są bardzo podatni na diabelskie działania. Diomin dochodzi też do wniosku, że akcja powieści toczy się pomiędzy  1933 a 1937r. w przededniu Wielkanocy. Szatan pojawia się w Wielki Czwartek i śpieszy się, aby zdążyć  wyjechać przed Wielką Niedzielą, czyli przed Zmartwychwstaniem.

Interpretacja ta jest pisana z punktu widzenia religijnego. I od czasu przeczytania tego artykułu nie miałam kontaktu z „Mistrzem”, aż do momentu, gdy zaczęłam słuchać audiobooka. I tym razem odbierałam powieść na zupełnie innej jeszcze płaszczyźnie. Wersja Diomina jest dyskusyjna, ale moim zdaniem, warta uwagi, niesamowita. Sama na to nie wpadłabym, ale być może Diomin ma rację. Czytałam kiedyś pozycję „Wyznania egzorcysty” autorstwa włoskiego księdza katolickiego, była szalenie ciekawa . Polecam ja osobom wierzącym, niewierzący uznają, że nie jest warta czytania. Wątki uwiedzenia przez szatana też były tam poruszane.

Może za jakiś czas natrafię na jeszcze inną interpretację „Mistrza” i znowu da mi ona do myślenia. Mam nadzieję, że tak właśnie będzie. Teraz natomiast zastanowiłam się, którą z ukochanych książek, znanych mi doskonale, będę chciała przeczytać lub odsłuchać  za rok, gdy nastanie jesień. Nie wiem, na co będę miała ochotę. Może będzie to „Łuk triumfalny”, może „Kroniki portowe”, może „Noce i dnie”…      A może w najbliższym czasie przeczytam coś, czego jeszcze nie znam   i co mnie zachwyci do tego stopnia, że  zechcę do tego wrócić właśnie jesienią? Teraz zdecydowanie nie mogłam oderwać się od słów Diomina.

I jeszcze jedno . „Mistrz” to jeden z nielicznych audiobooków, którego słuchałam, znając wcześniej powieść. Odsłuchiwanie znanej już powieści jest doskonałym pomysłem. Nie ma problemu, że    czegoś się posłucha nieuważnie , że czegoś się nie usłyszy. Słuchałam „Mistrza” z większym chyba luzem, niż innych książek , nie musiałam ani razu wracać do pewnych fragmentów .

sobota, 26 października 2013

„Wszystko czerwone” Joanna Chmielewska

Wszystko czerwone - Joanna Chmielewska


Jak wszystkie książki tej autorki „Wszystko czerwone” jest pozycją lekką, pełną humoru i przyjemną.  Przyznam, że akcja sama w sobie niespecjalnie mnie wciągnęła, była mocno schematyczna, ale plusem i głównym atutem tej książki jest wszechobecny humor i luz. Są komiczne dialogi i komiczne sytuacje. Czytywałam „Wszystko czerwone” również w metrze i zdarzyło się parę razy, że parsknęłam śmiechem. Próby dokładnego opisywania tutaj różnych humorystycznych scenek czy rozmów z książki mogą nie skończyć się dobrze, każdy musi sam przeczytać cokolwiek tej autorki i stwierdzić, czy mu się podoba, czy nie. Chmielewska zachowała dobry humor przez całe życie, bez względu na okoliczności i taka postawa w trakcie czytania wyraźnie się udziela czytelnikowi, może nie każdemu, ale mnie z całą pewnością. 

     Tym razem Joanna odpoczywa u swojej koleżanki Alicji, w Danii. W tym samym czasie zjawia się tam cała masa przyjaciół Alicji, w większości z Polski, ale nie tylko. Zdecydowana większość u niej nocuje. No i zaczynają się problemy. Na przyjęciu z okazji kupna bardzo oryginalnej lampy zostaje zamordowany Edek. Edek parę godzin wcześniej przestrzegał Alicję przez kimś z jej znajomych,  nie zdołał jednak sprecyzować, przed kim konkretnie. Wkrótce potem zabójca dopada kolejne ofiar, jego skuteczność w uśmiercaniu jest wątpliwa, ale niewątpliwie poluje na kogoś, najprawdopodobniej na Alicję.  Akcja książki sprowadza się do humorystycznego opisu tych prób zabójstw, podjętych  poszukiwań i typowań zabójcy.

