czwartek, 27 sierpnia 2026

Joe Alex (Maciej Słomczyński) „Zmącony spokój Pani Labiryntu”

 


        To zdecydowanie najlepsza książka Joe Alexa spośród oczywiście tych, które do tej pory przeczytałam. Wydarzenia są mocno intrygujące, ciężko jest się oderwać od czytania. Są też nawiązania do mitologii, archeologii, są różnego rodzaju spostrzeżenia dotyczące ludzkiej natury czy inteligencji. Nie ma tu jednocześnie żadnych długich opisów, te spostrzeżenia to po prostu kilka wyjątkowo celnych zdań na dany temat.

Frapujące są nawet opisy przyrody, a konkretnie wichru, który spotykany jest tylko w określonej części Morza Śródziemnego. Zanim dojdzie do wichury, są pierwsze podmuchy. Pierwszy podmuch atakuje znienacka, gdy ktoś nie zna tego zjawiska, nie zaobserwuje żadnych znaków ostrzegawczych. Ten podmuch jest bardzo krótki, ale tak silny, że może przewrócić dorosłego człowieka. Gdy ktoś stoi w niebezpiecznym miejscu, np. na brzegu klifu, może się to skończyć tragicznie.

    Tym razem Joe Alex wraz z ukochaną Karoliną i grupą jej współpracowników, archeologów, znalazł się na maleńkiej wysepce niedaleko Krety, gdzie miały być prowadzone prace archeologiczne.

        Wszyscy archeolodzy z wyprawy byli ludźmi inteligentnymi, elitą. Ale nawet w tym kręgu autor rozróżnił osoby naprawdę błyskotliwe i ich przeciwieństwo, czyli „solidnych, rzetelnych rzemieślników”. Gdzie przebiega granica pomiędzy mniej i bardziej inteligentnymi? Otóż zobrazowane zostało to na przykładzie współautorów książki o archeologii. Jeden z nich, Robert Gordon, jak nikt inny wiedział wszystko o kulturze minojskiej, był jak encyklopedia. Ale nie był odkrywcą, był tylko „solidnym, rzetelnym rzemieślnikiem”, „kojarzenie spraw pozornie odległych i powtórne, odważne atakowanie problemów, raz już w przeszłości przez kogoś rozwiązanych, przerastało go o głowę”. Była to „drugorzędna, ograniczona, oschła umysłowość, obsypana darami losu”. Wszystko, co w książce o archeologii było nowe i cenne, pochodziło od drugiego współautora, od Johna. John publikując książkę z Robertem, czuł się finalnie okradziony, wynikało z niej że przecież, że odkrywcze tezy są autorstwa ich obu. Robert jako mniej inteligentny nie miał świadomości tej różnicy między nimi.

        Świetnie pokazana jest też różnica charakterów pomiędzy Joe Alexem a jego partnerką Karoliną. Joe w trakcie pobytu na wyspie podjął się kilka razy różnych niebezpiecznych misji. Z uwagi na spore ryzyko Karolina była bardzo zdenerwowana. Joe, który te przedsięwzięcia realizował, był zdenerwowany zdecydowanie mniej, może w ogóle. Ona nie wierzyła lub nie dostrzegała, że „niebezpieczeństwo jest dla niego tym, czym dla innych wypoczynek”.

        Wygląda na to, że książki Joe Alexa lepiej jest czytać, niż słuchać, w trakcie słuchania nie da się wychwycić wszystkich tych smaczków.

8/10

czwartek, 20 sierpnia 2026

Piotr Zychowicz „Ukraińcy”

 

        Jestem wielką fanką książek Zychowicza, w swoich seriach dotyczących różnych narodów, jak np. „Angole”, „Sowieci” skupia się on głównie na faktach. W innych jego książkach jest zdecydowanie więcej rozważań, szalenie interesujących zresztą, w stylu co by było gdyby, jest też sporo ocen określonych posunięć politycznych.

        Relacje z Ukrainą są najbardziej skomplikowanymi naszymi relacjami nie tylko w odniesieniu do naszych sąsiadów, ale w ogóle w odniesieniu do wszystkich innych państw w naszej historii. Rachunek krzywd i przewin każdej ze stron jest szalenie obszerny. Wyliczanie, kto i kiedy bardziej zawinił, nie ma sensu. Zychowicz we wszystkich chyba książkach zwraca uwagę na zasadnicze kwestie w naszych możliwościach geopolitycznych. Nie są to jakieś szczególnie odkrywcze myśli, ale nie każdy chyba ma tego świadomość, szczególnie dzisiaj. Gdy nie było niepodległej Ukrainy możliwe były 3 warianty relacji politycznych z sąsiadami.

  1. My z Niemcami p-ko Rosji

  2. My z Rosją p-ko Niemcom

  3. Rosja z Niemcami p-ko nam.

Od kiedy jest Ukraina, nasza sytuacja jest nieporównywalnie lepsza.

        Możliwości jest już więcej, o tym jakie są dla korzyści z istnienia Ukrainy, osobom zdroworozsądkowo myślącym nie ma sensu tłumaczyć. Oczywiste jest, że Rosja od zawsze była naszym wrogiem i w tej materii nic się nie zmieni, bo imperialna polityka i zbrodniczy charakter leży w DNA tego państwa. Dobre relacje z Ukrainą są dla nas niezmiernie ważne, co oczywiście nie oznacza, że mamy przyjmować wobec Ukrainy służalczą postawę.

        Zychowicz wskazuje, jak olbrzymie szanse dawała i daje nam obecność Ukrainy, dawniej Rusi, i jak nie potrafiliśmy tego wykorzystać i dla dobra naszego i ukraińskiego, a na niekorzyść Moskwy. Klasycznym przykładem jest Ugoda Hadziacka z 1658, dzięki której z Rzeczpospolitej Obojga Narodów, mieliśmy się stać Rzeczpospolitą Trojga Narodów, czyli my + Litwa + Ruś czyli obecna Ukraina. Gdybyśmy potrafili dotrzymać jej postanowień, być może nasze losy w szczególności w aspekcie rozbiorów, potoczyłyby się inaczej.

        W „Ukraińcach” Zychowicz ponadto opisuje kluczowe dla Polski i Ukrainy fragmenty dziejów, część wydarzeń jest szeroko znana, jak np. ludobójstwo na Wołyniu, Wielki Głód na Ukrainie, ale opisuje on mniej znane aspekty. W przypadku wielkiego Głodu zwraca uwagę na np. totalną bierność polskiego rządu, który o tej sytuacji był doskonale poinformowany. Nie nagłośniono tej sprawy, nie podjęto nawet akcji pomocy obywatelom polskim, polskie konsulaty na terenie ZSRR negatywnie rozpoznawały wnioski o wizy, zmieniło się to dopiero już w ostatniej fazie dramatu. Co gorsze, hamowano wszelkie ruchy pomocowe oddolne, inicjowane przez Ukraińców, zamieszkujących na terenie Polski. Wynikało to wszystko z tego, że Polska z ZSRR podpisała w 1932r. Pakt o nieagresji i nie chciała zadrażniać relacji, naiwnie wierząc, że ZSRR dotrzyma postanowień tego paktu, gdy my będziemy cicho siedzieć.

        Jest też opisanych sporo takich wydarzeń, które nie są szeroko znane. Generalnie, u nas są powszechnie znane te dzieje, gdy my byliśmy pokrzywdzeni, gdy było odwrotnie, to jakoś mało się o tym mówi. Są też wskazywane zjawiska, które uwidaczniają potworną zawiłość i złożoność tych polsko – ukraińskich relacji.

