niedziela, 24 lipca 2016

Agata Tuszyńska „Oskarżona Wiera Gran” – audiobook, czyta Anna Polony


Obraz znaleziony dla: Oskarżona Wiera Gran Książka
    








 
             Zaczęło się od książki Al. Domańskiej – „Grzybowska 6/10. Lament”, o której pisałam tutaj gdzie autorka ustalając, co wcześniej mieściło się w bloku , w którym mieszka jej matka, natrafiła na  historię Jurka, który jako dziecko mieszkał w getcie warszawskim. Temat getta okazał się dla mnie wbrew wszystkiemu mało znany. I poszło jednym ciągiem, zainteresowałam się historią mało znanej śpiewaczki , Wiery Gran, która w tym samym czasie co Jurek, również mieszkała w getcie.

             Temat Wiery Gran zapowiadał się  wyjątkowo ciekawie. W okresie powojennym pojawiły się bardzo głośne pogłoski o tym, jakoby kolaborowała ona z gestapo i dzięki temu przeżyła getto. Plotki te spowodowały, że jej kariera zakończyła się przedwcześnie, grożono bojkotem koncertów lub prowokacjami,  koncerty więc odwoływano. I pieśniarka ostatecznie pod koniec życia zapadła na manię prześladowczą , cały czas wydawało się jej, że ktoś ją śledzi, konkretnie tym kimś miały być osoby, które opowiadały o jej kolaboracji z gestapo. Gran do końca życia zaprzeczała , jakoby była kolaborantką. Agata Tuszyńska miała , jak wynikało z recenzji jej książki, podjąć próbę ustalenia, jak to było naprawdę. Historia zapowiadała się szalenie ciekawie,  a do tego jeszcze książkę czytała Anna Polony, wydawało mi się że audiobook będzie  rewelacją. Rewelację się nie okazał, jak to często bywa, gdy spodziewamy się czegoś wspaniałego, przy wielkich oczekiwaniach, zamiast wielkiej rewelacji,  nadchodzi wielka klapa. Okazało się , że Agata Tuszyńska słowo „bezstronność” zna chyba tylko ze słownika, a Annę Polony momentami bardzo ciężko było słuchać. Ale po kolei.

          Gdyby nie wojna, Wiera Gran prawdopodobnie miałaby szansę na zrobienie międzynarodowej kariery jako śpiewaczka.  Gdy kariera zaczynała rozkwitać, wybuchła wojna , a wkrótce potem nasza bohaterka znalazła się w getcie, gdzie ……… nadal żyła ze śpiewania. Śpiewała w ekskluzywnej kawiarni, gdzie serwowano szampana i przeróżne smakołyki, a na publiczność w dużej mierze składali się żydowscy policjanci no i żołnierze niemieccy z różnych formacji. To są fakty którym nikt, nawet  A. Tuszyńska nie zaprzecza. Dookoła umierali ludzie, znaczna część z głodu. Wierze powodziło się znakomicie, na brak gotówki nie narzekała, ostatecznie po 1,5 roku udało się jej wydostać z getta. Po wojnie już twierdziła, że była bardzo empatyczna i przejmowała się losem innych, szczególnie losem dzieci żydowskich, dla których ufundowała w getcie przytułek, coś w rodzaju domu dziecka i  szpitala w jednym. Problem polega na tym, że nikt o żadnym przytułku, ufundowanym przez nią, nigdy  nie słyszał. Udokumentowane jest jedynie to, że Wiera uczestniczyła charytatywnie w paru koncertach. Całe dalsze życie Wiery, głównie na emigracji, sprowadzało się wyłącznie do prób powrotu do śpiewania, walce z pogłoskami o współpracy z gestapo i właściwie to wszystko, tak jakby czas dla niej stanął w miejscu i jakby nic innego nie było warte uwagi. Jej małżeństwo się rozpadło, a przyjaciół nie miała. Mimo tego, że była bogata, uznała że ani jeden człowiek nie jest warty tego, aby coś po niej odziedziczyć.