5/6



piątek, 18 października 2013

Stanisław Lem „Niezwyciężony” audiobook


Nie znam Lema, dawno temu przeczytałam  jego „Opowieści o pilocie Pirxie”, ale chyba nie była to całość. Teraz zobaczyłam, że Audioteka wydała jego „Niezwyciężonego” jako superprodukcję , ze specjalnymi efektami dźwiękowymi, muzyką skomponowaną dla tego dzieła i z różnymi  aktorami, czytającymi poszczególne role. I zakupiłam z czystej ciekawości i zachwyciłam się. I forma i treścią. Pokazuję tutaj okładkę tradycyjnej książki , nie udało mi się wkleić tu okładki pliku mp3 z audioteki.
Niezwyciężony - Stanisław Lem
 
Zacznę może od formy, trochę będzie to jakby od końca, forma przecież nie może być ważniejsza od treści. Ale po raz pierwszy słuchałam takiego audiobooka  i z tego też względu nie mogę się powstrzymać.  Komfort słuchania jest absolutnie rewelacyjny.  Jestem bardziej malkontentem, niż kimś, kto zachwyca się byle czym , ale w tym przypadku to była prawdziwa uczta dla ucha i dla ducha. Nie ma żadnego problemu ze skupieniem się, wielu aktorów powoduje , że nikt z bohaterów się z nikim nie myli. Odgłosy rodem z filmu sf i specjalnie skomponowana muzyka też sprzyjają skupieniu uwagi.  Jest to wykonanie absolutnie artystyczne. Dowódcą statku jest jeden z moich ulubionych aktorów – Daniel Olbrychski, nie było możliwości, abym nie słyszała, co on  mówi, lub abym wyłączyła się . Narratorem jest Krystyna Czubówna. Tak bardzo spodobało mi  się to wykonanie, że zakupię chyba wszystkie superprodukcje Audioteki lub jakiegokolwiek innego podmiotu, o ile zostaną zrealizowane w podobnej formie.   
                A teraz co do meritum. Słuchałam Lema niczym neofita. Ale chciałam zapoznać się chociaż z minimalną częścią jego twórczości jako dorosła osoba z pewnym bagażem doświadczeń.  „Niezwyciężony” to historia załogi statku kosmicznego o tej nazwie. Załoga ma dolecieć do  planety Regis III i podjąć próbę ustalenia, co stało się ze statkiem i załogą bliźniaczego względem „Niezwyciężonego” statku „Konddor” . Ziemia straciła kontakt z „Kondorem”. Na miejscu okazuje się, że załoga „Niezwyciężonego” odnajduje wrak, ale co gorsze,  natrafia na dość niespotykanego przeciwnika.     Na planecie, na którą dotarli, natrafiają na coś w rodzaju owadów, które są formą sztucznej inteligencji. W przypadku zagrożenia „owady” te łączą się, tworząc chmurę, która unieszkodliwia przeciwnika robiąc coś w rodzaju resetu jego mózgu  . Nie zabijają go, ani nawet nie ranią. Wymazują z mózgu wszystkie informacje , jakie ten ktoś pamiętał . Po kontakcie z „chmurą” ofiara staje się jakby niemowlakiem , wymaga opieki osób trzecich, nie ma wspomnień, nie ma wiedzy, nie umie mówić  ani słuchać.   Ostatecznie chmura atakuje członków załogi „Niezwyciężonego” i jego broń. W pewnym momencie pojawia się pytanie, czy statek ma odlecieć czy konieczne jest jednak podjęcie poszukiwań za 4 członkami załogi. Problem polega na tym , że ci 4 ludzie prawie na pewno nie żyją. Gdy słuchałam książki, byłam absolutnie przekonana, że oni nie żyją, że nie żyją na pewno, a nie prawie . Dla dowódcy „Niezwyciężonego”   nie było to takie oczywiste. No i stanął przed dylematem, czy narażać całą załogę, zwlekać z odlotem , ale być lojalnym wobec tych czterech, czy też uznać, że nie ma prawa do narażania życia kilkudziesięciu ludzi dla czterech. Te rozważania snuł zresztą nie tylko dowódca.  Bałam się trochę, czy w dziele tym nie będzie za dużo filozofii , ale obawy te okazały się absolutnie bezpodstawne.   
      Podczas słuchania trudno uciec od rozważań , jak powinien postąpić dowódca, czym faktycznie jest ta „czarna chmura”, odbierająca ludziom mózg, czy mamy prawo zdobywać wszystko, co tylko zobaczymy , każda planetę? Są to szalenie ciekawe pytania.
                Na kanwie „Niezwyciężonego” nasunęły mi się jeszcze refleksje o słuchaniu książek. Z racji tego, że jak do tej pory jest to absolutnie najlepiej zrealizowany audiobook, jakiego  słuchałam   , zaczęłam zastanawiać się, skąd wzięło się we mnie to zamiłowanie nie tylko do czytania , ale i do słuchania książek. Może jest to jakieś podświadome wspomnienie bardzo wczesnego  dzieciństwa, kiedy to nie umiałam jeszcze czytać i słuchałam, jak opowiadano mi bajki lub je czytano? Może jakaś jeszcze wcześniejsza pamięć pokoleń? Kilka pokoleń temu powszechnym zjawiskiem było przecież słuchanie różnych opowieści? Nie mam pojęcia. Pamiętam natomiast jeszcze jako dziecko,    gdy w radiu, np. w „Lecie z radiem” nadawana była zawsze powieść w odcinkach.  Pamiętam, jakie zawsze przeżywałam  rozczarowanie, gdy  odcinek się kończył. Korzystając z audiobooków tego rozczarowania nie ma, słucham kiedy chcę i ile chcę.  Jest to ciekawy  powód do rozważań dla psychologa, nie wiem, do jakich konkluzji doszedłby. W tej chwili trudno jednak było mi wyobrazić sobie jazdę samochodem bez audiobooka.   Audiobookiem do samochodu musi   być jednak powieść, innych form słucha mi się gorzej.
 