Przykładowo działania naszego aparatu państwowego w Dwudziestoleciu Międzywojennym w odniesieniu do Ukraińców są określone jako polonizacja Wołynia. Przypominało to metody stosowane przez Krzyżaków wobec Polaków wieki wcześniej. Jest mowa o tzw. instriebitielnych batalionach, czyli grupach szturmowych NKWD, do których wstąpiła w 1944 r. i 1945r. spora grupa Polaków, do około 30 000, m. in z AK. Dotyczyło to terenów Wołynia, województwa lwowskiego, stanisławowskiego i tarnopolskiego wstąpiło do tych batalionów. Wynikało to z tego, że chcieli walczyć z Upowcami, nie chcieli zostać przez nich zarżnięci.

Podjętych jest też cała masa innych wątków, enumeratywne wymienienie ich wszystkich nie jest możliwe. Myślę, że każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie, coś o czym nie wiedział, lub coś, co pamiętał niedokładnie.

9/10



środa, 12 sierpnia 2026

Lilian Jackson Braun „Kot, który lubił Brahmsa”

 

            Pisałam już o tym tomie mojej ulubionej tutaj, gdy czytałam go wcześniej. Wówczas najbardziej rzuciła mi się w oczy postać Fanny, czyli ekscentrycznej staruszki, która była przyjaciółką matki Qwilla. Fanny zapisała na niego cały swój olbrzymi majątek pod warunkiem, że zamieszka przez okres 5 lat w małym miasteczku, tym samym w którym i ona żyła.

        W tym tomie Qwill przyjechał na wakacje do tego właśnie miasteczka. Spośród wszystkich przymiotów Qwilla tutaj widać wyraźnie otwartość na nowości i dużą dozę wyrozumiałości i tolerancji. Nie zrywał znajomości ze starymi znajomymi, ale chętnie poznawał nowych ludzi. Chociaż był zadowolony ze swojego życia i swoich relacji międzyludzkich, zawierał kolejne znajomości i ze starymi i z młodymi osobami, nie pytał nikogo o poglądy polityczne. Gdy ktoś coś zawalił, o czymś zapomniał lub zrobił coś, co według Qwilla nie było tak całkiem w porządku, nie robił z tego problemu, nie skłócał się. Miał świadomość, że ludzie mają i wady i zalety i że on sam też nie jest idealny. Nie przesądzał z góry, czy nowo poznane osoby mu się spodobają i czy te nowe znajomości okażą się trwałe, zdawał się na bieg wydarzeń.

Nie pływał nigdy kajakiem, ale gdy zamieszkał przy wielkim jeziorze, uznał, że spróbuje i tego sportu. Tak samo nie wiedział, czy polubi pływanie kajakiem, ale spróbował, skorzystał z okazji, że nieopodal była woda, że kajaki były dostępne.

Gdy znalazł się pierwszy raz w restauracjach tego miasteczka, nie dziwił się, że menu nie jest zbyt bogate, że obsługa nie jest doskonała itp. Dostosował się do sytuacji, nie robił awantur, nie strzelał focha.

Tak jak w każdym tomie tego cyklu, swoistego rodzaju bohaterką jest też pogoda. Ludzie często pędzą do pracy i z powrotem, nie zwracając większej uwagi na to, co dzieje się za oknem. Lilian Jackson Braun przykładała do tego wagę. W tym tomie Qwill miał okazję zaobserwować niesamowitą mgłę, olbrzymie jezioro „zniknęło”, tak samo wszystkie drzewa. 

Tom kończy się, gdy Qwill dowiaduje się o spadku. 

10/10     

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Susanne Lieder „Agatha Christie. Narodziny Królowej Kryminału” – audiobook, czyta Róża Cieślinska – Dziekiewicz

 

Książka może być dobra tylko i wyłącznie dla kogoś, kto naprawdę nic nie wie o Królowej Kryminału. Jest płyciutka. Susanne Lieder sięgnęła tylko do znanych pozycji o Christie, głównie do „Autobiografii” Agaty Christie i zrobiła taką kompilację. Ta biografia niewiele się różni od „Autobiografii. Przedstawione są powszechnie znane fakty z dzieciństwa i młodości Agaty. Nie ma refleksji nad tym, jak pewne zdarzenia wpłynęły na ukształtowanie się jej charakteru i jej samej jako pisarki. Pierwsze powieści są wspomniane, ale bardzo ogólnie, są raczej zasygnalizowane. Fascynującą biografię Christie napisał Jared Cade – „Agata Christie jedenaście zaginionych dni”, o której pisałam tutaj.

Kardynalnym błędem Susanne Lieder było całkowite pominięcie faktu zaginięcia pisarki w 1926r. na okres 11 dni. Wydarzenie to i ciąg innych wcześniejszych sytuacji Jared Cade uznał za kluczowe dla zrozumienia tej postaci. O zaginięciu powstał też film z Dustinem Hoffmanem i Venessą Redgrave.

Agata najprawdopodobniej nigdy nie pogodziła się z tym, że została porzucona przez męża, „zniknęła” krótko po śmierci matki i rozpadzie swojego małżeństwa. Uwidoczniły się wówczas kompleksy, lęk przed kolejnym porzuceniem. Echa tego wydarzenia widoczne są w twórczości, pisarka opisała sporo zdrad małżeńskich, udanych małżeństw z dłuższym stażem w jej twórczości właściwie nie ma. Wiele bohaterek jej książek jest bardzo przebojowych, towarzyskich, zabawowych, ale to jakby przeciwieństwo jej samej, może chciała po prostu taka być. Tak samo ciężko było jej się pogodzić z koniecznością sprzedaży rodzinnego domu, bohaterowie jej książek często też mierzą się z taką sytuacją, ale są wówczas bardziej racjonalni.

Susanne Lieder poszła po najmniejszej linii oporu, na końcu książki wspomniała, że Christie w „Autobiografii” nic nie wspomniała o tych 11 dniach, ona też więc zrobiła to samo. Musiałby sięgnąć do większej ilości źródeł i to chyba była istota problemu.

5/10

wtorek, 4 sierpnia 2026

Elżbieta Cherezińska „Śmiały. Bolesław II. Tom 1” – audiobook, czyta Filip Kosior

 

        Bolesław Śmiały/Szczodry był inteligentnym, łebskim królem Polski, miał spore osiągnięcia. Doprowadził do swojej koronacji, co nie udało się jego ojcu, przeprowadził uprzedzający atak na Ruś, gdzie zajął Kijów. Wmocnił pozycję Polski na arenie międzynarodowej. Popełnił jednak tak straszny błąd, że stracił koronę i musiał uciekać z kraju. Kojarzony jest obecnie tylko z zabójstwem biskupa Stanisława, o jego dokonaniach mało kto pamięta.

        Cherezińska ukazuje go z pełnią wad i zalet. Z reguły bardzo ciężko jest przewidzieć, jak ktoś się zachowa w przyszłości. Ale gdy wiemy, jak potoczyły się losy Bolesława II, czytając książkę, można już od czasu jego młodości obserwować, które cechy pomogły mu osiągnąć wyżyny, a które doprowadziły do zguby. Jest to rzeczywiście unikalny przykład, jak można tak wiele osiągnąć i tak wiele stracić, a straszliwy upadek zawdzięczać samemu sobie. Nie znam jeszcze drugiej części cyklu, ale wszystko skazuje na to, że te same cechy, które spowodowały, że Bolesław II stał się wielki, doprowadziły go do zguby. Mam na myśli umiejętność podejmowania szybkich decyzji, odwagę graniczącą z brawurą, ryzykanctwo. Ale to tylko przypuszczenie, po lekturze II części będę mogła to rozwinąć.

