poniedziałek, 12 sierpnia 2024

Taylor Jenkins Reid "Malibu płonie"

 

        Książka jest nie tylko dobrem czytadłem, owszem, bardzo mocno wciąga czytelnika i ciężko jest się od niej oderwać, ale wcale nie jest głupia. Co nieco można się z niej dowiedzieć. 

    Wydarzenia rozgrywają się głównie w rodzinie topowego, bajecznie bogatego piosenkarza. Jest taka grupa osób, która zazdrości różnym gwiazdom Hollywood ich życia. Tutaj pokazana jest głównie odwrotna strona medalu, czyli to co naprawdę nie jest fajne, jest wręcz koszmarne. Każdy wie, że życiu znacznej części artystów, szczególnie chyba amerykańskich, tych właśnie z Hollywood, towarzyszą narkotyki, alkohol, permanentne zmiany partnerów, różne wzloty i upadki. Książka pokazuje w lekkiej formie m. in. to, jak się żyje z kimś takim na co dzień. Otóż to co najwartościowsze w artystach, jest w ich dziełach i z tego korzystać może każdy, słuchając ich muzyki czy np. oglądając filmy z udziałem konkretnego aktora. Życie natomiast z takimi osobami jest często piekłem, a najbardziej na tym cierpią dzieci. Nie jest to oczywiście jakimś odkryciem, ale tutaj pokazane jest wyjątkowo sugestywnie.  

        Autorka też świetnie uchwyciła, jak z pokolenia na pokolenie przekazywane są, oczywiście bezwiednie, autodestrukcyjne zachowania.  Jak córka widziała tysiące razy matkę, której było ciężko i która sięgała po alkohol. Gdy córka dorosła i też było jej bardzo ciężko, przypominała jej się matka, również sięgnęła po alkohol i też zrobiło się jej lżej, na krótki czas oczywiście. Widać podczas lektury, jak strasznie ciężko jest nie powielać różnych destrukcyjnych schematów.

        Jest też pokazane niesamowite hobby, właściwie pasja, surfowanie. Każdy kto ma jakąkolwiek pasję, wie, że gdy nawet ma się problemy, gdy jest się w złym humorze, a sięgnie się po to, co kogoś  fascynuje, to wszystko staje się prostsze i jest po prostu lepiej. 

        W powieści jest oczywiście zdecydowanie więcej innych wątków, nie ma monotonii, a zakończenie jest naprawdę, ale to naprawdę zaskakujące. 

   7/10

 



piątek, 9 sierpnia 2024

Andrzej Nowak „Dzieje Polski do 1202. Skąd nasz ród” Tom I – audiobook, czyta Maciej Gąsiorek

 

    Prof. Andrzej Nowak znany jest ze swoich mocno prawicowych poglądów, w tym z bardzo dużego zaangażowania religijnego. Dorobek naukowy ma spory, wykładał na wielu uczelniach, w tym nawet na Harvardzie.  Można więc było się spodziewać, że jego spojrzenie na historię Polski będzie nieco inne, niż większości historyków. 

    Rzeczywiście spojrzenie prof. Nowaka na historię jest unikalne i bez względu na to, w jakim zakresie czytelnik się z nim zgadza, jest warte poznania, bo rozszerza horyzonty. Książka nie jest tylko suchym odtworzeniem faktów. Autor nie ucieka od subiektywizmu, ocenia, co jego zdaniem było dobre, co złe. Niekiedy też rozważa wersje alternatywne historii, np. co by było gdybyśmy przyjęli chrzest nie od Czechów, tylko od innego państwa w obrządku prawosławnym. Oczywiście formalnego rozłamu w Kościele w opisywanym okresie jeszcze nie było, ale różnice już były rozrysowane. W tej sytuacji nie mielibyśmy alfabetu łacińskiego, tylko cyrylicę itd., itp., ciążylibyśmy bardziej ku Wschodowi niż Zachodowi Europy. I miałoby to niewątpliwie gigantyczny wpływ na naszą pozycję na arenie międzynarodowej, inaczej kształtowałaby się nasza kultura itd. Całe nasze dzieje ukształtowałyby się inaczej. 

    Niektórym zagadnieniom autor przypisał  wielką wagę i poświęca im sporo miejsca, innym  mniej. Sporo jest analogii do różnych przyszłych wydarzeń dziejowych, np. zagrożenie ze wschodu i zachodu. Niektóre z kolei wydarzenia prof. Nowak wydobył z zapomnienia, opisał np. potop czeski z 1038r., kiedy to książę Brzetysław najechał na nasze ziemie, spustoszył straszliwie Wielkopolskę, zajął Śląsk i przyłączył go do Czech. Niekiedy autor snuje refleksje nad długofalowymi skutkami pewnych wydarzeń. Przykładowo zastanowił się, jaki był sens licznych wojen o Śląsk, zdaniem niektórych historyków, można było sobie to odpuścić. On wskazał na to, że dzięki odbijaniu Śląska i osadzaniu tam polskich książąt, bez względu na późniejsze koleje losu, w wielu tych księstwach przez pokolenia kultywowana była polskość. I to właśnie pozwoliło w konsekwencji na to, że przez wieki nie zginęła tam ani polska mowa ani polska kultura i Śląsk finalnie, albo przynajmniej na razie mógł stać się w pewnym stopniu polski. Gdyby pamięć o Śląsku zaginęła, po odzyskaniu niepodległości przez Polskę nikt o niego by nie walczył. 

