wtorek, 20 września 2022

Lilian Jackson Braun "Kot który obrabował skarbonkę"

   Kot, który obrabował skarbonkę - Lilian Jackson Braun

   Kolejny, tym razem 22 tom serii z Koko i Yum Yu opiewa zwyczajną codzienność. W tej serii codzienność jest czymś wspaniałym, frapującym i nie mającym nic wspólnego z nudą czy nawet znużeniem. Z racji tego, że Qwill jest mocno zaangażowany w życie lokalnej społeczności, uczestniczy w wielu wydarzeniach, jak np. festiwale, zloty, koncerty. Tym razem odbywa sią aukcja biżuterii, zorganizowana przez przyjezdnego złotnika, o którym mało kto coś wie. 

  Najciekawszym elementem tego tomu jest jednak coś innego, Otóż tym razem autorka nieco więcej miejsca poświęciła mojej ulubionej bohaterce, Amandzie. Amanda jest totalną ekscentryczką, znana jest z tego, że mówi każdemu prawdę, nie dba ani o konwenanse, ani o dobre maniery, słynie z nieposkromionego indywidualizmu. Jest singielką i stosunkowo niedawno odrzuciła względy przyjaciela Qwilla. Ubiera się oryginalnie, ale nie oznacza to bynajmniej tego, że jest awangardowa, wręcz przeciwnie, ubiera się wygodnie, a na przyjęcie jest w stanie nałożyć niemodną sukienkę, którą ma już 30 lat i w której dobrze się czuje. Do nikogo się nie podlizuje, nikomu nie prawi komplementów. I ku zaskoczeniu wszystkich, wpadła na pomysł, że będzie ubiegać się o fotel burmistrza, który od kilku kadencji zajmuje przedstawiciel lokalnego estabilishmentu. Każdy mieszkaniec okręgu czuł się przez nią wiele razy obrażony, ale jak się okazało, wielu z mieszkańców miało mimo wszystko zamiar głosować właśnie na Amandę. 

   Jak zwykle nie może zabraknąć ciekawostek o kotach. Poznajemy wolontariuszkę w schronisku dla kotów, Maggie. We własnym domu ma ona aż 5 kotów, które mają bardzo ciekawe imiona, każde po znanej postaci świata kultury. Te imiona to przykładowo Charlotte (po Charlottcie Bronte), Sarah ( po Sarze Bernhard), pozostałe są nieco trudniejsze do zgadnięcia, postacie znane w czasach autorki i w miejscu, gdzie żyła, są obecnie już mniej rozpoznawalne.    

    Jest też sporo elementów humorystycznych. Jeden z nich to list do redakcji gazety, z którą współpracuje Qwill, a dot. powszechnie funkcjonujących "niewinnych kłamstewek", typu: "wyglądasz wspaniale", "wieczysta gwarancja", "lekarz za chwilę pana przyjmie". 

5/6

      


sobota, 3 września 2022

„H.M.S. Ulisses” Alistar MacLean – audiobook, czyta Krzysztof Gosztyła

 



      Kocham morze, czytałam książki o okrętach podwodnych, ale o okrętach, tworzących w czasie II wojny konwój, dotąd nie czytałam niczego. Autor chociaż zasłynął jako pisarz, w czasie wojny był marynarzem, tak więc tematyka, o której jest ta książka jest mu znana. Powieść opowiada o fikcyjnym konwoju, ale z racji doświadczenia autora, to co opisał, nie jest wymysłem, tylko w pewnych fragmentach z pewnością się wydarzyło. 

    Z lektury można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, w tym o tym, jak wyglądała służba na dalekiej północy, w Arktyce. Jest też mowa o ludzkich postawach w sytuacjach skrajnie trudnych. Ludzie inaczej zachowują się w normalnych warunkach, kilku marynarzy wznieciło przed odpłynięciem okrętu bunt, za co groził im sąd wojenny. Wyższe dowództwo patrzyło na nich jak na osoby, które do niczego się nadają, jak na kogoś beznadziejnego pod każdym względem. Ale jak się okazało, w warunkach bojowych byli rewelacyjni. Albo inny przykład. W trakcie zadania załoga była wycieńczona w stopniu skrajnym, warunki pogodowe były ekstremalne, zagrożenie ze strony Niemców olbrzymie, konwój był permanentnie atakowany, każdego dnia któryś z okrętów z konwoju szedł na dno. Wydawało się, że marynarze to chodzące trupy, ale nawet w takim stanie oni dawali z siebie wszystko i liczenie przez Niemców na to, że w takiej sytuacji bez problemu zlikwidują konwój, okazało się tylko marzeniem. MacLean zwrócił też uwagę na siłę charakteru. O tym czy ktoś przeżyje, decydował w dużej mierze przypadek, liczyło się więc szczęście. Ale poza tym ogromne znaczenie miała też właśnie wewnętrzna siła, dzięki której ludzie się nie poddawali, pamiętali o wszystkim, o czym trzeba, np. o drobiazgach aby ubrać rękawiczki, bo gdy się o tym zapomni, momentalnie pojawiają się odmrożenia. Albo z poważniejszych już rzeczy, o tym, że trzeba zachowywać zimną krew, gdy np.  pojawia się niemiecki samolot, trzeba natychmiast albo się ukryć, albo otworzyć ogień, w zależności od zadań, jakie miał dany marynarz.      
   Mimo to i mimo, że czyta Krzysztof Gosztyła, książka była dla mnie rozczarowaniem. Jest  niej wiele dłużyzn, a akcja toczy się według schematu,  że jest źle, a będzie jeszcze gorzej, pogoda koszmarna, Niemcy atakują. Wydarzenia opisywane są tylko z punktu widzenia marynarzy z tytułowego Ulissesa, co jest nużące. Znacznie ciekawiej byłoby, gdyby były jeszcze dodatkowe wątki, np. gdzieś na lądzie, wśród generalicji lub u rodzin członków załogi. Może te niedostatki wynikają z tgo, że  jest to pierwsza powieść autora.   
4/6

wtorek, 23 sierpnia 2022

Raymond Chandler „Żegnaj laleczko”, nowe tłumaczenie : Bartosz Czartoryski

 

