wtorek, 16 czerwca 2026

Thomas Mann „Buddenbrokowie. Upadek pewnej rodziny” tłumaczenie Jerzy Koch

 

    Dzięki nowemu tłumaczeniu dzieło sprzed 125 lat czyta się całkiem dobrze. Są pewne dłużyzny, zdarzają się też i męczące opisy, ale to już oczywiście wynika z tekstu autora. Na uwagę zasługuje wyjątkowo udane posłowie Wojciecha Engelkinga.

Pozornie książka jest realistyczna aż do bólu, bo opisuje życie kilku pokoleń Buddenbroków w XIX wieku. Byli oni mieszczanami, kupcami. Akcja zaczyna się, gdy rodzina i jej firma są w rozkwicie, a potem mimo pozorów jest tylko gorzej. Przyczyny upadku pozornie są racjonalne, ale robi to wrażenie, jakby do tych zwykłych przyczyn dołączyło jeszcze coś irracjonalnego. No bo dlaczego wszystko pod każdym względem zaczyna się naraz sypać? Jak zauważa W. Engelking, „Buddenbrokowie” to nie tylko historia upadku jednej rodziny, Buddenbrokowie to przykład, na którym można obejrzeć upadek całej klasy społecznej, mieszczaństwa XIX -wiecznego, bo w takim kształcie w jakim było w tym czasie, przestało istnieć. I raczej nie polegało to na przekształceniu, zmianie sposobu prowadzenia interesów, zmianie obyczajów, to pewnie było możliwe w przypadku młodych rodzin, te stare nie potrafiły się zmienić i dostosować do stale zmieniających się warunków. To jest opowieść w dużej mierze uniwersalna, bo od początku świata co się rodzi i coś upada, niszczeje, umiera. Powstają wspaniałe dynastie i obumierają, tak jak i narody, idee itp.

    Olga Tokarczuk pisała kiedyś w zbiorze „Czuły narrator”, że naprawdę wielkie dzieła pokazują pewne uniwersalne prawdy, których czytelnik nie był świadomy przed lekturą, może to być też pokazanie czegoś w zupełnie innym świetle, przez inny pryzmat. Nie chodzi tu o fakty np. z reportażu, tylko o uniwersalne ponadczasowe zjawiska. I kolejny element wielkiej powieści to element irracjonalności.

    W przypadku „Buddenbroków” właśnie ta irracjonalność jest najbardziej intrygująca. Pozornie jej nie ma, nie występuje tu żadne nadprzyrodzone zjawisko, ale ona już jakby tuż pod powierzchnią. Buddenbrokom nie układa się tak bardzo, że zawodzi tu matematyczny rachunek prawdopodobieństwa, działa za to prawo Murphy`ego, czyli jeśli coś złego może się zdarzyć, to właśnie się zdarza. Tak to wygląda, jakby natura wszystkiemu dawała początek i koniec, nic nie może bowiem w tym samym kształcie trwać wiecznie, musi albo obumrzeć, albo stale się zmieniać i dostosowywać.

Każde kolejne pokolenie mężczyzn u Buddenbroków było jakby mniej zdolne, mniej pracowite, mniej mu się chciało i to czegokolwiek. Z racji tego że byli majętni, nie mieli motywacji, aby pracować, a ci którzy chcieli pracować, nie mieli umiejętności. Tak to wyglądało, jakby kolejne pokolenia dostawały od natury coraz gorszy materiał genetyczny, mimo że małżeństwa nie były zawierane w obrębie rodziny. Tak właśnie jakby sama natura zadecydowała, że już czas na ich koniec. Wyjątkiem pod względem zdolności był tylko młody Hanno, który jednak uzdolniony był w zupełnie innym kierunku, muzycznym. Ale nie zmienia to postaci rzeczy, bo wiadomo było już od jego wczesnego dzieciństwa Hanno, że jeśli przeżyje, to z racji cech charakteru, osobowości i uzdolnień, nie będzie mógł kontynuować kupieckich tradycji rodu.

    Wgłębianie się w opis upadku Buddenbroków daje sporo do myślenia. Poważnym minusem był dla mnie pesymizm tej powieści. Buddenbrokom jest źle i wiadomo, że będzie coraz gorzej. Nie za bardzo wiedzę tu chociażby iskierkę nadziei. Nie ma. Jest to po prostu dołujące.

9/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz