piątek, 17 lipca 2015

Patrick Modiano „Zagubiona dzielnica”




Jest cała masa pisarzy, zarówno klasyków, jak i  współczesnych, szczególnie tych współczesnych, których nie znam. Nie ma możliwości przeczytania wszystkiego tego, co nas interesuje.  Każdy chyba ma problem, jakie kryterium wyboru książki przyjąć. Kryterium może być informacja o treści książki, znany nam autor czy polecenie kogoś godnego zaufania. Do nagród podchodzę sceptycznie. Ale czasem jednak i na nagrody patrzę. Najmniejsze zaufanie mam do naszej  Nike, zdarzyło mi się rozczarować nią gigantycznie, teraz już nawet nie za bardzo zwracam na nią uwagę.  Ale inaczej już jest np. z Nagrodą Pulitzera czy Bookera albo National Book Award czy francuską Nagrodą Goncourtów . Czasem, gdy nie jestem pewna , co kupić, tego rodzaju nagroda bywa w pewnym stopniu wskazówką.  Kiedyś w księgarni wpadły mi w ręce „Kroniki portowe” Annie Proulx . Informacja , o czym jest książka,  wydała się bardzo ciekawa, a fakt, że została nagrodzona Nagrodą Pulitzera i National Book Award spowodował, że bez dalszego zastanawiania ją kupiłam . I był to strzał w dziesiątkę. Tak się jakoś stało, że nabrałam ochoty na poznanie tych znanych i cenionych pisarzy, o których niewiele wiem. Patrick Modiano jest Noblistą z 2014r. , a wcześniej zdobył Nagrodę Goncourtów. Tematy, o których pisze, wydały mi się ciekawe. Czemu więc nie spróbować ?

                 „Zapomniana dzielnica” jest bardziej opowiadaniem, niż powieścią. Czyta się ją lekko, nadaje się nawet na lato, kiedy to nie zawsze mam ochotę na lektury poważne. Myślę, że ta pozycja zainteresuje każdego, kto bywał w  miejscach  , z którymi łączy go wieź emocjonalna, w których np. spędzał dzieciństwo , albo które odwiedzał.     Poza narratorem bohaterem tego dzieła jest też Paryż. To ostatnie chyba najbardziej zaważyło na tym, że zdecydowałam się właśnie na tą, a nie na inna książkę Modiano , z Paryżem też mnie co nieco łączy i dawno w nim nie byłam. Otóż narrator, Ambrose Guise , Anglik , lat 39 , poczytny pisarz, przyjechał do Paryża na spotkanie z wydawcą. Przy okazji miał ochotę na odwiedzenie miasta, w którym nie był od 20 lat. Dla tych, którzy lubią książki, gdzie coś się  dzieje, to ważna informacja , bo Ambrose włóczy się potem po Paryżu,  a nawet i spotyka się z nie widzianą od 20 lat znajomą. I w sensie akcji nic więcej się nie dzieje. Książka jednak jest wyjątkowo bogata w różne refleksje , a  czytelnik ma potem sporo do myślenia. Ja o „Zagubionej dzielnicy” myślę już od dobrych kilku dni. To jest tak, jakby lektura uruchamiała jakieś przemyślenia, do których nie wiadomo, czy w ogóle doszłoby, gdyby nie ona.

      Ambrose wędruje ulicami Paryża i cały czas coś mu się przypomina, głównie ludzie z którymi przyjaźnił się 20 lat temu, no i kobieta, w której był zakochany. Spacer po mieście przypomina zaś wędrówkę przez upiorną krainę , niby to miasto zna, ale ono już jest inne. Brakuje ludzi, o których ciągle myśli, odnosi wrażenie, jakby mieli oni skądś się wydobyć.  Nie potrafię tego opisać tak, jak Modiano. Ale mam parę takich miast, z którymi cos mnie łączy. Czytając Modiano miałam wrażenie, jakby ktoś opisał moje własne uczucia, gdy jestem w tych miastach.  

     Ale i tak najważniejsze są nasuwające się refleksje. Pisząc nie tak dawno temu o  „Zakochaniach”  Mariasa  zacytowałam zdanie z powieści , zdanie o książkach: „To, co się stało nie jest najważniejsze. To tylko powieść, a wydarzenia powieściowe nie są istotne, po ich przeczytaniu natychmiast się o nich zapomina.  Najciekawsze są możliwości, idee, do których nas pobudzają, które w nas zasiewają, poprzez swe fikcyjne przypadki, bo te pozostają w nas bardziej wyraziste niż rzeczywiste wydarzenia i  bardziej się nad nimi rozwodzimy”.

          Modiano powoduje, że zastanawiamy się nad wieloma rzeczami. Dlaczego chcemy wracać się w te miejsca, z którymi nas coś łączyło? Czy jest to czysty sentymentalizm, czy może potrzeba zakończenia niezałatwionych spraw, a może potrzeba zastanowienia się nad czymś, co gdzieś w nas tkwi, a nie poświęciliśmy temu żadnej refleksji? Może tęsknimy do ludzi, z którymi spędzaliśmy tam miłe chwile. Może teraz czegoś brakuje nam w naszych więzach rodzinnych lub towarzyskich.  A może jest odwrotnie, może te powroty to tęsknota  za wolnością, której później jest za mało. A może porównujemy nasz obecne życie z tym, co było dawno i dochodzimy do wniosku,  że wtedy było lepiej, a potem wszystko potoczyło się inaczej, niż powinno.   Może warto zastanowić się nad tym, dlaczego wtedy było lepiej i czy nie dałoby się polepszyć tego, co jest teraz. A może powrót jest potrzebny do tego, aby uzmysłowić sobie, że to właśnie teraz jest w porządku, że to dawniej żyliśmy mrzonkami i ułudą.  Każdy przypadek jest inny. Wędrówka w przeszłość to  zawsze też pewna konfrontacja z dawnymi marzeniami, czy coś udało się nam osiągnąć, jeśli nie, to ciekawe dlaczego.  Może tamte marzenia nie do końca były nasze, teraz mamy inne i nie ma nad czym rozpaczać.  Czasem mamy problem z tym, aby odgrodzić to,  co umarło, od teraźniejszości, o czym  pisał właśnie w „Zakochaniach” Marias . Nie chodzi o zapomnienie, byłoby to idiotyzmem, chodzi o zaprzestanie wiecznego rozpamiętywania , żałowania itp. Taki wyjazd w przeszłość do Paryża lub jakiejkolwiek innej miejscowości może pozwolić zamknąć pewien rozdział w życiu.  Zamknięcie nie powinno  jednak być przedwczesne . Ambrose Guise podczas pobytu w Paryżu uzmysłowił sobie sporo rzeczy , lepiej zaczął rozumieć siebie. Zapomnienie o tym co było,   lub zapomnienie o mądrym przemyśleniu tego, co było,  kojarzy mi się z uratą cząstki siebie. Nie powinniśmy nosić w sobie żadnych zagubionych dzielnic. W miastach zagubione, zapuszczone i zapomniane  dzielnice opanowywane są przed różnych degeneratów, strach jest tam chodzić.  To, co się tam dzieje , stopniowo zaczyna  zagrażać  całemu miastu. Tak jest i z nami.

   Książka jest dosyć gorzka, ale nie jest dołująca. Mimo braku realnej akcji czytało mi się ją dobrze, nie odczuwałam się nudy w jakiejkolwiek postaci. Czułam jedynie niedosyt, bo była ona tak krótka. Nie wszystkie wydarzenia z przeszłości Ambrose`a się wyjaśniły.

       Zastanawiam się też nad własną wędrówką w przeszłość i podróż do miejsca, w którym dawno nie byłam.

5/6

 





















  
    
 
 
 
 

piątek, 10 lipca 2015

Marcin Wroński „A na imię jej będzie Aniela”

Okładka - A na imię jej będzie Aniela 

           Nie tak dawno pisałam o Wrońskim i o jego „Kinie  Venus”, które nie wzbudziło  u mnie szczególnego zachwytu . Nie wykluczyłam jednak wtedy, że przeczytam może jeszcze inną książkę o komisarzu Maciejewskim, że jak to się mówi,  dam mu jeszcze jedną szansę. Akcja „Kina Venus” toczyła się w slumsach, Maciejewski był rzucony do komisariatu w biednej dzielnicy żydowskiej, opisy syfu , smrodu itp. były mało przyjemne i odstraszające od dalszej lektury . Ku swojemu niebotycznemu zdziwieniu, „A na imię jej będzie Aniela” szalenie mi się spodobała.