 
 

 

 

 
 
 
 

 


piątek, 11 października 2013

„Niech się panu darzy” Antoni Libera

Niech się panu darzy - Antoni Libera
   Okładka jest niepozorna, ale nie można się tym zrażać.

Wyjątkowa książka , a dokładnie zbiór 3  opowiadań . Pierwsze i trzecie z nich były dla mnie autentycznie rewelacyjne.

                Opowiadanie tytułowe, czyli „Niech się panu darzy” mówi o fizyku, fizyku z dorobkiem naukowym. Jest on już w starszym wieku, nie ma rodziny , jest niewierzący. Ufa tylko „szkiełku i oku” i nie wierzy w to, że „są rzeczy na ziemii  i w niebie, o których nie śniło się nawet filozofom”. Pewnego razu, będąc  na naukowym sympozjum,  za granicą ,  zorientował się, że jest 24 grudnia. Ten dzień od dawna nie robił na nim żadnego wrażenia i w związku z tym nie miał żadnych planów. Wieczorem jednak, bez żadnego szczególnego powodu wyszedł na spacer i szedł „przed siebie” , bez celu i zamysłu. Przypomniała mu się teoria chaosu  i zastanowił się, gdzie poniosą go nogi , gdy będzie szedł bezmyślnie. I raptem znalazł się przy budce telefonicznej i również bezmyślnie wszedł do niej.     Wykręcił numer, naciskał na guziki równie bezmyślnie, jak i szedł. I …potoczyła się rozmowa, jedna z najważniejszych w jego życiu, z pewnością taka, o której nigdy nie zapomni. Absolutnym zaskoczeniem będzie zarówno osoba rozmówcy, jak i sam przebieg rozmowy.   Będzie to rozmowa, która wzbudzi w każdym czytelniku zastanowienie, czy  o wszystkim decyduje chaos, czy wręcz przeciwnie.

