niedziela, 6 lipca 2014

Piotr Zychowicz – „Pakt Ribbentrop – Beck”




Rebis 2013, wydanie II  rozszerzone  

          A może w 1939r. powinniśmy jednak zgodzić się na żądania Hitlera ? Czy eksterytorialna autostrada na słupach o długości 40 km. i „oddanie” Wolnego Miasta Gdańsk z 85% ludnością niemiecką , który i tak nie był nasz, nie byłoby warte ocalenia milionów ludzi ?  Dlaczego my jako Polacy w polityce międzynarodowej dbamy wiecznie o honor, a inne państwa   mają na względzie rację stanu i dbają  nie o honor, ale o ludność, dziedzictwo kulturowe i mienie, a do tego w imię racji stanu dla własnego interesu są w stanie sprzymierzyć się z najgorszym nawet zbrodniarzem ? Czy faktycznie powinniśmy sprzymierzyć się z Niemcami i ruszyć z nimi na Sowietów, potem   sprzymierzyć się z Anglią i Francją p-ko Niemcom? Wbrew wszelkim utartym poglądom po dojściu Hitlera do władzy z Niemcami mieliśmy wyśmienite relacje, co dokładnie jest omówione. Kwestia dyskusyjna, ale według Zychowicza tylko w ten sposób zachowalibyśmy pełną niezależność. Byłaby to sytuacja porównywalna z sytuacją końca I wojny światowej, kiedy to klęskę ponieśli wszyscy nasi zaborcy.

         Poza całą masą takich rozważań Zychowicz poraża też masą faktów, faktów, które są nie tylko mało znane , ale  dla naszego stylu myślenia są bardzo niewygodne.  Otóż okazuje się, że wszystkie te państwa, które w trakcie wojny stosowały taktykę lisa i myślały o tym, aby z całej tej sytuacji wyjść z jak najmniejszymi stratami,    osiągnęły to, co chciały. Liczba ofiar i strat w mieniu była tam w porównaniu do nas bardzo mała. A kto dzisiaj pamięta, że np. Rumunia najpierw taktycznie sprzymierzyła się z Hitlerem, a gdy zaczął ponosić klęski,  olała swojego sojusznika i zawarła pakt z aliantami? A Czechy, gdzie liczba ofiar była symboliczna, czy ich postawę w czasie wojny ktokolwiek jeszcze pamięta i czy zwiedzającym Pragę  przeszkadza to, że Czesi nie walczyli ? I Czechy i my i Rumunia skończyliśmy dokładnie tak samo, czyli po wschodniej stronie żelaznej kurtyny.  Okazuje się np. że nasze porozumienia z Wielką Brytania i Francją z 1939r. już w chwili podpisywania  nic nie   były warte i o tym, ze żadne z tych państw nigdy nie ruszy nam na pomoc,  wiedziały wówczas wszystkie państwa, poza nami.  Wystarczyło dokładnie przeczytać dokument. I to nie jest tak, że te państwa nas oszukały, porzuciły itp. , problem polega na tym, że to my wiecznie dajemy się nabierać na coś, na co nikt inny nabrać się nie daje , a potem jesteśmy bardzo zdziwieni.

   Dla mnie ta książka  jest to odkrycie  . Jeśli ktoś chciałby popatrzeć na historię w inny sposób, niż do tej pory , nawet gdy z Zychowiczem nie będzie się zgadzał we wszystkim, powinien „Pakt” przeczytać.

6/6

niedziela, 29 czerwca 2014

Maria Kuncewiczowa „Cudzoziemka” – audiobook, czyta Zofia Kucówna

 Okładka produktu



      Podobno jest to głęboko psychologiczna książka o nieszczęśliwej  kobiecie, uduchowionej, która nie może odnaleźć się w świecie  i której nikt nie rozumie.  Powszechnie uważa się tą pozycję za wyjątkowe dzieło.  Nie podzielam tych zachwytów.

      Dla mnie jest to książka o autorytarnej , egocentrycznej histeryczce , która systematycznie przez kilkadziesiąt lat zatruwa życie całemu otoczeniu, poczynając od męża, dzieci, służących , a skończywszy na przypadkowo spotkanych osobach.  Idealnym określeniem byłoby stwierdzenie, że jest to osoba wysoce toksyczna. Bynajmniej nie jest to kobieta, którą los dotknąłby w jakiś szczególny sposób. Zresztą tak to zazwyczaj bywa, że najbardziej pokrzywdzeni przez wszystko i wszystkich czują się ci, którym wszystko układa się całkiem dobrze.  Ci z kolei , którzy przeżyli np. wojnę i związane z nią koszmary, są szczęśliwi, że w ogóle żyją.  To poczucie pokrzywdzenia przez los towarzyszy Róży już od wczesnej młodości i nie ma znaczenia, że potem ma kochającego męża, udane dzieci i sytuację materialną, umożliwiającą spełnianie większości zachcianek.   Przyczyna tego poczucia krzywdy  nie jest bynajmniej zbytnio wyszukana, zakochała się jako młoda dziewczyna , a obiekt jej uczuć – Michaś – zapomniał o niej w błyskawicznym tempie. Od tego właśnie momentu Róża obraziła się na cały świat i zaczęła się na wszystkich wyżywać.  Każdy kontakt z nią był koszmarem, bo każdemu musiała powiedzieć czy zrobić coś niemiłego.  Gdy tylko mogła, robiła nawet rzeczy znacznie gorsze. To życie niespełnioną miłością przypominało mi trochę Barbarę z „Nocy i dni” i jej zafascynowanie Józefem Tolibowskim.  Barbara miała jednak mnóstwo pracy i ta mania powracania do wspomnień i pławienie się w poczuciu nieszczęścia nie mogła przybrać aż takich rozmiarów, jak u Róży.  Barbara w przeciwieństwie do Róży była dobrym człowiekiem , ludzkim i dla dzieci i dla innych, może niekiedy za wyjątkiem Bogumiła. Różę spotkało właściwie tylko jedno nieszczęście , zmarł we wczesnym dzieciństwie jej syn, ale nawet po tym wydarzeniu nie mogła być już dla świata bardziej koszmarna, niż była wcześniej .

    Cała książka jest opisem  życia Róży i strasznego wpływu, jaki wywierała na innych. Kucówna czyta powieść tak, jakby była Różą, bez jakiegokolwiek dystansu, apodyktycznym tonem , a na dodatek z bardzo wyraźnym rosyjskim akcentem. Ten akcent teoretycznie byłby zrozumiały z racji tego, że Róża spędziła na Wschodzie trochę czasu, ale podczas słuchania było to dla mnie potwornie drażniące. Kucówna nie podobała mi się bardzo już jako czytająca „Dziewczęta z Nowolipek” , teraz było podobnie.  Ten ton przypominał mi najbardziej nielubiane nauczycieli w szkole , te, które wszystko  wiedzą najlepiej , a wszyscy wokół są idiotami. Tak, Róża też była taką właśnie osobą, ale zadaniem lektora powinno być to, aby zaciekawił swoją opowieścią, a nie żeby zniechęcał. A audiobooka słuchałam  z niechęcią i z rozdrażnieniem.  Kucówna nie spowodowała, abym poczuła dla Róży chociaż cień współczucia.