            Pomyślałam nawet, że muszę zrewidować swój pogląd, dotyczący wyrabiania sobie opinii o pisarzu po jednej przeczytanej książce . Do tej pory uważałam, że jedna przeczytana książka daje już pewien ogląd i że po jednorazowej lekturze ma się już wiedzę, czy dany pisarz będzie się podobał, czy jest właśnie dla nas. Teraz uważam, że ten pogląd był zbyt rygorystyczny. Czasem rzeczywiście po pierwszej książce już wiem, że to będzie mój pisarz i że z pewnością będę po niego sięgać, tak było chociażby z Remarque`iem i jego „Łukiem Triumfalnym”. A bywa i odwrotnie, bo pierwsza książka czyjegoś autorstwa czasem jest tak odstraszająca, że ma się pewność, że to nie jest dla nas, tak u mnie było z kolei z Orbitowskim. Ale zdarza się i tak, że opis książki wydaje się ciekawy, a po jej lekturze ma się mieszane odczucia. I warto chyba wówczas jednak zaryzykować i zajrzeć do innej pozycji tego samego autora.    Nie ma sensu spisywać go przedwcześnie na straty. Jedna książka, o ile nie budzi skrajnej niechęci, może być niereprezentatywna.

        „A na imię jej będzie Aniela”  jest kryminałem wyjątkowym , można ją nazwać kryminałem retro, ale i powieścią historyczną z zabójstwami w tle.   Można przy niej poczuć nie tak znowu często spotykany dreszczyk emocji, co będzie dalej, jak to się skończy. Jeżeli ktoś uważa, że powieści kryminalne to  literatura klasy B lub C, powinien ją przeczytać. Wydarzenia rozpoczynają się w 1938 r. w Lublinie, komisarz Maciejewski na szczęście nie pracuje już w żydowskiej  dzielnicy slumsów, rozpoczyna śledztwo w sprawie zabójstwa i zgwałcenia młodej dziewczyny, Anieli . Książka ta jest o tyle ciekawa, że wydarzenia rozgrywają się w okresie wojny, również w Lublinie i najbliższej okolicy, trwają aż do wkroczenia Armii Czerwonej w 1944r. Największą jej zaletą jest pokazanie złożoności tamtych lat i dylematów ludzkich, a szczególnie  całego wachlarza ludzkich postaw. W poprzednich tomach można było poznać szereg bohaterów, a teraz obserwuje się, jak zachowują się oni w sytuacjach ekstremalnych, kto stanie się kapusiem gestapo, kto będzie walczył w podziemiu, kto podpisze volkslitę i dlaczego, a kto nie. Sam Maciejewski też stanął przed strasznym dylematem, bo na wszystkich  przedwojennych  policjantach  spoczął,  nałożony przez Niemców obowiązek ujawnienia się i zgłoszenia do służby. Zyga usiłował się wywinąć i owszem, zgłosił się, ale wcześniej spił się straszliwie i udawał alkoholika, niezdolnego do normalnego funkcjonowania. Niezgłoszenie się wiązało się z perspektywą permanentnego ukrywania się i życia nie wiadomo z czego. Fortel nie wyszedł i został wcielony do Kripo, czyli niemieckiej policji kryminalnej. Urzędował w tym samym budynku, co gestapo , a w gabinecie słyszał koszmarne odgłosy z gestapowskich przesłuchań. Wszystko błyskawicznie zaczęło się komplikować, bo dostał propozycję współpracy z AK, a jednocześnie w powszechnym odczuciu uchodził za gestapowskiego szpicla lub wysługującego się Niemcom cwaniaka. Propozycja współpracy z AK z kolei należała do tzw. brutalnych propozycji nie do odrzucenia. W służbie w Kripo z biegiem czasu też robiło się coraz trudniej. Kripo wykorzystywane było nie tylko do wykrywania i łapania przestępców kryminalnych.  Policjanci uczestniczyli też chociażby w łapankach. Mieli limity, np. złapania określonej liczby osób do robót w Rzeszy. Biorąc pod uwagę ich doświadczenie , manipulowali tym, kogo zatrzymać, potrafili np., kogoś znajomego wypuścić, jego torbę ze szmuglem podrzucić komuś innemu i złapać tego innego jako rzekomego szmuglownika . Dla znawców tamtego okresu historycznego informacje tego rodzaju nie byłyby nowością, ja na temat Kripo wcześniej prawie nic nie wiedziałam .  Kobieta, z którą Zyga żył, Róża, bała się reakcji ludzi na taki związek i bała się o swoje bezpieczeństwo. Mimo że Zygę kochała , zażądała w pewnym momencie , aby się wyprowadził. 

        Mało rzeczy w książce jest czarnych lub białych. Dominują szare charaktery i sporo jest zaskoczeń. Znaczna część znajomych Zygi po wybuchu wojny  zachowała się nie tak, jak się po nich spodziewał. Któregoś dnia w pracy wraz z koleżanką zaczęłyśmy rozmawiać,  jak przypuszczamy, jak w trakcie wojny zachowaliby się nasi  znajomi. Może dziwna była trochę ta  rozmowa , ale miałyśmy problem podczas tych rozważań, a poza tym nasze zdania w niektórych przypadkach były rozbieżne, chociaż znamy tych samych ludzi i widziałyśmy ich w rozmaitych sytuacjach. Jakby się tak jednak głębiej przyjrzeć, to można chyba przyjąć, że dotychczas  konformistyczne lizusy najprawdopodobniej poszłyby na współpracę z okupantem. Nonkonformiści bez szans na karierę prawdopodobnie mogliby walczyć. Ale to tylko oczywiście spekulacje. 

   Kolejna zaletą książki jest specyficzne spojrzenia na tamte czasy , nie z naszego,  tylko z punktu widzenia tamtych ludzi. Mieli oni inną wiedzę . Ten inny punkt widzenia niekiedy po latach wydaje się zabawny. Przykładowo jeszcze na początku wojny Zygę spotkał znajomy, który był pewien, że wojna szybko się skończy . Zauważył,  że Zyga nie ewakuował się do Rumunii, zakomunikował mu więc  szczerze i z podziwem coś w rodzaju -  pan  zawsze jest rozsądny.

          Ciekawe jest też to, że Wroński nie powiela stereotypów. Jest sporo o podziemiu i o AK, dużo jest opisów o wydźwięku pozytywnym , ale opisana jest np. akcja likwidacji współpracownika gestapo. Rozpoznanie było błędne, bo niedoszła ofiara nie była żadnym współpracownikiem. Egzekutorzy zaś to były prawie dzieci  , wyglądające na nastolatki, które ledwo   umiały obchodzić się z bronią. Gdy zostali uświadomieni, że cała akcja jest pomyłką, nie byli w stanie przyjąć tego do wiadomości , jeden wykrzykiwał hasła o faszystowskich świniach.   W książce sporo jest innych historycznych ciekawostek. Są informacje o tym, jak bardzo antysemickie bywały przedwojenne gazety lubelskie. Są opisy getta lubelskiego, ale też takie niestereotypowe. Pokazane jest , jak tzw. król getta – Żyd,  handluje biżuterią po Żydach z obozu koncentracyjnego w Majdanku. Interesy prowadzi z każdym , kogo na to stać. Nie jest biednym, zastraszonym Żydem; jest zachwycony, gdy ma na kogoś tzw. haka, zawsze może czerpać z tego dochód.  Po wkroczeniu Rosjan też wyśmienicie sobie radzi. Są ciekawe próby ukazania ludzi, którzy zmieniają poglądy w zależności od tego, jak wieje wiatr. W czasie wojny pluli na sanacyjne rządy i na Polskę, usiłowali stać się Niemcami, lub chociażby tylko współpracownikami gestapo, a potem  znaleźli sobie miejsce u boku Rosjan w nowych władzach .

                 Ciekawy jest też pomysł z prowadzeniem innego wątku innych wydarzeń w okresie późniejszym o około 20 lat. Otóż jeden z kolegów Zygi , Polak, oczekuje wówczas na proces za nazistowskie  zbrodnie. Rozmawia z dziennikarką, córką swojego znajomego m. in. o Zydze. Zabieg taki pozwala na jeszcze inną perspektywę spojrzenia na tamte czasy. Gdy dziennikarka mocno zaperzyła się, gdy padły informacje o służbie Zygi w Kripo , skomentowała to mniej więcej w taki sposób, że nie wie, jak można było skumać się ze zbrodniarzami  Niemcami , którzy wywozili Żydów tysiącami do gazu. Rozmówca przypomniał jej, że w 1939r. nikt nikogo do gazu jeszcze nie wywoził . A przewidzieć czegoś takiego nikt nie był w stanie.

         Wbrew pozorom, książka nie jest dołująca. Wroński nie epatuje drastycznymi opisami, całość czyta się lekko. Nie ma takiej sytuacji, jak u Krajewskiego, którego niektóre książki potrafią autentycznie doprowadzić niemal do depresji, gdzie opisy bestialsko pobitych ciągną się i ciągną. Wroński sobie z tym jakoś poradził. Bo są u niego i momenty lekkie, i humorystyczne.  Nie można też zapominać, że czasem w tle, a czasem i na pierwszym planie toczy się wątek seryjnego zabójcy, którego ściga Maciejewski .