                Trzecie opowiadanie – „Toccata C-dur” z kolei jest o dwóch absolwentach liceum muzycznego, którzy spotykają się po wielu latach. Dawno temu  przyjaźnili się ze sobą. Najbardziej pamiętny okres w ich przyjaźni miał miejsce, gdy przygotowywali się do egzaminu końcowego na koniec liceum. Profesor nakazał im, aby na ten egzamin przygotowali m. in.  Toccatę C-dur Schumanna. Jest to utwór wyjątkowo trudny technicznie i budzi  też wątpliwości, jak należy go rozumieć. Zdaniem profesora , to m. in. opowieść o sztuce doskonalenia się pianisty, o żmudnych ćwiczeniach. Pod wpływem słów profesora o utworze i pracy nad tym utworem , nasz główny bohater, narrator, dochodzi do wniosku, że nie ma wielkiego talentu i w dziedzinie muzyki niczego nie osiągnie, być może zostanie tylko zwykłym wyrobnikiem, a i to nie jest pewne.  Kochał muzykę, ale gdy uzmysłowił sobie, że nie będzie Mozartem przestał brać pod uwagę  życie jak zwykły muzyk. Został prawnikiem, doskonale zarabiał, wyjechał na stałe za granicę.  Z okazji zjazdu absolwentów – kilkadziesiąt lat później - przyjechał  do Polski i spotkał swojego dawnego przyjaciela, Sławka, z którym nie utrzymywał kontaktów przez całe lata. Sławek ukończył konserwatorium, został nauczycielem muzyki i pozostał samotny. Przyjaciele porozmawiali ze sobą, Sławek zagrał jeszcze raz toccatę C-dur . I przed obojgiem z nich pojawiło się nieme pytanie, który wybrał lepszą drogę i który jest szczęśliwszy…

    Trzeciego opowiadania nie będę opisywać, bo nie za bardzo mi się podobało.  Opisane dwa natomiast nie dają mi spokoju. Przed pisaniem tego bloga np. też się zastanawiałam, czy to ma w ogóle sens, nie stworzę przecież  nic na miarę np. Tołstoja, nie mam takiego talentu. Ale z kolei takie pisanie bardzo mi się  podoba, pomaga uporządkować pewne sądy i chroni różne refleksje przed zapomnieniem . Tego rodzaju dylematy ( i nie tylko takie) opisał właśnie Libera w „Toccacie C-dur”. Opowiadania te maja oczywiście i inne konteksty . Są napisane w szalenie ciekawy sposób, oba wciągnęły mnie tak niesamowicie , że nie mogłam się oderwać. A przy drugim nawet tak się zdenerwowałam, że ledwo, ledwo,  powstrzymałam się od zerknięcia, jak to się skończy. Oba szalenie intrygują.

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………  

Alice Munro dostała Nobla. Wszyscy mówią, że zasłużenie. Jeden jej zbiór opowiadań „Taniec szczęśliwych cieni” podobał mi się, ale mnie nie zafascynował, był a piątkę, ale na szóstkę już nie.  Prawdziwie zafascynowały mnie opowiadania Libery i to właśnie one nie dają i nie będą dawać mi spokoju.  One nie są oczywiste i to one skłaniają do myślenia. Nobel kolejny już raz wydaje mi się rozczarowujący. Chciałabym, aby nagrodzone zostało coś, co jest objawieniem, co jest autentycznie porywające, coś, od czego nie można się oderwać, a gdy już się oderwie, to nie można przestać o tym myśleć.  Dla mnie Alice Munro tych kryteriów nie spełnia.  Gdy przydarza mi się takie objawienie, wrażenie, czuję, że konkretne dzieło to kontakt z Geniuszem.

środa, 9 października 2013

Aldous Huxley „Nowy wspaniały świat” - audiobook

Okładka produktu


Słuchanie tego audiobooka  było ciekawym doświadczeniem.  Książki nie czytałam, ale dość dobrze wiedziałam, o czym jest.  Nie będę więc szczegółowo  opisywać treści .Książka to wizja futurystyczna, opisuje koszmarną przyszłość. Do takiego koszmaru doprowadził postęp, a właściwie jego ciemna strona. Inżynieria genetyczna umożliwiła  utrzymywanie ciągłości ludzkości dzięki sztucznemu zapłodnieniu i umiejscawianiu embrionu w środowisku sztucznym, poza organizmem matki. Do prokreacji nie jest już potrzebny akt płciowy. Można dokonywać selekcji płodów i za pomocą różnych sztuczek programować płody na inteligentów, mało inteligentnych robotników itp.  Ludzie nie mają złych nastrojów ani a nawet depresji, przy pomocy różnych środków, nagminnie stosowanych, zawsze mają dobry humor. Wszyscy są piękni, chirurgia plastyczna i kosmetologia czynią cuda. Właściwie nie ma chorób, bo zaczynają się one ok. 60-tki i delikwent,  wówczas gdy jest z nim źle,  umiejscawiany jest w czymś w rodzaju umieralni, z dala od ludzie, gdzie kończy swój żywot.  Nikt po nim nie płacze, bo nie już rodzin i nie ma żadnych bliskich więzów, łączących ludzi .  