        Cherezińska zastanawia się także nad tym, nie kwestionując oczywiście mądrości i umiejętności króla, czy osiągnięcia, szczególnie w polityce zewnętrznej, zawdzięcza samemu sobie, czy też może ktoś mu jednak pomagał, doradzał. Ostatnio coraz częściej mówi się o przemilczanej roli kobiet w dziejach. Autorka stawia tezę, że królowi pomagała m. in. siostra, Świętosława, która wyszła za mąż za księcia, późniejszego króla Czech. Nie bez znaczenia był też fakt, że Wielką Księżną Kijowską była ciotka naszego Bolesława, Gertruda. Była ona siostrą jego ojca, Kazimiera Odnowiciela. Oczywiście kwestia, czy Bolesław rzeczywiście był takim dobrym królem, jest dyskusyjna, tak samo dyskusyjna jest teza o znaczącej roli kobiet w ówczesnej polityce.

Poważnym minusem z kolei były dla mnie opisy królewskich porodów. Jest ich kilka, trwają długo, opisane są tak, że nudy nie ma, na pewno nie są jednak potrzebne w tak obszernej formie. Wolałabym, żeby większy nacisk położony był na osobę Bolesława, a nie na porody, bo temat króla niekiedy mocno się rozmywa i tonie w zalewie pobocznych wątków. Jak dla mnie, to za mało jest Polski i za mało Bolesława.

7/10

środa, 29 lipca 2026

Lucy Maud Montgomery „Anne z Avonlea” tłumaczyła Anna Bańkowska

 

            Burza sprzed kilku lat związana z nowym tłumaczeniem cyklu o Ani z Zielonego Wzgórza już ucichła. Zainteresowani musieli przyjąć do wiadomości, że mamy teraz również Anię z Zielonych Szczytów, bohaterowie maja oryginalne imiona, np. zamiast Maryli jest Marilla itp. Anna Bańkowska zrobiła kawał dobrej roboty. Czyta się lekko, te oryginalne imiona i nazwy według mnie lepiej oddają ducha książki. Styl tłumaczenia też jest inny, 100 lat temu inaczej się mówiło. Dla mnie nowe przekłady są jak np. lekka przeróbka klasycznego ubrania albo nowe dodatki do tego klasycznego stroju, np. współczesna biżuteria, buty, torebka itp. Podziwiam tłumaczkę Annę Bańkowską, która ma już 86 lat, a tłumaczenia całego cyklu dokonała w wieku 80 plus.

.      Książki o Ani są jak jakaś autoterapia, z Anią chce się przebywać, widzi się wówczas świat w wyjątkowo jasnych barwach. Jak pomyślała Maryla/Marilla, Ania miała „dar patrzenia na życie przez jakiś odmieniający je – a może odsłaniający? – filtr”. Czytelnicy też mogą z tej obecności korzystać.

           W tym tomie Anią stała się współzałożycielką Towarzystwa Miłośników Avonlea, doprowadziła do ponownego spotkania pary dojrzałych mocno już ludzi, kiedyś zakochanych w sobie, którzy przez jakąś totalną głupotę zerwali ze sobą. Fragmenty o Chatce Ech i pani Lavendar, o uczniu Ani z olbrzymią wyobraźnią, mają w sobie olbrzymi urok.

        Ewidentnie przeszkadza mi natomiast podejście do zwierząt i Lucy Maud Montgomery i bohaterów jej książek. W tym tomie Ania przez pomyłkę zamiast swoją krowę, sprzedała krowę sąsiada. Dla autorki było to zabawne, ale świadczy to po prostu o traktowaniu zwierząt jak przedmioty, trudno sobie wyobrazić, aby normalny opiekun kota czy psa nie odróżnił swojego pupila od innego. Sąsiad Ani miał papugę i właściwie tylko on ja traktował jak żywą, czującą istotę, otoczenie traktowało to jako dziwactwo, z Anią włącznie. Cóż, w tamtych czasach tak właśnie traktowano zwierzęta, a Lucy Maud Montgomery w tym aspekcie nie różniła się zbytnio od jej współczesnych.

8/10

niedziela, 26 lipca 2026

Jane Austen „Rozważna i romantyczna”

 

To jedna z moich ulubionych książek, mojej ulubionej pisarki, pisałam już o niej wcześniej tutaj. Każdy czytelnik znajdzie tu postacie i sytuacje, które w jakimś tam stopniu będą mu przypominać jego własne, część z przeszłości, cześć aktualnych. Mowa jest i o pozytywnych i o negatywnych aspektach życia. Początkowo są problemy materialne, jest zła passa, nieszczęśliwa miłość, wszystko idzie nie tak. Oczywiście nie byłaby to Jane Austen, gdyby ta zła passa w pewnym momencie się nie kończyła. W większości spotykamy osoby, które są mieszanką cech dobrych i złych.

Spośród charakterów widzimy np. Willougby`ego, robiącego wrażenie człowieka z gruntu złego. Pisarka, fenomenalne znawczyni natury ludzkiej, zastanowiła się nad tym, dlaczego jego charakter jest taki wypaczony, gdy był młodszy, nie był tak zdegenerowany. Przyczyny zdgenerowania upatruje w nieróbstwie, nazywanym przez nią próżniactwem i gnuśnością. Willoughby nie musiał pracować, co nie byłby takie dziwne w jego klasie społecznej, ale nie miał też żadnych obowiązków, ani rodzinnych, ani wynikających z posiadanego majątku. Nic nie musiał i wszystko było mu wolno, zaczął więc prowadzić hulaszczy tryb życia, nastąpiła degeneracja charakteru i osoby. Zrobił się bezwzględny, skrajnie egoistyczny i chciwy. Nieróbstwo wypaczyło charakter.

Z ciekawszym postaci można zaobserwować też Lucy, bezwzględną intrygantkę, która umiejętnie sączonym pochlebstwem była w stanie uzyskać niemal wszystko, czego chciała. Porażające jest to, jak ludzie byli żądni wszelkich komplementów, nawet fałszywych, mimo pewnego poziomu intelektualnego w odniesieniu do siebie nie byli w stanie zauważyć tego fałszu.

Wszechobecny jest egoizm. Jedna z głównych postaci, Marianna, niewątpliwie kochała swoją matkę i siostrę. Ale gdy sama się nieszczęśliwie zakochała, dostała takiej histerii i odstawiała takie numery, że mogła tą matkę wpędzić do grobu, a siostrę doprowadzić do totalnego rozstroju nerwowego. Mimo tej miłości do rodziny, Marianna, czując się nieszczęśliwa, w najmniejszym nawet stopniu nie pomyślała o tych bliskich osobach. Zabrała im sporo zdrowia i pewnie skróciła nieco życie. Niektórzy mówią, że z rodzinką najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu, ten aspekt zachowania Marianny świetnie to ilustruje.