       Książka jest świetnym punktem wyjścia do frapujących rozważań psychologicznych. Wiera  jest przykładem życia niespełnionego i koszmarnego, co częściowo wynikało ze zrządzenia losu, a częściowo było to na własne życzenie. Pobyt w getcie i wywóz całej rodziny do gazu z pewnością dla prawie każdego człowieka, o ile by to przeżył,  byłyby niewyobrażalnym koszmarem. Tyle tylko, że Wierze w getcie naprawdę powodziło się znakomicie, a jedyną osobą, z którą była związana uczuciowo, była matka. Sama Wiera tak twierdziła.  Po wojnie teoretycznie miała szansę na w miarę normalne życie, takie życie wiódł przecież chociażby i Edelman i Szpilman. Wybrała, jak wybrała. Moim skromnym zdaniem, gdyby nie była tak bardzo skoncentrowana na sobie, miałaby szansę , aby nie żyć tylko przeszłością.  Ale jest to właśnie przypadek osoby, która o nikim , poza sobą, nie była w stanie myśleć. Szczegóły są oczywiście w książce, aczkolwiek trzeba uważnie ją czytać, czy słuchać, aby je wyłowić.    

               Poza losami samej Wiery w książce jest sporo ciekawych faktów, o których nie miałam pojęcia. Zaskoczeniem było dla mnie chociażby to, że Niemcy ogłaszali otwarte konkursy na sztuki teatralne o Żydach. W sztuce takiej należało wyśmiewać się z Żydów i przedstawiać ich w skrajnie negatywnych barwach.  Szokiem dla mnie było to, że na taki konkurs napływało sporo scenariuszy autorstwa Żydów i nie tylko. Jeszcze większym szokiem był fakt, że sporo aktorów zgłaszało chęć, aby w takiej sztuce zagrać, znaczna ich część  to byli właśnie Żydzi.  Tuszyńska całą sprawę skomentowała w ten sposób, że wszystkie te zachowania i literatów i aktorów, były czymś najnormalniejszym na świecie.    

           Dające sporo do myślenia są i inne kwestie, chociażby znajomość Gran i Szpilmana. Jak wynika z książki, w czasie pobytu w getcie Szpilman akompaniował jej na pianinie, gdy ona śpiewała. A później, gdy napisał „Pianistę”, nie wspomniał w niej o Wierze ani słowa.  Z czego to wynika? Historia jest zagadkowa, a ponieważ i Szpilman i Gran nie żyją, prawdopodobieństwo, że ktoś ustali przyczyny tego milczenia, jest znikome.  Tuszyńska snuje swoje domysły, oczywiście stawiające Szpilmana w niekorzystnym świetle. W internecie znalazłam informację, że rodzina Szpilmana pozwała w związku z tymi insynuacjami Tuszyńską do sądu.

            Dla mnie nie do przyjęcia był sposób przedstawiania wydarzeń przez Tuszyńską i skrajny subiektywizm na korzyść Wiery Gran. Nie jest to nawet ukrywane. Funkcjonowanie Wiery w getcie, śpiewy dla żołnierzy niemieckich i po śmierci rodziny, brak troski o kogokolwiek innego poza sobą, przedstawiane jest jako coś całkowicie naturalnego. Nawet takie są komentarze pisarki. Właściwie wszystko, co robiła śpiewaczka, spotyka się z aprobatą Tuszyńskiej. Każdy ma świadomość, że życie w tamtych czasach  było przerażające i trudno wybory, dokonywane w tamtych czasach oceniać z perspektywy życia we względnym luksusie kilkadziesiąt lat później. Ale gdyby Gran pomogła chociaż jednemu biednemu dziecku, jej sytuacja materialna i tak byłaby luksusowa. Tuszyńskiej ten problem nie zastanawia. Co więcej autorka wpadła już w coś w rodzaju obsesji na punkcie Wiery Gran. Gdy opisywała ostatnie miesiące jej życia w czymś w rodzaju domu opieki we Francji, wspomniała, że Gran wymagała opieki i pomocy we wszystkim. Gdy pielęgniarka się nią zajmowała, Gran ją zwyzywała wulgarnymi słowami. I do tego jest komentarz Tuszyńskiej o Gran - „Zawsze miała klasę”.  W podobnym tonie komentowała niechęć Gran do tego, by z kimkolwiek się zaprzyjaźnić, nawet w tym domu opieki. Tuszyńska zaangażowała się w pisanie tej biografii tak bardzo, że niemal cały czas pisząc o swojej bohaterce, używa jej imienia. Niby to drobiazg, ale już świadczy o podejściu Tuszyńskiej do opisywanej osoby i już samo to zasuwa wątpliwości co do obiektywizmu.

