wtorek, 11 listopada 2025

Patrick Modiano "Dora Bruder"

 

        Dora Bruder” to jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Od pierwszych już zdań widać, że to jest wielka literatura, a Nobel z 2014r. dla autora był jak najbardziej zasłużony. Pisałam kilkakrotnie o książkach Patrica Modiano tutaj, i tutaj. 

        Narrator, paryżanin, znalazł w starej gazecie z 1941r. ogłoszenie o tym, że zaginęła Dora Bruder lat 15. Ponieważ podany był adres rodziców, zorientował się, że zna ten rejon Paryża, a w dzieciństwie tam nawet mieszkał. Nie wiedząc do końca dlaczego, zaczął wgłębiać się w tą historię i szukać informacji o Dorze. Książeczka jest właśnie o poszukiwaniu śladów Dory, zawiera też masę refleksji o kwestiach egzystencjalnych, szerszych niż los jednostki. Stawia masę pytań, nie daje żadnych odpowiedzi i nie dotyczy to tylko Dory.

        Narrator zauważa róże przypadki, zbiegi okoliczności, wie, że chodził tymi samymi ulicami, co Dora. Odkrywa, że Dora uciekła z internatu, a on również przeżył taki epizod. Przypomina sobie, że znał człowieka, który musiał znać Dorę. Ustala, jaką trasą dziewczyna uciekała przed gestapo i zauważa, że przy tej trasie jest miejsce, opisane przez Wiktora Hugo w „Nędznikach”, w którym ukrył się, uciekający wraz z Kozetą Jan Valjean. W miarę poszukiwania informacji o Dorze pojawia się coraz więcej zbieżności pomiędzy jej losem a pewnymi fragmentami losu narratora. Dlaczego tak jest? Czy coś z tego ma wynikać, a jeżeli tak, to co? Odnosi się wrażenie, jakby Modiano przybliżał się do wielkiej tajemnicy, a tą tajemnicą nie jest bynajmniej tylko los Dory, bo oczywiste było, że jako skrajnie biedna Żydówka miała znikome szanse na przeżycie wojny. Oczywiste jest też, że ta wielka, egzystencjalna tajemnica nadal nie będzie rozwiązana. 

        Zakonnik, trapista Michał Zioło w książce „Litery  na piasku” pisał: „bo mnie obchodzi sens właśnie, sens pojawienia się w czyimś życiu innego życia, choćby i za sprawą pośredników, czasem tylko w formie szczątkowych informacji”. Szerzej o „Literach na piasku” pisałam tutaj.

        Na początku lektury zastanawiałam się nad sensem wgłębiania się w los Dory, wiadomo było przecież, że nie była ona ani literatką, ani artystką, ani kimś, kto pozostawiłby po sobie spuściznę. Była zwyczajną dziewczyną. Pytanie o sens wnikania w jej życie i poszukiwania śladów pozostaje otwarte. Ale skoro każde życie ludzkie ma sens, próba przyjrzenia się temu życiu również musi mieć sens. Podczas czytania czuje się, że ta lektura uwrażliwia i czyni czytelnika bardziej empatycznym nie tylko na dzieje Dory. Los jednostki chyba bardziej przemawia niż zestawienia, cyfry i statystyki.

    Modiano poza jednym małym wyjątkiem nie wprowadza żadnych elementów paranormalnych, nie ma tu duchów, nikt ani nie widzi ani nie słyszy niczego nadprzyrodzonego, nie ma nawet proroczych snów. W jednym tylko miejscu narrator, stojąc w miejscu, w którym najprawdopodobniej przebywała Dora, mówi: ”Niemniej pod grubą warstwą zapomnienia od czasu do czasu dawało się coś wyczuć, jakieś odległe stłumione echo czegoś, czego dokładnie nie dawało się określić. Było to jak znalezienie się na skraju pola magnetycznego bez wahadełka, pozwalającego odbierać fale”.

10/10



sobota, 8 listopada 2025

Leszek Herman „Galeon” – audiobook, czyta Maciej Motylski

 


        Spośród dwóch książek Leszka Hermana, jakie znam, ta jest zdecydowanie najsłabsza. We wcześniej przeczytanych, tj. w „Sedinum, wiadomość z podziemi” i w „Latarni umarłych”, były liczne retrospekcje i nawiązania do przeszłości, a konkretnie do historii Pomorza Zachodniego. Fragmenty o przeszłości były nawet ciekawsze od tego, co działo się w książkach w teraźniejszości.