Zaskakująca jest mocno, chyba najbardziej ze wszystkiego, bezrefleksyjność i bezmyślność opisywanych postaci. Uczestnicząc w różnych sytuacjach nie są w stanie zorientować się w intencjach innych osób, nie potrafią przewidzieć pewnych posunięć. Reagują na bieżąco, ale nie poświęcają ani chwili wolnego czasu na to, aby przemyśleć różne wydarzenia, aby próbować rozszyfrować charakter znajomych. Gdy ktoś coś zrobi, często są zaskoczeni, gdyby jednak pomyśleli dłużej i głębiej o tej osobie, przypomnieliby sobie różne jej posunięcia, połączyliby pewne fakty i wyciągnęliby wnioski, zaskoczenia raczej nie byłoby. To co było dla nich zaskakujące, mogło być przewidywalne. Refleksyjna jest jedynie Eleonora. Czytając o jej przemyśleniach, można prześledzić, jak postrzega ona ludzi, na co zwraca uwagę. Mimo bardzo młodego wieku wykazuje niezwykłą dojrzałość.

10/10

środa, 22 lipca 2026

Marcin Faliński, Rafał Barnaś „Rewolta AI”

 


    Wiązałam z książką spore nadzieje, a tu przyszło spore rozczarowanie. Niby sporo jest fragmentów o sztucznej inteligencji, ale są to albo banalne informacje, znane każdemu, kto opanował obsługę chata GPT w stopniu podstawowym, albo nudne, niestrawne wypowiedzi, przypominające wykłady, których nikt nie jest w stanie słuchać. Niczego szczególnego się w tym zakresie nie dowiedziałam.

    Sylwetki głównych postaci są totalnie niewiarygodne i to pod każdym względem. Akcja wciąga średnio, jest niestety przewidywalna. Specjalistka od AI jest łatwowierna jak dziecko, a zapracowana do tego stopnia, że przekracza to ludzkie możliwości, nie znam nikogo, kto byłby w stanie tak długi czas tak harować. Jest niemal osaczona przez rosyjskich agentów, podobnie jej mąż, a nawet i ojciec, nie jest jednak w stanie żadnego z nich dostrzec. Aż dziwne, że wywiad reflektował na tak łatwowierną osobę. Czyta się tak sobie.

        Temat cybernetyki i sztucznej inteligencji w powieści skojarzył mi się ze świetną trylogią Jakuba Szamałka „Ukryta sieć”, o której pisałam już tutaj. „Rewolta AI” nie wytrzymuje porównania.

        Nie byłam w stanie znaleźć tu żadnej wartości dodanej, czegoś co wyniosłabym po lekturze, co zapamiętałabym na dłużej. Zygmunt Kałużyński powiedział kiedyś, że jeżeli w filmie jest chociaż jedna scena warta obejrzenia, czy która zmusiła do zastanowienia, to czas poświęcony na obejrzenie filmu nie był czasem straconym. W tej książce nie za bardzo widzę taką scenę, czy postać, która zmusiłaby do jakiejkolwiek refleksji. Być może Marcin Faliński, były agent wywiadu, ma wiedzę z tego zakresu, ale naprawdę nie każdy ma zdolności pisarskie.

2/10

środa, 15 lipca 2026

Mario Puzo „Ojciec chrzestny” – audiobook, superprodukcja, czyta zespół aktorów

 

        Sposób odczytania i muzyka są świetne. Nie jest to muzyka Nino Roty z filmu, ale naprawdę jest super. Mario Puzo nie pisał banalnych, prostych powieści, książka napisana jest tak, że mimo iż pewne fragmenty pamiętałam z filmu, tekst i tak mnie wciągał.

        „Ojciec chrzestny” mimo iż jest świetnie napisany, nie będzie moją ulubioną książką. Nie ma tu ani jednego pozytywnego bohatera, opisywany świat budzi odrazę, jest pełen przemocy, korupcji, obsesji seksu. Jest to świat nieprawdziwy. Co do poszczególnych sylwetek osób, to nie mogę zarzucić Mario Puzo fałszu czy banału. Istnieją tacy ludzie, jakich opisał, ale świat nie składa się tylko z ludzi złych.

        Don Corleone wzbudzał moją szczególną antypatię, był mordercą oszustem, a uczucia wykazywał jedynie w odniesieniu do najbliższej rodziny. Zlecał zabójstwa nie tylko ludzi, kazał zabić też przepięknego, młodego konia. W wielu filmach czy serialach mafiosi wykreowani przez twórców na miłych, niemal nieszkodliwych facetów, potrafią wzbudzić u widza ciepłe uczucia, np. Tony Soprano, w tym przypadku tak nie było.

    Można za to niewątpliwie podziwiać intelekt dona Corleone, intelektu tego używał głównie do tego, aby jak najwięcej zarobić, oszukać, skorumpować jak najwięcej osób i umocnić swoja władzę. Nie ulegał emocjom, każdy jego ruch był starannie wyreżyserowany i przemyślany, nawet w sytuacjach nagłych kierowanie się rozumem było już dla niego odruchem. Ważny był też fałsz, nie mógł nikomu zdradzać się z planami. Miał ustalone priorytety i ich się trzymał. Nie bez znaczenia był tutaj fakt, że zaczynając wszystko od zera, musiał wykazać się olbrzymim sprytem i determinacją, nie był dzieckiem, któremu rodzice wszystko załatwiali i kupowali, co chciał.

7/10



wtorek, 7 lipca 2026

Marta Kisiel „Dożywocie” – audiobook, czyta Hanna Chojnacka

 

        Literatura humorystyczna, seriale komediowe, spektakle czy filmy tego typu, mają do siebie to, że jednych śmieszą bardzo, innych mniej, niektórych wcale. Często jest tak, że komedia, która podoba się osobie X, nie podoba się osobie Y, i odwrotnie, inna komedia, która spodoba się Y, może X się nie spodobać. Jedni lubią morze, drudzy góry i to chyba działa na tej zasadzie. Największym walorem książek Marty Kisiel jest właśnie humor. Dawno temu przeczytałam jej „Nomen omen” i z perspektywy czasu oceniam go nie najgorzej. „Dożywocie” też nie jest najgorsze. Z godziny na godzinę słuchania można coraz bardziej przyzwyczaić się do tego typu narracji i się w nią wciągnąć, aczkolwiek na początku wszystko brzmi dość dziwacznie. Z uwagi na specyfikę, każdy jeśli tylko ma ochotę, powinien sam spróbować poczytać czy posłuchać bez gwarancji, czy mu się spodoba.

Książka napisana jest w bardzo, ale to bardzo prostym stylu. Młody chłopak, Konrad Romańczuk, odziedziczył stary dom, w którym, jak się okazało już w późniejszym terminie, mieszkała grupa istot z innego wymiaru, anioł, duch samobójcy, utopce, później driada itp. Te zabawne sytuacje są głównie z ich udziałem. Te postacie są też jednocześnie symbolami zachowań, jakie prezentują różne osoby w każdym społeczeństwie .

Jak dla mnie najbardziej udany był duch samobójcy, który zabił się z miłości, czyli panicz Szczęsny. Romańczuk i inni, plus różne zbiegi okoliczności, pokazują mu absurd takiego posunięcia. Pławienie się w nieszczęściu, wieczne rozpamiętywanie nieszczęśliwej miłości, idealizowanie obiektu uczuć, jest wyśmiane na wszelkie możliwe sposoby, ale kulturalnie i właśnie z humorem. A jednym z najskuteczniejszych sposobów na „wyleczenie” jest pojawienie się nowego obiekt uczuć. Utopiec, który według mitologii słowiańskiej, jest czymś bezwzględnie złym, tutaj dał się oswoić i stał się całkiem fajnym domownikiem.