    Gdyby takie książki były lekturami, młodzi ludzie znaliby lepiej historię i byliby w stanie się nią zainteresować.  Zyga nie tylko nie jest bohaterem idealnym, nie jest nawet idealnym kandydatem na ulubionego powieściowego detektywa czy policjanta . Ma nieco ponad 40 lat,  żyje w związku z Różą, pielęgniarką, ma liczne skoki w bok . Nadużywa alkoholu i za dużo pracuje, a na nic innego nie ma czasu.  Ma jednak gigantyczną tzw. mądrość życiową, co szczególnie widać właśnie w tym tomie.  I to ostatnie czyni go wyjątkowo ciekawym człowiekiem.  Jest zdecydowanie mądrzejszy od innych powieściowych detektywów . Robi sporo dobrego, ale ideałem nie jest. Brakuje mi czegoś jeszcze , co wyróżniałoby Zygę , np. jakiegoś zainteresowania , ale nic już na to nie poradzę. Nie wiem, czy w innych tomach Zyga będzie miał inne jeszcze przymioty, ale z pewnością szybko po nie sięgnę.  Ten tom przeczytałam błyskawicznie, inaczej się nie dało.

           Cały czas jeszcze zastanawia mnie, jak to jest możliwe, że poprzednia książka o Maciejewskim , o której pisałam w kwietniu,  nie wywarła na mnie takiego wrażenia. Dałam jej ocenę  4/6.   W „Kinie Venus” Zyga wywarł na mnie wrażenie  pijaka , żyjącego z prostytutkami , ubolewającego nad upadkiem swojej kariery i umieszczeniem go w najgorszym komisariacie w mieście. I tak było.  Ale z kolejnej książki wynika z kolei, że właśnie ten okres  życia, spędzony w dzielnicy żydowskiej , był dla niego fatalnym. Poczuł się niemal zdegradowany, musiał pracować poniżej swoich możliwości no i zaczął coraz więcej pić.   Jako facetowi też mu odbiło,  porzucił swoją kobietę i  zaczął mieszkać  z luksusową prostytutką. Nie wzbudził tym sympatii chyba u żadnej kobiety. Ale już w innym tomie okazało się, że sypianie z prostytutkami nie jest czymś, co robi stale.  Tak jak pisałam, nie jest to postać kryształowa. Po kolejnej książce widocznym jest, że wszystko było bardziej skomplikowane, niż się wydawało. Wroński nie pisze łopatologicznie , trzeba myśleć, zastanawiać się, analizować .  A pod względem charakterologicznym Maciejewski nie jest prosty do rozgryzienia , bywa nieprzewidywalny . Niekiedy budzi podziw, a niekiedy nawet wstręt, jego zachowanie nie zawsze jest jednoznaczne.  I jeden tom z całego cyklu nie jest absolutnie wystarczający do tego, aby pokusić się o stworzenie pełnej charakterystyki Maciejewskiego.

6/6


niedziela, 5 lipca 2015

Frances Mayes „Pod słońcem Toskanii” – audiobook, czyta Danuta Stenka

Pod słońcem Toskanii


    Rzadko kiedy mam tak bardzo mieszane uczucia, jak po wysłuchaniu tego audiobooka. Z jednej strony jest to bardzo optymistyczna  opowieść o odnalezieniu tzw. swojego miejsca na świecie. Z drugiej zaś liczba irytujących kwestii w książce , w tym interpretacja Danuty Stenki, jest dla mnie nie do przyjęcia.  

    Frances Mayes to Amerykanka, która wraz z mężem zakupiła dom w Toskanii. Mimo, że nie był to jej pierwszy dom,  ale to właśnie w tym toskańskim się zakochała i poczuła naprawdę szczęśliwą. Któż z nas nie marzy o odnalezieniu takiego miejsca? W książce opisuje ona transakcję kupna - nie obyło się, jak można się domyślić bez komplikacji - remonty, porządki, urządzanie domu i w końcu rozkoszowanie się możliwością zamieszkiwania w takim miejscu. Ten dom to właściwie mały, kilkuset letni pałac, zamieszkiwany w dawnych wiekach przez arystokrację. Poza samymi opisami faktów, autorka zawarła też sporo refleksji na różne tematy, wspomina np. o historii , o swojej rodzinie , o miejscowych obyczajach itp.  Książka jest wyjątkowo pogodna, jest to wręcz idealna lektura na lato. Kończyłam ją słuchać właśnie teraz, gdy zaczęły się upały, a odniesienia do upału są w niej wyjątkowo częste.  
             Ta masa pozytywów przepleciona jest jednak, przynajmniej w moim odczuciu, z masą niewyobrażalnie denerwujących rzeczy. Najważniejszą  rzeczą przy audiobooku jest sposób interpretacji tekstu przez lektora. Interpretacja Stenki była dla mnie szalenie irytująca .  Całość czytana jest tonem szalenie egzaltowanym , pełnym uniesienia  . Opis każdej czynności , opisywanej w  książce, w wykonaniu Stenki  brzmi jak opis najwspanialszych życiowych przeżyć. Mayes opisywała remonty domu i gigantyczne problemy z ekipami budowlanymi, czyli coś,  co zna każdy,  kto nie tylko budował,   ale chociażby tylko remontował  lub nawet gdy tylko wzywał tzw. fachowca do naprawy. Ekipy nagminnie nie dotrzymywały terminów, robiły nie tak jak trzeba i oczywiście domagały się zapłaty wyższej, niż wcześniej uzgodniona. Stenka tego rodzaju opisy czyta głosem pełnym szczęścia, niczym opisy najpiękniejszych Świąt Bożego Narodzenia  z dzieciństwa. Dla mnie był to dysonans nie do przyjęcia. Nie znam ani jednej osoby, która wspominając o różnych ekipach remontowych czy budowlanych, byłaby tak bezmiernie szczęśliwa, jak właśnie Stenka. Idiotycznie brzmi jej szczęśliwy głos, gdy czyta, jak to ekipa połączyła gorąca wodę do ubikacji, przebiła dziurę w suficie itp. Pisarka wspomina też okres kilku miesięcy, gdy wraz z mężem porządkowali dom, ona  przez 8 godzin dziennie na klęczkach myła podłogi. Według Stenki , tzn. sądząc po brzmieniu jej głosu, nie ma wspanialszej rzeczy, niż coś takiego właśnie. Kulminacja szczęścia w głosie Stenki następuje, gdy autorka nie mogła pod koniec dnia podnieść się z podłogi, efekty pracy nie były jeszcze widoczne , a ogrom roboty do wykonania był jeszcze olbrzymi .  Jednego dnia pisarka spotkała sąsiada i pomyślała, „To on”… gdy Stenka zaczęła to czytać, pomyślałam , że chyba dał autorce kiedyś wspaniały prezent lub coś podobnego, może mu coś wielkiego zawdzięcza.  W tonacji głosu wyczułam taką nostalgię, jak np. za Świętym Mikołajem.  Zdanie brzmiało zaś : „To on zabijał rajskie ptaki”. Rajskie lub śpiewające, nie pamiętam. Mayes pomachała  mu. Ton głosu naszej aktorki przez cały czas jest nienaturalny, ludzi ani w  pracy, ani w domu nie mówią w tak sztuczny sposób.  „Pod słońcem Toskanii” szalenie dużo straciło na tej interpretacji.

      W samym tekście też zdarzały się irytujące fragmenty. Opisy mycia podłogi ,  malowania belek , czy innych prac domowych były najzwyczajniej w świecie nudne. Zaskoczeniem było dla mnie to, jak niski poziom intelektualny prezentowała autorka książki i jej mąż. Oboje   byli pracownikami naukowymi na amerykańskich uniwersytetach. Ona wykładała przedmiot zbliżony do literatury amerykańskiej, a być może właśnie to. Podczas wielu miesięcy,   spędzonych w toskańskim domu w trakcie kliku lat, opisanych w książce, zarówno jej , jak i jej małżonka potrzeby intelektualne, były minimalne. Owszem, czytali książki, tyle tylko że były to poradniki dotyczące remontów , a także książki kucharskie. Inne pozycje  nie budziły zainteresowania małżonków. W całej książce jest wspomniane chyba raz, góra dwa ,  jak to autorka zajęła się lekturą. Poziom jej  wiedzy historycznej jest jeszcze gorszy, jest  porażająco, wręcz niewyobrażalnie  niski. W jednym z rozdziałów zajęła się opisem pobliskiego miasteczka, Cortony. Poniosły ją refleksje. Przeczytała w przewodniku, że w przed II wojną  zamieszkiwała tam duża społeczność żydowska, ale w podczas wojny została wybita przez Niemców. Mayes stwierdziła, że nie chce się jej wierzyć w coś takiego, a ponieważ przewodniki się często mylą, ona nie będzie wierzyła w tą informację o zagładzie Żydów przez Niemców . Małżonek autorki oprócz tego wszystkiego sporo czasu spędzał na usilnym naśladowaniu Włochów.  Do czasu zakupu domu w Toskanii wolał  herbatę od kawy. Wolał to chyba za mocno powiedziane.  Nauczył się pijać herbatę podczas dłuższego pobytu w Londynie. We Włoszech uznał, że nie lubi już herbaty, smakuje mu zaś to, co piją Włosi, czyli mała espresso, wypijana jednym łykiem na stojąco. Ponieważ jego żona wolała cappuccino, gdy w byli w barze, on stojąc łykał espresso, zostawiał żonę i szedł do samochodu, gdzie czekał, aż ona wypije swoje cappuccino.