        W „Galeonie” jest z kolei minimalna liczba nawiązań do przeszłości, a zarówno tytuł jak i okładka, sugerujące opowieść o statku, wprowadzają czytelnika w błąd. Statek potraktowany jest skrajnie marginalnie, niemal cała akcja rozgrywa się współcześnie, wspomniane jest tylko o katastrofalnym, zimowym sztormie sprzed 100 lat, który spustoszył Szczecin. Akcja „Galeonu” jest w większości po prostu nudna.

        Jedynymi plusami, jakie zauważyłam, są opisy pracy dziennikarzy z lokalnego dziennika, wydawanego w wersji papierowej i internetowej. Jest pokazane, jak m.in. jak zdobywają informacje. Zdarza się, że ktoś dzwoni i chce sprzedać ciekawe newsy za odpowiednią sumę, najpierw oczywiście chce dostać pieniądze. Dziennikarzom pozostaje pytanie, czy kupować przysłowiowego kota w worku i płacić nie wiadomo za co, czy zrezygnować i liczyć się z tym, że opowieść kupi konkurencyjna gazeta. Albo np. informator wskazuje jako miejsce spotkania odludne zaułki i porę, gdy jest ciemno. Ciekawostką dla mnie był fakt, że część tekstów pisana jest na zamówienie np. deweloperów i publikowana jest nie jako reklama, tylko jako niby zwyczajny tekst. Gazeta dostaje za to pieniądze, a gdyby się na to nie zgodziła, mogłoby to zagrozić jej bytowi, na dłuższą metę bez tego rodzaju dochodów, przestałaby istnieć.

        Mimo tych małych plusików, rezygnując z czytania „Galeonu”, niewiele się straci. Ale i tak niezależnie od tego dam Hermanowi kolejną szansę.

4/10




środa, 29 października 2025

Lilian Jackson Braun „Kot który się włączał i wyłączał” tom 3 cyklu o Qwillu

 

        Jak już pisałam, po raz kolejny sięgnęłam po swoją ulubioną serię o kryminalną, a tak faktycznie serię o zwyczajnym życiu, poprzednio pisałam o tym tomie tutaj. Qwill w tym tomie nie ma gdzie mieszkać, nie ma oszczędności, ma za to przyjaciela z lat szkolnych i 2 koty, jest dziennikarzem i przez przypadek zdecydował, że tymczasowo zamieszka w uchodzącej za bardzo niebezpieczną dzielnicy ruder. Ten pobyt miał ułatwić mu napisanie materiału prasowego na konkurs bożonarodzeniowy. Chciał napisać właśnie o tej dzielnicy. Wszyscy go ostrzegali przed Junktown, ale on był otwarty na ludzi, na nowe miejsca, nurty, rzeczy itp.

        Autorka w całym cyklu tworzy galerię postaci godnych uwagi, nie ma tu ludzi nijakich. Qwill poznaje antykwariuszkę, nazywaną Smokiem, piękną i zachowującą się tak, jakby nie miała ochoty niczego sprzedać. Okazało się, że pochodziła ona z szalenie bogatej rodziny, a całe jej rodzeństwo żyło zgodnie z oczekiwaniami ojca, bankiera. Smok uznała, że bardziej od pieniędzy ceni sobie wolność bycia tym, kim chce. Bez zgody rodziny opuściła dom i pod przybranym nazwiskiem zajęła się prowadzeniem antykwariatu z antykami i różnymi rupieciami. Qwill zaprzyjaźnił się też ze swoją gospodynią, Irene, wyśmienita kucharką. Chociaż jej iloraz inteligencji nie był zbyty wysoki, jej życzliwość i otwartość, a także fakt, iż częstowała swoim wyśmienitym jedzeniem, spowodowały, że ta znajomość okazała się trwała.

        Qwill nigdy nie interesował się antykami, wolał nowoczesność, ale dla potrzeb dziennikarskich, zaglądał do miejscowych antykwariatów. Był ciekawy wszystkiego dookoła i wśród różnych rupieci co nieco znalazł. Kupił starą maszynę do pisania, starą puszkę do kawy dla przyjaciela, a potem jeszcze wielką tarczę z herbem swojego rodu. Puszka czy maszyna nie kosztowały wiele, a dały sporo radości.