Dla poprawy humoru i rozluźnienia książka jest w sam raz.

7/10  

czwartek, 2 lipca 2026

Ewa Woydyłło „W zgodzie ze sobą”

 

            Jak dla mnie ta książka, jest zbiorem odrębnych tekstów, dość luźno powiązanych ze sobą. Jeden rozdział, czyli kilka stron, dla mnie był wyjątkowo humorystyczny, autorka omawiała tam cechy osoby dojrzałej i zdrowej psychicznie. Przez całe swoje życie nigdy nie spotkałam kogoś, kto miałby wszystkie te cechy. Woydyłło też podkreśla, że każdy człowiek ma potencjał zmiany, to nie jest tak, że czegoś się nie da się w kimś zmienić, bo taki jest. „Psychologia pomaga w przemianie kryzysów w szanse, a problemów w zadania”.

    Zmienić mogą się nawet neurotycy. „Prawdziwy neurotyk przedziera się przez życie zalękniony, przestraszony, a nawet przerażony. Boi się ryzyka, wszystkiego, co nieznane i niepewne, boi się niebezpieczeństw i wszędzie ich wypatruje. Boi się bólu, choroby, a przede wszystkim tego, że mu coś się stanie, że nie wytrzyma”.

        Jeden z najciekawszych rozdziałów był o odporności psychicznej, przez E. Woydyłło zatytułowany dość dziwnie „Sprężystość emocjonalna”. Mam kolegę, który jest wyjątkowo odporny psychicznie, w pracy dostaje zawsze najcięższe zadania, niejednokrotnie takie, że ktoś inny na jego miejscu załamałby się. Jest zadowolony z życia, jest biegaczem, ultramaratończykiem. Przypuszczałam, że ta siła psychiczna może wynikać m. in. z uprawiania sportu. Gdy go pytałam, skąd się to bierze, powiedział mi, że nie wie. Z książki wynika, że ta cecha nie jest wrodzona, że można ją sobie wyrobić. „Nie pochodzi z zewnątrz. Wytwarzamy ją sami, a jej niezwykłość polega na tym, że wyzwalamy ją w sobie w obliczu wyzwań, trudności i przeszkód”. Czyli gdy chcemy być odporni psychicznie, nie powinniśmy uciekać od wyzwań, tylko wręcz przeciwnie, powinniśmy je podejmować. Jeśli ktoś ucieka od wyzwań, będzie słaby. I to się doskonale sprawdza w przypadku tego mojego kolegi, to chyba rzeczywiście jest klucz do jego odporności psychicznej.

            Ciekawym zagadnieniem są cierpiętnicy, znam jedną taką osobę. Każdy chyba zna kogoś takiego. Są to osoby nieszczęśliwe, wiecznie niezadowolone, z masą pretensji do świata, uważające się za szczególnie pokrzywdzone przez los, pomimo tego, że wiele innych osób spotkało to samo, co i tego cierpiętnika. Zdaniem autorki w wielu wypadkach, nie we wszystkich oczywiście, jest to prostu wybór tej osoby i żadne perswazje otoczenia niczego tu nie zmienią.

            Naprawdę godne polecenia.

8/10

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Natalie Jenner „Towarzystwo Jane Austen”

 


    Książka jest nieco grafomańska i przewidywalna co do zakończenia, a na dodatek wcale nie czyta się jej lekko, bo mimo prostego języka jest nudnawa. Żaden ze współczesnych wątków mnie nie wciągnął. Ale nie mogę ocenić jej tylko negatywnie. Wartością są liczne nawiązania do Jane Austen i analogie sytuacji, w jakich znajdowali się bohaterowie Austen, a założyciele Towarzystwa Jane Austen z lat 40-tych. Mimo wszystko można jeszcze głębiej zrozumieć twórczość Austen .

        Zaraz po II wojnie mieszkańcy miejscowości, gdzie ostatnie 10 lat życia mieszkała Austen, założyli stowarzyszenie, aby ocalić pamiątki po pisarce. Na uwagę zasługują ich rozmowy o powieściach Austen. Przykładowo wszyscy lubią tylko tych bohaterów, którzy popełniają życiowe błędy, kryją w sobie sprzeczności, zachowują się niekiedy irracjonalnie, czyli są po prostu tacy, jak większość z nas. Ci ułożeni i jednoznaczni nie mają fanów. Ale takich ułożonych postaci, które niczego nie żałują, nie mają wątpliwości, które zawsze wiedzą, czego chcą, u Jane Austen nie ma wiele, ona naprawdę znała życie. Potem dla opisywanych osób problematyczne jest, jak wyjść z tych kłopotów, w które w pewnym stopniu sami się wpakowali, każdy też to zapewne zna z autopsji.

        Mimo upływu wielu lat od śmierci Austen, doskonale widać, że jej twórczość się nie zdezaktualizowała, że jej miłośnicy z lat 40-tych przeżywają podobne problemy, jak i bohaterowie jej książek. Większość tych założycieli przeżywała trudne chwile. Przykładowo jedna z założycielek stowarzyszenia była w żałobie i miała podjąć bardzo ważną decyzję. Bohaterka „Perswazji” będąc w żałobie, odrzuciła oświadczyny jedynego mężczyzny, jakiego kochała. Widać więc, że najlepiej w takim czasie nie podejmować żadnych kluczowych decyzji, o ile tylko jest to możliwe, bo nawet gdy komuś się wydaje, że myśli wówczas racjonalnie, to nie do końca tak jest.

6/10

środa, 24 czerwca 2026

Artur Oppman „Legendy warszawskie” – audiobook, czyta Wojciech Adamczyk

 

        Oppman pseudonim „Or-Ot” był poetą, legionistą, miłośnikiem Warszawy. Do jego czasów legendy związane z Warszawą były przekazywane tylko ustnie, jak w pradawnych czasach. On je zebrał, teraz są już narodowym dziedzictwem. Jest tu legenda o Syrence, o złotej kaczce, o Bazyliszku i in. mniej znane. Audiobook jest naprawdę króciutki. Każdy coś słyszał i o Syrence i o Bazyliszku, a naprawdę warto posłuchać całej historii. Można się dowiedzieć, gdzie konkretnie według legendy żył Bazyliszek, gdzie było jezioro ze złota kaczką. Bazyliszek „żył” niedaleko Rynku Starego Miasta Warszawy, w piwnicach jednej z kamienic przy Krzywym Kole, stosunkowo blisko restauracji „Bazyliszek”.

         Słuchając, mimochodem można też dowiedzieć się co nieco o historii. Przykładowo gdy Warszawa nie była stolicą, rządził nią książę, który rezydował na zamku w Czersku. Tam właśnie miejscowy rybak chciał zawieźć złapaną Syrenę.

        Można też sobie uzmysłowić, jakie wartości były ważne dla społeczności dawno temu, są one uniwersalne. A więc była to odwaga, prawdomówność, pracowitość, szczodrość, spryt, umiejętność podejmowania ryzyka i podobne. Ten spryt mnie dosyć zastanowił, bez niego nie można byłoby zabić Bazyliszka. To nie jest tak, że umiemy tylko walczyć o stracone sprawy i ginąć. Kiedy trzeba, potrafimy też być przebiegli, dobrze że każdy kto słucha legendy o Bazyliszku, szczególnie dziecko, to zrozumie. Właśnie takie były pozytywne postacie z legend. Byli też i źli bohaterowie, ale ich spotykała zasłużona kara.