    Co też charakterystyczne, gdy autor ocenia pewne wydarzenia i wskazuje, że długofalowe ich skutki były fatalne, bardzo rozważnie analizuje, czy w tamtym czasie przy ówczesnym sanie wiedzy tego rodzaju skutki można było w ogóle przewidzieć. Tak było np. z podziałem Polski na dzielnice, tego rodzaju posunięcia dotyczyły większość państw europejskich. I w tamtym czasie takie decyzje wydawały się bardzo sensowne. Bolesław Krzywousty wiele lat walczył o  władzę ze swoim bratem Zbigniewem, szły na to olbrzymie siły i środki. Dzieląc Polskę na dzielnice wychodził z założenia, że zapobiegnie to walkom bratobójczym.   

W książce tej mocno uwzględniona jest rola kościoła i duchowieństwa, podkreślony jest jej pozytywny w tamtym czasie wpływ na dzieje, na rozwój oświaty i kultury. Obecnie w dobie wielu afer z udziałem księży, w tym wobec popełnianych zbrodni pedofilii, rzadko mówi się o Kościele obiektywnie, nawet w kontekście historycznym. A Kościół przecież ma swoje niewątpliwe zasługi. W tamtym czasie nie było oczywiście państwowego szkolnictwa, ośrodkami intelektualnymi, w których oświata mogła się rozwijać, stawały się powoli zakony, gromadzone były tam pierwsze dzieła sztuki, same budynki sakralne były też jednym wielkim dziełem sztuki. Tutaj oczywiście obserwujemy zaledwie początki tego procesu. Mimo że kwestie Kościoła omawiane są szeroko, nie zauważyłam w tym względzie krytycyzmu.

Świetnym pomysłem są liczne nawiązywanie do literatury. W późniejszych okresach czasu powstało przecież sporo utworów, nawiązujących do wydarzeń średniowiecznych. Przykładowo w balladzie „Lilie” Mickiewicz nawiązuje bezpośrednio czasów króla Bolesława Śmiałego i do słynnej wyprawy na Ruś. Morderczyni z ballady mówi:

 ”Mąż z królem Bolesławem 

Poszedł na Kijowiany.

Lato za latem bieży

Nie masz go z bojowiska,

Ja młoda wśród młodzieży,

A droga cnoty śliska”.

  Wyprawa na Kijów stała się jednym z powodów konfliktu króla Bolesława z biskupem Stanisławem, co zakończyło się zabiciem biskupa.  

Minusem jest lektor, czyta nienaturalnie, przez długi czas mnie drażnił, niekiedy moduluje głos, jakby coś mówił do dziecka albo do kogoś, kto nie rozumie, co się do niego mówi.

8/10 

    


piątek, 2 sierpnia 2024

Paul Begg „Kuba Rozpruwacz”

 

        Umieszczenie książki o Kubie Rozpruwaczu, o którym niewiele wiadomo, w serii  biografii słynnych ludzi było sporym wyzwaniem. Gdyby nie to, że książka napisana jest bardzo nieprzystępnym językiem i zawiera mnóstwo niepotrzebnych szczegółów na tematy z Rozpruwaczem niezwiązane, byłoby to przedsięwzięcie udane. Jest to właściwie monografia, jest cały rozdział o historii Londynu, inny o protestach robotniczych, kolejny o policji itp. Czyta się bardzo, ale to bardzo ciężko. Nikt mnie nie przekona, że do zrozumienia historii Kuby Rozpruwacza, niezbędne jest np. poznanie życiorysów policjantów, zajmujących się tą sprawą albo historii ruchu robotniczego i życiorysów robotników.  

        Intencją autora, słuszną skądinąd, było maksymalne przybliżenie tła zbrodni, naświetlenie wszystkich jej aspektów. Gdyby Paul Begg nie przedobrzył w szczegółach i szczególikach, byłoby świetnie. „Kuba Rozpruwacz” jest książką, która pozornie tylko dotyczy tematu sensacyjnego, rodem z Pudelka, Plotka  i podobnych platform. W rzeczywistości pokazuje ona Londyn z końca XIX wieku w takim aspekcie, w jakim nikt chyba go jeszcze nie pokazał, nie dotyczy to tylko topografii, ale obyczajowości, życia całej masy ludzi, w tym skrajnych biedaków ze slumsów, skorumpowanej policji. Dość szczegółowo wskazane jest nawet, jak wyglądały gazety przed zbrodniami, a jak później i jak wielki wpływa na prasę miały sprawa Kuby Rozpruwacza.  To jest tak, że gdy się słyszy hasła książę Karol i Diana, to automatycznie nasuwają się skojarzenia z plotkami i romansami. Tymczasem można te postacie pokazać również w zupełnie innym kontekście, jak chociażby w serialu „The Crown”. „Kuba Rozpruwacz” pokazuje tak szeroki kontekst, że pod tym względem przypomina właśnie „The Crown”. 

        Najbardziej szokujące dla mnie były opisy niewyobrażalnej biedy, jaka panowała w ówczesnej londyńskiej dzielnicy slumsów, na East Endzie, czyli tam, gdzie mordował Kuba Rozpruwacz. Znaczna część osób nie miała swojego mieszkania, o tym aby ci ludzie coś wynajmowali, nie było mowy. Byli po prostu bezdomni. Nocowali albo na ulicy, albo w popularnych noclegowniach, gdzie za każdą noc trzeba było płacić. Socjalu nie było żadnego. Jeśli ktoś nie był w stanie zdobyć pieniędzy, mógł żebrać. Ich garderoba sprowadzała się do ubrań, które mieli na sobie. Jedna z zabitych prostytutek, Mary Kelly, jako młoda dziewczyna funkcjonowała całkiem normalnie, wyszła za mąż, utrzymywał ją małżonek. Mąż jednak, będący robotnikiem, zginął w wypadku, ona wówczas została bez jakichkolwiek środków do życia. Nie miała żadnego wykształcenia, ani żadnych umiejętności, dzięki którym mogłaby zarabiać. Zaczęła więc zarabiać na ulicy.  

        Los takich ludzi nikogo nie obchodził, nie interesował się nimi ani kościół, ani państwo. Gdy przypadkowy przechodzień poinformował napotkanego policjanta, że nieopodal leżą zwłoki zamordowanej kobiety, jak się później okazało, jednej z pierwszych ofiar Kuby Rozpruwacza, policjant powiedział mu, że nie ma czasu tym zajmować, bo ma inne zadania. Sytuacja zmieniła się dopiero wówczas, gdy sprawa została nagłośniona.  

        Równie szokujące były dla mnie hipotezy na temat tego, kto mógł być Kubą Rozpruwaczem. Szokujące pod tym względem, że nie było żadnych dowodów na nikogo, mimo że w sprawę zaangażowana była cała londyńska policja. Gdzieś wcześniej obiło mi się o uszy, że na liście podejrzanych był członek rodziny królewskiej, książę Albert. Autor potwierdził, iż rzeczywiście krążyły takie plotki. Istniała teoria spiskowa na ten temat, która jest zaprezentowana, jak dla mnie zupełnie nieprzekonująca. Policja miała listę trzech osób, które uznała za najbardziej podejrzane. Dowody, które mogłyby świadczyć przeciwko którejkolwiek z nich, były żadne. Jeden z tych podejrzanych popełnił samobójstwo, topiąc się  Tamizie. Zostawił list, z którego wynikało, że mógł zrobić śs strasznego. I to jest jedyny „dowód”, połączony z tym, że po tym zgonie zbrodnie ustały. Drugi podejrzany cierpiał na poważnej schorzenia psychiczne, nie znosił prostytutek, a rodzina uważała, że za zbrodniami stoi właśnie on. Został zamknięty w szpitalu psychiatrycznym i od czasu tego zamknięcia, również zbrodnie ustały. Na trzeciego podejrzanego nie było już jakichkolwiek dowodów. Mordercą mógł być ktoś zupełnie inny, po zbrodniach mógł nawet wyjechać za granicę.

7/10 


czwartek, 25 lipca 2024

Marek Stelar „Milczenie” – audiobook, czyta Adam Bauman

 


    Wydarzenia współczesne są naprawdę nudne, wątek, kto jest zabójcą, nie intryguje nawet w najmniejszym stopniu, co więcej, jest przewidywalny.  Nawiązania do wojny i okresu powojennego też niczego nowego nie wnoszą. O tzw. Ziemiach Odzyskanych, gdzie wydarzenia się rozgrywają częściowo w okresie tuż powojennym, częściowo współcześnie, też zbyt wiele nie można się dowiedzieć. Wszystko jest ponure, z wojną, martyrologią.  

    Drażniące mocno jest moralizatorstwo autora, który  ustami bohaterów wygłasza komentarze na różne tematy, komentarze te nazwałabym politycznie poprawnymi. Robi to wrażenie, jakby M. Stelar usiłował umoralniać czytelników. Przykładowo starszy już człowiek, Władek, którego matkę i siostrę w czasie wojny zabił esesman, wygłasza opinię, że o esesmanie nie można mówić Niemiec, to nie ma znaczenia, że to był Niemiec, bo to był człowiek. Władek przez całe życie był głęboko nieszczęśliwy, samotny i na dodatek nielubiany, ta tragedia zniszczyła mu życie. Jak dla mnie ta jego mowa jest w tym przypadku psychologicznie niewiarygodna i sztuczna. Nie chodzi o to, by podsycać nienawiść, ale pisarz winien właściwie odczytywać emocje ludzi  i je opisywać, tak aby czytelnik lepiej rozumiał innych ludzi i świat. Moralizatorski ton podjął bardzo wyraźnie lektor, tego rodzaju fragmenty czytał mniej więcej takim tonem, jakim niektórzy księża wygłaszają kazania w kościele.    

    W ubiegłym roku M. Stelar otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepszy kryminał, w tym roku otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru Czytelników właśnie za „Milczenie”. Czytelnicy mogli jednak głosować tylko na powieści nominowane przez kapitułę, jest to więc średnio wiarygodne. Nie wiem, dlaczego tą nagrodę Stelar dostał, może za tą polityczną poprawność, za moralizowanie, za upraszczanie trudnych tematów, za wątki które są teraz mocno eksploatowane. Zerknąwszy na skład kapituły, można już spodziewać się tego, co będzie przez nią promowane. Nie ma obecnie żadnych szans na to, aby Nagrodę Wielkiego Kalibru dostał pisarz, prezentujący inne polityczne poglądy, niż członkowie kapituły. I nie ma tu znaczenia, że w książce może nie być żadnych odniesień do polityki. Nagrodę Wielkiego Kalibru dostają bez żadnego wyjątku tylko pisarze z tzw. mainstreamu. 

4/10 


piątek, 19 lipca 2024

Ulf Kvensler „Sarek”


     Jest to szalenie wciągający thirler psychologiczny, a przy okazji książka o górach. Trójka przyjaciół co roku wyjeżdżała w góry, tym razem jednak pojechali w czwórkę z nowo poznanym chłopakiem jednej z dziewczyn, Jacobem. Wydawałoby się pozornie, że niewiadomą będzie tutaj ten nowy osobnik, pozostali przecież się znają. Byłoby to zbyt proste i zbyt nudne. 

Wszystko tutaj zaskakuje, ludzi i góry. Szwedzkie, tytułowe pasmo górskie Sarek, w niczym nie przypomina takich gór, jakie zna zdecydowana większość z nas. Teren jest olbrzymi, szlaków jest bardzo mało, nie ma schronisk, nie ma osad ludzkich, sklepów, nie ma też zasięgu telefonicznego. I te góry cały czas zaskakują, a to nagła zmianą pogody, a to nieprzewidzianym ukształtowaniem terenu. Do najbliższej miejscowości w zależności od tego, gdzie się jest, może być nawet parę dni drogi.   Na coś takiego pod wpływem Jacoba zdecydowała się cała czwórka. 

Tak samo jak i góry zaskakują, zaskakujące jest to, co zaczyna dziać się z ludźmi. Tak jakby surowa przyroda nie tolerowała zakłamania. Ta sytuacja była lepsza od psychoterapii, ujawniła wszystkie skrywane dotąd kompleksy, niespełnienia, traumy, brak odwagi, by spojrzeć w oczy niechcianym prawdom, ale i bezwzględność, brak empatii i wiele innych rzeczy. Jest to zadziwiająca mieszanka.

Czytając powieść, świetnie można obserwować różne zjawiska, chociażby to, jak rodzi się przemoc psychiczna i tolerancja na nią. Gdy występuje ona w skrajnej postaci, nic nie budzi wątpliwości, zdrowy psychicznie człowiek wie, że ktoś przekracza granice i reaguje na określone zachowanie. Tu pokazane jest, jak dochodzi do tego, że w relacji pomiędzy dwojgiem osób co, co nie jest normalne, zaczyna być traktowane jako norma. Zacząć się wszystko może od drobiazgów, od drobnego grymasu, gdy ktoś ma inne zdanie, od niezbyt miłego tonu, gdy się do kogoś coś mówi. Potem już zaczynają się niemiłe komentarze, lekceważenie w towarzystwie, wręcz agresja słowna i pozostaje tylko mały krok do użycia siły. A druga osoba nawet nie zauważa, że jest poniżana, dezawuowana, że niszczone jest jej poczucie wartości, nawet uzależnia się od sprawcy.   

Świetnie jest popatrzeć, jak bardzo różni się prawdziwa osobowość opisywanych osób od tego, na kogo wyglądają. To tak jakby oglądać aktora w kostiumie, kiedy spektakl dopiero się zaczyna. Nasi bohaterowie są właśnie niczym ci aktorzy, tylko że w miarę upływu wydarzeń maski spadają, a kostiumy się niszczą, pozostaje tylko prawda. W pierwszych scenach obserwujemy ludzi sukcesu, prawdziwych japiszonów, zarabiających dużą kasę, robiących karierę, mających dobrą pozycję zawodową i towarzyską. Potem obraz coraz bardziej się komplikuje. Ale nic tu nie jest proste, nic nie jest czarno – białe. Powieść naprawdę zaskakuje. 

8/10











środa, 17 lipca 2024

Elżbieta Cherezińska „Turniej cieni” – audiobook, cz. I i II, czyta Filip Kosior

 

        Cherezińska w swoich powieściach często opisuje historie osób szerzej  nieznanych, wydobywa ich z zapomnienia, opisuje postacie mało „eksploatowane”  w kulturze. Sceneria „Turnieju cieni” jest mocno oryginalna, wydarzenia rozgrywają się w pierwszej połowie XIX wieku, część wydarzeń w Afganistanie, część zaś w Rosji, w tym na Syberii i w Anglii. Cherezińska opisuje zarówno ludzi fascynujących, jak i odrażających, również mało komu znanych, a których losy dają z różnych względów sporo do myślenia nawet dzisiaj. 

        Opisywany jest m. in. Jan Prosper Witkiewicz, ps. „Batyr”, stryj Stanisława Witkiewicza, podwójny, a nawet potrójny agent wywiadu, formalnie pełniący służbę na rzecz cara, prawdopodobnie współpracujący ze służbami brytyjskimi, a tak naprawdę działający dla dobra Polski. Znaczna część tego, co dotyczy „Batyra” opiera się na domysłach i domniemaniach. Faktem jest to, że mając 15 lat zaangażował się w działalność niepodległościową i został skazany na karę śmierci, którą zmieniono na zesłanie na Syberię, a ostetcznie na wcielenie dożywotnio  do carskiego wojska. Jest on też postacią, budzącą wiele kontrowersji, natrafiłam ostatnio na publikację, w której autor opisał Witkiewicza jako renegata, który się zruszczył i stał się rzekomo lojalnym carskim poddanym. Według tej wersji Witkiewicz popełnił samobójstwo, bo ktoś mu uzmysłowił, że sprzeniewierzył się swoim ideałom, zdradził ojczyznę i działał na szkodę mieszkańców Afganistanu. Wersja ta jest dla mnie niedorzeczna, bo nie jestem w sanie sobie wyobrazić, żeby na stronę cara mógł przejść ktoś, kto  prowadził działalność niepodległościową i  doznał ze strony caratu tak olbrzymich krzywd.  

           Inna postać to Rufin Piotrowski, również prawie nieznany, uciekł z zesłania na Syberii, co opisał w wydanych później w Anglii pamiętnikach. Był to wyczyn niewyobrażalny, a udało mu się to tylko dlatego, że nie przebywał w zamknięciu, pod stałym dozorem, np. w kopalni, tylko w małej wiosce miał pracę biurową, do tego był wykształcony, inteligentny, cieszył się pełnym zdrowiem.

        Sporo miejsca w powieści zajmuje właśnie kwestia działania carskich służb specjalnych, a jednymi z bohaterów są ich szefowie. Metody działania tych służb z biegiem czasu są oczywiście doskonalone, dochodzą wynalazki technologiczne i in., ale sedno jest to samo, ta sama skuteczność i bezwzględność. Można to zaobserwować na przykładzie Adama Gurowskiego, początkowo polskiego działacza niepodległościowego, który potem zmienił swoje poglądy o 180 stopni i uznał, że Polska nie ma żadnych szans na odzyskanie niepodległości, a najlepiej dla niej będzie, gdy zostanie pod carskim panowaniem. Ukazane jest, jak rosyjskie służby osaczyły Gurowskiego jeszcze w młodości i tak nim manipulowały przez różne podstawione osoby tak, że zaczął on wyznawać takie właśnie poglądy. Do tego jeszcze Rosjanie zastosowali szantaż. Rosyjskim agentem okazał się np. przyjaciel Gurowskiego z czasów studenckich. W ten sposób Gurowski, będąc m. in. literatem,  stał się rosyjskim agentem wpływu, wycofanie się z tej pozycji było niemożliwe. Albo gdy służby dowiedziały się, gdzie jest aktualnie uciekający z Sbiru Rufin Piotrowski, jaką trasą zmierza, do jakiego punktu, również uruchomiły tam albo swoich współpracowników, albo po prostu pracowników i ta właśnie podstawiona osoba ze służb, udając tubylca czy pielgrzyma,  „przypadkowo” napotykała Rufina, starała się z nim „zaprzyjaźnić” i dowiedzieć, jakie ma konkretnie dalsze plany, kto mu pomaga itp.  Co ważne, służby nie aresztowały Rufina, zamierzały go śledzić i jak najwięcej z niego wyciągnąć przez te różne podstawione osoby na całej trasie. Aresztowanie miało nastąpić znacznie później. Na szczęście  Rufinowi jednak się udało. 

Dość przerażające są opisy Syberii. O ile Rufin Piotrowski nie miał tam najgorzej, o tyle życie wielu zesłańców stało się piekłem.  Cherezińska pochyla się też nad losem jeńców polskich np. z Powstania Listopadowego. Nie było rzadkością, że byli oni wcielani do rosyjskiego wojska. 

Filip Kosior jako lektor czyta całkiem dobrze, w wielu momentach książkę się wręcz chłonie i zapomina o nim. I na tym to właśnie polega. 

8/10


piątek, 5 lipca 2024

Lilian Jackson Braun „Kot, który spuścił bombę”

 

Mój ulubiony cykl dobiega powoli końca, to już 28 tom. Chyba gdy go skończę, zacznę go czytać od nowa. Brzmi to niedorzecznie, ale w końcu to mój ulubiony cykl. 

     W tym tomie jak zwykle nie ma żadnych nadzwyczajnych wydarzeń, morderstwo jest normą i tego nie liczę. Ale jest to, co jest dla każdego czytelnika na wyciągniecie ręki, tu i teraz. Qwill i jego znajomi czytają książki, wybierają też najbardziej inspirujące cytaty i z powieści i z poezji. Jest tu nawiązanie do „Dezyderaty”, a jako najciekawszy fragment wybrana jest fraza „Dąż do szczęścia”. To oczywiście wspaniała inspiracja i do tego, żeby pomyśleć nad naszymi ulubionymi cytatami z różnych utworów i ku temu, aby sięgnąć po „Dezyderatę”. Jest też dyskusja nad kocimi imionami, tu również można się zainspirować,  są przykłady imion dla dwójki kotów, chociażby dla rodzeństwa, np. Agata dla jednego, Christie dla drugiego. Pojawia się człowiek, który chce  zwiedzić dom Qwilla, czyli odremontowany dawny skład jabłek, który u każdego wzbudza zachwyt. Nie każdy musi mieszkać w czymś tak oszałamiającym, ale każdy może zrobić coś dla miejsca, w którym mieszka w danym momencie, np., coś dokupić, przestawić, odmalować itp. itd. Niby drobiazg, ale od razu ma się inne samopoczucie, gdy przebywa się w czymś ładnym, nawet gdy ktoś nie interesuje się wnętrzarstwem. 

    Najważniejszym zaś wydarzeniem jest 50 –ta rocznica powstania miasteczka, w którym mieszka Qwill. Plan obchodów wzbudził wielki entuzjazm mieszkańców. Nie wiadomo tylko przez znaczną część akcji, czy nie dojdzie do kataklizmu pogodowego, bo meteorolodzy zapowiadają straszliwą burzę. Napięcie więc rośnie. Każde miejsce ma swoją historię i różne ciekawe zakątki i frapujące imprezy, nawet małe miasteczka i wioski. Często zaś ludzie gdzieś mieszkają i nie znają tych miejsc. Dzięki serii autorstwa Lilian Jackson Braun można to zmienić. 

8/10


środa, 3 lipca 2024

Agata Christie „Słonie mają dobrą pamięć” – audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła

 



           W „Słoniach mających dobrą pamięć” Christie zrobiła totalną zmyłkę co do osoby sprawcy, chociaż znam większość jej twórczości, często wiem, czego można się spodziewać, tutaj zaskoczenie było totalne. Biorąc pod uwagę całą twórczość Królowej Kryminału, w tej powieści zaskoczyła mnie najbardziej. I jak dla mnie olbrzymim atutem był sceneria, bo ciała małżonków znaleziono nad brzegiem morza, u podnóża wysokiego klifu. Policja ustaliła, iż popełnili oni samobójstwo, wiele lat później zaś Herkules Poirot i Ariadna Olivier, pisarka kryminałów, alter ego Agaty Christie, zaczynają własne śledztwa. 

    Christie napisała tą książkę bardzo późno, miała wówczas około 80 lat, to jedna z ostatnich jej powieści. I niestety, znając jej wspaniałą twórczość, stwierdzam, że „Słonie” są wtórne w porównaniu do wcześniejszych utworów. Nie ma tu nic nowatorskiego. I są nużące. Większość książki to wspomnienia osób w bardzo zaawansowanym wieku z monotematycznymi refleksjami na temat młodości, starości, pamięci itp. Audiobooka słuchało mi się ciężko, bo tekst nie przykuwał uwagi, wiele razy się wyłączałam i myślałam o czymś innym. Nawet rewelacyjny Gosztyła nie był w stanie tu pomóc. 

        W kilku wcześniejszych utworach Christie również wprowadziła motyw śledztwa po latach od zbrodni, gdzie konieczne było grzebanie w przeszłości, ale czytało się to zupełnie inaczej. W „Nemezis”  do panny Marple dotarł list, przypominający testament, od  znajomego, który zmarł parę dni wcześniej. Poprosił ją, aby rozwikłała zagadkę zaginięcia młodej dziewczyny, nie wskazał, gdzie i czego ma szukać, wykupił jej tylko wycieczkę autokarową po angielskich rezydencjach i zlecił, aby się rozglądała. Z kolei w „Uśpionym morderstwie” młoda kobieta zaczęła czuć się tak, jakby postradała zmysły, bo w nowo kupionym domu czuła się tak, jakby go skądś znała, wiedziała, że np. pod warstwą tapety czy farby, powinien być inny wzór, jak się okazywało, faktycznie, ten inny wzór tam był. Szybko się okazało, że również konieczne jest rozwikłanie zagadki zaginięcia młodej dziewczyny wiele lat wcześniej. 

    „Słonie” nie mają takich atutów. Z jednej strony trudno jest chyba w wieku 80 lat być nowatorskim, ale są też twórcy, którzy pokazują, że niekiedy da się to zrobić. Anna Bańkowska, tłumaczka serii o „Ani z Zielonego Zgórza”, według niej „Anne z Zielonych Szczytów”, rozpoczęła nowatorskie tłumaczenie całego cyklu w wieku 82 lat. Lilian Jackson Braun, autorka mojej ulubionej serii o Qwillu i jego kotach, w wieku ponad  80 lat, pisała świetne książki. Christie chyba była już zmęczona, dla miłośników jej twórczości to oczywiście pozycja obowiązkowa, dla pozostałych osób niekoniecznie, a już na pewno nie na początek znajomości z tą autorką.   
7/10    

wtorek, 25 czerwca 2024

Julian Tuwim – spektakl „Tuwim dla dorosłych” TEATR MUZYCZNY ROMA

 

   Od czasu skończenia edukacji nie sięgałam po poezję Tuwima. Ale gdy dzięki spektaklowi przypomniałam sobie niektóre wiersze, pojawił się autentyczny zachwyt. Niesamowite jest także, jak wiele daje poezji muzyka, akompaniament muzyczny i śpiew, zupełnie inaczej się ją odbiera. To jakby porównać utwór np. Szekspira czytanego jedynie przez czytelnika, a ten sam utwór zagrany na scenie ze wspaniałą gra aktorską, z kostiumami, scenografią i jeszcze z muzyką. 