    Qwill zamieszkując w Junktown był w średnim wieku z ugruntowanymi zainteresowaniami. Nie przeobraził się w fascynata antykami i innymi rupieciami, ale zaczerpnął z tego miejsca właśnie lekkie, minimalne wręcz zainteresowanie tą tematyką, a do tej pory interesowały go tylko książki. Nic więc nie stracił, a zyskał. Sytuację bardzo trudną, gdy nie miał grosza przy duszy, przeobraził w zwycięstwo. Otworzył się na nowe miejsce, które wcale nie było takie złe, jak powszechnie uważano, zyskał nowych przyjaciół, nowe mini zainteresowanie.

10/10



środa, 22 października 2025

Andrzej Sapkowski "Narrenturm"- audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła i zespół aktorów

 

    Książka miejscami jest porywająca i fascynująca, gdzie indziej zaś denerwująca i nużąca. Fenomenalnie pokazane są wojny husyckie, a w szczególności rola Inkwizycji, a także motywy z miejscowymi legendami i opisy miejsc, w których wydarzenia się rozgrywają. Przykładowo położone w Kotlinie Kłodzkiej miasteczko Bardo kojarzy się obecnie z turystyką, w czasie wojen zaś przeżywało oblężenie i zostało zniszczone. Psychologia z kolei jest płyciutka. Reynevan z Bielawy stale jest zakochany i pod wpływem uczucia zachowuje się tak, jakby był niespełna rozumu, będąc ścigany, popełnia takie błędy, jakich uniknąłby rozgarnięty nastolatek. Ma inne cechy pozytywne, ale fragmenty z udziałem jego głupkowatego zachowania są trudne do słuchania. Jego przygody przypominają książkę dla dzieci.

    Sapkowski nie skupia się jednak przygodach naiwnego Reinevana, pokazuje całą epokę. Wśród opisów jednym z ciekawszych jest opis Inkwizycji. Kojarzy się ona jednoznacznie źle, ze stosami i torturami, co jest obrazem wybiórczym, pisałam o Inkwizycji tutaj po wysłuchaniu audiobooka „W obronie Świętej Inkwizycji”. Sapkowski słusznie nie przedstawia inkwizytora jako tępego psychopaty, tylko jako wykształconego, światłego człowieka. W tamtych czasach tortury i palenie na stosie były normą, środki te stosowała zarówno władza kościelna i świecka. Inkwizytor z „Narrenturm” nie ogranicza się tylko do palenia ludzi na stosie. Inkwizycja pozyskiwała sobie szpiegów, niektórzy ludzie dostawali bowiem propozycję współpracy w zamian za uniknięcie tortur. 

    Sapkowski świetnie pokazał ponadczasowość pewnych zjawisk, jak chociażby właśnie pozyskiwanie współpracowników przez różne służby, później poszukiwanie podejrzewanych o współpracę, nawet gdyby do faktycznej współpracy nie doszło, dylematy ludzi, którzy dostali taką propozycję. Porażające są opisy nienawiści, jaką zaczęli do siebie pałać ludzie, przez lata będący sąsiadami, z powodu różnego podejścia do wiary w czasie wojen husyckich dochodziło do takich scen, jak w czasie Ludobójstwa na Wołyniu. Opisywane wydarzenia rozgrywały się 600 lat temu, ale biorąc pod uwagę olbrzymie i to od lat, zlaicyzowanie Czechów, nie ulega wątpliwości, skutki tych wydarzeń, oraz innych, następczych, trwają do dzisiaj.

    Mimo tych plusów nie jestem pewna, czy będę chciała słuchać dalszego ciągu przygód Reynevana.

7/10

czwartek, 16 października 2025

Ewa Woydyłło „Żal po stracie. Sztuka akceptacji”

 

    Ewa Woydyłło bardzo szeroko traktuje słowo żal, może to być żałoba, ale również może to być każda inna strata, jak np. strata pracy, zdrada i utrata zaufania, choroba czyli utrata zdrowia itp. Autorka jest bardzo doświadczoną psychoterapeutką, sporo też przeszła w życiu. Książka ma w zamierzeniu pomóc przetrwać ten trudny czas po stracie, pomimo tego, że każdy inaczej przeżywa trudne momenty, a straty są bardzo różne. Woydyłło pisze bardzo przystępnie, czyta się naprawdę bez problemu. Znaczna część tej pozycji jest uniwersalna, dotyczy straty każdego rodzaju straty, ale jest też parę rozdziałów szczególnych, np. dotyczących utrwalonej żałoby, z której ktoś mimo upływu czasu, nie może wyjść.