          Nie ulega wątpliwości, że zarówno autorka, jak i jej mąż,  to para zwyczajnych prostaków i nieuków, którzy w Stanach tworzą coś w rodzaju elity intelektualnej.  We Włoszech czas spędzają na gotowaniu, jedzeniu, spaniu i przyjmowaniu gości, raz na jakiś czas na zwiedzaniu okolicy. Ich tryb  życia nie różni się od trybu życia przekupek . U siebie zaś zarabiają gigantyczne pieniądze za wiedzę, która jest niższa niż u naszego ucznia podstawówki.

         Na motywach książki Mayes powstał film pod takim samym tytułem. Scenariusz mocno różni się od książki. W filmie do Włoch wyjeżdża samotna, rozwiedziona  kobieta, która ma nadzieję na nowe, lepsze życie ,  na znalezienie mężczyzny i zamieszkuje tam na stałe.  Też kupuje dom w Toskanii , remontuje , ma problemy z ekipami remontowymi.  Jest pisarką. Film jest komedią romantyczną, w moim odczuciu wyjątkowo udaną i niekoniecznie tylko dla kobiet . Oglądałam go 5 lub 6 razy, nie nudził mnie , ani nie drażnił.   Jak na komedię romantyczną nie był wcale aż tak bardzo schematyczny. W roli głównej zagrała Diana Lane. Film polecam każdemu, gdy tylko jest taka okazja, jest pogodny, zajmujący, relaksujący, lekki w odbiorze.  Jest zdecydowanie lepszy od książki.

3/3

       

    

niedziela, 28 czerwca 2015

Paul Werner „Polański. Biografia”


Obraz znaleziony dla: Polanski Biografia Paul Werner
    








 
       Bardzo długo nie przepadałam za Polańskim. Zniechęcał mnie też do niego słynny incydent z gwałtem na nieletniej. Ale z biegiem czasu coraz częściej  kolejne filmy zaczęły mnie coraz bardziej poruszać, w niektórych przypadkach wręcz olśniewać, np. „Autor widmo” czy „Gorzkie gody”.  Gdy patrząc w ekran zapomina się o całym świecie , a potem nie można o tym filmie zapomnieć, uprzedzenia zanikają.

    Życiorys Polańskiego w pewnym, ogólnym zarysie znany jest niemal powszechnie. Każdy prawie wie o jego koszmarnym dzieciństwie w getcie,  a potem o ukrywaniu się, o zamordowaniu jego drugiej żony Sharon Tate i w końcu o słynnych poszukiwaniach reżysera za gwałt na nieletniej sprzed kilkudziesięciu lat.   Książka oczywiście uszczegóławia te fakty, a ponadto wskazuje też nowe. Przytoczę tu kilka przykładów, takich które  z jednej strony wydały mi się bardzo charakterystyczne dla reżysera, a z drugiej budzące sporo refleksji. Nie zamierzam streszczać życiorysu.

           Najprawdopodobniej kluczem do twórczości jest w tym przypadku wyjątkowo koszmarne dzieciństwo. Jego rodzie byli Żydami ( matka była pół Żydówką, ale w tamtych czasach ten niuans nie miał jakiegokolwiek znaczenia), a wojna zastała ich w Krakowie. W chwili wybuchu wojny Roman miał 6 lat.  Wszyscy znaleźli się w getcie, ale ojciec Romana zapłacił wszystkimi niemal posiadanymi pieniędzmi za przekazanie syn na poza getto, gdzie ukrywał się u polskiej rodziny. Rodziny te potem zmieniały się , a z całej rodziny wojnę przeżył tylko ojciec, z którym potem kontakty były bardzo trudne.  Był to totalny koszmar. Roman stał się nagle dorosły, mimo iż faktycznie był dzieckiem. Myślę, że to,  co przeżył  doprowadziło do rozwoju i inteligencji i mądrości. Będąc dzieckiem był nieporównanie mądrzejszy, niż cała masa dzieci wychowywanych w cieplarnianych warunkach.  Gdy patrzę np. na obecną sytuację na rynku pracy i nie tylko, wydaje mi się , że jeżeli ktoś od dziecka ma wyjątkowo łatwo, nie musiał pracować na studiach, rodzice wszystko co było możliwe mu „załatwiali” to będzie miał olbrzymi problem w znalezieniu pracy, utrzymaniu jej i nie tylko, będzie miał masę innych problemów. Ci z kolei  co mieli trudno i zdani byli na własne siły, są tak zahartowani i tak pełni samozaparcia, że prędzej , czy  później osiągną swe cele.

        Ta siła Polańskiego i jego samozaparcie są porażające. Do tej pory nie miałam świadomości, że miał bardzo długi, bo 20 – letni okres bardzo złej passy w pracy reżysera. W 1979 r. nakręcił „Tess”, która była sukcesem, ale jednocześnie był to początek wyjątkowo mrocznego okresu w  jego życiu.  W tym samym czasie zaczęła się sprawa gwałtu na nieletniej i poszukiwań Polańskiego listem gończym, co trwa do dziś. Absolutnie nie usprawiedliwiam go, ale faktem jest, że sama ofiara wielokrotnie publicznie mówiła, że nie może normalnie żyć , że zawsze jest traktowana jak właśnie ofiara gwałtu. Być może dostała za to pieniądze, może nie dostała. Ale sprawa ta spowodowała, że Polański nie mógł już kręcić filmów w USA , a odium niesławy sprawiło z kolei, że nie każdy chciał z nim współpracować. A bez chętnej wytwórni filmowej,  nie były w stanie stworzyć żadnego filmu. Co gorsze, gdy już doszło do realizacji filmu, to żaden aż do roku 1999, nie spełnił pokładanych w nim nadziei, albo okazywał się klapą , jak np. ”Piraci”, albo koszty się nie zwracały. Dotyczyło to poza „Piratami” - „Frantica”, „Gorzkich godów”, „Śmierci i dziewczyny” i „Dziewiątych wrót”. Tak było aż do 2012r. tj. do wyreżyserowania „Pianisty”, który wszystko zmienił. Polański urodzony w 1933r. miał w czasie tej złej passy od 46 do 69 lat. Nie znam chyba nikogo, kto nie załamałby się w takiej sytuacji. Można przeżyć jedną klęskę, dwie, ale 20 lat i w tym czasie same niemal niepowodzenia? Fakt, że jakiś film podobał się w jednym np. kraju, a finalnie odniósł klapę, traktowany był jako klapa całkowita, coraz trudniej było o znalezienie chętnego do sfinansowania i o dobry zespół aktorów.  Nie znam nikogo, kto przez 20 lat odnosiłby klęski  i jednocześnie nie poddawałby się. Znam zaledwie kilka osób, którym wieku  60-ciu lat i więcej w ogóle coś się chce robić, poza gapieniem się w telewizor i bawieniem wnuków. 

    Zastanawiające było także to, aż do 60-ciu kilku lat Polański w ogóle nie chciał wracać pamięcią do czasów dzieciństwa i traumatycznych przeżyć z tamtego czasu. Nie wracał do tego ani prywatnie, ani w filmach. Odblokował się bardzo późno, a „Pianista” stał się filmem jego życia i to za niego dostał Oscara za reżyserię. Zawsze z lekkim przymrużeniem oka patrzyłam na psychoterapie i psychoanalizy, na hasła wiecznego powracania do dzieciństwa i analizowania różnorakich niemiłych przeżyć. Ale w tym przypadku teorie te chyba były trafne. Od czasu „Pianisty” kolejne filmy Polańskiego świecą triumfy.  

     Charakterystyczne dla Polańskiego są też, prawdopodobnie datujące się właśnie z czasów dzieciństwa, umiejętności przystosowywania się i przetrwania. W tych miesiącach czy latach  gdy z braku środków finansowych lub z innych względów nie mógł kręcić , nie siedział bezczynnie i nie użalał się nad sobą, ale zajmował się np. reżyserią w teatrze.

        Zaletą książki  dla mnie z pewnością było to, że obejmuje ona całokształt twórczości i jednocześnie, tzn. w tych samych rozdziałach opisywane są  zarówno wydarzenia i prywatne i związane z pracą z określonego okresu życia . Kiedyś w jednej z książek spotkałam się z tym, że praca omawiana była oddzielnie i życie prywatne oddzielnie. Tu pomysł był lepszy. Dobrym pomysłem było też omawianie filmów i przedstawianie refleksji na ich temat.  Oczywiste jest to, że  każdy odbiera czy książkę czy film indywidualnie przez pryzmat własnych doświadczeń. Ale nigdy nie zaszkodzi posłuchać, jak to samo dzieło odbierają inni. W tym przypadku niektóre przemyślenia Paula Wernera  lub osób, które on cytował, były mocno inspirujące, o czym już wspomniałam wcześniej.

     Wspomniany już przeze  mnie „Pianista” nie za bardzo podobał mi się i uważałam, że jest więcej historii godnych uwiecznienia niż historia ukrywającego się, stroniącego od walki człowieka. Okazuje się, że można na ta sprawę popatrzeć jeszcze z innego punktu widzenia. Można popatrzeć właśnie jako na historię kogoś, kto nie chce  walczyć i chce tylko przetrwać. I niekoniecznie musi to  być przykład do naśladowania, ale prawda jest taka, że przeważająca większość ludzi  w czasach wojny nie chce żadnego angażowania się, chce tylko i aż przetrwać. I o tym m. in., o doznaniach tych ludzi i ich perspektywie jest ten film.

   Biografia ta nie jest ideałem. Za mało jest według mnie wnikania w psychikę Polańskiego i motywów,  jakimi się kierował w różnych sytuacjach.  Za mało jest też rozważań, jaki wpływ pewne wydarzenia na niego wywarły. Refleksje na temat niektórych filmów wydały mi się zbyt powierzchowne.  Za mało było też wypowiedzi różnych osób o Polańskim, mam na myśli jego znajomych czy przyjaciół.  Robi ona wrażenie zbyt powierzchownej.

    Przypomina mi się przeczytana kiedyś przeze mnie biografia idealna. Idealna nie w sensie, że ktoś żył idealnie, tylko, że ktoś inny opisał to ciekawe życie szalenie interesująco i rzetelnie. Mam na myśli biografię Steva Jobsa , autorstwa Waltera Issacsona .  Tam była cała masa wypowiedzi różnych osób o Jobsie. Były rozważania, dlaczego np. z określoną osobą utrzymywał kontakty towarzyskie, a z inną zerwał. Było o pracy, o tym, dlaczego jedna kobieta mu się podobała, inna nie, nawet o tym, co jadał. Najwięcej było oczywiście o wizjonerstwie Jobsa. Tutaj tego brakowało. Są pewne próby dostrzeżenia wspólnych cech filmów, np. człowiek w trudnej lub nawet ekstremalnej sytuacji, działanie pod presją czasu,  poczucie zamknięcia czy zagrożenia, ale jest tego za mało, za mało jest wnikania w głąb.  

       Dla osób lubiących literaturę, biografia autorstwa Wernera ma dodatkową zaletę. Część scenariuszy do filmów Polańskiego powstała w oparciu o książki beletrystyczne lub o sztuki teatralne. I jest też co nieco o tych książkach czy sztukach. Polański utrzymuje zażyłe bardzo kontakty z Robertem Harrisem , autorem m. in. „Autora widmo” .    To właśnie on z uwagi na zainteresowanie Polańskiego napisał „Oficera i szpiega” o tej aferze.  Paul Werner pisze też kontaktach reżysera z Jasminą Rezą, autorką sztuki „Bóg mordu”, którą Polański sfilmował jako „Rzeź”. Sporo jest o tej sztuce , o wizji autorki, jak powinna być ona reżyserowana i o tym, jak powstawał scenariusz do filmu i jak zrealizował to Polański. Jest też i o „Klubie Dumas” Pereza Revereta , o „Wenus w futrze” Leopolda Sachera – Masocha.

   Mimo wspomnianych wad, książkę warto mimo wszystko przeczytać.  Większość biografii Polańskiego jest w j. angielskim.  
4/6

środa, 24 czerwca 2015

Robert Galbraith ( J. K. Rowling) „Jedwabnik” - audiobook, czyta Maciej Stuhr

Jedwabnik audiobook


       Jak na mój gust jest to książka celebrytki o celebrytach, pozbawiona jakiejkolwiek głębi , nudna i nie dająca niczego do myślenia. Zaczyna się od tego, że do prywatnego detektywa Cormorana Strike`a zgłosiła się żona średnio znanego pisarza  - Owena Quina i poinformowała , że jej maż zaginął. Strike zaangażował się w tą sprawę, szybko znalazł zwłoki. A przy okazji swego prywatnego śledztwa poznał środowisko literackiego Londynu, tj. wydawców, pisarzy czy agentów literackich.  Jego praca polegała głównie na prowadzeniu rozmów, a wydatnie pomagała mu w tym jego sekretarka – Robin .  Środowisko literatów okazało się bardzo jednolite, nie zauważyłam tam jakichkolwiek indywidualności , wszyscy dbali o sławę, pieniądze , seks, różnego rodzaju używki i niemal wszyscy spali ze wszystkimi . Była to grupa wyjątkowo aroganckich , głupkowatych snobów.  Najgorsze było to, że mimo postępów akcji, wydarzenia nie potrafiły mnie wciągnąć. Nikogo nie typowałam na sprawcę i prawdę mówiąc, w ogóle nie interesowało mnie, kto zabił.   Wszyscy potencjalni zabójcy byli tak bardzo do siebie podobni, że nie robiło mi różnicy, kto okaże się  zabójcą.  Gdy audiobook się kończył, zorientowałam się, że najprawdopodobniej nazwisko zabójcy nie pozwoli mi na zindywidualizowanie, kto to nazwisko nosi. Po dłuższym namyśle jednak tą osobę zidentyfikowałam, ale nie wywołało te we mnie żadnych emocji. Wszystko było nudne i nijakie. Pisarka nie potrafiła wykorzystać nawet tego, że akcja toczy się w Londynie, gdyby wydarzenia rozgrywały się w jakimkolwiek innym mieście, nie byłoby potrzeby, aby poza nazwą miejscowości cokolwiek zmieniać w tekście. 

      Totalnym rozczarowaniem był dla mnie główny bohater. Cormoran Strike jest postacią nijaką. Wyróżnia go chyba tylko to, że  gdy w przeszłości był żołnierzem,  stracił nogę.  A poza tym to jego ojcem jest słynny muzyk rockowy, który kiedyś przypadkowo przespał się z jego matką . Ale ani jeden ani drugi fakt sam w sobie  nie uczyni jeszcze nikogo ciekawym, przynajmniej dla mnie, bo w Londynie znany ojciec i rozwiązanie wcześniejszej zagadki kryminalnej, uczyniły i z Cormorana celebrytę.  Nie zauważyłam, aby Cormoran czymś się interesował lub czymś innym wyróżniał. Rozpaczał za to sporo czasu z powodu rozpadu związku z piękną celebrytką.  Jak zauważył kiedyś w trakcie rozmyślań nad tą kwestią, jej jedynym atutem była tylko niezwykła uroda. Rozpacz nad utratą celebrytki i praca były jedynymi rzeczami, które go zajmowały .

        J. Rowling opisała środowisko, w którym się obraca. Ale mam wątpliwości, czy jest to obiektywny opis. Literatura angielska stoi na bardzo wysokim poziomie. Nie byłoby to możliwe, gdyby tworzyła ją   banda  takich debili , jakich sportretowała  pisarka . Rowling moim zdaniem nie jest dobrą obserwatorką, nie potrafiła w ogóle wgłębić się w psychikę bohaterów, ograniczyła się do kwestii nałogów i tego, kto z kim uprawia seks . W porównaniu do ostatnio czytanych przez mnie „Perswazji” Jane Austin ,  „Jedwabnik” jest pustą wydmuszką. Nie czytałam „Wołania kukułki”, czyli pierwszej części przygód Cormorana Strike`a, wiem tylko tyle, że zajmuje się wówczas  zabójstwem supermodelki , której ciało znaleziono pod jej rezydencją.  Wygląda na to, że i pierwsza i druga część cyklu rozgrywa się w środowisku  celebrytów.  A żadne inne środowisko nie wydaje mi się tak żałosne , jak „znani z tego, że są znani” . I moim zdaniem szkoda tracić czas na takie opowieści. Tym bardziej, że ta właśnie jest taka nudna.

    Po wysłuchaniu nic we mnie nie zostało. Nie zapamiętałam żadnego problemu psychologicznego czy socjologicznego.  Nie było takiego zachowania jakiegokolwiek bohatera, które dałoby cos do myślenia. Słuchanie nie było nawet rozrywką.

   Audiobooka ratuje Maciej Stuhr. Gdyby nie on,  nie dałoby się tego słuchać. Dzięki pewnym modulacjom głosu udało mu się spowodować , że momentami , krótkimi  niestety , mogłam zainteresować się urywkami tekstu.

2/6

czwartek, 18 czerwca 2015

Jane Austen „Perswazje”



            Coraz bardziej przekonuję się do Jane Austen. Jeszcze parę lat temu byłam mylnie sądziłam , że jest to autorka powieści, które można określić jako nadzwyczaj prostacze romanse. Po dwóch książkach i dwóch audiobookach w moim prywatnym rankingu Austin pomknęła ostro w górę.  Pięła się w górę właściwie po  każdej kolejnej książce, którą poznałam. Paradoksalnie, jest to pisarka jak najbardziej współczesna , a jej książek nie powinno się kojarzyć tylko z wątkami romansowymi .

               W „Perswazjach” Austen opowiedziała historię Anny Elliot i kapitana Fryderyka Wentwortha . Jest to historia stara jak  świat, która powtarzać się będzie i w przyszłości setki razy. Para poznała się, pokochała, a potem wkroczyła rodzina Anny – ojciec sir Walter Elliot i przyjaciółka -  lady Russel, którzy zaczęli zniechęcać ją do tego związku. Argumenty oponentów nie były byle jakie. Istniało gigantyczne prawdopodobieństwo, że  młoda para musiałaby żyć w biedzie .  Kapitan  biorąc pod uwagę całokształt jego  sytuacji osobistej i sytuacji politycznej kraju, miał minimalne szanse na to, aby jego rodzina mogła żyć na przyzwoitym poziomie materialnym. Co gorsze, w hierarchii pozycji towarzyskiej, wynikającej z urodzenia, on stał niżej, zamążpójście byłoby więc swoistego rodzaju mezaliansem. Współcześnie też często tak bywa, a porady, dotyczące zerwania i nadzieje rodziny , że „trafi się lepsza szansa” maja swoje uzasadnienie.   Anna uległa perswazjom i zerwała zaręczyny. Wydaje się to głupie, ale czy istnieje ktoś, kto byłby w 100% asertywny i głuchy na głosy bliskich , bez względu na to, jakiej sprawy te głosy dotyczyłyby ? On poczuł się urażony i mimo nadal istniejącego uczucia, zaczął żywić wobec Anny niechęć. Czy zerwanie zaręczyn można wybaczyć ? Czy można nie czuć po czymś takim urazy? Czy w ogóle tak wielka krzywdę można wybaczyć ?  Między innymi o tych komplikacjach w relacjach międzyludzkich opowiada pisarka.

         Tytuł książki dotyczy właśnie perswazji, dotyczących zerwania związku. Ale pisarka przewrotnie pokazuje i drugą stronę medalu. Czy właściwym  jest, gdy  ktoś nikogo nie słucha i nie liczy się z niczyimi poradami ? Kapitan 8 lat później poznał  kobietę, która okazała się głucha na cudze sugestie i wpadła na pomysł, aby przy bardzo wietrznej pogodzie skakać po molo. Próby wyperswadowania tego pomysłu nie dały żadnego efektu. Dziewczyna w czasie skoków upadła, straciła przytomność i nie wiadomo  było, czy w ogóle wyjdzie żywa z tego wypadku.

            Ciąg dalszy w kontaktach kapitana Wentwortha i Anny nastąpił po 8 latach, kiedy los sprawił, że znowu się na siebie natknęli i zaczęli przebywać w tym samym środowisku ,  wśród tych samych osób. Kochali się w dalszym ciągu.  Co ważne jednak ,  żadne nie wiedziało nic o uczuciach drugiego. Zaczęły się podchody, próby wybadania, czy on mnie jeszcze kocha, czy ona mnie jeszcze kocha, co zrobić, aby się dowiedzieć? I czy w ogóle można zrobić coś, aby w tej drugiej stronie to odczucie odżyło? Jak to zrobić, aby się nie ujawnić ? Sytuacja jest całkowicie ponadczasowa. Dwieście lat temu sytuację kobiecie utrudniało tylko to, że wypadało, aby była bierna, a może raczej,  wypadało, aby wszystko wskazywało na to, że jest bierna.  Jej możliwości wykazania inicjatywy były pozornie ograniczone.  Nie mogła przecież wysłać do faceta maila czy sms-a, nie mogła zadzwonić. Ale lektura książki wyraźnie wskazuje na to, że były w zamian inne możliwości. Przykładowo na ojca Anny miała chrapkę bliska koleżanka jej starszej siostry - Elżbiety, młoda wdowa, pani Clay. Ta rozwiązała swój problem , poszła na całość i na okres kilku miesięcy przybyła w odwiedziny „do Elżbiety”. Sytuacja ta była całkowicie akceptowalna społecznie . Inicjatywa w tych sprawach zależy zdecydowanie bardziej od charakteru osoby, niż od uwarunkowań społecznych.

    Poza wątkiem Anny i jej ukochanego można śledzić również zmagania i problemy innych osób , a nie każdy żył tylko romansami. Dość zabawny był dla mnie watek wspomnianej już pani Clay. Jej faktyczne zamierzenia dość szybko odkryła  sama Anna, ale nie miało to znaczenia. Pani Clay nie była ani bogata, ani urodziwa, a obiekt jej marzeń , ojciec Anny i Elżbiety,  miał tytuł baroneta, co czyniło go wielce atrakcyjną partią.  Co gorsze, baronetowi pani Clay się nie podobała. Uważał, że ma ona piegi i wystający ząb. Ale pani Clay była uparta , w rzeczywistości wyrachowana i cwana,  udawała miłą i naiwną, we wszystkim baronetowi przytakiwała  i od rana do wieczora prawiła mu komplementy. Musiała też stale zabiegać o utrzymanie doskonałych kontaktów z Elżbietą, kłótnia z nią mogła doprowadzić do katastrofy całego planu. Cóż, nawet w tamtych czasach tego rodzaju osobom nie było lekko. Sama Austin oceniając szanse pani Clay na powodzenie, uważała, że nie ma takich wad urody, które nie mogłyby być zrekompensowane uśmiechem i innymi przymiotami charakteru, nawet gdy w przypadku pani Clay były tylko przymiotami udawanymi . Efekty taktyki, zastosowanej przez panią Clay, każdy czytelnik może  obserwować. Anna,  mimo iż widziała , co się dzieje i na co się zanosi, była  zaskoczona, gdy pewnego dnia ojciec jej zakomunikował, że pani Clay używa wyjątkowego specyfiku na piegi,  który spowodował zanik tych piegów. Było to totalną bzdurą, bo w rzeczywistości mimo stosowania specyfiku, piegi były nadal, tyle tylko, że baronet przestał je zauważać.

                Interesujące były też spostrzeżenia natury ogólnej. Austen wyśmienicie opisała obsesję Brytyjczyków na punkcie pochodzenia. Wygląda na to, że w XVII i XIX wieku była  to dla nich najważniejsza rzecz na świecie. Nawet majątek był drugoplanowy. Biorąc pod uwagę to, co mówią ludzie , którzy trochę na Wyspach przebywali , nie zmieniło się to zbyt mocno do dziś.  Baronet, ojciec Anny , zajmował się głównie sprawdzaniem, jakie kto ma pochodzenie. Charakter, intelekt czy różne zalety  nie miały jakiegokolwiek znaczenia. Gdy doszło do zacieśnienia więzów z dalszymi, wysoko postawionymi kuzynkami, skoncentrował się całkowicie na strategii skutecznego podlizywania się tym paniom i jednoczesnemu pokazywaniu otoczeniu, w jak wyśmienitych z nimi jest układach.  Czy to się różni od tego, co jest teraz? Może powodem podlizywania się współcześnie nie jest bezpośrednio czyjeś pochodzenie, ale  pozycja społeczna, znajomości, układy, możliwości „załatwienia” czegoś. Wychodzi prawie na to samo. Walter Elliot to klasyczny przykład typowego brytyjskiego snoba,   zaryzykowałabym twierdzenie, że niemal ojca wszystkich snobów . Zabawnie było czytać, jaki skomplikowany  system różnego rodzaju zwyczajów obowiązywał w związku z powyższym. Klasyczna norma , że mężczyzna kłania się kobiecie, wyglądała nieco inaczej. Ukłon kogoś  niskiego pochodzenia mógłby być dla kogoś wyżej postawionego poniżający.  Ukłonić się mogła więc jako pierwsza osoba wyżej postawiona. Mogła, bo nie musiała, mogła kogoś zignorować. To oczywiste, że trzeba było w sprawach urodzenia być na bieżąco. Przypominam sobie, że o tej brytyjskiej manii wyższości była też mowa w książce Winnickiej „Angole”.

                Są też i inne zabawne, ponadczasowe wątki w powieści, chociażby watek dwóch sióstr : Luizy i Henrietty, które w pewnym momencie zaczęły zabiegać o względy tego samego mężczyzny. Są i wątki mniej zabawne, chociaż  Austen nigdy nie epatuje cierpieniem, wspomina o nim, ale koncentruje się na jaśniejszej stronie życia. Opisana jest np. pani Smith, znajoma Anny z pensji, która wcześnie owdowiała i popadła w biedę , względną biedę oczywiście . Pisarka wyjątkowo sugestywnie opisała ją jako osobę, która mimo tylu przeciwności losu , zachowała pogodę ducha i nawet zaangażowała się w pomoc dla uboższych.  Podobnie jak i inne wątki, są to sprawy ponadczasowe . Każdy może zastanowić się nad charakterami bliskich sobie osób, z rodziny czy znajomych . I rzeczywiście każdy znajdzie wśród nich osoby, którym wszystko dobrze się układa i są niezadowolone, wiecznie narzekają, ale  i takie, którym z reguły jest pod górkę, a mimo to sobie radzą, nie mają pretensji do całego świata  i nie są zgorzkniałe. Trochę śmieszne było czytanie o tej biedzie pani Smith i litowanie się nad tym, że może pozwolić sobie jedynie na jedną służącą i mieszka zaledwie w  dwóch pokojach. Ale jak na tamte warunki, można sobie wyobrazić, że była spauperyzowana, w końcu nikt nie chciał jej odwiedzać.