    Ta koszmarna interpretacja wykluczała właściwie jakakolwiek refleksję  nad współczesnymi Różami, takie osoby były przecież i będą zawsze .  Głos Kucównej , rosyjski sposób wymowy i akcent powodował, że miałam przekonanie, że cała ta sytuacja była dawno temu i nie może się już wydarzyć, bo czasy są inne. Może gdyby ktoś czytał to inaczej, można byłoby dojść jednak do wniosku, że w obecnych czasach mąż najprawdopodobniej porzuciłby Różę, dzieci zrobiłyby to samo , tak szybko jak tylko byłoby to możliwe. Zatruwałaby jednak życie innym   w pracy, a gdyby zajmowała stanowisko kierownicze, powinno się powiedzieć, że stosowałaby mobing.  

     Generalnie, jak dla mnie są ciekawsze tematy i osoby, którymi można byłoby się fascynować .

3/6

sobota, 28 czerwca 2014

Michael Crummey „Pobojowisko”


 

 
Wiatr od Morza  2014

 
    „Czy można wywieść związek między złą myślą a wybuchem bomby atomowej w Nagasaki?” Zdaniem wydawcy (Wiatr od Morza)  m. in. na takie pytania próbuje odpowiedzieć książka.  I chyba dzięki takiemu  opisowi i dzięki renomie wydawnictwa ją kupiłam . Jest to historia całego życia Wisha i Mercedes i ich uczucia. Poznali się przed wybuchem wojny, on potem  poszedł walczyć na Dalekim Wschodzie,  bardzo szybko trafił do obozu jenieckiego. Ona z kolei opuściła dom rodzinny, w którym nie zaakceptowano Wisha  i zamieszkała w obcym mieście. Wojna rozdzieliła parę na długi czas.

    „Pobojowisko” nie jest książką ani lekką, ani łatwą, ani przyjemną. Jest przygnębiające, ale niestety prawdziwe. Na początku czyta się je ciężko, potem gdy akcja jest już zawiązana, jest coraz lepiej. I Wish i Mercedes mają cały czas , jak to się mówi, pod górkę. Trudno sobie wyobrazić gorszy horror, niż bycie uwiezionym w obozie jenieckim u Japończyków pod Nagasaki. Potem u Wisha pojawił się  alkoholizm.  Zarówno Wish, jak i Mercedes w młodości żyją w środowisku fanatyków religijnych i skrajnej nietolerancji, w biedzie, na Nowej Funlandii, gdzie większość rodzin żyje z połowów ryb i gdzie często rybacy toną .

    Książka jest trudna, dla mnie najbardziej fascynujące było to, że nie mogłam o niej zapomnieć i że wywołała całą masę pytań. Od pewnego momentu każdy chyba czytelnik zastanawia się, dlaczego Wish, mimo, że przeżył, zwleka z nawiązaniem kontaktu z Mercedes. Wie przecież, że ona czeka na niego. Irytacja czytelnika narasta. Początkowo w ogóle nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje, jest to irracjonalne.  I już na tym etapie zaczęłam się zastanawiać, że może  stało się wcześniej coś, na co nie zwróciłam uwagi, że może ktoś coś zrobił lub powiedział. Musiałoby to być coś naprawdę ważnego, skoro Wish mimo tego, że kochał Mercedes, nie pojawia się na Nowej Funlandii i nie daje znaku życia.  Nasuwa się od razu spostrzeżenie, jak poważne   mogą być skutki ludzkich działań, zwykłych niedbale wypowiedzianych zdań, czy zachowań. Zagadka zachowania Wisha – najbardziej frapująca z całej książki -  według mnie w 100% nie wyjaśnia się , pozostaje pewna doza niewiadomej. Okazuje się, że rzeczywiście zostało wypowiedziane pewne zdanie, które moim zdaniem nie powinno dla nikogo mieć  jakiegokolwiek znaczenia, tyle tylko że Wishowi  ciągle dźwięczy ono w uszach. Nie może on też zapomnieć o pewnym zakładzie, który moim zdaniem był idiotyczny i również nie powinien mieć znaczenia. Są jeszcze inne czynniki, typu depresja czy alkoholizm.  No i przede wszystkim jest poczucie winy , dla mnie niepojęte i irracjonale.  Może gdyby wydarzenia toczyły się w czasach obecnych, w dobie telefonów komórkowych, wiele rzeczy można byłoby sobie wyjaśnić. Mogłoby być prościej. A czy to, co myślał lub robił Wish, mogło mieć wpływ na zrzucenie bomby atomowej na Nagasaki? Chyba każdy czytelnik będzie musiał sam odpowiedzieć na to pytanie. Jednoznacznej odpowiedzi  nie ma. Tak samo, jak nie dowiemy się nigdy , jakie skutki u innych spowodowały nasze zwykłe , codzienne działania i przypadkowo wypowiadane zdania.

5/6

niedziela, 22 czerwca 2014

Piotr Zychowicz „Obłęd 44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując powstanie warszawskie”




 
           Bez cienia wątpliwości jest zdecydowanie najlepsza książka historyczna, jaką kiedykolwiek przeczytałam.  Mam wykształcenie humanistyczne  i interesuję nieco się historią. Ale po przeczytaniu tej książki mój historyczny światopogląd  uległ olbrzymiej  zmianie. Książka nie jest bynajmniej tylko o powstaniu warszawskim, autor opisuje zdecydowanie szersze tło, a powstanie pojawia się dopiero po raz pierwszy chyba około 200 strony . Autor opisuje cała masę wydarzeń, przekopując się wcześniej przez stos dokumentów, w duże mierze są to wydarzenia albo mało znane, albo znane tylko wybiórczo. Łączy je wspólny mianownik, z reguły są bulwersujące. Do tego zadaje niewygodne pytania, a przebieg wydarzeń w jego zestawieniu  i w aspekcie pytań powoduje , że zaczynamy widzieć wszystko w innym świetle.  Zychowicz zmusza do bezustannego myślenia. Swoją opowieść zaczyna właściwie z chwilą wybuchu II wojny światowej, a może nawet i wcześniej.  Rozprawia się z zakorzenioną w naszej świadomości „koniecznością” bezsensownego przelewania krwi, szczególnie w sytuacji, gdy nie ma to jakichkolwiek szans powodzenia.  Stawia niewygodne pytania o to, dlaczego tak wielu naszych przywódców było tak nieudolnych i niekompetentnych, w kilku przypadkach rozważa też możliwość , że konkretne osoby mogły współpracować z sowieckim wywiadem.