    Autorka wielokrotnie podkreśla, że najgorsze jest to, gdy ktoś zasklepi się w żalu po swojej stracie do tego stopnia, że przestaje normalnie funkcjonować i nie może z tego wyjść. Pisze ona, że „wyznaje wiarę w ludzkiego ducha, dzięki któremu można (i trzeba) sobie poradzić ze wszystkim”. Sygnalizuje, że w dziejach świata ludzkość też radziła sobie w różnymi trudnymi sytuacjami, niekiedy podobnymi do obecnych, niekiedy znacznie trudniejszymi. Jej zdaniem konieczne jest w życiu przygotowanie się na wszystko, co może się zdarzyć. Większość osób jest zaskoczona, gdy dotyka je coś złego, uważają, że to jest niesprawiedliwe, a jednocześnie nie zauważają, że złe rzeczy dotykają również inne osoby. Pod zwrotem „przygotowanie się na wszystko, co może się przydarzyć”, rozumie ona przyjęcie do wiadomości, że coś może się stać, a nie podejmowanie konkretnych działań, bo nie zawsze są one możliwe. Tam gdzie jest to możliwe, można oczywiście konkretne działania podjąć, np. robiąc zdrowotne badania profilaktyczne. Trzeba akceptować życie takie, jakim ono jest, a nie oczekiwać, że wszystko będzie tak, jak chcemy. „Doznanie utraty wpisane jest w doczesny los człowieka”.

    Wbrew pozorom, przeżycie różnych trudnych sytuacji często uodparnia i przygotowuje na kolejne potencjalne ciosy. Zdaniem autorki, z ciosami Losu może nie poradzić sobie ktoś słaby, wydelikacony, wcześniej złamany, nieodporny, strachliwy. Ale „Gdy Los natrafi na kogoś mocnego, zaprawionego w życiowych zmaganiach, na osobę dojrzałą nie tylko głową, ale i muskułami, taka sobie poradzi”. Umiejętności radzenia sobie w trudnych, a nawet traumatycznych okolicznościach, można nauczyć się w każdym wieku. „Przetrwanie ciężkich doświadczeń bilansuje się większą mocą, odpornością, jeszcze trwalszym przetrwaniem”. A celem istnienia według przywołanego przez autorkę Wilhelma von Humboldta jest „wydestylowanie jak najszerszego życiowego doświadczenia w mądrość”.

Uniwersalna porada na przeżycie trudnych chwil jest taka, że warto zająć się innymi osobami, nie tylko sobą i rozmyślaniami, jak jest ciężko. Wówczas postawa żałoby nie utrwala się, człowiek odrywa od niej myśli. W późniejszym okresie, jeżeli jest taka potrzeba, mimo straty warto i trzeba nadać nadać życiu sens.

    Tytułowa utrata może też być związana z tym, że ktoś zrobił nam coś złego, straciliśmy więc do kogoś zaufanie, mogliśmy na skutek tego np. rozstać się z partnerem. Ważne jest tutaj przebaczenie, dla naszego dobra. Utkwienie w rozpamiętywaniu krzywdy przypomina tkwienie w wiecznej żałobie i uniemożliwia dalsze, satysfakcjonujące życie.

    Zdaniem autorki człowiek może nauczyć się pogody ducha nawet w żałobie. „Może stać się spokojniejszy, bardziej odporny, mniej podatny na użalanie się nad sobą i swoimi stratami”.

9/10





poniedziałek, 13 października 2025

Tomasz Duszyński „Grzesznik ze Strehlen”

 

      Jako miłośniczka kryminałów retro nie mogłam sobie odmówić przeczytania książki, która zajęła 3 miejsce w tym roku na Festiwal Kryminału Retro w Gostyniu „Kryminalny Magiel”. Znaczną część powieści czytało mi się ciężko, ale od końcówki, mniej więcej 1/3 czy nawet ¼, bardzo trudno było mi się oderwać. Najsilniejszym uczuciem, jakie towarzyszyło mi podczas czytania, szczególnie pod koniec, był niepokój, odraza, a nawet pewien bunt przeciwko epatowaniu okrucieństwem, a jednocześnie fascynacja opisywanymi terenami, czyli Kotliną Kłodzką i to zarówno pod względem przyrody, jak i zabytków. „Wisienką na torcie” jest opis unikalnej w światowej skali Twierdzy Kłodzko. Jeśli ktoś lubi czytanie pod kocykiem z kawką czy czekoladkami, to nawet wtedy nie będzie mu miło. „Grzesznik” nie jest jednocześnie powieścią płytką, ma głębię, aczkolwiek nie jest ona jakaś porażająca.