W niektórych momentach ten obraz  przedstawiał coś, co potem było realizowane w ustroju totalitarnym , np. doprowadzanie do zaniku indywidualizmu, , życie w komunie, chociaż u Huxley`a nie nazwała się ona w ten sposób.   

I wsiadając do samochodu  i zabierając się do tego audiobooka  miałam wrażenie, że spotykam się z legendą.

Ale w euforię nie wpadłam, ani w trakcie słuchania, ani nawet parę dni później, już po przemyśleniu książki.  Sama idea snucia czarnych wizji mnie nie przekonuje. Widzenie świata w wyłącznie czarnych barwach też nie.  Huxley ewidentnie był przeciwnikiem postępu, nie zauważał żadnych jasnych stron tego, że ludzkość idzie naprzód. Co do zasady , to nie mogę zaprzeczyć, taka wizja być może kiedyś zostanie zrealizowana, aczkolwiek wydaje mi się ona mało prawdopodobna. Gdy porównuję czasy dawne i obecne, to zdecydowanie nasze uważam z najlepsze.  Drażniło mnie w tej książce absolutnie bezkrytyczne  gloryfikowanie rodziny i traktowanie  jej jako jedynej alternatywy dla każdego. Będąc prawnikiem widywałam wiele rodzin, a w wielu wypadkach uważam, że urodzenie się w takiej rodzinie, było czymś najgorszym, co kogoś mogło spotkać.  I dom dziecka byłby zdecydowanie lepszy. Nie przemawiało do mnie też,  gdy np. jeden z bohaterów Dzikus się biczował, w dosłownym rozumieniu tego słowa, powracając niejako do epoki średniowiecza. Miało to być powrotem do natury i normalności. Albo hasło „my chcemy raka” , jako choroby oczywiście, też brzmiało jak jakiś wygłup.   

Wykonanie Karoliny Gruszki też rewelacyjne nie było. Do audiobooków trzeba mieć  naprawdę dobry, piękny głos, niczym innym nadrobić się nie da. Albo się go ma, albo nie , niczyja w tym wina. Karolina moim zdaniem głos ma  za cienki, w dosłownym brzmieniu tego słowa, gdy czytała szybko , miałam wrażenie, że piszczy.  Nie zauważyłam, aby w jakikolwiek sposób interpretowała tekst, nie było tam np.  ani ironii, ani przymrużenia oka, ani jakiegokolwiek innego sposobu wyrazu. Było to po prostu odczytanie, nic więcej, poprawne odczytanie pod względem dykcji, dla ścisłości. I do tego jeszcze nie była zbyt przekonywująca.  


 Poza tym …Zmarła Joanna Chmielewska…
Zrzut ekranu: YouTube 

Przeczytałam sporo jej książek, ale głównie  jeszcze w czasach liceum i studiów.   Te książki to było moje lekarstwo na chandrę i zły dzień. Zawsze pomagało.   Poza tym gdy widziałam Chmielewską  w telewizji , zawsze miałam potem dobry nastrój. Ta szalenie pogodna kobieta potrafiłaby rozweselić chyba każdego.  Z całą pewnością poświęcę jej oddzielny wpis, ale teraz nie mogłam powstrzymać się od tych paru zdań. Pamiętam , jak w jednym z wywiadów dziennikarka zakomunikowała jej, że niektórzy nie uważają jej książek za zbyt mądre. Pisarka uśmiechnęła się i powiedziała, że w takim razie niech ich nie czytają. I czekała na następne pytanie, bez żadnego tłumaczenia się czy zaprzeczania. Najgorsze jest to, że poza jedną pozycją,  to nie mam jej książek . W czasach studenckich nie miałam za co ich kupować, a potem zaczęła się przerwa w ich czytaniu. Na studiach pożyczałam je od koleżanki , pożyczałyśmy od niej w kilka, a potem był idealny temat do rozmowy i pośmiania się. Nie mogłyśmy zrozumieć, dlaczego faceci patrzyli na to z lekkim przymrużeniem oka i nie zabierali się do lektury. Chyba jednak przeczytałam tych książek za dużo w krótkim czasie, stąd taki efekt przesytu. Teraz będę je kompletować