      „Obłęd 44” napisany jest szalenie interesująco, bardziej niż niektóre powieści. Po ukazaniu się tek pozycji na Zychowicza posypały się na niego gromy i z prawa i z lewa.

     Nie chcę streszczać tej książki.  Znaczna jej część była dla mnie szokująca, nawet gdy dotyczyła wydarzeń pozornie znanych.

6/6

sobota, 21 czerwca 2014

Ian McEwan - „Pokuta” – audiobook, czyta Zbigniew Zapasiewicz i Olga Sawicka


Pokuta


Temat oryginalny, ale Mc Ewan moim zdaniem szczególnego talentu do pisania  nie ma. Wiem, że jest laureatem wielu nagród, że „Pokuta” uchodzi za dzieło wybitne, ale ja odbieram go inaczej . Temat książki znany jest głównie z filmu J. Wright`a.  Początek powieści  rozgrywa się letniego dnia w 1935r.  posiadłości bogatej brytyjskiej rodziny Tallisów. Najstarsza córka Tallisa,  Cecilia,  tego właśnie dnia czuje, że zakochała się w znanym od dzieciństwa Robbiem, synu sprzątaczki, pracującej w ich domu. Uczucie to jest odwzajemnione. Młodzi kochają się w bibliotece . Świadkiem tej sytuacji jest młodsza siostra Cecylii – Briony, 13 – letnia dziewczynka , aspirująca do bycia  dramatopisarką, mająca bardzo bujną wyobraźnię.  Wyobraża ona sobie, że Robbie  robił jej siostrze krzywdę i że to ona swym nagłym wejściem Cecilię uratowała. Tego samego dnia kuzynka sióstr  zostaje zgwałcona, nie mówi jednak , kto jest sprawcą.  Briony opowiada policji, że jest pewna, iż sprawcą był Robbie, bo widziała, jak odchodził z miejsca zdarzenia. Policja i sąd dają wiarę zeznaniom dziewczynki, niewinny chłopak zostaje skazany i osadzony w więzieniu. „Szansa” na wcześniejsze wyjście pojawia się dopiero z chwilą wybuchu wojny, kiedy to więźniowie dostają propozycje zaciągnięcia się do wojska. Briony stosunkowo szybko uzmysławia sobie, że chyba jednak nie jest taka pewna, czy widziała Robbiego. Z biegiem lat zyskuje natomiast pewność , że nie mogła widzieć Robbiego i że w dużej mierze cała historię o tym, że to on jest sprawcą gwałtu,  świadomie zmyśliła.  Żyje z poczuciem winy, z którym nie jest w stanie się uporać.  Nie potrafi już stwierdzić, jak wszystko wyglądało naprawdę. Jako pewne   zadośćuczynienie za to, co zrobiła , postanowiła w czasie wojny zatrudnić się w szpitalu jako pielęgniarka.


    Sam temat – poczucie winy - niewątpliwie jest ciekawy, w tym przypadku McEwan mnie jednak  nie przekonuje. 

     Briony chciała zabłysnąć ,  być w centrum uwagi i opowiedziała historyjkę o Robbiem jako dziecko. Ciężar odpowiedzialności za wszystko,  co się stało, spadać powinien na rodziców, którzy wiedzieli o jej wybujałej fantazji i na cały aparat sprawiedliwości : policję , prokuraturę i sąd. Wyrzuty sumienia w tej sytuacji są przesadzone i wydają mi się mało realne.

    Mało realna wydaje mi się też  sytuacja, by można było kogoś skazać za gwałt tylko i wyłącznie na podstawie jednego dowodu, jakim były zeznania dziecka, rzekomo przypadkowego świadka .

    Nie odpowiada mi kompletnie sposób narracji autora. Pisze on strasznie ciężko. Olbrzymią część książki stanowią opisy pracy pielęgniarki w szpitalu w czasie wojny, trwało to chyba 2 godziny. Kolejne 2 godziny trwała opowieść o tym, co działo się wśród żołnierzy w okolicach Dunkierki , jakie mieli nastroje, czym się zajmowali itp. Sporo miejsca poświęca też on  łopatologicznym charakterystykom postaci, głównie na początku, są to jednak od początku do końca charakterystyki powierzchowne, nigdy nie zagląda on do samego wnętrza. Nie znosiłam też wręcz behawiorystycznych opisów, np. Robbie  zdjął buty i zobaczył, że ma dziurawe skarpetki. No i następuje opis, jak wyglądała stopa w dziurawej skarpetce. Było to i nudne ,  do niczego niepotrzebne i nie miało jakiegokolwiek znaczenia dla przebiegu wydarzeń. Takich idiotycznych opisów jest cała masa.   Nie podoba mi się język autora, gdy słuchałam Pilcha, była zachwycona  sposobem budowania zdań, pewnym rytmem opowieści, tutaj tego nie ma.

 
   W powieści jest cała masa wątków : miłość Cecilii  i Robbiego, poczucie winy Briony, wątek kuzynki, potem praca w szpitalu, wojna i Dunkierka , relacje pomiędzy siostrami po tym, co się stało  . Objętość książki wielka nie jest. Tematy są zaczęte, liźnięte, ale nie są wyczerpane. Pamiętam za to, jak bardzo podobał mi się film , tam wątki zostały okrojone , doszło do pewnych zmian i miałam poczucie, że film jest  doskonały.    

      Myślę, że byłam w stanie wysłuchać całości tylko dzięki Zapasiewiczowi, który „ratował” książkę.  Czytał nie narzucając się, tak jakby go nie było. Sawicka czyta tylko jeden, ostatni rozdział.

3/6

sobota, 14 czerwca 2014

Carroll Lewis "Alicja w krainie czarów" - audiobook, czyta Edyta Olszówka



        Czy podróże w czasie rzeczywiście są niemożliwe?  Wracając czasami do  książek dzieciństwa  czuję się właśnie jak podróżnik w czasie . Czas o dziwo, się cofa, a ja znowu staję  się małą lub większą dziewczynką, która chodzi do szkoły i z wypiekami na twarzy czyta ulubiona książkę. Gdy „Gazeta Wyborcza” zaczęła wydawać kolekcję audiobooków – trzecią serię – w której jest sporo książek dla dzieci czy młodzieży,  wpadłam w zachwyt.  Poczułam emocje, których się nie spodziewałam, znowu wrócę do „Ani z Zielonego Wzgórza” i innych książek  ! To jest czytanie , a właściwie słuchanie,  dla absolutnej, czystej przyjemności.   To powrót do czasu marzeń, gdy tak wiele rzeczy zachwycało,  wszystko wydawało się jeszcze możliwe, a  najpoważniejszym problemem była gorsza ocena w szkole. Przy okazji niektórych książek, jako dorośli, możemy  jeszcze doszukać się ukrytego drugiego czy trzeciego dna.