8/10



niedziela, 21 czerwca 2026

Leszek Herman „Bursztynowa” – audiobook, czyta Mikołaj Krawczyk

 

        Wielkim atutem Leszka Hermana jest to, że potrafi pisać szalenie wciągająco. W tym przypadku z treścią, w szczególności tą wartościową treścią, było już gorzej. Znaczną część książki zajmują opisy współczesnych, absurdalnych perypetii Anglika Carleya i jego znajomych, zaś wątki historyczne, związane z Pomorzem Zachodnim, stanowią mniejszość. A że słucham książek Hermana głównie dla tych aspektów historycznych i relaksacyjnych, to było to mocno męczące.

        Wątek historyczny rozgrywa się na wyspie Uznam w XVII wieku, kiedy rządzili tam książęta pomorscy, Gryfici i Bogusław XIV, ostatni z rodu. Trwała wojna 30 – letnia, panowała skrajna bieda. Tereny Pomorza Zachodniego stale grabiły i niszczyły różne wojska, głównie wojska cesarza, realnym zagrożeniem byli też Szwedzi. Ludzie bardziej wykształceni spodziewali się, że Szwedzi mogą zająć te ziemie, co rzeczywiście później nastąpiło. Opisy nędzy i głodu są mocno sugestywne, tak samo jak i opisy szukania przez ludność winnych zaistniałej sytuacji. Tymi „winnymi” okazywały się młode dziewczyny, na które rzucano podejrzenia o czary, niejednokrotnie potem były wytaczane im procesy, a potem często palono je na stosie. Dość ciekawie ukazane są przesłanki, jakimi kierowała się ludność, rzucając podejrzenia o czary na tą, a nie inną osobę. Niezbyt dobrze postrzegane były piękne, młode dziewczyny, zazdrość i zawiść starszych kobiet robiły tu swoje. Gdy któraś dziewczyna żyła nieco odbiegająco od standardu, proces o czary stawał się mocno prawdopodobny. Gdy któraś odrzuciła zaloty niechcianego przez nią mężczyzny, ten z zemsty też mógł jej mocno zaszkodzić.

        Jeśli ktoś chciałby przeczytać tą książkę ze względu na wątki historyczne, to chyba sensowniej byłoby, gdyby poczytał coś chociażby w internecie, nie ma potrzeby, aby tracić kilkanaście godzin.

6/10  

wtorek, 16 czerwca 2026

Thomas Mann „Buddenbrokowie. Upadek pewnej rodziny” tłumaczenie Jerzy Koch

 

    Dzięki nowemu tłumaczeniu dzieło sprzed 125 lat czyta się całkiem dobrze. Są pewne dłużyzny, zdarzają się też i męczące opisy, ale to już oczywiście wynika z tekstu autora. Na uwagę zasługuje wyjątkowo udane posłowie Wojciecha Engelkinga.

Pozornie książka jest realistyczna aż do bólu, bo opisuje życie kilku pokoleń Buddenbroków w XIX wieku. Byli oni mieszczanami, kupcami. Akcja zaczyna się, gdy rodzina i jej firma są w rozkwicie, a potem mimo pozorów jest tylko gorzej. Przyczyny upadku pozornie są racjonalne, ale robi to wrażenie, jakby do tych zwykłych przyczyn dołączyło jeszcze coś irracjonalnego. No bo dlaczego wszystko pod każdym względem zaczyna się naraz sypać? Jak zauważa W. Engelking, „Buddenbrokowie” to nie tylko historia upadku jednej rodziny, Buddenbrokowie to przykład, na którym można obejrzeć upadek całej klasy społecznej, mieszczaństwa XIX -wiecznego, bo w takim kształcie w jakim było w tym czasie, przestało istnieć. I raczej nie polegało to na przekształceniu, zmianie sposobu prowadzenia interesów, zmianie obyczajów, to pewnie było możliwe w przypadku młodych rodzin, te stare nie potrafiły się zmienić i dostosować do stale zmieniających się warunków. To jest opowieść w dużej mierze uniwersalna, bo od początku świata co się rodzi i coś upada, niszczeje, umiera. Powstają wspaniałe dynastie i obumierają, tak jak i narody, idee itp.

    Olga Tokarczuk pisała kiedyś w zbiorze „Czuły narrator”, że naprawdę wielkie dzieła pokazują pewne uniwersalne prawdy, których czytelnik nie był świadomy przed lekturą, może to być też pokazanie czegoś w zupełnie innym świetle, przez inny pryzmat. Nie chodzi tu o fakty np. z reportażu, tylko o uniwersalne ponadczasowe zjawiska. I kolejny element wielkiej powieści to element irracjonalności.

    W przypadku „Buddenbroków” właśnie ta irracjonalność jest najbardziej intrygująca. Pozornie jej nie ma, nie występuje tu żadne nadprzyrodzone zjawisko, ale ona już jakby tuż pod powierzchnią. Buddenbrokom nie układa się tak bardzo, że zawodzi tu matematyczny rachunek prawdopodobieństwa, działa za to prawo Murphy`ego, czyli jeśli coś złego może się zdarzyć, to właśnie się zdarza. Tak to wygląda, jakby natura wszystkiemu dawała początek i koniec, nic nie może bowiem w tym samym kształcie trwać wiecznie, musi albo obumrzeć, albo stale się zmieniać i dostosowywać.

Każde kolejne pokolenie mężczyzn u Buddenbroków było jakby mniej zdolne, mniej pracowite, mniej mu się chciało i to czegokolwiek. Z racji tego że byli majętni, nie mieli motywacji, aby pracować, a ci którzy chcieli pracować, nie mieli umiejętności. Tak to wyglądało, jakby kolejne pokolenia dostawały od natury coraz gorszy materiał genetyczny, mimo że małżeństwa nie były zawierane w obrębie rodziny. Tak właśnie jakby sama natura zadecydowała, że już czas na ich koniec. Wyjątkiem pod względem zdolności był tylko młody Hanno, który jednak uzdolniony był w zupełnie innym kierunku, muzycznym. Ale nie zmienia to postaci rzeczy, bo wiadomo było już od jego wczesnego dzieciństwa Hanno, że jeśli przeżyje, to z racji cech charakteru, osobowości i uzdolnień, nie będzie mógł kontynuować kupieckich tradycji rodu.

    Wgłębianie się w opis upadku Buddenbroków daje sporo do myślenia. Poważnym minusem był dla mnie pesymizm tej powieści. Buddenbrokom jest źle i wiadomo, że będzie coraz gorzej. Nie za bardzo wiedzę tu chociażby iskierkę nadziei. Nie ma. Jest to po prostu dołujące.

9/10

środa, 27 maja 2026

Grzegorz Piątek „Łazienki Królewskie. Przewodnik po historii i architekturze”

 

        W wielu miejscach tekst jest wręcz fascynujący. Grzegorz Piątek nie ograniczył się na szczęście tylko do suchego opisu Łazienek, wywody składające się z samych dat i faktów są ciężkie do czytania i trudno przyswajalne. Jest to trochę truizm, ale naprawdę warto poszerzać wiedzę nawet o tych miejscach, o których niby to dużo wiemy. W Łazienkach byłam naprawdę wiele razy, wydawało mi się, że w każdym zakamarku, a tu się okazało, że na ich terenie jest budynek, którego nigdy nie widziałam, o którym nic nie wiedziałam, a mianowicie Świątynia Egipska.