     Dobór utworów jak dla mnie jest idealny, bo są wiersze poważne, nostalgiczne, a są i wesołe, pełne humoru. Są wiersze nawiązujące do historii, np. do wybuchu wojny, ale są i oderwane całkowicie od bieżącej sytuacji, są też teksty kabaretowe. Są takie, które wymagają większego namysłu, aby poznać całą głębię,  ale i takie, które chwyta się w lot. Każdemu wykonaniu towarzyszy muzyka. Obawiam się, że niektóre z prezentowanych utworów, gdyby powstały dzisiaj, mogłyby nie być w niektórych kręgach publicznie prezentowane, a jeżeli byłyby, to mogłyby towarzyszyć temu protesty, że są one niepoprawne, że obrażają ludzi. W czasach Tuwima pewnie też były głosy, że kogoś obraża, ale na szczęście był wspaniałym satyrykiem, miał odwagę, aby pisać, co chce i nazywać rzeczy po imieniu. 

      Tuwim bardzo mocno atakował głupotę, drwił z niej m. in. w „Kartce z dziejów ludzkości”, nie mogę nie zamieścić całości utworu, jest fenomenalny. 

„Spotkali się w święto o piątej przed kinem

Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem

Tutejsza idiotko rzekł kretyn miejscowy 

Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy

Miejscowa kretynka odrzekła z ochotą

Albowiem cię kocham tutejszy idioto

Więc kretyn miejscowy uśmiechnął się słodko

I poszedł do kina z tutejszą idiotką


Na miłym macaniu minęła godzinka

I była szczęśliwa miejscowa kretynka

Az wreszcie szepnęła kretynie tutejszy

Ten film mam wrażenie jest coraz nudniejszy

Więc poszli na sznycel na melbe na winko

Miejscowy idiota z tutejszą kretynką

Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym

Tutejsza idiotka z kretynem miejscowym


W ten sposób dorobią się córki lub syna

Idioty idiotki kretynki kretyna

By znowu się mogli spotkać przed kinem

Tutejsza idiotka z miejscowym kretynem.”

   Zauważyłam, że niektóre wiersze były już wcześniej śpiewane przez różnych artystów, są na You Tube, odbiór na żywo w teatrze jest oczywiście najlepszy. Jestem pewna, że sięgnę po twórczość Tuwima i ją zgłębię. 

8/10   


piątek, 21 czerwca 2024

Tove Jansson „W Dolinie Muminków”

 

     Jako osoba dorosła już drugi raz sięgnęłam po „W Dolinie Muminków” wcześniejsze spostrzeżenia z audiobooka opisałam tutaj. Czytając tekst i będąc już bardziej w temacie po lekturze wcześniejszych tomów, rozróżniając już poszczególne Muminki, mając czas podczas czytania na chwilę zastanowienia, zauważyłam większą głębię. Oczywiście poczucie, że podczas lektury niejako przebywa się z postaciami w gruncie rzeczy dobrymi, ciekawymi, pozostawało niezmienne. 

    W Dolinie Muminków Czarnoksiężnik zgubił kapelusz z magicznymi właściwościami, to jest kanwa całej opowieści. Każde niemal zdanie można odczytywać i realistycznie i symbolicznie. 

        Przykładowo wskazane jest, że Muminek z Włóczykijem po każdej podróży przyprowadzali do domu Muminków nowych przyjaciół, a Tatuś i Mama Muminka każdego z nich przyjmowali, każdy dostawał miejsce do spania i miejsce przy stole. I zostawali już z Muminkami. My też spotykamy nowe osoby, nawet żywiąc do nich sympatię, nie zawsze mamy umiejętność zaprzyjaźnienia się i zatrzymania ich przy sobie. Niektórzy twierdzą, że prawdziwie przyjaźnie to są tylko takie ze szkoły, inni o nowe przyjaźnie nie dbają, jeszcze inni nie potrafią utrzymać trwałych przyjaźni. U Muminków ta skomplikowana kwestia pokazana jest w uproszczonej formie. Muminki zawsze i niemal wszędzie  poznają kogoś wartościowego i mimo wad tej osoby, zapraszają ją do życia i nie zrażają się jej dziwactwami. Czasem przyglądają się bliżej osobom znanym, które robią wrażenie odstraszające, jak np. Wielka Buka i zastanawiają,  że może nie jest taka zła. 

       Inny świetny przykład to burza, która podczas jednej z wędrówek zniszczyła wiele rzeczy Muminków. Początkowo zapanowała lekka panika, ale szybko Muminki skoncentrowały się na tym, co morze dało im w zamian, co wyrzuciło na brzeg.  A wyrzuciło sporo rzeczy. Każdy przeżywa różne burze życiowe, w czasie burzy coś się traci, można np. stracić pracę, może rozpaść się związek, można zostać oszukanym itp. itd. Ale zawsze jest coś w zamian i warto na to zwrócić uwagę.   