     Pamiętam, jak dawno temu czytałam „Alicję” i pamiętam doskonale, że absolutnie, ale to absolutnie nie podobała mi się, nudziła mnie i nie mogłam załapać, o co w ogóle w niej chodzi, a akcja wydawała mi się niedorzeczna.  Potem gdy biegiem lat powstawało coraz więcej filmów z Alicją i królikiem , gdy  weszli oni na stale do kultury,  zaczęłam nabierać przekonania, że może przeczytałam „Alicję”  za wcześnie, że musi mieć przecież jakieś nieodkryte przeze mnie walory i że warto byłoby może kiedyś sięgną do niej ponownie.  Ta wymuszona chęć sięgania po „Alicję” nie była zbyt wielka i gdyby nie „Wyborcza” prawdopodobnie skończyłoby się na dobrych chęciach.  Całe to przedsięwzięcie skończyło się jednak  tak, jak kończą się rzeczy , robione na siłę, czyli mówiąc wprost, skończyło się jednym wielkim fiaskiem.

    Czas o dziwo – cofnął się kolejny raz , ale zamiast oczekiwanej szczypty magii,  znowu odczułam tą samą nudę , co wieki temu , i  znowu za nic nic nie mogłam skupić się na  „Alicji”.  I znowu odnosiłam wrażenie, że akcja jest niedorzeczna. No  i  dalej nie wiem, czym tak ludzie się zachwycają.  Wygląda to tak, jakbym od czasów dzieciństwa się nie zmieniła . Czy my tak bardzo od czasów dzieciństwa się zmieniamy? Ja cały czas lubię te same potrawy , cały czas lubię czytać i sporo moich upodobań to są te, które już dawno  zaczynały mnie fascynować. Czasem wydaje mi się, że to trochę niesprawiedliwe, że w tak młodym wieku musimy podejmować decyzje, kluczowe dla całego życia, jesteśmy przecież niedojrzali . Ale może niekoniecznie tak jest, może to właśnie wtedy , a nie kiedy indziej wiemy, czego chcemy.

     „Alicja” była dla mnie męcząca podwójnie, bo nie dość, że musiałam słuchać niedorzeczności o gadającym króliku, to jeszcze musiałam wysłuchiwać wrzasków królowej w wykonaniu  Edyty Olszówki.  A Olszówka zrobiła coś, czego nienawidzę, bo wychodząc z założenia, że dzieci są infantylne i tylko one będą słuchać „Alicji”, czytała  momentami tak, jak czyta się komuś, kto ma inteligencję na poziomie szympansa.

1/6

niedziela, 1 czerwca 2014

Javier Marias „Twoja twarz jutro. Trucizna , cień i pożegnanie”


Wydawnictwo Sonia Draga  2013
Zachwyciłam się tą książką absolutnie. Podobnie było z poprzednimi tomami trylogii. Raz na jakiś czas, z biegiem lat niestety coraz rzadziej, zdarza mi się, że coś zachwyci mnie w sposób absolutny. Wiem, że jest to coś nadzwyczajnego, czuję to całą sobą i nie mam żadnych wątpliwości , że jest to arcydzieło, napisane jakby specjalnie dla mnie. Tego typu zauroczeń wiele nie było. Ale przypominają mi one jakby dotknięcie czegoś nieznanego,  innego wymiaru, gdzie wszystko jest doskonałe.  Ostatnie takie totalne zafascynowanie przeżyłam chyba 10 lat temu, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z „Władcą pierścieni”. Przeczytałam go późno, późno do tego stopnia, że  niemal wszyscy czytający poznali go podczas studiów lub w liceum, a ja byłam  kimś w rodzaju neofity, który nawrócił się na hobbitów jako dorosła osoba.  Potem długo, długo nie było nic. Myślałam nawet, że może czas zafascynowań już się zakończył i że zawsze będzie już tylko mdło, coś może mi się spodobać, czasem nawet może spodobać się bardzo, zawsze jednak będzie jakieś „ale” i zawsze będę mogła się do czegoś przyczepić. Starałam się pogodzić z ta myślą, ale było to jakby podejmowanie prób położenia się w grobie już za życia , no bo jak można przyzwyczaić się do myśli, że żadna książka już nigdy nie wyda mi się , jakby była napisania w innym wymiarze istnienia. Zastanawiałam się , czy może czytam za mało , lub czy czytam nie to,  co potrzeba. Ale zawsze czytywałam po prostu to, na co miałam ochotę i nie zamierzam tego zmienić. I w końcu, będąc już niemal blisko rezygnacji i pogodzenia się z myślą, ze nie mam co już liczyć na coś porywającego i olśniewającego, 4 lata temu natrafiłam na Javiera Mariasa. „Twoja twarz jutro” jest  fascynująca , a do tego każdy kolejny tom trylogii wydawał mi się jeszcze lepszy od poprzedniego.   Chociaż podczas czytania tomów wcześniejszych, odnosiłam wrażenie, że nic lepszego napisać  już  nie można.
         Marias pisze w pierwszej osobie . Jego bohater,  nazwiskiem Deza , Hiszpan , po rozstaniu z żoną, dzięki swoim zdolnościom lingiwstycznym i nie tylko takim, oraz dzięki znajomości z nobliwym nauczycielem akademickim sir Peterem Wheelerem,  trafił do  bliżej nieokreślonej komórki służb specjalnych. Była to komórka zajmująca się badaniem osobowości ludzi, a głównie przewidywaniem, jak konkretna osoba zachowywać się będzie w przyszłości, kim się stanie, jaka będzie itp. ,czyli inaczej mówiąc,  Deza starał się przewidzieć, jak będzie wyglądać „twoja twarz jutro”. Dzieło Mariasa można  nazwać powieścią, ale akcji nie ma tam wiele, wydarzenia toczą się nieśpiesznie, powoli, powoli, a cała uwaga czytelnika skupia się na tym, co bohaterowie  tych wydarzeń myślą, co czują, co ukrywają, kogo udają i to niekiedy nawet przed sobą samym, kim chcą się wydawać wobec innych. Raz na jakiś czas następują nawiązania do drugiej wojny lub do wojny domowej w Hiszpanii, w czasach ekstremalnych można przecież wyjątkowo wiele zaobserwować. Deza pracuje wśród kilku podobnych sobie osób, wszyscy oni mają dar niesamowitej przenikliwości. Nie skupiając się na sobie, tak jak robi to większość ludzi, tylko na innych, mając wyjątkowe zdolności w tym kierunku, mając dar obserwacji i znajomość psychologii,  potrafią więcej powiedzieć o człowieku, niż on sam o sobie wie.  Są w stanie przewidzieć o badanej osobie to, czego ten obserwowany sam się po sobie nie spodziewa. Co ciekawe, te charakterystyki Deza i reszta współpracowników formułują w większości wypadków , tylko po obejrzeniu np. różnych nagrań, bez nawet rozmowy z tą osobą.  W czasie, kiedy czytałam „Twoją twarz jutro” częściej niż kiedy indziej, obserwowałam ludzi. Marias snuje masę refleksji nie tylko natury psychologicznej, ale i historycznej, socjologicznej, filozoficznej.  Trudno jest mówić , jak już napisałam o akcji,  w kontekście tej książki. Na akcję składa się kilka sytuacji i cała masa retrospekcji, rozważań i rozmyślań na wszelkie możliwe tematy.  Co do zasady, to do czasu Mariasa nie przepadałam za tego rodzaju lekturami, kojarzyły mi się z jakimś takim dziwnym tworem, ni to powieścią , ni esejem, ni pracą naukową. W tym jednak przypadku sytuacja wygląda zupełnie inaczej, książka jest szalenie ciekawa i bez wątpienia jest powieścią.  Jest kilku głównych bohaterów, których losy i charaktery poznajemy we wszystkich trzech tomach. Stosunkowo najwięcej rozważań dotyczy kwestii psychologicznych i historycznych, z reguły zaś te dwa aspekty są ze sobą powiązane.
    Czytając „twoją twarz jutro” pochłania się gigantyczną dawkę wiedzy psychologicznej. Mówimy o wiedzy praktycznej, a nie teoretycznej, oczywiście. Jak najlepiej można poznać inna osobę? Trzeba jej pozwolić mówić . Niech mówi, może nawet sama wybrać temat, trzeba tylko bardzo uważnie słuchać i wyciągać wnioski.  Trzeba słuchać, o czym ta osoba mówi, na co zwraca uwagę itp. I gdy już się nam wydaje, że to co moglibyśmy o tej osobie powiedzieć, już powiedzieliśmy, trzeba próbować dalej wyciągać wnioski. Podobnie i przy każdym innym temacie, gdy wydaje się nam , ze już go wyczerpaliśmy, trzeba zastanowić się, a może jednak temat wyczerpany nie jest. Może jednak da się powiedzieć coś więcej.  Może można być jeszcze bardziej dociekliwym ? I podobno właśnie w tych „dogrywkach” przypominają się lub wydobywane są nawet gdzieś z zakamarków mózgu najciekawsze spostrzeżenia .  
    „Twoja twarz jutro” jest lekturą trudną, wymagająca sporo uwagi. Z pewnością gdy chce się sięgnąć, po coś lekkiego i przyjemnego, to nie jest to dobry czas na Mariasa. Jest to jednak coś, co daje gigantyczną satysfakcję, tak jak np. chodzenie po górach, jest ciężko, ale ten wysiłek rekompensują wspaniałe widoki, a potem satysfakcja, że zdobyło się szczyt.  Marias ma oryginalny styl pisania, buduje bardzo długie zdania , niekiedy nawet i na pół strony.  W jednej z audycji radiowych , tj. w „Poczytalnych” w TOK FM  usłyszałam, że dla niektórych   czytelników jest on zupełnie „niestrawny”, inni zaś nie mogą się oderwać od jego książek.  Tych pierwszych zupełnie nie rozumiem.    Wydawało mi się, że po tego rodzaju książce, będę miała ochotę na coś lekkiego, okazało się jednak, że stało się zupełnie odwrotnie. Może dzieje się tak, że po lekturze czegoś naprawdę dobrego apetyt rośnie i chce się czytać rzeczy równie ambitne? Z pewnością szybko wrócę do książek luźniejszych, ale jeszcze nie tara, teraz czytam coś również rewelacyjnego.  
6/6
 