Man with slicked-back black hair facing left, smoking a pipe

Chociaż powieść po raz pierwszy została wydana w 1940r. dzięki nowemu tłumaczeniu Bartosza Czartoryskiego w ogóle się tego nie odczuwa. W tym tomie nie ma  nieużywanego już słownictwa z poprzedniego wydania, są współczesne zwroty i słowa, np. facet, menel, ktoś dostał korby itp. Odmłodzenie Chandlera poprzez nowe tłumaczenie było strzałem w dziesiątkę. 

      Znak rozpoznawczy Chandlera to pozbawiony złudzeń obraz ludzi i Ameryki, rewelacyjny język i humor. Część postaci to ludzie z różnych względów przegrani, np. alkoholicy żyjący  biedzie i bez perspektyw. Są też i to w większości ludzie zamożni, pozornie wiodący udane życie, ale w rzeczywistości są oni upadli moralnie, np. żyjący z nieuczciwych interesów, łapówkarze czy dyspozycyjni policjanci. Ci ostatni kierują się głównie poleceniami przełożonych, no i szukają okazji do jakiegokolwiek zarobku na boku, niekoniecznie legalnego. Nie ma tu udanych rodzin, czy prawdziwych przyjaźni. Nie ulega też wątpliwości, że nie każdy jest zdemoralizowany, nowa znajoma detektywa z pewnością jest osobą uczciwą no i do tego atrakcyjną. Degeneracji nie uległ też oczywiście detektyw Morlowe. 

    Co do prywatnego detektywa Marolowa, to budzi wielka sympatię. Jest sam, to typ twardziela, ale tam gdzie trzeba, potrafiącego okazać odruchy serca. Życia osobistego właściwie nie prowadzi, czym przypomina wielkich, powieściowych  detektywów, jak Sherlock Holmes czy Herkules Poirot, albo panna Marple. Trochę brakuje mi tych prywatnych perypetii, no ale o ideał trudno. Szalenie dużo o naszym bohaterze mówi kalendarz ścienny z obrazami Rembrandta i to, co detektywowi w tych obrazach się podobało. Marlowe w jednej ze scen patrzy na „Autoportret” Rembrandta. „Artysta przytrzymywał umazaną farbami paletę brudnym palcem, na głowie miał charakterystyczny beret, również nie pierwszej czystości. Drugą ręką unosił pędzel, jakby zamierzał jeszcze coś namalować, tylko czekał na zaliczkę. Starzał się, skóra mu wiotczała, na twarzy zastygł grymas zdradzający wywołany długim życiem niesmak oraz zbytnie przywiązanie do alkoholu. Ale promieniował hardą pogodą ducha, którą tak ceniłem, oczy miał zaś jasne, niczym krople rosy.”  

     Książka napisana jest fenomenalnym językiem, nie ma tu żadnych długich opisów, zdania są krótkie, ale celne, a dialogi wręcz fenomenalne. No i przebija się wyjątkowe poczucie humoru. Przykładowo Marolwe wraz z kolegą rozmawiają z pewną kobietą, która zarzuca naszemu detektywowi brak umiejętności słuchania. Mówi do niego: „Jakoś kolega nie ma problemu z tym, żeby siedzieć cicho i słuchać. Jest żonaty – odparłem. – Ma doświadczenie”. Albo opis ludzkich przywar, gdy Marlow chcąc uzyskać informacje od obcej kobiety, postawił jej flaszkę.  „Podejrzliwość walczyła z alkoholowym pragnieniem, które wyraźnie zwyciężało. Zawsze zwycięża”. Albo już zupełnie na luzie spostrzeżenie „rozdziawiła usta, prezentując lśniące zęby, którym połysk nadaje noc w szklance z roztworem do protez”.

    Co zaś do samej akcji, to spośród tych wszystkich zalet dla mnie miała ona najmniejsze znaczenie. Otóż Marlowe w brudnej spelunie został niemal świadkiem zabójstwa, z braku detektywistycznych zleceń uznał, że trochę powęszy przy tej sprawie. A gdy już zlecenie dostał, szybko pojawił się kolejny trup. Oba te wątki oczywiście się połączyły. Podczas własnego śledztwa czytelnik właśnie poznaje zdegenerowanych bogaczy, skorumpowanych policjantów  i inne nie niej ciekawe postacie. 

  5/6

niedziela, 21 sierpnia 2022

Elżbieta Cherezińska „Niewidzialna korona” – audiobook, czyta Filip Kosior

   


Objętość książki nie powinna mieć większego znaczenia, ale zawsze przed sięgnięciem po tego rodzaju pozycję zastanawiam się, czy rzeczywiście warto. Tutaj mamy aż  29 godzin,  można w tym czasie przeczytać, czy odsłuchać co najmniej dwie książki. W tym przypadku powieść okazała się wyśmienita, na takim samym poziomie, na którym była pierwsza część cyklu, czyli „Korona śniegu i krwi”, którą czytałam kilka lat temu i o której pisałam tutaj. Przymierzam się już do tomu III, do audiobooka, który trwa 46 godzin. Na szczęście w domu podczas różnych prac domowych słucham czegoś innego niż w samochodzie, znużenia więc nie ma.

    Cherezińska dokonała wielkiej sztuki. Wybrała bardzo mało znany, a jednocześnie szalenie ciekawy okres w naszych dziejach i napisała o nim wyjątkowo wciągającą powieść. To czas  rozbicia dzielnicowego, kiedy to podejmowane były pierwsze próby zjednoczenia państwa i trwała jednocześnie walka o tron. Mało kto wie, że naszymi królami byli też władcy Czech, Przemyślidzi, Wacław II i Wacław III. Między innymi o ich rządach opowiada ten tom. O koronę ubiegał się też m. in. książę kujawski Władysław, później przybrawszy miano Łokietka, a także książę głogowski Henryk, zwany Głogowczykiem. 

       Książka to nie tylko opowieść o przeszłości. To również powieść ponadczasowa o mechanizmach władzy, o mechanizmach które rządzą zawsze i są aktualne również dzisiaj. Potęga Przemyślidów była porażająca i zastanawiałam się nad tym, jak to w ogóle się stało, że się od nich skutecznie uwolniliśmy. Ale Wacław II sięgający po kolejne korony, w tym polską i węgierską, naruszył istniejący w Europie układ sił. Zaniepokoił tym i zdenerwował nie tylko sąsiadów, ale i samego papieża. Zaniepokojeni postanowili zareagować i to na tyle szybko, aby ten zwycięski pochód zastopować. Papież zaczął wspierać wrogów Przemyślidów, a w tym samym czasie doszło do ataku na Czechy i to z różnych stron. Ale Czesi  nie byli idiotami. Zaczęli się zastanawiać, jak wybrnąć z sytuacji osaczenia. Wiedzieli, że z czegoś, z pewnych zdobyczy, będą musieli zrezygnować. I że będą musieli jednak zjednać sobie któregoś z wrogów, dając mu coś w zamian za odstąpienie od działań wojennych, których wynik był nieprzewidywalny. Wiedzieli, że przeciwko wszystkim nie dadzą rady.  

    Książka nie jest na szczęście super poważną opowieścią o tego rodzaju kwestiach, to beletrystyka, która rządzi się swoimi prawami. Jest to lektura mimo wszystko lekka, bo w tekst wplecionych jest wiele innych wątków, w tym romansowe, kryminalne czy nawet lekko i bez większego wpływu na akcję wątki fantazy, są też nawiązania do średniowiecznych legend. Wątki kryminalne to nie są  wymyślone opowieści o nieznanych, zamordowanych osobach. To po prostu rzeczywiste zabójstwa, w tym królobójstwa, bo Wacław III faktycznie został zamordowany. Elżbieta Cherezińska przedstawiła swoją wersję tego, jak do tego doszło, kto był zleceniodawcą, nie zapomniała też o wersji oficjalnej, czyli osobie niemieckiego płatnego zabójcy, który natychmiast po wykonaniu zadania sam został zabity, zleceniodawca zaś nigdy nie został ustalony. 

      Autorka opisała też chyba wszystkie grupy społeczne, jakie wówczas istniały, nie wyłączając nawet zgromadzeń zakonnych. Poza ludźmi z dworów królewskich jest szereg innych bohaterów, w tym duchowni, jak np. Jakub Świnka, czy sprzyjający Przemyślidom biskup krakowski Muskata. Są zakony rycerskie, jak Krzyżacy czy Joannici. Jednym z bohaterów jest Wielki Mistrz Krzyżacki. Są też poganie, uprawiający kult swoich bożków. Są nie tylko ziemie polskie, jest pokazany Rzym, do którego w 1300r. udał się Łokietek, jest Ruś, oczywiście Czechy, Węgry.

    To także jest opowieść o tym, jak kształtuje się mąż stanu. Nie wszystkie posunięcia  Łokietka z czasu młodości były trafne, jedna była wręcz fatalna dla kraju, musiał potem uciekać z ziem polskich. Póżniej „dorósł” do swojej pozycji księcia i zaczął powoli pokonywać konkurencję do tronu. Cherezińska świetnie to uchwyciła i rewelacyjnie opisała. Przykładowo gdy pojawiła się możliwość jego powrotu do Krakowa i wejścia nie tylko do zamku, ale i do grodu, Łokietek zaczął się zastanawiać, jak postąpić z osobami, które jawnie przeciwko niemu występowały, np. biskup Muskata. Wiedział, jak zakończył się dla Bolesława Śmiałego  konflikt z biskupem Stanisławem i jakie poniósł konsekwencje zabójstwa. Łokietek zdecydował się więc na taktykę lisa, nie jątrzył konfliktu, zaczął obserwować biskupa, wiedział, że może się po nim wszystkiego spodziewać, a jednocześnie bardzo dbał o dobre stosunki z papieżem.   

    Niezależnie od tego wszystkiego powieść szalenie wciąga. Jest ona przecież również sagą, przypomina seriale w kilku sezonach. Niektórych bohaterów czytelnik zna od narodzin i obserwuje ich dzieciństwo, zauroczenia miłosne, małżeństwo, karierę itp. Taką osobą jest m. in. Rikissa, córka zamordowanego polskiego króla Przemysła II. Cherezińska opisuje swoich bohaterów tak,  że chce pokazać, co oni myślą, co czują, czym się kierują w swoich decyzjach. Nie odczuwa się w ogóle, że żyli oni tak dawno w zupełnie innych czasach. 