    Sporo jest ciekawostek. Łazienki przez jakiś czas stanowiły własność rosyjskich carów, w Belwederze, tuż przy Łazienkach, na stałe mieszkał namiestnik cara. Pomijając wszystkie inne oczywiste i nie wymagające komentarza bulwersujące aspekty rozbiorów Polski i ich zbrodnicze skutki, Łazienkom paradoksalnie, ten carski patronat wyszedł na dobre. Były wyjątkowo zadbane, ani o dewastacjach ani o np. podziale parku na mniejsze parcele i ich odsprzedaży nie było mowy. Podobnie było za okupacji niemieckiej podczas II wojny, również brzmi to obrazoburczo, ale taka jest prawda. Najgorszy moment dla parku nastąpił z chwilą wycofania się Niemców i wkroczenia Rosjan. Warszawiacy zaczęli wycinać drzewa, bo potrzebowali opału. Żołnierze dla zabawy wrzucali granaty do stawu. Zniszczona została ¼ wiekowego drzewostanu.

Innym paradoksem jest chociażby słynny pomnik Chopina, pod którym odbywają się latem koncerty chopinowskie. Postawiony został w 1926r. w tym samym miejscu, co stoi teraz, naprzeciwko głównego wejścia. 100 lat temu wzbudził powszechną krytykę, nie podobał się i nie można było przewidzieć, że stanie się jednym z najsłynniejszych pomników w Polsce i symbolem polskości.

Godny zapamiętania jest też gigantyczny wkład intelektualny i finansowy i olbrzymie zaangażowanie naszego ostatniego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Szalenie dbał o Łazienki, to dzięki niemu w ogóle one istnieją. Gdyby nie on, nie miałyby takiego kształtu, nie byłoby w nich tylu tak pięknych budowli czy rzeźb. Będąc już w Rosji po abdykacji, pytał w listach o Łazienki, czy są już liście na drzewach, wydawał dyspozycje co dalszych upiększeń. Chciał być w nich pochowany.

W książce jest oczywiście dużo więcej różnego rodzaju ciekawostek.

8/10

piątek, 22 maja 2026

Maryla Szymiczkowa „Seans w Domu Egipskim” tom III cyklu z profesorową Szczupaczyńską

 

        Im więc książek z cyklu z profesorową Szczupaczyńską czytam, tym bardziej mi się ten cykl podoba. Ma tylko jedną wadę, książki te czyta się je wolniej niż zwykłe kryminały czy thillery. Poza tym natomiast wszystko jest super.

W tym przypadku jest mocne nawiązanie do Agaty Christie, bowiem doszło do zgonu jednej osoby w trakcie sensu spirytystycznego, a seans odbywał się w stosunkowo wąskim gronie, sprawcą musiał być ktoś z uczestników seansu. Nie ma przemocy, jest za to psychologia, bo profesorowa Szczupaczyńska obserwuje ludzi, analizuje ich zachowania i szuka w ten sposób sprawcy.

        Fenomenalnie odtworzone są realia epoki, robione to jest w taki sposób, że zawsze można odnieść pewne rozważania do współczesności. W tym przypadku Szymiczkowa poznaje nowych twórców kultury, np. Przybyszewskiego czy Wyspiańskiego. Na Wyspiańskiego ówczesne krakowskie salony patrzyły z politowaniem, nikomu jego malarstwo się nie podobało, a poza tym zdaniem salonowych bywalców wielcy malarze już byli kiedyś, a nie teraz, a Wyspiański według nich nawet nie mógł się do nich porównywać. Bardzo znany stał się w tamtym czasie obraz Muncha „Krzyk”, który też nikomu się nie podobał. Powszechne było narzekanie na sztukę współczesną, czyli tą z przełomu wieku XIX i XX.

        Obserwacje psychologiczne profesorowej też są bardzo ciekawe. Zastanawiała się np. nad relacją nastoletniej dziewczynki z macochą. W tym przypadku nie było nic przypominającego bajki o złej macosze i gnębionej pasierbicy. Dziewczynka okazała się równie koszmarna pod względem zachowania, manipulacji itp., jak i macocha. Inny frapujący układ to przyjaźń dwóch naukowców, z których jeden w imię przyjaźni trochę poświęcił karierę naukową, rezygnując z lukratywnej propozycji wyjazdu za granicę i godził się na rolę tego nieco gorszego. Czy w ogóle można mówić o przyjaźni w takim przypadku, gdy jeden jest postrzegany niesłusznie jako ten lepszy, mądrzejszy, a drugi również niesłusznie jako gorszy?

8/10

czwartek, 14 maja 2026

Agata Christie „ABC” – audiobook, czyta Danuta Stenka

 

        Książka jest świetnie napisana i świetnie odczytana, szalenie wciąga czytelnika w wir akcji. Królowa Kryminału jak zawsze zwraca uwagę na psychologię. I jak zawsze udowadnia, że była wyśmienitą obserwatorką ludzkich charakterów.

    „A.B.C.” jest nietypowe dla całej twórczości Christie, bo tutaj jest tylko jeden podejrzany, wszystkie dowody i poszlaki wskazują tylko na jednego, konkretnego mężczyznę. Wydaje się, że nie ma możliwości, aby zabójstwa dokonane zostały przez kogoś innego. Sprawa wygląda na oczywistą. Ale nie ma jednocześnie bezpośredniego, niepodważalnego dowodu, wskazującego na tego domniemanego sprawcę. Czytając, czy słuchając książki, nie można niczego wykluczyć. Skoro wszystkie dowody wskazują na jedną osobę, z jednej strony można przypuszczać, że to raczej nie będzie ta osoba, bo byłoby to za proste. Z drugiej strony trzeba wziąć pod uwagę, że Christie zastosowała już kiedyś w innej powieści taki manewr, że sprawca specjalnie podłożył niby to oczywiste dowody, wskazujące na siebie , oraz subtelne, wymagające większej wnikliwości, wskazujące na inną osobę. Zrobił to oczywiście po to, aby szybko te „oczywiste” dowody zostały obalone i aby znalazł się poza podejrzeniami.

Czytając Christie, wiedząc, że u niej nic nie jest proste, czytelnik będzie kwestionował i zebrane dowody i zdanie policji i ogółu, będzie „szedł pod prąd” różnym opiniom i będzie starał się wyrobić swoje własne zdanie. Christie właśnie tak musiała zachowywać się w kontaktach z ludźmi, nie tylko gdy pisała książki. Nie wyobrażam sobie tego, że w zwykłych relacjach międzyludzkich wykazywałaby łatwowierność, a wnikliwość opisywałaby tylko w książkach. Wszak i Herkules Poirot i panna Marple z obserwowania ludzi uczynili swoje hobby, a osiągnęli w nim mistrzostwo. W „A.B.C.” mamy Herkulesa. Nie skupiał się na sobie i swoich sprawach, zwracał uwagę na innych, na to, co i jak mówią, jak się zachowują, jakie mogą mieć ukryte motywy swojego zachowania. Analizował.