 

niedziela, 25 maja 2014

Boris Akunin „Kochanek Śmierci” – audiobook - czyta Artur Żmijewski

 







Obraz znaleziony dla: Kochanek śmierci
   „Kochanek Śmierci” okazał się  dla mnie rozczarowujący.  Jest lekki, mimo wszystko przyjemny, ale to nie to,  co „Świat jest teatrem”, albo tomy z siostrą Pelagią.  Jest to kryminał retro z detektywem Fandorinem. Mówiąc w skrócie, Śmierć to pseudonim dziewczyny, kochanki herszta poważnej bandy przestępczej. Ciągnie się na nią fama, że każdy jej wielbiciel szybko umiera. Zakochuje się w niej młody chłopak, Sieńka, który marzy o karierze bandziora.  Udaje mu się wkręcić do poważnej bandy rzezimieszków, ale szybko orientuje się , że się do takiej roboty nie nadaje, może kraść, ale mordować już nie.  Wyjście z bandy okazuje się trudniejsze, niż wejście do niej.  Fandorin pojawia się w książce późno, nieco częściej występuje jego służący -  Japończyk – Masa. Masa z Fandorinem postanawiają otoczyć Sieńkę opieką i pomóc mu.

        Akcja toczy się wartko, nudno nie jest, są nawet dość zaskakujące zwroty akcji. Mnie przeszkadzało to, że bohaterem jest młodziutki chłopak, za to spory cwaniak  i tępe zbiry oraz ograniczeni umysłowo, skorumpowani policjanci.  O ile dialogi np. w „Świat jest teatrem”   były wyjątkowo ciekawe, o tyle w tej powieści już tak nie jest. Mało kto z bohaterów ma coś ciekawego do powiedzenia, a Fandorin czy Masa traktują Sieńkę, słusznie zresztą,  jak dziecko.  Spojrzenie na środowisko teatralne w „Świecie”  było dla mnie bardzo nietuzinkowe, choć  aktorzy  byliby innego zdania. Wgłębienie się z kolei w zwyczaje prymitywnych przestępców  porywające nie było. Porady Masy dla Sieńki to z kolei dawka dydaktyzmu na pograniczu z grafomanią, takie porady w stylu poradników , jak żyć szczęśliwie itp.  Za pozytywne zliczyłabym niewątpliwie oddanie klimatu epoki, np. zaskoczenie Sieńki widokiem nowoczesnej toalety u Śmierci , zadziwienie, że może istnieć cos takiego jak wanna itp. Zwyczaje młodych zbirów przypominały mi opowieści o tego typu osobach z warszawskiej Pragi. 

     Tym razem znowu drażnił mnie czytający, czyli w tym przypadku Artur Żmijewski. Z książki wynika, że Fandorin lekko się zacinał. W wykonaniu Żmijewskiego jąka się on bardzo , bardzo mocno, przez co w partiach Fandorina byłam rozdrażniona . Jąkanie było   bardzo mocno zaznaczone, zupełnie niepotrzebnie. Tym bardziej nieprzekonujące były te sceny, gdzie Fandorin  , będąc przebrany za kogoś,  innego wcale się nie jąkał. Mogłoby to być możliwe w przypadku osoby, której wada nie jest duża, ale nie w przypadku kogoś, kto nie jest w stanie wypowiedzieć niemal jednego słowa bez zająknięcia.  Tego rodzaju podejście z pewnością nie było zgodne z pomysłami Akunina. Z jednej strony żałowałam, że scen z Fandorinem jest tak mało, z drugiej zaś uznałam, że dzięki temu nie musze znosić tego koszmarnego wykonania. W audiobooku „Świat jest teatrem” Krzysztof Gosztyła czytał normalnie i słuchało się tego rewelacyjnie.  