         Każdy dzień u Muminków jest przygodą, codziennie zapowiada się piękny dzień. Na przykładzie Kapelusza Czarnoksiężnika można z kolei zaobserwować, jak wiele szkód czyni chciwość i głupota. Włóczykij gdy zobaczył kapelusz ani przez chwilę go nie chciał zabrać. „Kochał swój stary, zielony kapelusz”. „Nigdy  nie mógł zrozumieć, czemu ludzie cieszą się z posiadania różnych rzeczy. Sam czuł się zupełnie szczęśliwy w swoim starym palcie, które miał od urodzenia”. „Jedyną jego własnością, do której był przywiązany, były organki”. Gdyby reszta opisywanych postaci zachowała się tak samo, nie byłoby wielu problemów.  Wiadomo oczywiście, że ten opis to swoistego rodzaju przenośnia, nie da się żyć bez wielu przedmiotów i dóbr materialnych. Ale z kolei nadmierna pogoń za takimi rzeczami, branie wielkich kredytów, zmiany pracy wyłącznie z powodów finansowych, to przeciwieństwo postawy Włóczykija. 

       Każdy czytając uważnie, znajdzie swojego ulubionego bohatera, to też jest wspaniałe. Z niektórymi fragmentami można się wręcz identyfikować, np. „Piżmowiec jak zwykle wyszedł z książką”. Muminkami można się inspirować. Piżmowiec przykładowo kiedy wszedł do swojej jaskini  „poczuł się ogromnie rad ze wszystkiego. Rozłożył koc na piaszczystej ziemi, usiadł na nim i zaczął rozmyślać. Zajęty był tym przez mniej więcej dwie godziny”. Jeszcze chyba nigdy nie spędziłam dwóch tylko na rozmyślaniu. A z pewnością byłoby warto.  

10/10


poniedziałek, 17 czerwca 2024

Ida Żmiejewska „Fajerwerki” t.5 cyklu "Zawierucha"

 

    Ostatni tom cyklu jest zdecydowanie najsłabszy i przewidywalny. Właściwie wszystko jest już wiadome. Każda z bohaterek już we wcześniejszych tomach znalazła swoją miłość, a teraz autorka tylko sztucznie mnoży przeszkody, pozornie uniemożliwiające szczęśliwe życie kilku par. Tom napisany jest w konwencji takiej, że w tym samym czasie najważniejszym aspektem życia każdej z bohaterek jest rozwiązywanie problemów w związku uczuciowym. Wszelkie inne kwestie są potraktowane marginalnie. Na początku cyklu sporo miejsca poświęcone było  np. pracy Janki jako pielęgniarki w szpitalu, gdzie opiekowała się rannymi, w tym chorymi, którzy ucierpieli w ataku gazowym pod Bolimowem. Tutaj jest spora i nużąca monotematyczność. Brak jest ponadto głębi charakterologicznej. W rewelacyjnej „Warszawiance” tej samej autorki było  zdecydowanie więcej różnych dylematów moralnych, a postacie było znacznie bardziej złożone, wymykające utartym schematom. Tutaj problemami są kwestie damsko – męskie, typu, czy mężczyzna kocha, czy nie kocha, jak pozbyć się męża itd. 

         Obraz całej rodziny Kellerów też jest przelukrowany, schematyczny, owszem są większe czy mniejsze nieporozumienia, ale generalnie panuje między wszystkimi wielka miłość i lojalność, jak w bajce. Wszyscy są dobrzy i prawi, mają wady, ale są to naprawdę drobne wady. Jest to tak nierealne, aż ciężko się czyta. To odwrotność tego, co opisała np. Agata Christie w „Morderstwie w Boże Narodzenie” i odwrotność tego, co było pokazane chociażby w moim ulubionym serialu „Sukcesja”. W poprzednich tomach było podobnie, ale nie do końca było wiadome, w jakim kierunku całość pójdzie i było też zdecydowanie więcej innych aspektów. Tutaj jeszcze dochodzą ostatecznie równie wspaniali, bajkowi mężowie, a liczba bohaterów, przypominających ludzi z krwi i kości jest wyjątkowo mała, co w niektórych fragmentach sytuuje książkę niebezpiecznie blisko grafomanii. 

        Na podziw zasługuje natomiast wiedza autorki o dawnej Warszawie, realia życia w tym mieście w 1918r. odtworzone są świetnie, łącznie nawet z karmieniem wiewiórek w Parku Łazienkowskim, czy spacery z dzieckiem w Ogrodzie Saskim. Jeżeli ktoś nie jest znawcą okresu I wojny światowej, to z pewnością również dowie się wielu rzeczy. Szokujący jest opis sytuacji kobiet w tamtym czasie i to kobiet wykształconych. Na przykładzie Julii można przyjrzeć się sytuacji, jak zgodnie z prawem może zachować się porzucony mąż. W przysiędze ślubnej w tamtych czasach  zawarta była formuła posłuszeństwa, które panna młoda ślubowała poślubianemu mężczyźnie. To że po ślubie mąż porzucił chorą żonę i zostawił ją samą na pewną śmierć i to jeszcze tuż przed nacierającym frontem, nie miało żadnego znaczenia. Nadal w świetle prawa miał prawo jej rozkazywać i właściwie to nią rozporządzać. W tym konkretnym przypadku małżonek zagroził żonie, że jeżeli nie wróci do niego, on doprowadzi do zamknięcia jej w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach jako niepoczytalnej.  

     Generalnie jednak nie będę tęsknić za cyklem. 

6/10