       Austen doskonale obserwuje, w książce jest sporo scen humorystycznych, lektura jest lekka i przyjemna, ale zarazem daje sporo do myślenia. Nie są to może przemyślenia i analizy psychologiczne na poziomie Fiodora Dostojewskiego  czy Henry`ego Jamesa, ale to całkiem przyzwoity poziom, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę, że Austen żyła na przełomie XVIII i XIX wieku , a zmarła w 1817r. Opisane obserwacje psychologiczne są celne, a  zachowania ludzkie i charaktery wydają się być stale takie same.  W trakcie czytania zaczęły mi stawać przed oczami znajome mi osoby, opisy były bardzo sugestywne i bezwiednie zaczęłam dopasowywać , np.  pani Clay to opis mojej znajomej x, kapitan to z kolei mój znajomy Y itd. W porównaniu do innych znanych mi książek tej autorki, czyli „Emmy”, „Rozważnej i romantycznej” i „Dumy i uprzedzenia” to nie widzę żadnej różnicy w poziomie czy doborze tematu. Jeżeli komuś spodobała jakakolwiek pozycja Austen, może śmiało sięgnąć po inne.

5/6           

   

    

czwartek, 11 czerwca 2015

Hakan Nesser „Jaskółka, kot, róża, śmierć”



         Od dłuższego już czasu usiłuję znaleźć jakąś nową serię kryminałów z przyciągającym uwagę prywatnym detektywem czy policjantem. Teraz dałam szansę Nesserowi. Hakan Nesser jest pisarzem  szwedzkim,  znanym głównie z serii książek o komisarzu Van Veeterenie, a kilka dni temu otrzymał za całokształt twórczości nagrodę Wielkiego Kalibru , czyli nagrody za najlepszą powieść kryminalną roku.

       „Jaskółka, kot, róża, śmierć” jest   dziewiątym tomem z serii o komisarzu Van Veeternie. Nie czytałam wcześniej żadnego innego tomu z tej serii, nie czytałam w ogóle niczego, napisanego przez Hakana Nessera. Oryginalnym pomysłem było umieszczenie akcji w bliżej nieokreślonym miejscu , w fikcyjnej miejscowości Maardam. W Szwecji wydana została w 2001r. , ale jeżeli nie wiedziałabym o  tym , byłabym pewna, że dotyczy to wcześniejszego okresu, nie przypominam sobie, aby ktoś z bohaterów książki używał telefonu komórkowego czy komputera. Komisarz w tym tomie jest już emerytem i oddaje się swojej pasji, tj. książkom, prowadzi bowiem antykwariat . Mimo, że odszedł na emeryturę,  został wciągnięty w prowadzenie śledztwa zmierzającego do ujęcia seryjnego dusiciela. Zabójca atakował młode kobiety i aż do pewnego momentu nie zostawiał śladów. Wiadomo o nim było tylko tyle, że lubi dobrą literaturę. Miejscowi policjanci nie do końca dawali sobie radę z tym problemem i stąd też pojawiła się konieczność wciągnięcia w sprawę komisarza. W tym tomie ma on około 60 lat, mieszka z partnerką mniej więcej w swoim wieku. Wiadomo, że miał syna, który nie żyje. Żyje natomiast  wnuk, jeszcze niemowlę. Ulrikę , swa partnerkę, poznał w bardzo dojrzałym wieku.

   Sposób napisania książki też działa na jej korzyść, w niektórych momentach akcja toczyła się wolno, w niektórych ostro przyśpieszała. Były i takie, że zdenerwowana musiałam sprawdzić „skacząc” po kilku kartkach, jak skończy się określone wydarzenie, czy ofiara zostanie uduszona, czy uda się jej umknąć.  

      Podobało mi się to, że sporo mówi się w tym tomie o książkach, skoro literaturą fascynuje się i komisarz i morderca, nie mogło być inaczej. Z tego też względu postać komisarza jest ciekawsza, niż innych policjantów z jego otoczenia. O jego życiu osobistym wiadomo właściwie tylko tyle, co już napisałam, nie wiadomo, jak to się stało, z jego syn nie żyje, co stało się z matką tego syna, od kiedy jest z Ulriką.  Sam komisarz staje się postacią pierwszoplanową dopiero pod koniec książki .   Sam fakt, że ktoś tak bardzo fascynuje się książkami,  sprawił, że polubiłam Van Veeterna . Znajomość pewnych książek sprawiła, że trafił na trop mordercy. Otóż morderca ten poznając kobiety, które stawały się potem jego ofiarami, przedstawiał się imieniem i nazwiskiem bohatera powieści, w jednym przypadku postacią z powieści był dusiciel . Kobiety nie znały książek , żadna się nie zorientowała, w jakim jest niebezpieczeństwie . Prawdę powiedziawszy, ja też nie znałam ani jednej z książek, o których jest mowa w powieści Nessera. A poza jednym wyjątkiem mowa jest o klasyce. Myślę, że Van Veetern może postacią , która zaciekawi jeszcze bardziej, gdy pozna się go bliżej.

        Natrafienie na serię powieści kryminalnych, w której występuje ciekawy bohater, detektyw czy policjant, nie jest wcale takie łatwe. To chyba trochę tak, jak z zaprzyjaźnianiem się. Trzeba trafić na kogoś, do kogo się poczuje sympatię i z kim ma się trochę wspólnego. Jest to kwestia bardzo indywidualna.  Usytuowanie akcji powieści też ma swoje znaczenie.  Na pierwszym miejscu zawsze chyba będzie u mnie Sherlock Holmes, panna Marple i detektyw Poirot. Ale świat się na nich nie zakończył.    

        Nie mogę się oprzeć urokowi powieści Donny Leon, chociaż komisarz Brunetii nie jest postacią szczególnie oryginalną, a autorka za często jak dla mnie porusza tematy polityki. Ale Brunetti mieszka w Wenecji i wszystkie zabójstwa rozgrywają się właśnie tam. I razem z nim można poznać wszystkie uroki i  bolączki zamieszkiwania w tym mieście, można niemal poczuć smaki i zapachy włoskich potraw. I dlatego sięgam po książki Leon.

    Niezmiernie urokliwy jest też dla mnie Fandorin z powieści retro Akunina. To postać nieco mało realna, bardziej bajkowa: szalenie inteligentny, wysportowany, błyskotliwy , z poczuciem humoru. Każdy tom dzieje się w innym środowisku, np. jeden wśród przestępców moskiewskich, innych wśród ludzi teatru, jeszcze inny w Baku, wśród ludzi, zarabiających na wydobyciu nafty.    Podobały mi się tez niezmiernie tomy z siostrą Pelagią, ale było ich zaledwie trzy. Swój osobliwy urok ma też znany chyba każdemu Wallander z powieści Mankella. Oryginalności nie można też odmówić Nastii Kamieńskiej z powieści Aleksandry Maryninej. Usytuowanie akcji w Rosji, głównie w Moskwie , też powoduje, że zainteresowanie wzrasta.  

      Ale są też i tacy detektywi, którzy mnie irytują lub nudzą. Jest nią chociażby  Annika, dziennikarka z serii powieści Lisy Marklund, która kojarzy mi się z płaczliwością i nie odpowiada mi jej  typ charakteru .  Harry Hole z powieści Jo Nesbo jest niewątpliwie postacią ciekawą, zmaga się z alkoholizmem, poszukuje drugiej połówki. Przeszkadza mi jednak zbyt duża dawka przemocy w książkach Nesbo, opisy są drastyczne, szczegółowe, nie dla mnie.  Nie do końca wiem dlaczego, ale nie spodobała mi się Camilla Lackberg . Nie znoszę celebrytów i wątpię, abym mogła polubić coś , co napisała ta autorka . Jej książki wydają mi się puste. Ale może to uprzedzenie. Nie przekonałam się do naszego rodzimego Eberharda Mocka z powieści Krajewskiego. Książki Krajewskiego są tak ponure, że nie mam ochoty, mimo niemal entuzjastycznych recenzji,  ich czytać.

           Chętnie przeczytałabym też cos jeszcze Mari Jungstedt, wysłuchałam z ogromnym zainteresowaniem jednego z audiobooków, z jej cyklu kryminałów, rozgrywających się na Gotlandii. Miejsce akcji – wyspa , której centrum otoczone jest murem, ma taki urok, jak i Wenecja. Chętnie też sięgnę po coś jeszcze, napisanego przez Martę Guzowską, usytuowanie wydarzeń wśród archeologów na wykopaliskach,  było oryginalnym pomysłem. Fakt, że zrobiła to już znacznie wcześniej Agata Christie,  nie ma znaczenia, bo realia pracy archeologów teraz są  inne, niż kilkadziesiąt lat temu.  Na szczęście wśród książek tego typu można wybierać i przebierać. Można zaczynać czytać nowe serie, licząc, że będzie to jakaś rewelacja. Można też uzupełniać braki, poprzez czytanie pozycji z tej serii, którą już się zaczęło. Van Veeter nie jest złym pomysłem.