3/6

wtorek, 20 maja 2014

Arturo Perez – Reverte „Klub Dumas” - audiobook, czyta Wojciech Żołądkowicz

83-7319-226-3_68294_F.jpg
 
 Perez Reverte  jest  mistrzem tworzenia napięcia, jego „Szachownica flamandzka” zafascynowała mnie do tego stopnia, ze uważam ją za  wyjątkowe w swoim rodzaju dzieło. A skoro „Klub Dumas” przeniósł na ekran jako „Dziewiąte wrota”  , to prędzej, czy później musiałam po nie sięgnąć. „Klub” to powieść o fascynacji literaturą, to hołd oddany wszelkim innym powieściom.
 
    „Klub Dumas” to dla mnie powieść nierówna. Arcyciekawym wątkom związanym z twórczością Dumas i fascynacją literaturą towarzyszą fragmenty irracjonalne w dosłownym i przenośnym znaczeniu tego słowa, mówiąc wprost idiotyczne watki satanistyczne. Główny bohater – Corso, bibliofil, dostaje zlecenie od znanego antykwariusza , aby odnalazł 2 egzemplarze tajemniczej księgi o przywoływaniu diabła i porównał z egzemplarzem trzecim.  Trzeci egzemplarz ma zleceniodawca. Zadanie polega na  ustaleniu, który egzemplarz jest oryginałem, niesamowite jest to, że autor księgi za jej napisanie spłonął na stosie. W księgach zawarte są tajemnicze ryciny, które można zrozumieć jedynie znając kabałę. W poszukiwaniach łowcy książek pomaga tajemnicza dziewczyna, róże fakty szybko zaczynają wskazywać, ze  może być ona diabłem, a sama dawna powieść zawiera klucz do spotkania z diabłem. Corso poznaje podczas poszukiwań fanów twórczości Aleksandra Dumas.  Perez-Reverte wprowadza i romansowy i kryminalny wątek. Brzmi to idiotycznie, ale zdecydowanie warto „Klub Dumas”  przeczytać.
 
    Warto ją przeczytać dla  fragmentów właśnie te o literaturze ,  o innych powieściach, głównie  o „Trzech muszkieterach” , ale nie tylko .  Z „Klubu Dumasa” przebija autentyczne zamiłowanie do literatury i do czytania.   Co zabawne, Klub Dumasa tworzą wykształceni ludzie, często na stanowiskach  , taka międzynarodowa śmietanka. I mimo tego, że są inteligentni i ponadprzeciętnie oczytani, wracają stale do  literackich fascynacji młodzieńczych . Wracają, bo czasem chcą czytać – jak pisze Perez-Reverte nie tylko o takim życiu, jakie jest w rzeczywistości, ale o takim, o jakim się marzy , gdzie kwitnie przyjaźń, braterstwo, pełno jest ciekawych przygód , łatwo można odróżnić wroga od przyjaciela itd.   Jeden z bibliofilów  – Balkan -  opowiada, że np.  po przygody Sherlocka Holmesa sięgają zarówno wielbiciele tropienia zbrodni, jak i ci, którzy delektują się rytmem tych opowieści, znanymi już frazami, opisami palenia fajki przez Sherlocka.  Poza tym każdy człowiek wraca pamięcią do sielskiego raju dzieciństwa , kiedy to m. in. czytał. Każda przeczytana książka wiąże się z pewnymi wspomnieniami z naszego życia.  Balkan - prezes Klubu Dumas, stwierdza też , że  człowiek jest m. in. tym, co przeczytał, że lektury traktować należy jako coś, co każdego z nas uformowało.  Te fragmenty „Klubu” oceniłabym na szóstkę.  Chętnie włączyłabym się do takich dyskusji.   Ale opisy podróży z diabłem są dla mnie nie do przyjęcia, to totalna bzdura. Podobnie analiza satanistycznych rycin i szukanie do nich klucza.  Wiem, że Perez-Reverte pisał te fragmenty z pewnym przymrużeniem oka, że to taka konwencja, ale dla mnie były nudne i nonsensowne. Być może dla kogoś, kto  jako dziecko , przeżył fascynację tego typu kwestiami, będzie to ciekawe.
      Żołądkowicz nie psuje lektury, nie wpada w manierę.  Powieści się nie słucha,  ją się chłonie, tak jakby sama wpadała w ucho, bez lektora.  I nie jest nudno.
      A tak na marginesie, Polański w „Dziewiątych wrotach” pominął watki związane z Klubem Dumas. Skupił się aspektach satanistycznych. Film oglądałam zaraz po jego wejściu na ekrany i nie pamiętam go dobrze. Z pewnością strzałem w dziesiątkę było obsadzenie  w roli głównej tj.  Corsa – J.  Deppa.  
Pamiętam też mroczną atmosferę filmu, taką, jaką odnalazłam i w książce.

4/6

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 

niedziela, 11 maja 2014

Jane Austin „Duma i uprzedzenie”




        Po lekturze „Dumy i uprzedzenia”  utwierdziłam się w przekonaniu, że  Jane Austin nie jest  autorką   zidiociałych romansów  z dawnych czasów.  Bardzo długo tak ją traktowałam, krótko po studiach przeczytałam jedną z jej książek i wydała mi ona się totalnie głupia. Nie były w stanie przekonać mnie do pisarki  liczne filmy, nakręcone na podstawie jej książek, wszystko zawsze kręciło się wokół tego samego, czyli zakochania się i dążenia do zamążpójścia. Dopiero wysłuchanie dwóch audiobooków ok. roku temu spowodowało zaskoczenie. Jak to możliwe, żeby Jane Austin potrafiła tak ciekawie pisać?

   Czytając „Dumę i uprzedzenie” czułam się jakbym odkrywała Amerykę. To przecież nie jest tylko romans ! Austin była wyśmienitą obserwatorką rzeczywistości, a w szczególności ludzkich charakterów. W przeciwieństwie do większości ludzi skupiała się nie tylko na sobie, ale doskonale podpatrywała innych. Do tego wszystkiego była inteligentna , z poczuciem humoru i lekko złośliwa, portrety ludzkie są wiec znakomite. W filmach trudno jest oddać różne niuanse psychologiczne. Powieść czytało mi się wyjątkowo lekko, Austin miała niewątpliwie dar pisania. Książka wciągała coraz bardziej, autorka równolegle prowadziła dwa główne wątki , dotyczące dwóch sióstr : Jane i Elisabeth. W pewnym momencie wprowadziła nagle i niespodziewanie wątek trzeci, dotyczący trzeciej siostry, który jeszcze bardziej wzmógł uwagę. W trakcie czytania zaczęłam podkreślać co ciekawsze zdania, była to doskonała zabawa! Co charakterystyczne, wydarzenia rozgrywają się w  zwykłych czasach , w tradycyjnej codzienności, wokół nie ma niczego nadzwyczajnego, autorka nie wprowadza żadnej polityki . I okazuje się, że to właśnie ta codzienność jest tak bardzo wciągająca, że nie można się od niej oderwać.  Co ciekawe, mimo upływu tak długiego czasu, książka w żaden sposób się nie zdezaktualizowała.  Jako archaiczne odbierałam jedynie panujące wówczas zwyczaje: stałe próżnowanie, wieczne sąsiedzkie i rodzinne odwiedziny, proszone obiady , raz na jakiś czas bale. Ale ten aspekt, jako  absolutna przeszłość był ciekawy z uwagi na aspekt historyczny. W pozostałej części zaś nie było  niczego nieaktualnego, wszystko dokładnie przypominało teraźniejszość. Podczas czytania można obejrzeć całą galerię postaci : panny skupiające się prawie wyłącznie na złapaniu kandydata na męża , „przyjaciółki”, snujące intrygi, jak najlepiej odbić kawalera „przyjaciółce” , matki zabiegające o pozyskanie mężów dla córek, liczne mało udane małżeństwa, miejscowe plotkarki, szukające sensacji itd. Wszystko to opisane jest z dużą dozą komizmu.  

     Sam początek książki jest ciekawym przedsmakiem tego, co nastąpi później . W miejscu zamieszkania państwa Benet, rodziców aż pięciu córek, pojawia się bogaty młodzieniec. Jane Austin stwierdza ogólnie, bez wchodzenia w szczegóły, że w takich sytuacjach : „chociaż poglądy bądź uczucia tego kawalera zazwyczaj są nieznane , gdy po raz pierwszy zjawia się w sąsiedztwie, okoliczne rodziny z miejsca zaczynają go traktować jako prawowitą własność jednej z córek”.   Pani Benet wypytuje męża, czy jest to żonaty czy kawaler. I stwierdza : „kawaler z pokaźnym majakiem, jakieś  4 lub 5 tysięcy rocznie. Istna gratka dla naszych dziewcząt.” Pan Benet jako ojciec ma dość nietypowy, jak na rodzica, krytyczny stosunek do córek. Stwierdza po zarzucie żony, że faworyzuje tylko Lizzy -  „pozostałe nie mają nic, co przemawiałoby na ich korzyść. Są równie niemądre i płytkie,   jak  inne dziewczęta, a Lizzy jest bystrzejsza, niż siostry”.  Żona zarzuca mu na to, że obraża własne dzieci a ją dręczy  i nie ma litości dla jej nerwów. On odpowiada:  ”Darzę twoje nerwy wielkim szacunkiem. To moi starzy przyjaciele. Wspominasz o nich nieprzerwanie od bez mała 20 lat”. Przytoczona przez mnie scenka to zaledwie jeden rozdział, pierwszy, zaledwie 2 kartki. A potem jest coraz lepiej.  

5/6

niedziela, 4 maja 2014

Greg King, Sue Woolmans - „Zabić arcyksięcia”




     Lubię książki historyczne i gdy tylko dowiedziałam się o wydaniu „Zabić arcyksięcia” zaraz dokonałam zakupu. Miała to być historia, romans, intrygi itd. W trakcie czytania uczucia miałam bardzo mieszane.  Z jednej strony - książka  jest ciekawa i lekko napisana. Mimo że nie jest pozycją beletrystyczną, czyta się ją lepiej, niż niejedną powieść. Jest w niej cała masa rzeczy, o których nie wiedziałam . Z drugiej strony jednak jest skrajnie subiektywna, autorzy nie kryją sympatii do Ferdynanda i jego żony, a opinie krytyczne o nich opatrują negatywnymi, kąśliwymi  komentarzami. Zaraz na początku książki jest list do autorów od prawnuczki Ferdynanda i Zofii – Sohie von Hohenberg -   która wyraża olbrzymie zadowolenie z powodu ukazania się tej pozycji.  W tym liście , właściwie przedmowie,  Sophie von Hohenberg nazwała książkę „hołdem dla ludzi, których podziwia”. Subiektywizm jest tak wielki, że nasuwały mi się obawy, czy aby nie została ona napisana na zamówienie.  Masa rzeczy opisana jest też wyjątkowo naiwnie , przykładowo gdy krótko przed wybuchem wojny w prywatnej posiadłości Ferdynanda i Zofię odwiedził cesarz Niemiec, Wilhelm II, autorzy wyśmiali koncepcje, że panowie snuli wówczas palny polityczne. Lansują natomiast tezę , że wizyta miała charakter stricte towarzyski i rozmowy dotyczyły polowań oraz że to, rządy Franciszka Józefa trwały prawie 50 lat  i wiadomo było, że długo to już nie potrwa i że lada chwila Ferdynand przejmie rządy - nie ma w tej sytuacji znaczenia. Zdaniem autorów  głowy państw właśnie celem odbycia takich rozmów o polowaniach i pogodzie składają sobie wizyty. Ale po kolei .

     Ferdynand Franciszek jest postacią wyjątkowo mała znaną, jego żona znana jest jeszcze mniej. Wie się o nich w większości tylko to, że zginęli w zamachu w Sarajewie i że Franciszek był następcą tronu w Cesarstwie Austrowęgierskim.  W książce autorzy kładą nacisk  wbrew tytułowi nie na zamach , tylko  na aspekt obyczajowy małżeństwa Ferdynanda i w tym zakresie rzeczywiście jest napisane szalenie interesująco .   Po raz pierwszy spotkałam się właśnie w tej książce z określeniem – małżonka morganatyczna. Właśnie taką małżonką była Zofia. Polegało to na tym, że pochodziła ona  z rodu arystokratycznego, ale nie był to ród królewski i stąd też małżeństwo było traktowane jako skrajny mezalians . Ferdynad musiał uroczyście przysiąc, że wie, że Zofia ma niższy status, niż on ,  że nie jest jego godna,  no i co najważniejsze , że nigdy nie wejdzie do rodziny Habsburgów i nie zostanie cesarzową, a dzieci nie będą nigdy następcami tronu. Po śmierci Ferdynanda cesarzem zostać miał w tej sytuacji  młodszy  brat Ferdynanda . Szalenie ciekawe było czytanie, jak w praktyce wyglądało funkcjonowanie takiego małżeństwa. Zofia nie mogła uczestniczyć w żadnych oficjalnych uroczystościach państwowych.  Nie mogła nawet bywać w teatrze, tam bowiem dla Ferdynanda zarezerwowana była loża cesarska. Ona zasiąść w niej nie mogła, a on z kolei  z uwagi na jego status nie mógł zasiadać w innej loży, niż właśnie ta. Gdy Ferdynand wyjeżdżał w podróże zagraniczne, ona również nie mogła mu oficjalnie towarzyszyć.    Za zgodą cesarza Franciszka Józefa mogła wyjeżdżać przy boku męża incognito, na fałszywych papierach, pod innym nazwiskiem, w trakcie pobytu w miejscu docelowym musiała przebywać w hotelu.   W wyjątkowych przypadkach uczestniczyła w kolacjach rodzinnych na dworze, małżeństwo to bowiem mieszkało w innym miejscu, niż  oficjalny Hofburg. W trakcie takiego posiłku przydzielano jej najgorsze miejsce przy stole, z daleka od cesarza i od męża.  Gdy przechodziła przez drzwi z jednej sali do drugiej  , robiła to ostatnia z całego towarzystwa i konieczne było demonstracyjnie,  dla niej tylko,  zamkniecie jednej połowy drzwi podczas przejścia.  W miarę upływu czasu, gdy wiadomym było, że Franciszek już długo nie pożyje, zaczęły zdarzać się przypadki zaproszeń do innych państw wraz z małżonką, miało to głównie na celu przypodobanie się Ferdynandowi. Cesarz Franciszek Józef nie znosił ani Ferdynanda ani jego żony i odetchnął z ulgą,  gdy zginęli. 