5/6   

niedziela, 14 sierpnia 2022

Błażej Brzostek „Wstecz. Historia Warszawy do początku”

 

Wstecz Historia Warszawy do początku - Błażej Brzostek
  
  Warto było przebrnąć przez 800 stron książki. To jest zupełnie inna historia Warszawy, niż wszystkie inne. Zastanawiałam się, czy opowiadanie historii w odwrotnej kolejności, tzn. od czasów współczesnych do początku, ma sens. Ma sens i z pewnością nie jest to tylko chwyt marketingowy.

     Autor opisuje tą historię koncentrując się głównie na życiu mieszkańców, a więc tym, jak wyglądało miasto, jak i w czym się mieszkało, czym się przemieszczano, jakie wynalazki techniczne się pojawiały, w co się ubierano itp. Nie miałam np. pojęcia, która ulica swego czasu była nazywana aleją Stalina (Aleje Ujazdowskie), która była ulicą Napoleona (ul. Miodowa) i który plac w czasie wojny był nazwany Placem Hitlera ( Plac Piłsudskiego). Wydarzenia polityczne są sygnalizowane, ale tylko gdy miały one realny wpływ na życie mieszkańców, tutaj mamy zarówno wydarzenia znane, jak i też niemal zapomniane. Autor opisuje przykładowo pobyt Napoleona i jego wojsk, Powstanie Warszawskie, ale widziane z perspektywy ludności cywilnej, czy znacznie wcześniejszą i w powszechnym odbiorze mało znaną działalność sztyletników w czasie Powstania Styczniowego ( wykonujących wyroki śmierci na Rosjanach). Mowa jest też np. o kataklizmach naturalnych, jakie nawiedzały Warszawę, a więc wielki pożar na początku XVIII wieku, gdzie życie mogło stracić około 1/10 ludności,  szerzące się zarazy, zwane dziś epidemiami, głównie była to dżuma, powodzie, z których jedna zniszczyła całkowicie jedyny warszawski most. Jest bardzo dużo cytatów z różnych dzieł z omawianej epoki, z powieści, ze wspomnień, z listów, z dokumentów, nawet z ogłoszeń w gazetach. 

    Książka B. Brzostka to po prostu inne spojrzenie na historię, przez inny pryzmat niż w podręcznikach. Wydarzenia z przeszłości, o których uczy się na historii np. tworzenie się partii politycznych, ich łączenie się czy dzielenie, raczej warszawiaków nie interesowały, z uwagi na analfabetyzm i biedę raczej w ogóle o nich nie wiedzieli. Ale można się dowiedzieć, czym naprawdę ci ludzie żyli. W czasach zmierzchu dynastii jagiellońskiej Warszawa fascynowała się mostem, został zbudowany pierwszy most i było to wydarzenie absolutnie szokujące i zajmujące każdego.  

    Ciekawe są też cytowane opinie obcokrajowców o mieście, można zastanowić się na ile naprawdę mieli rację. W opiniach osób, których wrażenia nie były pozytywne, dominuje przekaz o posępności, smutku czy brudzie. Z czasów współczesnych są wzmianki o cudzoziemcu, który zaproszony przez znajomą, był oprowadzany po Warszawie jedynie pod kątem martyrologii, miejsc pamięci itp. 

   Książka byłaby dla mnie doskonała, gdyby na XX wiek poświęcone było nieco mniej miejsca, ale za to aby więcej było o okresach wcześniejszych, np. o wieku XVIII, XVII i jeszcze wcześniejszych. Okres PRL-u był dla mnie omówiony stanowczo za szeroko. Niektóre wydarzenia z kolei wymagały nieco szerszej wzmianki  niż jedno czy 2 zdania, np. rzeź Pragi. Brakowało mi też informacji o literaturze, sztuce czy muzyce z różnych okresów. Opisując XX – lecie i pisząc o biedzie, Brzostek cytuje "Kwaśniaków" Henryka Drzewieckiego, nie ma z kolei cytatów np. z Dołęgi – Mostowicza, który biedę też opisywał. O tym twórcy nie ma żadnej wzmianki, a był on pisarzem swego czasu najpoczytniejszym nie tylko w Polsce. Ale pod względem doboru tematów, czy źródeł literackich nie da się każdemu dogodzić, każdy zapewne widziałby to inaczej. Świetnie byłoby też, gdyby było więcej zdjęć.  
    5/6

sobota, 6 sierpnia 2022

Agata Christie „Tragedia w trzech aktach”

 

Tragedia w trzech aktach - Agata Christie

     Jest to klasyczna Agata Christie, jest Herkules Poirot! Intryga kryminalna jest z jednej strony taka typowa, jak na Królową Kryminału, a więc wyższe sfery, przyjęcia w doborowym gronie, z drugiej zaś szalenie intrygująca. Otóż właśnie na przyjęciu jedna z zaproszonych osób po wypiciu koktajlu padła trupem. Mało kto brał pod uwagę ewentualność otrucia. Niedługo potem na innym przyjęciu w zbliżonym gronie sytuacja się powtórzyła. Pojawiła się kolejna ofiara. Tym razem nie mogło już być wątpliwości. Zabić mógł tylko ktoś, kto był na obu przyjęciach, i z tego też względu 7 osób zostało wziętych pod lupę jako potencjalni zabójcy. Oczywiście na pozór każdy mógł zabić.  
 
        Jak zawsze czytając Agatę Christie można sporo się dowiedzieć o naturze ludzkiej. Tym razem Poirot zwraca szczególną uwagę na to, jak bardzo ludzie różnią się postrzeganiem świata. Jego zdaniem można nawet wyróżnić różne typy umysłów, w tym np. dramatyczny, osoba o takim umyśle będzie postrzegać świat  sposób teatralny, egzaltowany, może to wynikać z racji wykonywanego zawodu, ale nie tylko. W tej powieści umysł taki ma jeden z głównych bohaterów, aktor. Nasz genialny detektyw mówi, że zagadkę zabójstwa może rozwiązać tylko ten, kto ma umysł zwykły, pozbawiony nadmiernych emocji, taki racjonalny. "Jest umysł prozaiczny, czyli taki, który nie ogląda się na błękit morza i krzewy mimozy, lecz widzi ukrytą stronę dekoracji scenicznej". Jednocześnie ten, kto chce rozwiązać zagadkę musi umieć się wcielić w umysł zabójcy, w jego sposób postrzegania świata i reagowania. Ta reguła ma oczywiście zastosowanie nie tylko w odniesieniu do ustalania zabójcy. Odnosi się do każdego ludzkiego zachowania. Ludzie często nie są w stanie siebie zrozumieć, każdy ocenia innych ze swojej perspektywy. Gdyby natomiast zamiast patrzeć ze swojego punktu widzenia, zwrócić uwagę na to, jaki jest ten ktoś drugi, co jest dla niego najważniejsze, jak on reaguje na różne wydarzenia, prędzej można byłoby go rozgryźć. Wielu rzeczom nie trzeba byłoby się dziwić i wiele można wówczas przewidzieć. 

    No i potrzebna jest jeszcze spostrzegawczość.  Tutaj np. zabójca chciał bardzo, aby każdy zauważył pewien szczegół i dołożył sporo starań, aby ten szczegół był widoczny. I mimo, że ten szczegół rzeczywiście był mocno widoczny, zauważyła go zaledwie jedna osoba, która lubiła obserwować ludzi. 

    Z ciekawszych elementów, jest tu ukazana młoda dziewczyna, uwodząca mężczyznę. Motyw zaradnych kobiet, wiedzących czego chcą, konsekwentnie  dążących do celu i pokonujących różne przeszkody, wielokrotnie występował u Christie. Tym razem zakochana dziewczyna uwodzi mężczyznę o 30 lat starszego od niej. A zdaniem autorki  mężczyźni około 50-tki bardzo łatwo tracą głowę dla młodych kobiet. Zachowanie takiego uwodzonego mężczyzny można właśnie obserwować podczas lektury. "To straszliwa, pochłaniająca namiętność, tak typowa dla mężczyzn w sile wieku, którzy zakochują się w młodej, niewinnej dziewczynie". 

     Książkę czyta się szybko, akcja wciąga, lektura jest lekka, przyjemna, idealna na wakacje i upał. 
   5/6

sobota, 30 lipca 2022

Michał Zioło OCSO „Litery na piasku”

 

Litery na piasku

      Jestem zafascynowana tą pozycją. Michał Zioło jest zakonnikiem, najpierw był dominikaninem, a teraz trapistą, żyje w zakonie, w międzynarodowej wspólnocie gdzieś za granicą, u nas nie ma trapistów. Jednocześnie jest to człowiek mocnej, dojrzałej wiary, niespotykanego, porażającego wręcz  intelektu i gigantycznej wiedzy.  Przymioty takie można, jak widać, pogłębiać w zakonie, prowadząc głębokie życie wewnętrzne, nie jest potrzebne życie awanturnicze, nie są potrzebne bezustanne podróże, nie musi się ciągle „coś dziać”. Jest to mocno zastanawiające, jak to się dzieje, że ktoś  żyjący na uboczu, niby odcięty od świata, wie o tym świecie i o człowieku tak dużo, a wiedza ta jest tak głęboka. Podobne odczucia, ale nie aż na taką skalę, mam, czytając Charlotte Bronte czy Jane Austen. Obie te pisarki prowadziły podobny, zasiedziały, tryb życia, bez podróży, bez większych przygód. I też bogactwo obserwacji i przemyśleń zadziwia.     

       Książkę M. Zioło przeczytać może każdy bez względu na to, czy jest wierzący, czy nie. To zbiór 24 tekstów, które najtrafniej chyba nazwać można felietonami. To oczywiste, że jest tam sporo o religii, ale  jest też olbrzymia liczba odniesień do historii, literatury czy sztuki, w tym do twórców, którzy z religią nie mieli nic wspólnego, jak np. Wolter. Nie ma tu żadnego dydaktyzmu, żadnego pouczania, nie ma nic z postawy takich postaci, jak np. Rydzyk czy Jędraszewski, nie ma tu też polityki. Są to teksty, które dają bardzo dużo do myślenia. I wyłania się z nich wiele książek, po które warto sięgnąć, a na które powołuje się autor.

    Przykładowo, gdy pisane są biografie czy wspomnienia, często autorzy koncentrują się na postaciach bardziej lub mniej znanych. M. Zioło z kolei w jednym z felietonów wydobywa nie tyle z zapomnienia, co z totalnej ogólnej niewiedzy postać malarza Saszy Rzewuskiego, bywalca salonów, człowieka o wyjątkowo barwnym życiorysie. Sasza wstąpił do zakonu i nigdy decyzji tej nie zmienił. W innym tekście opowiada o wietnamskim duchownym Van Thuanie, więzionym przez wiele lat przez władze komunistyczne, wobec którego toczy się obecnie proces beatyfikacyjny. Jego charyzma była tak wielka, że zdarzało się, iż pilnujący go strażnicy, obserwując jego postawę, nawracali się. Konieczne stało się więc, aby strażnicy z jego otoczeni byli wymieniani co tydzień.   

    Bogactwo przemyśleń jest tak wielkie, że mam problem, co wybrać, aby dać inne jeszcze przykłady, mogące zobrazować, jak mniej więcej teksty te wyglądają. Jest np. tekst pt. „Sieci”, nie dotyczy on bynajmniej internetu. Jest w nim mowa m. in. o odnajdywaniu sensu w tym, co dzieje się dookoła, autor pisze „bo mnie obchodzi sens właśnie, sens pojawienia się w czyimś życiu innego życia, choćby i za sprawą pośredników, czasem tylko w formie szczątkowych informacji”. To inne życie to mogą być też osoby już nieżyjące, o których ktoś się dowiaduje i widzi pewne zbieżności pomiędzy ich życiem, a swoim, albo np. się tym życiem inspiruje. Sytuacje, w zaistnieniu których autor szuka sensu, można też nazwać przypadkami.  

    Jest też np. mowa o dołach psychicznych czy depresji, choć sformułowania takie nie padają. Autor pisze „A co z naszymi skłonnościami do zbyt intensywnego przeżywania samego siebie, co kończy się najczęściej melancholią otwierającą drzwi rozpaczy?.” Wiele jest o odnajdowaniu sensu życia, o „podjęciu fascynującego wezwania: nauki czytania woli Boga w znakach, które porozrzucał, poustawiał i porozwieszał wokół nas.”  M. Zioło pisze, że „sybirak, jezuita, ojciec Walter Ciszek podpowiada, że czytaniu znaków Boga powinno towarzyszyć pewne założenie: warto przyjąć, że miał On cel i powód, byśmy weszli w kontakt z tymi właśnie sprawami i z tymi ludźmi”. W kolei o Biblii pisze, iż „edukacja w Biblii to nawoływanie Boga, to Jego głos wśród głosów, roszczących sobie prawo do wyłączności. Głos wskrzeszający zmarłych, odnajdujący zagubionych.” 

   Jest też np. mowa o olśnieniach, to "momenty, kiedy to "stargana - jest osnowa świata" i jawi się istota rzeczy, ich sens i cel". To wszystko, co cytowałam, to oczywiście tylko przykłady. Z racji tego, że kwestii do zacytowania jest mnóstwo, to nie mogę nawet powiedzieć, że są to cytaty najważniejsze.  

6/6


wtorek, 26 lipca 2022

Wojciech Chmielarz „Długa noc” – audiobook, czyta Janusz Zadura

 

Długa noc - Wojciech Chmielarz - ebook + audiobook + książka

Byłam wielką fanką cyklu o Mortce. Obawiałam się, że zajęcie się przez autora innymi gatunkami literackimi i przedłużająca się przerwa w cyklu, nie wróżą niczego dobrego. I rzeczywiście, ten tom jest dla mnie rozczarowaniem. Jest mocno schematyczny i przewidywalny, w wielu fragmentach po prostu nużący.     Mortka na stale pracujący w Interpolu w Hadze, przyjechał do Warszawy, gdzie odnowił kontakty z Suchą, z którą kiedyś blisko współpracowali, a która teraz jest naczelniczką jednego z wydziałów w policji. Wydarzenia rozgrywają się właściwie w ciągu doby, ale są liczne retrospekcje.

    Jeden z wątków to trwające godzinami rozmowy ze świadkiem w sprawie zabójstwa. Treść tych rozmów nie jest nigdzie zapisywana, odbywają się one w nocy, a Sucha z Mortką liczą na to, że człowiek ten przyzna się do tego zabójstwa. Dla mnie to był jeden z najsłabszych fragmentów książki. Te nocne rozmowy to mniej więcej w kółko to samo.

    Sporo jest o covidzie, ale pisane jest to z perspektywy osoby, która pracuje w domu i mało, albo prawie wcale z niego wychodzi. Każdy prawie kontakt z inną osobą, postrzegany jest jako możliwość zakażenia i jest to analizowane, czy do tego zakażenia doszło. W taki sposób naprawdę mało kto funkcjonował.

    Praca Mortki w Hadze i rzeczywistość holenderska opisywane są jako coś wspaniałego, niemal idealnego, zaś to co się dzieje w Polsce wręcz odwrotnie. Mamy biel i czerń, żadnych niuansów. Znaczną część książki zajmują mało odkrywcze kwestie pogarszających się relacji Mortki z synami. Mortka dokonał „odkrycia”, że przez kilka lat jego pobytu w Hadze, jego synowie, mieszkający w Polsce z matką, wydorośleli, a on nie ma z nimi bliskiej relacji i właściwie nie wie, co się z nimi dzieje.

    Nie zauważyłam tego, co szalenie podobało mi się w poprzednich tomach, czyli celnych obserwacji rzeczywistości. Nie ma humoru, który był w tomach poprzednich. Zamiast lekkości, jest patos, nie cały czas, ale np. we fragmentach o lekarzu, poświęcającym się dla dobra pacjentów. Liczba głównych bohaterów jest mocno zredukowana. W poprzednich tomach z zainteresowaniem można było śledzić losy kolegów Mortki, tutaj nie ma żadnego z nich. Bardzo mocno eksponowane są też wątki LGBT. Tak to wygląda, jakby autor sięgnął do internetu, zobaczył, które tematy są najbardziej nośne, wcisnął je na siłę do książki. Żadnego z tych wątków nie pogłębił, w żadnym miejscu nie powiedział czegoś, co nie byłoby schematyczne.  A do tego jeszcze w wielu miejscach jest nuda.   

3/6        

piątek, 15 lipca 2022

Ida Żmiejewska "Iskry na wiatr" cykl "Zawierucha"

 


     Kryminały retro Idy Żmijewskiej polubiłam od pierwszego tomu „Warszawianki”, „Iskry na wiatr” ewidentnie są początkiem cyklu, co jest doskonałą wiadomością. To książka lekka, przyjemna, od której nie można się oderwać i do której chce się wracać, ale jednocześnie mądra i dająca do myślenia. To powieść wręcz wymarzona szczególnie wówczas, gdy ktoś potrzebuje oderwania się od rzeczywistości. Autorka jest kopalnią wiedzy o Warszawie i jej historii, a w tym przypadku wybrała taki okres w dziejach, o którym u nas nie pisze się zbyt dużo, a mianowicie 1914r., a  konkretnie druga jego połowa.

    „Iskry na wiatr” to trochę kryminał, trochę powieść historyczna i obyczajowa z romansem i wątkiem szpiegowskim w tle. Autorka doskonale balansuje pomiędzy tymi wątkami i nie ma przeciągania któregokolwiek z nich. To opowieść o trzypokoleniowej rodzinie: 4 młodych dziewczynach, ich ciotce i babce. Po śmierci głowy rodziny, ojca dziewczyn i jego bankructwie, kobiety musiały się przeprowadzić do wynajmowanego mieszkania w gorszej dzielnicy i zaznały biedy, nie takiej porażającej, ale jednak.  

    Fascynujące są opisy życia w tamtych czasach, panuje drożyzna i niepewność, do Warszawy zbliża się niemieckie wojsko. Polacy w dużej mierze, chociaż nienawidzili Rosjan, bardziej chyba obawiali się Niemców i tego wszystkiego, co może się stać, gdy uderzą na miasto. Widać, że społeczeństwo polskie było bardzo mocno podzielone i wiele osób żyło, tak jak i teraz w czymś, co nazywam „bańką”, byli zamknięci w swoim świecie, obracający się wśród osób o podobnych poglądach i głusi na wszystko, co nie zgadzało się z tym ich światopoglądem. Jedna z bohaterek została pielęgniarką, miała stosowne wykształcenie, a w związku ze zbliżającym się frontem była bardzo potrzebna. Nawet taka sytuacja wywoływała  wiele dylematów. Jej siostra zarzuciła jej, że jest to nieetyczne, bo pomaga w ten sposób Rosjanom, a przecież wszystkie szpitale w Warszawie były rosyjskie. Pielęgniarka odpowiedziała, że wśród pacjentów jest sporo Polaków, ale dla tamtej, radykalnej siostry, nie miało to znaczenia. Jedna z sióstr zaangażowana była w działalność niepodległościową, a to już było dla mnie czymś nowym, eksploatowany jest przecież i w książkach i filmach temat tego rodzaju działalności w czasie II wojny, ale nie pierwszej. Dla jeszcze innej bohaterki angażowanie się w jakąkolwiek działalność tego rodzaju przy boku Piłsudskiego było głupotą, bo przecież Piłsudski i jego ludzie byli terrorystami z PPS i „oczywistym” było, że ktoś taki nie będzie w stanie niczego sensownego wymyślić. W tle tego wszystkiego następują zmiany obyczajowości, przykładowo bohaterka „Warszawianki” długo nie wyobrażała sobie małżeństwa bez zgody matki, tutaj widać wyraźnie, jak bardzo wszystko się zmieniło. Ciekawe są nawet takie drobiazgi, jak zmiana mody, kobiety skracają suknie, głównie z powodów praktycznych,  na szerszą skalę zaczęły przecież pracować, Zdejmują też gorsety.

   Czekam już  na kolejną część.

5/6 








kk

piątek, 8 lipca 2022

Jane Austen „Emma”

 

Ilustracja

        „Emma” podobnie jak i wszystkie inne powieści Jane Austen pozwala na totalne oderwanie się od rzeczywistości i na naprawdę spokojną lekturę. Gdy w długi weekend czerwcowy wgłębiłam się w „Emmę” i mogłam czytać do woli, miałam poczucie, jakbym znalazła się, fizycznie, na angielskiej prowincji 200 lat temu.  Aż szkoda było mi powracać do rzeczywistości.    Jak zawsze, gdy skończę czytać którąkolwiek z książek Austen, czuję, że czegoś mi brak i tęsknię za tym, aby sięgnąć po nią ponownie.   

     Nie jest to moja ulubiona powieść tej autorki, bohaterka jest uczciwa, szczera, ma dobre intencje, ale mogłaby być troszkę mądrzejsza. Ta lekka głupota mi nieco przeszkadzała, ale sąsiad Emmy, pan Knightley, błyskotliwy, inteligentny i przenikliwy, wynagradzał te niedostatki. Emma jest osobą majętną, co odróżnia ją od bohaterek pozostałych powieści tej samej autorki. Wpadła na pomysł, że doprowadzi do ślubu swojej pozbawionej majątku, niezbyt mądrej i niezbyt urodziwej znajomej z przystojnym, wykształconym i majętnym mężczyzną, który w żaden sposób dziewczyną tą nie był zainteresowany. Ten niedorzeczny pomysł wywołał szereg komplikacji towarzyskich. A w pobliżu Emmy pojawił się znienacka adorator.    

    Jak zawsze u Austen, wydarzenia rozgrywają się na wsi, nie ma żadnej polityki, opisywany jest powszedni dzień. Jane Austen była admiratorką zwyczajnej codzienności, a ta codzienność wydaje się szalenie ciekawa i pociągająca. Nikt tu nie wyruszał w dalekie podróże i nikt za tym nie tęsknił. Ale np. wypicie filiżanki herbaty przy kominku i porozmyślanie o różnych tematach jest pokazane jako coś absolutnie wyjątkowego i mogącego dać głęboką satysfakcję i jako coś, za czym można tęsknić w zaświatach.

      Realia epoki i fascynują i bawią. Przykładowo jedna z bohaterek znalazła się w fatalnej sytuacji finansowej i podjęła decyzję, że zacznie szukać pracy jako guwernantka. Wśród okolicznych mieszkańców wywołało to niesamowite poruszenie, dziewczynie jedni współczuli, inni cieszyli się z jej nieszczęścia. Ale konieczność podjęcia pracy zarobkowej postrzegana była przez wszystkich jako coś koszmarnego, jako jedno z większych nieszczęść, jakie mogą się przytrafić. Społeczeństwo angielskie wydaje się kastowe, niemal jak w Indiach.

    Fascynujące są ponadczasowe charaktery ludzkie. Spośród bohaterów na szczególną uwagę zasługuje postać pastorowej. Jest to czarny charakter, ale nieco zamaskowany. Kobieta ta jest fałszywa do granic możliwości, opowiada wszystkim, jaka to jest świetna i pomocna, a jednocześnie pod płaszczykiem tej pseudo uprzejmości, niemal każdego poniżała i uprzykrzała mu życie. Z kolei jej mąż, pantoflarz, jest wręcz żałosny. Jest bohater ślepo zapatrzony w wyidealizowanego syna. I jest ten syn, protoplasta dzisiejszych imprezowiczów i lekkoduchów. Galeria postaci jest wyjątkowo bogata, a każdy znajdzie wśród nich osobę, którą będzie odbierał w taki sposób, jakby ją niemal znał. Wynika to z tego, że te charaktery są niezmienne i np. ówczesna pastorowa to obecna Elżbieta. Można się w nich poprzeglądać jak w krzywym zwierciadle.

5/6  

środa, 6 lipca 2022

Bożena Fabiani „Moje gawędy o sztuce. Dzieła, twórcy, mecenasi. Wiek XV-XVI” – audiobook, czyta autorka

 092ad68438.jpg - 4952

Autorka ma olbrzymią wiedzę i dar wynajdowania takich twórców, zjawisk, czy dzieł, które nie są powszechnie znane. A nawet w znanych dziełach jest w stanie zwrócić uwagę na taki ich aspekt, który raczej jest niezauważalny. O wszystkim pisze subiektywnie, mało znanemu malarzowi jest w stanie poświęcić więcej miejsca, niż twórcom powszechnie znanym. Niezależnie od opisów dzieł i malarzy, dzięki książce pogłębić można też wiedzę o epoce i to też niekoniecznie z najbardziej powszechnego punktu widzenia. Jak dla mnie mogłoby być tylko nieco więcej informacji o obrazach, niż o autorach, ale to już kwestia subiektywna.

     B. Fabiani zwraca szczególną uwagę na dzieła kobiet, wydobywa je z mroków zapomnienia. Dzięki temu ten kanon przedstawianych twórców jest inny, niż większość. Nie jest to na szczęście robione „na siłę”, autorka nie wyznaczyła sobie np. limitu, że ma być mowa o takiej samej liczbie malarzy i malarek. Ale do pewnego czasu większość dzieł o malarstwie i albumów opracowywana była przez mężczyzn i jakoś tak się utarło, że artystki, malarki, były w nich marginalizowane lub w ogóle ich nie było. Ale faktycznie one istniały i tworzyły, tylko trzeba wydobywać je z mroków zapomnienia.  B. Fabiani nie wpycha do książki fragmentów o malarkach miernotach, bo tak trzeba, taki jest trend, tylko ukazuje artystki które stworzyły naprawdę wartościowe, ponadczasowe dzieła. Opisuje m. in. malarki: Sofonisbę i Lavinię Fontanę, zwracając uwagę zarówno na niebanalne życiorysy, jak też i na to, z jak wieloma trudnościami musiały się one mierzyć, aby zaistnieć jako twórczynie. Kobieta malarka w XV czy XVI wieku była postrzegana jako totalne dziwadło, coś zdecydowanie gorszego od malarza mężczyzny, a kwestia sprzedaży jej dzieł była naprawdę wielce problematyczna. Malarki musiały wykazywać się wielkim hartem ducha, aby móc malować i jeszcze próbować wieść satysfakcjonujące życie osobiste, rzadko kiedy było to w ogóle możliwe. Przykładowo Sofonisba w młodości przebywała na dworze hiszpańskim, gdzie miała świetne warunki i niczego jej nie brakowało, ale tak naprawdę szczęśliwa stała się dopiero około 50 – tki, gdy wyszła po raz drugi za mąż, a było to jednocześnie pierwsze małżeństwo z miłości. Lavinia z kolei wyszła za maż za kandydata, narzuconego przez ojca, młodzi okazali się potem szczęśliwym małżeństwem. Te sylwetki kobiet malarek kojarzą mi się z odnalezionymi puzzlami, które dopełniają obraz epoki. Podobnie zrobiła autorka w książce „W kręgu Wazów”, gdzie również opowiedziała m. in. o kobietach, które w większości zostały zapomniane, a z życiorysów których można sporo zaczerpnąć.    

     Oprócz rozdziałów o kobietach, najbardziej fascynujący był ten o Michale Aniele. Jest tam przedstawiony jako malarz, rzeźbiarz i architekt. I sporo jest o jego freskach w Kaplicy Sykstyńskiej, ale też w dużej mierze o mniej  znanych fragmentach, np. o malowidłach proroków ze Starego Testamentu, czy  wieszczek, sybilli ze starożytności. B. Fabiani przedstawia też m. in. najbardziej tajemniczego malarza – Giorgone, zwraca uwagę na to, że do dziś istnieją problemy  z interpretacją jego dzieł. Kilka lat temu czytałam „Szmaragdową tablicę” autorstwa C. Montero, powieść, w której mowa jest o domniemanym dziele Giorgone „Astrolog”, którym interesowali się naziści.

5/6