5/6

  

niedziela, 7 czerwca 2015

Felicitas D. Goodman „Egzorcyzmy Anneliese Michel . Opętanie w Klingenberg w świetle nauki”.





        Wydarzenia opisane w tej książce były również przedstawione w znanym filmie „Egorcyzmy Emily Rose” i znane są głównie z tego filmu . Jest to historia, określana jako opętanie, a dotyczy  młodej dziewczyny, przypadek jest autentyczny, miał miejsce prawie 40 lat temu.  Dwaj duchowni katoliccy stosowali wobec niej,  za jej zgodą i zgodą jej rodziny , egzorcyzmy. Gdy dziewczyna zmarła,  była skrajnie wycieńczona, pobita, a za przyczynę zgonu uznano zagłodzenie. Prawomocnym wyrokiem Sądu rodzice i wspomniani dwaj duchowni zostali uznani za winnych przyczynienia się do jej śmierci. Wyrok wzbudził olbrzymie kontrowersje. Budzi je do dziś.
          Autorka jest profesorem lingwistyki i antropologii na Uniwersytecie w Ohio. Zajmowała się naukowo m. in. szamanizmem, opętaniem,  doświadczeniami religijnymi , jest też założycielką   Instytutu do Badań nad Doświadczeniami Religijnymi w Meksyku. Opisała ona historię życia Anneliese  Michel, szczególnie zaś uwzględniła w swej pracy towarzyszące życiu Anneliese dziwne zdarzenia, które potraktowane były przez samą dziewczynę właśnie jako opętanie. Pisząc próbowała dociec, co faktycznie było przyczyną jej śmierci i czym były budzące tak wielkie zainteresowanie dziwne zjawiska. Autorka przeprowadziła rozmowy z żyjącymi świadkami wydarzeń, udostępniono jej zapiski zmarłej, odsłuchała też kasety , na których zarejestrowano przebieg egzorcyzmów. Kasety poddała też naukowej analizie. Obszerne cytaty z zapisów z kaset , zapisków dziewczyny , różnorakich pism czy listów są w książce. Nieprzypadkowo książka ma również podtytuł „Opętanie w Klingenberg w świetle nauki”. Co ciekawe, egzorcyzmy odprawiane były za zgoda biskupa, ale oficjalnie, ani podczas procesu, ani później,  kościół nie potwierdził  stanowiska, że Anneliese była opętana .
      W „Egzorcyzmach  Anneliese  Michel” poza tekstem autorki  jest też sporo szalenie ciekawych dodatków. Wprowadzenie do wydania polskiego napisał jezuita ks. dr Aleksander Posacki, egzorcysta, autor książek o egzorcyzmach, magii i okultyzmie . O ile tekst prof. Goodman przedstawia punkt widzenia naukowca, to wprowadzenie ks. Posackiego jest  oceną opisywanych wydarzeń z punktu widzenia księdza egzorcysty . Jest  to także to mini wykład na temat tego, czym jest opętanie w świetle nauki Kościoła Katolickiego, czym się różni od choroby psychicznej  i na czym polegają egzorcyzmy.  Są też dwa pisemne stanowiska jednego z duchownych, dokonującego opisanego w książce obrzędu egzorcyzmu,  w których wypowiada się na temat wydarzeń. Co do meritum nie różnią się one, ale pierwsze stanowisko sporządzone było 10 lat po wydarzeniach, drugie zaś zostało sporządzone po upływie dłuższej perspektywy czasowej , po 30 latach od daty wydarzeń.  W książce są też zdjęcia zarówno Anneliese, jak też i członków jej rodziny. Wczesne zdjęcia dziewczyny są zupełnie standardowe, za to te z późniejszego okresu są straszne . 
                 Okazuje się, że pani profesor, mimo że nie jest  osobą duchowną i nie jest katoliczką,  uważa, iż Anneliese faktycznie była opętana. Co ciekawe, wspomina ona podobne przypadki  w innych częściach świata i innych kulturach.   Całość jest wyjątkowo ciekawa i napisana tak, że czyta się ją bez problemów, nie ma nudy, dłużyzn czy czegoś podobnego. Film „Egzorcyzmy Emily Rose” był bardzo dobry, z książki można się jednak dowiedzie więcej. 

 5/6

niedziela, 31 maja 2015

Gustaw Flaubert „Pani Bovary” - audiobook, czyta Małgorzata Korzuchowska

     

Pani Bovary

 „Pani Bovary” nie podobała mi się.  Kiedy zdarza mi się przeczytać /odsłuchać coś z uznanej klasyki i nie podoba mi się to, mam przez chwilę dość dziwne odczucie. Jest to przecież klasyka, uznana już od pokoleń i przez czytelników i przez krytyków, musi przecież mieć w sobie jakieś wartości, a ja mam odmienne odczucia. Magia wielkiego nazwiska, wielkiego klasyka też ma swoje znaczenie.  Ale na szczęście to zadziwienie, czemu mi się to nie podoba, może coś ze mną  jest nie tak,  trwa chwilę . Odbiór książki zależny jest przecież też od osobowości , charakteru ,  trybu życia, jaki się pędzi i całej masy innych rzeczy. Nie każdemu wszystko musi się podobać. A poza tym, każdy układając listy z pozycjami tzw. żelaznej klasyki, pewne pozycje   dopisałby, a niektóre z kolei usunął. Nie tylko nie zauroczyłam się „Panią Bovary”, ale jeszcze poza tym słuchając jej,  nudziłam się.

    „Pani Bovary” to opowieść o młodej i zanudzonej do granic możliwości kobiecie, która z niczego nie była zadowolona , a nudę zbijała miłymi chwilami z kochankami. Nie kochała ani męża, ani dziecka, ani ojca . Nie znalazła jakiegokolwiek zajęcia, które sprawiałoby jej satysfakcję. Owszem, była w stanie przeżyć chwile uniesienia w operze, ale zajmować się  muzyką na co dzień, ochoty już nie miała. Zadbać o to, aby bywać w tej operze częściej, też nie chciała. Z nikim nie była w stanie prawdziwie się zaprzyjaźnić.  Czas spędzała na rozmyślaniu o kochankach , wymyślaniu prezentów dla nich i na obmyślaniu, jak oszukać męża. Do tego jeszcze była skrajnie bezmyślna i egoistyczna. Mimo że jej mąż , lekarz, nie był źle sytuowany, ogromnymi wydatkami zaczęła doprowadzać rodzinę do katastrofy finansowej. Pani Bovary była też szalenie egzaltowana, miała przykładowo dość krótki okres fascynacji religią , ale podobnie jak i wszystko inne, uczestnictwo w obrzędach szybko się jej  znudziło. Jako bardzo młoda dziewczyna żyła w świecie książek, ale tylko takich,  które nie dotyczą codzienności . Myślała często też o bliżej nieokreślonych rzeczach wzniosłych, np. o wyidealizowanym życiu z kochankiem, do czego mogłoby dojść po porzuceniu męża.  Uważała, że stworzona jest do wyższych celów, nie wiadomo tylko za bardzo, do  jakich.  Mimo, że spychała rodzinę, w tym dziecko,  w przepaść finansową, była bardzo dumna z siebie, gdy dała jałmużnę żebrakowi . Danie jałmużny uważała za coś wyjątkowego a doprowadzanie rodziny do ruiny nie budziło w niej jakiejkolwiek refleksji . I to właściwie cała historia, zakończenia nie zdradzę.  Dla mnie nie było w tym nic szczególnie ciekawego .

           Jeśli rozejrzymy się po otoczeniu, widać współczesne panie Bovary.   Może nie wszystkie są aż tak skrajnymi przypadkami, jak ta z książki, ale jest ich trochę, w różnych odmianach. Portret psychologiczny takich kobiet nakreślony został trafnie i jest on ponadczasowy .  Temu zaprzeczyć się nie da. Ale moim zdaniem jest wiele ciekawszych charakterów do opisywania.  Nie znalazłam w tej książce niczego pociągającego, do niczego też mnie ona nie zainspirowała.  W czasie słuchania czułam coraz bardziej narastającą irytację  zachowaniem bohaterki . 

         Czasem do niektórych lektur trzeba dorosnąć, a niektórych nigdy nie jest się w stanie   polubić i nie ma się ochoty, aby sięgać do nich ponownie .  Nigdy nie podobał mi się np. Hemingway i nie rozumiem fascynacji jego książkami. Flauberta dotychczas nie czytałam. Wygląda na to, że nie nabrałam ochoty na to, aby zgłębiać się w lekturze innych jego powieści.

    Przyszło mi też na myśl, że w literaturze, podobnie zresztą jak i w kinie, podział na pozycje wybitne, wartościowe czyli tzw. ambitne, często będące już tzw. klasyką, i na pozycje rozrywkowe, już się zatarł.  Dotyczy to również i muzyki. Niejedna książka , zaliczana do tych lżejszych i nie będąca klasyką, więcej wniosła do mojego życia, niż uznana za arcydzieło „Pani Bovary”. 
 3/6