         Annę Polony czyta bardzo ekspresyjnie, jak na mój gust za bardzo. Podnosi głos, zawodzi, jęczy. I co najważniejsze - czyta dokładnie zgodnie z intencjami Tuszyńskiej. Przykładowo fragmenty, które są skrajnie subiektywne i kontrowersyjne, odczytuje tonem, który nie znosi sprzeciwu, kategorycznie. Przyjęcie takiego stylu przy czytaniu zamiast zmuszać słuchacza do myślenia i wyrabiania sobie własnych poglądów, prawdopodobnie miało czytelnikowi wmówić, które opinie są słuszne, a które nie.  Przykładowo fragment mniej więcej taki „czy czymś nagannym było, że Wiera zaśpiewała na prywatnym koncercie za pieniądze w domu oficera ss”,  można odczytać dwojako.  Pytająco, z namysłem, aby słuchacz choć przez chwilę mógł rozważyć tą kwestię. I można to zrobić tak, jak to zostało zrobione, wrzeszcząc agresywnie tak, jakby sama wątpliwość w tym zakresie była czymś absolutnie nienormalnym.

       Gdyby nie ten skrajny subiektywizm, książkę z pewnością oceniłabym wyżej.

4/6

poniedziałek, 11 lipca 2016

Camilla Lackberg „Pogromca lwów”

Okładka książki Pogromca lwów          

          „Pogromca lwów” jest dla mnie szalenie pozytywnym zaskoczeniem. Nie przepadałam za Camillą Lackberg, i nadal nie mogę się przekonać do celebrytki, która  uczyła się pisania książek na kursie. Przeczytałam kilka lat temu „Księżniczkę z lodu” autorstwa właśnie Lackberg. Pamiętam, że pozbawiona była jakiejkolwiek głębi, owszem, było to miejscami ciekawe, ale nic ponadto. Było to coś w stylu „przeczytać” i „zapomnieć”. Jedynie , co wydało mi się nawet fascynujące, to Fjaallbacka, czyli rodzinna miejscowość Camilli, małe , urokliwe, nadmorskie miasteczko. Widziałam gdzieś w gazecie zdjęcia z Fjallbacki, a że mam słabość do nadmorskich miasteczek, to mnie uwiodło. Po „Pogromcę lwów” sięgnęłam trochę przypadkowo, wychodząc z założenia, że będzie to lekkie, łatwe i przyjemne.  Jest to rzeczywiście lektura z jednej strony lekka, ale z drugiej  jednak z głębią i mimo wszystko dająca do myślenia.

      Wydarzenia rozgrywają się w kilku miejscach i w kilku różnych czasach. Współcześnie zaczęły ginąć młode dziewczyny, nastolatki z okolic nadmorskiego miasteczka. Jedna z nich znalazła się, ale zginęła pod kołami samochodu, a jak się okazało, na ciele miała ślady licznych obrażeń, które nie pochodziły z wypadku. Patrik, miejscowy policjant prowadzi w tej sprawie śledztwo. Sprawą jest też zainteresowana Erika, jego żona, pisarka. Erika pisze książkę o z zbrodni sprzed wielu lat, kiedy to żona zabiła męża, a śledztwo wykazało, że oboje małżonkowie znęcali się wcześniej nad córeczką. Morderczyni siedzi w więzieniu , a Erika ja odwiedza, licząc na to, że tamta powie jej coś ciekawego.

   W powieści przewija się sporo wątków, różnych mieszkańców Fjallbacki i okolic, początkowo trudno jest domyślić się, jakie mogą być pomiędzy nimi powiązania. Mam zwyczaj podczas czytania kryminałów, że raz na jakiś czas zastanawiam się, kto może być zabójcą lub mieć jakikolwiek związek ze zbrodnią. W tym przypadku dość trafnie podejrzewałam jedną osobę, ale jak się okazało, zagadka była dość zawiła, konieczne było cofanie się wstecz do zupełnie innych wydarzeń. W sprawę zamieszanych było więcej osób i zakończenie było dla mnie ostatecznie wielkim zaskoczeniem. Wyjaśnienie, co konkretnie łączyło różne osoby było dość szokujące.