    Grzesznik” jest dołujący, gorszy nastrój po lekturze jest niemal gwarantowany. W opisywanych przez Duszyńskiego miejscach panuje bieda, szerzy się pijaństwo, liczba osób z różnymi dewiacjami, w tym psychopatów, przewyższa średnią statystyczną. Za dewiacje najprawdopodobniej, przynajmniej w pewnym stopniu, odpowiada niedawno skończona Wielka Wojna, czyli I wojna światowa, tak sugeruje jeden z bohaterów. Mimo końca wojny mało kto jest szczęśliwy.

    W książce pojawia się dylemat, ile można czy ile też powinno się poświecić dla uratowania bliskiej osoby. Czy jest jakaś granica, której nie powinno się w tym zakresie przekroczyć? Czy życie kogoś najbliższego faktycznie jest wartością nadrzędną, przy której nic innego się nie liczy? Wisława Szymborska pisała, że tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono. Tutaj właśnie bohaterowie Duszyńskiego postawieni są w takich sytuacjach, że po podjęciu określonych decyzji orientują się, że chyba sami siebie nie znali.

7/10

     

sobota, 11 października 2025

Gabor Mate „Kiedy ciało mówi nie. Koszty ukrytego stresu”

 

        Najważniejsza myśl, jak płynie z książki Gabora Mate, lekarza, jest taka, że istnieje niezaprzeczalny związek pomiędzy psychiką człowieka, stopniem zadowolenia z życia i spełnienia, poczuciem sensu w życiu, a zachorowalnością na nowotwory. Jeżeli człowiek ma problemy, z którymi sobie nie radzi, niekiedy nawet sobie ich nie uświadamia, to jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że zachoruje. Przykładem kogoś, kto nie zdaje sobie sprawy z tego, że ma problem, jest np. osoba, poświęcająca się nadmiernie dla innych, myśląca tylko o dzieciach i wnukach i ignorująca jednocześnie swoje potrzeby. Ukrytym problemem jest życie pod dyktando innych osób. Nawet gdy komuś wydaje się, że ta sytuacja jest normalna, ciało prędzej czy później zaczyna się buntować i chorować.

     Zdaniem autora, powinniśmy zadawać sobie pytania, np. czy żyję w zgodzie z własnymi, najgłębszymi prawdami, czy raczej po to, by spełniać cudze oczekiwania. Nie powinno się tłumić gniewu, nadmiernie zwracać uwagi na opinie innych osób, być tylko potulnymi, posłusznymi itp. Warto uświadomić sobie własne lęki i cierpienia, żal, zgryzotę, smutek, złość, poczucie beznadziei, odrzucenie, zastanowić się, dlaczego tak właśnie odczuwamy, próbować potem temu zaradzić, niż udawać, że takich odczuć nie ma. Takie udawanie to prosta droga do choroby. Tych sugestii jest oczywiście więcej.

     Te spostrzeżenia nie są obecnie już odkrywcze, ale warte przypomnienia. Autor twierdzi też, że określone cechy psychiczne generują taką a nie inną chorobę. Podobną tezą postawiła też lekarka Preeti Agrawal w książce „Holistyczna droga do zdrowia. Jak uruchomić potencjał samoleczenia”, o której pisałam tutaj. Książka Preeti Agrwal jest jednak głębsza. Jej porady dotyczące zdrowia obejmują m.in. też kwestie duchowości, ćwiczenia relaksacyjne, są u niej wskazówki żywieniowe

     U Gabora Mate poszczególne rozdziały są do siebie bliźniaczo podobne. Jest wskazana konkretna choroba i są opisy pacjentów, którzy na nią zachorowali i mieli bardzo zbliżone cechy psychiczne. Jeden rozdział to jedna choroba. W trakcie czytania jest to mocno nużące. Jest to spojrzenie albo bardzo nowatorskie, albo raczej wyjątkowo uproszczone. Nie ma tu mowy o genetyce, o uwarunkowaniach środowiskowych itp. kwestiach. Sugestie grzebania w przeszłości i wynajdowania tam dla swojego dobra traumatycznych, zapomnianych przeżyć, też budzą mój opór. Zdaniem autora te zapomniane wydarzenia stanowią „wyparcia”, które generują choroby.