8/10 

wtorek, 12 maja 2026

Andrzej Nowak „Dzieje Polski. 1572-1563. Imperium Rzeczypospolitej.” Tom 5

 

        Jak zwykle prof. Nowak pisze na tyle intrygująco, że momentami książkę czyta się tak jak powieść. W poprzednich tomach w większości się z nim zgadzałam, teraz różnic co do oceny pewnych wydarzeń czy zjawisk było już więcej. Nie mam jednak żadnych wątpliwości co do tego, że bez względu na to, jakie ktoś ma poglądy polityczne i poglądy na naszą przeszłość, jeśli tylko interesuje się historią, to koniecznie powinien po „Dzieje Polski”. To spojrzenie na historię z zupełnie innego punktu widzenia niż ten, który jest z reguły przyjmowany, co zmusza do myślenia. Co więcej, to właśnie ta lektura pomaga zrozumieć współczesność, w tym chociażby to, dlaczego np. tak strasznie trudno jest w naszym wygrać wybory prezydenckie kandydatowi, który powszechnie utożsamiany jest z tzw. elitami społecznymi.

        Przy okazji poprzednich tomów wskazywałam na to, czym różni się spojrzenie prof. Nowaka na naszą historię od punktów widzenia innych historyków. Doszedł teraz kolejny wyróżnik. Prof. Nowak zwraca uwagę na coraz wyrazistszy już nawet w XVI wieku rozdźwięk pomiędzy tzw. elitami a społeczeństwem. I uwypukla te fakty, które świadczą o oderwaniu elit od realiów zwykłego życia i skupianiu się na prywacie, a nie na interesie państwa i społeczeństwie. W opisywanym okresie brak zaufania pomiędzy najbogatszą warstwą społeczeństwa a innymi warstwami coraz bardziej się pogłębiał. Jest to oczywiście pewne uogólnienie, od każdej reguły są wyjątki. Najbogatsza polska szlachta najprawdopodobniej wzorowała się na litewskich magnatach, którzy w zdecydowanej większości w ogóle nie brali pod uwagę w swoich poczynaniach interesu państwa, skupiali się tylko na zdobywaniu coraz większych bogactw i wpływów. Wraz z unią polsko – litewską z 1569 r. proces ten postępował.



I to właśnie postawę magnaterii, czyli elit, prof. Nowak uważa za najgroźniejszą dla naszego kraju i analizując wydarzenia z XVI i XVII wieku już sygnalizuje, że to właśnie ta kwestia stał się w późniejszym czasie przyczyną upadku Polski. W tym tomie są oczywiście liczne przykłady, w tym również mocno kontrowersyjne, jak chociażby Jan Zamoyski, który za Stefana Batorego skupiał w swoim ręku najważniejsze urzędy w państwie. Analizując jego decyzje i poczynania prof. Nowak udowadnia, że były one z reguły właśnie szkodliwe dla państwa. Przeciwnego zdania był chociażby Paweł Jasienica, który Zamoyskiego uważał za męża stanu i ubolewał, że nie został on królem. To Zamoyski stał za decyzją o ścięciu szlachcica Samuela Zborowskiego, którego prof. Nowak uważa za patriotę, zaś Jasienica za szkodliwego warchoła. Egzekucja Zborowskiego odbiła się wyjątkowo szerokim echem po kraju, a skrajnie negatywny oddźwięk społeczny uniemożliwił Zamoyskiemu start w elekcji. Ten brak społecznego słuchu już kilka stuleci temu był dla wyższych warstw charakterystyczny. Ściętego Samuela Zborowskiego uwiecznił Juliusz Słowacki, ukazując go w wyjątkowo pozytywnym świetle, niemal jako męczennika. Wygląda na to, że od wieków w naszym narodzie tkwi olbrzymia nieufność do elit, ocierająca się nawet o nienawiść.

Zaskakujące są analizy autora dotyczące tego, czy szlachta z omawianego okresu rzeczywiście stanowiła grupę niewykształconych prostaków, dbających tylko o swój interes, jak się powszechnie uważa. Większość historyków stoi na stanowisku, że to degeneracja szlachty, jej nieuctwo, warcholstwo, prywata, uniemożliwianie przez nią królowi realizacji politycznych planów, doprowadziło do rozbiorów. Taki pogląd prezentuje chociażby Jasienica, jako pierwsze przykłady anarchii wskazuje Artykuły Henrykowskie i Pacta Conventa.

Prof. Nowak dokładne analizuje artykuły henrykowskie i pacta conventa i udowadnia, że wcale nie świadczą ani o warcholstwie szlachty, ani nieuctwie, ani o niczym podobnym. Owszem, ograniczały one władzę króla, ale ograniczały na rzecz sejmu, czyli przedstawicieli społeczeństwa. Dzięki postawie szlachty nigdy nie było u nas władzy absolutnej. Posłowie raczej nie chcieli dawać Zygmuntowi III Wazie pieniędzy na wojny toczone poza naszym terytorium, chyba że najlepszym wyjściem w obliczu narastającego zagrożenia był atak uprzedzający napaść. Zygmunt III Waza miał lekkie zakusy na politykę imperialną, dzięki problemom z kasą, które zawdzięczał szlachcie, musiał się ograniczać. Ta postawa szlachty nie była więc taka zła, jak się powszechnie uważa. Podkreślam, że są to tezy kontrowersyjne, w trakcie lektury każdy może kształtować własne stanowisko na ten temat.

10/10 

poniedziałek, 4 maja 2026

Leszek Herman „Wrak Albionu” – audiobook, czyta Mikołaj Krawczyk

 

Pisałam już kilkakrotnie o Leszku Hermanie, raczej w pozytywnym kontekście. Obawiam się, że może się to zmienić. Autor w posłowiu poinformował, że zamierza podwoić ilość pisanych książek i odtąd chce wyrobić normę dwóch książek rocznie. Trudno sobie wyobrazić aby ktoś, kto nastawia się na pracę jak na taśmie w fabryce, mógł napisać coś naprawdę wartościowego. Już w tym tomie widać, że wątki historyczne są słabsze od współczesnych. Do pisania o lokalnej historii potrzebny jest research, który wymaga czasu.

Tym razem wydarzenia i współczesne i historyczne z pierwszej połowy XIX wieku rozgrywają się głównie w Szkocji. Kwestie historyczne są skupione na zatonięciu tytułowego „Albionu”, potem na ratowaniu rozbitków przez miejscowych arystokratów, a następnie rozwijany jest wątek damsko – męski. Jeden z rozbitków to Polak, płynący z misja od księżnej Czartoryskiej, wiozący polskie klejnoty ze skarbca królewskiego. Tym razem o historii Pomorza Zachodniego prawie nic nie ma.

Wątki współczesne są z kolei mocno wciągające, bohaterowie cyklu nurkują na wrak „Albionu”. Jest sporo o Szkocji, o miejscowych rodach, zamieszkujących od pokoleń w rodowych siedzibach, o życiu w bliskości morza. Tak jak w Australii niemal wszyscy pływają tam, żeglują, a nawet i nurkują. Są nawiązania do różnych niebezpiecznych substancji, zatopionych w Bałtyku podczas II wojny i związanych z tym niebezpieczeństw. Pojawia się też kwestia mutacji genetycznych stworzeń, żyjących w pobliżu skażonego dna morskiego. Są też podjęte kwestie zmian klimatycznych.

Słucha się z zainteresowaniem, aczkolwiek w tym przypadku jest wyraźna przewaga treści, będących fantazją autora. Książka jest bardziej dla miłośników wartkiej akcji i sensacji, niż dla miłośników historii. Ale relaks jest gwarantowany.

7/10