     Po lekturze z ciekawości nawet zerknęłam, czy u nas także w rodach królewskich były małżeństwa morganatyczne. Ku mojemu zaskoczeniu były, np. Kazimierz Wielki  i Krystyna Rokiczanka, Stanisław August Poniatowski i Elżbieta Grabowska. Nie wiem, czy w praktyce wyglądało to tak, jak u Habsburgów. Mania wielkości nie była u nas aż tak wielka, może więc te kobiety nie musiały być aż tak upokarzane.

    Podczas czytania drażnił mnie niesamowicie skrajny subiektywizm i naiwność autorów. Książka napisana jest w tonie takim, jak rodzice mówią o swoich dzieciach, czyli że opisują  je jako osoby bez wad lub z minimalnymi  wadami.  Postacie w książce podzielić można na dwie grupy, dobre to te, które akceptowały Zofię, ale jest to mniejszość. Reszta to czarne charaktery, na czele których stał sam cesarz Franciszek  Józef. Ferdynand był zdaniem autorów wspaniałym mężem , doskonałym ojcem, a Zofia wspaniałą żoną i matką. Ich małżeństwo to idylla jak z bajki. „Złośliwi” tylko twierdzili, że  Ferdynand nosił się z zamysłem aby zaraz po objęciu tronu anulować poprzednie ustalenia ,  dotyczące dziedziczenia i koronować żonę na cesarzową, a dzieciom zapewnić koronę .  Według tych „złośliwych” to m. in. te tematy omawiał w trakcie spotkań z cesarzem Niemiec . Również zdaniem tych „złośliwych” Zofia tylko dlatego godziła się na tak upokarzające traktowanie przez dwór , bo wiedziała,  że prędzej, czy później i tak zostanie cesarzową . Ona z kolei zabiegała o poparcie Kościoła dla swych planów i wpadła w tym celu w totalną dewocję. Jej goście zmuszani byli, podobnie jak i służba do uczestniczenia w codziennej mszy.  Na całe szczęście autorzy zamieszczają informacje o tym, że pewne zachowania Ferdynanda przez niektórych były postrzegane inaczej, niż przez nich . Trudno zapewne jest obecnie wywnioskować, jakie tak naprawdę  zamiary miał Ferdynand, ale z pewnością nie powinno się przedstawiać jednej wersji za obowiązującą. Nie ulega wątpliwości, że miał apetyt na władzę, tronu się nie zrzekł. Jako o człowieku bardzo źle świadczy to, ze godził się na traktowanie swej żony w tak koszmarny sposób. Zgoda na to, aby nie została ona cesarzową i na to, aby dzieci nie dziedziczyły tronu to jedno. A bezustanne pokazywanie , że Zofia jest kimś gorszym to była tylko kwestia obowiązującej etykiety .

 

       Jak dla mnie ani Ferdynad, ani Zofia nie byli postaciami ciekawymi . On jest warty opisywania tylko z racji swojej pozycji. Dosyć odstraszające wrażenie zrobiła na mnie informacja, że był maniakiem polowania i że w ciągu swego życia zabił ok. 300 000 zwierząt. Poza tym nie miał specjalnie innych dokonań.  Wyremontował od podstaw i unowocześnił zamek Konopischt na trenie Czech , ale głównym celem była tu własna  wygoda.

     Nie interesowałam się specjalnie okresem I wojny światowej i Ferdynandem.  Po tej lekturze czuję jednak totalny niedosyt . Zerknęłam więc trochę do innych źródeł i wyczytałam, że Ferdynand właściwie rywalizował z cesarzem o wpływy i władzę i że stworzył jakby alternatywny ośrodek władzy. Z opisów w książce wynika, że był wykonawcą poleceń cesarza, bez własnych ambicji .  Nie jestem przeciwniczką subiektywizmu przy tego typu książkach, wręcz przeciwnie. Subiektywizm autora powoduje emocjonalną reakcję czytelnika , np. „ma rację”, lub odwrotnie.  Ale to ma sens tylko wtedy, gdy autor przedstawia jakieś logiczne argumenty, z którymi można polemizować. Tutaj nie ma takich argumentów contra, są tylko kategoryczne stwierdzenia, typu -  Ferdynand nie myślał nawet o łamaniu ustaleń o charakterze morganatycznym małżeństwa, bo był to prawy człowiek.

 
     Bibliografia na końcu książki robi spore wrażenie. Szkoda tylko, że autorzy skupili się tylko na tych źródłach, które wybielają Ferdynanda.  Brakuje indeksu osobowego z nazwiskami i numerami stron,  tak aby szybko można było wrócić do wcześniejszych informacji o danej postaci.  Zamiast tego jest  coś w rodzaju rozdziału pt. Osoby, dotyczy to jednak tylko Habsburgów, Chotków, Hohenbergów, „dworzan” i „spiskowców” . Zawarte tam informacje są typu „Franciszek Józef (1830-1916) cesarz Austrii od 1848r.”  Mam spore wątpliwości co do pewnych określeń, chyba jest to kwestia złego tłumaczenia np. zamiast następca tronu – książę  koronny. Zupełna masakra to końcówka książki, gdzie w skrócie przedstawiono dzieje postaci do wydania książki. Pomysł był dobry, ale autorzy napisali tą cześć tak, jak dla debili, typu „Sowieci słynęli z brutalności i z tego, że posuwając się w głąb Europy , gwałcą i mordują”. Poza tym trudno sytuacja w czasie wojny była dla rodziny Habsburgów bardzo skomplikowana , autorom trudno było wytłumaczyć związki rodziny z nazistami w czasie II wojny ,  ograniczali więc komentarze .

3/6