      Całość jak na mój gust jest warta uwagi co do zasady, ale przy szczegółach jest mocno dyskusyjna.

7/10



środa, 8 października 2025

Joe Alex (Maciej Słomczyński) „Gdzie przykazań brak dziesięciu” – audiobook, czyta Tomasz Bielawiec

 

    Słomczyński opisuje wspaniałą, arystokratyczną, angielską rezydencję, należącą do emerytowanego generała, któremu ktoś grozi zabójstwem. Konwencja powieści nawiązuje do Agaty Christie, gdy dochodzi do zabójstwa, liczba podejrzanych jest ograniczona, nie ma przemocy.

    Jak na kryminał brakuje tu trochę dynamiki, powieści Christie były nieco krótsze, tutaj są pewne sceny są nieco zbyt długie i nużące, takie kontemplacyjne. Kwestia kto zabił, nie jest jakoś szczególnie frapująca. Rekompensatą są nawiązania do sztuki, w tym Dalekiego Wschodu. Ponadto jeden z bohaterów pracował nad pomnikiem lotników, poległych w czasie wojny. Są rozmowy na temat tego, co mogli myśleć lotnicy, którzy wiedzieli, że ich samolot jest już zestrzelony, czy się załamywali, czy walczyli do końca, nie poddawali się, licząc na to, że może jednak uda im się przeżyć. Bez względu na to, czy ktoś jest lotnikiem, czy nie, jedni ludzie zawsze walczą, inni się załamują pod wpływem byle czego, o tym też jest mowa. No i brana jest pod uwagę kwestia wartości, którym lotnicy byli wierni, narażając życie. Pozostaje pytanie, nad którym opisywane postacie się zastanawiają, jak to jest z tymi wartościami w ich gronie.

    Pod względem psychologicznym bohaterowie są dosyć ciekawi, warta obserwacji jest dziwna para: ojciec z dorosłą córką, traktowaną jak dziecko, wymagające stałej opieki i rozkazywania. Autor rozważa też w kontekście przyczyn zabójstwa, co takiego dla kogoś może być ważniejsze, niż ludzkie życie. W tym przypadku nie wszystkie standardowe i częste przyczyny zabójstwa, wchodzą w rachubę. Z racji wieku ofiary zawiedziona miłość odpada.

    Czytelnicy którzy nie potrzebują wyjątkowo wartkiej akcji, powinni być zadowoleni. Mnie Joe Alex się podoba.

7/10


poniedziałek, 29 września 2025

Carlos Riuz Zafon „Labirynt duchów” – tom IV cyklu „Cmentarz Zapomnianych Książek”

 

         Opowieść to nieskończony labirynt słów, obrazów i duchów, przywołanych po to, aby wyjawić nam ukrytą prawdę o nas samych. Opowieść to w ostatecznym rozrachunku rozmowa tego, kto ją pisze, z tym, kto ją czyta, ale narrator może powiedzieć tylko tyle, na ile pozwoli mu jego warsztat, czytelnik zaś wykorzystać tylko tyle, ile sam ma zapisane w duszy.” - „Labirynt duchów”. Za takie zdania można Zafona nie tylko polubić, ale chyba nawet i pokochać. Ale z „Labiryntem duchów” jest mniej więcej tak, jak z człowiekiem, który ma olbrzymią liczbę i wad i zalet, zalety oczywiście przeważają, ale o wadach też jest ciężko zapomnieć.

        Cały cykl „Cmentarz zapomnianych książek” jest nie tylko o określonych postaciach, ale głównie jest o książkach, o czym pisałam przy okazji wcześniejszych tomów. W „Labiryncie duchów” sporo wydarzeń rozgrywa się na wymyślonym przez Zafona Cmentarzu Zapomnianych Książek. A cmentarz ten „to miejsce święte. Każda znajdująca się tu książka, każdy tom ma własną duszę. I to zarówno duszę tego, kto ją napisał, jak i duszę każdego, kto ją przeczytał i tak mocno ją przeżył, że zawładnęła jego wyobraźnią. Za każdym razem, gdy książka trafia w kolejne ręce, za każdym razem gdy ktoś wodzi po jej stronach wzrokiem, z każdym nowym czytelnikiem jej duch odradza się i staje się silniejszy”.

        Symbolicznie każdy z nas ma kontakt z Cmentarzem Zapomnianych Książek, gdy natrafiamy na książkę, która w jakiś szczególny sposób do nas przemawia, której nie zapomnimy i do której będziemy wracać, tak jakby była napisana specjalnie dla nas. W zetknięciu z taką książką faktycznie jest coś z magii, co Zafon doskonale uchwycił.

      Świetnym pomysłem było też pokazanie, co czytają bohaterowie powieści. Doskonale widać, że w każdym momencie ich życia znajdują książki, które do tego momentu idealnie pasują, jakby na nich czekały. Przykładowo Daniel Sempre żyjący żądzą zemsty, sięga po „Hrabiego Monte Christo”. Chcący odseparować się od świata zewnętrznego i wytchnąć od koszmaru wojny domowej i innych problemów, bierze z kolei „20 000 mil podmorskiej żeglugi”. Można powiedzieć, że u Daniela, członkami rodziny są nie tylko osoby, które łączy pokrewieństwo, ale także przyjaciele i książki. Książka u Zafona jest czymś pośrednim pomiędzy przedmiotem a żyjącą istotą.

Główną bohaterką jest Alicja, singielka, femme fatale, postać bardzo niejednoznaczna, sprawiająca wrażenie, jakby była osobą nie z tego świata. Współpracowała z reżimową policją przy rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, nie miała jednak żadnego udziału w zbrodniach, wręcz przeciwnie. Gdy kiedyś zastanawiała się, czy mogłaby kiedyś wieść takie życie, jak Daniel, czyli pełna stabilizacja, żona, dziecko, stała praca itp., miała spore wątpliwości, czy się do tego nadaje, czy jej przeznaczenie nie jest jednak inne. Jej ukochane książki to „Alicja w Krainie Czarów” i „Alicja po drugiej stronie lustra”.

        „Labirynt duchów” jest jednak książką cegłą. Ma prawie 900 stron. Nie wszystko czyta się lekko, były takie fragmenty, że czytało mi się tak ciężko, że zastanawiałam się nad odłożeniem jej. Podobnie jak i w poprzednich tomach przeszkadzał mi jednostronny obraz Wojny Domowej w Hiszpanii. Psychologia jest płyciutka. Ale jest coś za coś. Są właśnie książki.

8/10








piątek, 26 września 2025

Adam Mickiewicz „Pan Tadeusz” – audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła

 

            W ramach powrotu do klasyki sięgnęłam po „Pana Tadeusza”, licząc na to, że może spodoba mi się bardziej niż w czasach szkolnych. Ale nic się nie zmieniło.

        Najbardziej przeszkadzały mi w słuchaniu opisy polowań i zadręczania zwierząt. Nie ulega wątpliwości, że w czasach Mickiewicza dla przeważającej większości ludzi, łącznie z niby to wrażliwymi poetami i artystami, zwierzę, w szczególności dzikie, było po prostu rzeczą. Mickiewicz nie ograniczał się do stwierdzenia, że upolowano np. słynnego z tej epopei niedźwiedzia, ale opisywał szczegółowo, jak to psy go rozszarpywały itp.

        Maniera spędzania czasu na wspominaniu, jak to kiedyś było niby świetnie, a obecnie jest beznadziejnie, też mnie nie przekonuje. W czasach Mickiewicza sytuacja geopolityczna była oczywiście inna. Dla patriotów zabory były z pewnością trudną sytuacją, ale mimo wszystko bezustanne wspominanie i idealizowanie przeszłości, zamiast produktywnego, sensownego działania, czy nauki, jest dla mnie pozbawione sensu.

        Nie mogłam się przekonać do Tadeusza, który mówić wprost, był prostakiem, nauka go nie pociągała, najlepiej się czuł, uwodząc, lub będąc uwodzonym, bądź też będąc żołnierzem, co w tamtych czasach nie wymagało szczególnych zdolności intelektualnych. Duch walki zbrojnej, skazanej na klęskę, nigdy mnie przekonywał. A tu jest tego sporo, jest opis fascynacji Napoleonem i nie jest powiedziane wprost, jak naiwne to były nadzieje.

        Czy było w „Panu Tadeuszu” coś ciekawego? Sporo wątków napisanych było wyjątkowo lekko i zabawnie, w szczególności dotyczy to spraw romansowych. Mimo że wiadomo jest, jak całość się skończy, było to zabawne, słuchać jak np. Telimena uwodzi Tadeusza, jak on potem odkrywa, że uwodzicielka jest jego ciotką itp. Olbrzymim plusem jest też oczywiście Krzysztof Gosztyła, ale przy otworze, którego ktoś zupełnie nie czuje, nawet on nie jest w stanie nic zrobić.

6/10

piątek, 19 września 2025

Preeti Agrawal „Holistyczna droga do zdrowia. Jak uruchomić potencjał samoleczenia”

 

        Preeti Agrawal jest hinduską lekarką, która ukończyła w Indiach medycynę, potem nostryfikowała dyplom w Polsce, odbywała staże na uczelniach europejskich i amerykańskich. W swojej książce stara się udowodnić, że najlepiej dla naszego zdrowia byłoby, gdybyśmy mogli czerpać zarówno z dorobku medycyny konwencjonalnej jak też i z medycyny Dalekiego Wschodu, tj. medycyny chińskiej i z ajurwedy, czyli starożytnej medycyny indyjskiej.

        Najbardziej charakterystyczne dla medycyny Dalekiego Wschodu jest przyjęcie, że istnieje bardzo, niesamowicie wręcz ścisły związek pomiędzy tym, co dzieje się w naszym ciele, a tym co dzieje się w głowie. Kluczowe dla zdrowia jest to, czy jesteśmy szczęśliwi, czy mamy sens w życiu, czy nie żywimy negatywnych emocji, jak np. nienawiść, żal, czy nie pragniemy zemsty itp. itd. Co ciekawe, konkretne negatywne emocje wpływają negatywnie na konkretne organy w ciele, tak jakby było pomiędzy nimi powiązanie, tzn. wg medycyny chińskiej i indyjskiej takie powiązanie istnieje. Do pełnego i trwałego wyzdrowienia nie dojdzie, gdy chory nie uzmysłowi sobie prawdziwej przyczyny choroby, np. nie uświadomi sobie, że np. przepełniony jest pragnieniem zemsty i non stop o niej myśli. W książce wskazane jest, który organ w ciele jakie negatywne emocje dewastują. Mam świadomość, że brzmi to dziwnie, ale gdy przypomniałam sobie, jakie problemy zdrowotne mają znajome mi osoby i porównałam sobie te dane do informacji z książki, to stwierdzam, że coś jest na rzeczy.

        Preeti Agrawal opisuje też porady dot. utrzymania zdrowia i zdrowienia, które budzą moje wątpliwości, np. powtarzanie mantr, różne rytuały np. na powitanie słońca, pocieranie konkretnych palców, co ma dać np. oczyszczenie organizmu. Przekonująco z kolei brzmią np. opisy ćwiczeń oddechowych, mających dać relaks i uspokojenie, czy wizualizacje zdrowotne.

        Autorka zamieściła także piramidę zdrowego odżywiania (nie pomyliłam nazwy), nie do końca zgodną z tym, co obecnie uważa się za najlepsze. Za najważniejsze w tej piramidzie wskazała „świadomość”, czyli „praktyki, które uspokajają umysł i wzmacniają ducha”, jak np. „ćwiczenia odprężające i skupiające, które wspomagają proces autorefleksji”, medytacje, kontemplacje, modlitwy”. Kolejnym elementem piramidy jest „aktywność”, czyli co najmniej godzina dziennie na ćwiczenia fizyczne, prace na zewnątrz. Następnie dopiero są konkretne produkty żywieniowe, czyli węglowodany ze zbóż, chleby i kasze z nierafinowanych pełnych zbóż. Dalej są warzywa i wszelkie owoce. Kolejno są białka, ale preferowane są z roślin strączkowych, orzechy, nasiona, jajka , ryby, drób , mięso – oszczędnie. Przyprawy, zioła zamykają piramidę.

         Książka pełna jest porad, nawet gdy ktoś podejdzie do nich z dystansem, sporo może zaczerpnąć.

8/10