    W „Pogromcy lwów” przewija się stale motyw zła, prawdziwego zła. Lackberg stawia nawet tezę, że ktoś może być zły bez przyczyny, że nie ma potrzeby analizowania dzieciństwa czy innych traumatycznych przeżyć. Ktoś może być zły po prostu dlatego, że się taki urodził i nic już na to nie można poradzić. Osobiście nie jestem pewna, czy coś takiego jest możliwe, według mnie musi być jakiś defekt genetyczny, albo neurologiczny lub coś podobnego. Ale to kwestia dyskusyjna, autorka nie drąży tego wątku jeszcze głębiej i nie bawi się w lekarza, chociaż może trochę szkoda.

          Ku mojemu zaskoczeniu w tekście jest sporo spostrzeżeń natury chociażby psychologicznej, wartych zastanowienia. Chociażby, że „zło jest obok dobra, wśród ludzi, którzy zakładają sobie klapki na oczy, albo zamykają je, aby nie widzieć tego, co mają przed nosem”, i że „z klapkami na oczach życie jest znacznie łatwiejsze”.  Kolega Patrika, Martin, z kolei jest w żałobie po śmierci żony, fragmenty o nim są naprawdę  warte uwagi. Zaskoczyło mnie też  jeszcze inne spostrzeżenie Eriki, czyli w pewnym sensie alter ego autorki, gdy zamyśliła się nad tym, że jest pisarką i nie chodzi do pracy. Nie myślała wcale o tym, że chciałaby chodzić do pracy i mieć kolegów, świetnie czuła się we własnym towarzystwie. Byłam zaskoczona , że Lackberg jest zdolna do takich refleksji. Ciekawe były też fragmenty o siostrze Eriki , Annie, która dawniej była pełna życia, wesoła, a potem ciosy, które na nią spadły, odebrały jej radość życia. W odniesieniu jeszcze do innej osoby, zastanawiąjące było, jak mogła dopuścić do pewnych wydarzeń. Jak mogło się stać, że to co, nienormalne, powoli stawało się normalne. I w tym dziwnym funkcjonowaniu w takich warunkach, ludzie zmieniali się tak, że potem sami siebie nie mogli poznać. Jak widać, nawet w kraju dobrobytu, gdzie niemal nie było wojen, na pewno nie  takich, jak w centrum Europy, można obserwując uważnie otoczenie, mądrzeć nawet i bez ekstremalnych warunków. Inna z bohaterek przeżyła śmierć ojca w wypadku. Od tego czasu widziała, śe coś może toczyć się normalnie, a potem w jednym momencie zmienić.

     Nie mogę się przekonać do Lackberg w dalszym ciągu. Cały czas odstrasza mnie jej życiorys, np. małżonkowie – zwycięzca programu telewizyjnego , albo kolejny – model. Chociaż przy lekturze książek nie powinno to mieć znaczenia. Jak dla mnie Eryka czy  Patric są mimo wszystko zbyt prości  charakterologicznie. Może za bardzo przyzwyczaiłam się do różnych detektywów, skomplikowanych popaprańców. Ale tamci są ciekawsi, sięgając po książkę zastanawiam się, co im się przydarzy, a tu  u Eriki czy Patrika  nic się nie wydarzy.   Mimo całej mojej niechęci , czy nawet i uprzedzenia do Lackberg, musze stwierdzić, że jej książka jest zdecydowanie lepsza, głębsza i ciekawsza niż „Czytanie z kości” Szamałka, który dostał Nagrodę Wielkiego Kalibru.

5/6

piątek, 8 lipca 2016

Marcin Wroński „Haiti”

Okładka książki Haiti           

  
Kończę właśnie swój ulubiony cykl z komisarzem Zygą Maciejewskim. Ponieważ nie czytałam poszczególnych książek w kolejności, po przeczytaniu „Haiti” został mi tylko jeden nieprzeczytany tom – „Portret wisielca”. Nie wiem, kiedy pisarz napisze kolejny tom, z jednej strony chciałabym, aby nastąpiło to szybko, z drugiej zaś wiem, że dobra powieść wymaga trochę czasu, szczególnie gdy trzeba wgłębiać się w historię określonego okresu, czy historię miasta. Pisałam już wielokrotnie o tym cyklu. Jest mroczny, bez happy endów, ale z przebłyskami humoru, z reguły toczy się w dwudziestoleciu międzywojennym, niekiedy w czasie wojny lub tuż po jej zakończeniu, czasem w kilku płaszczyznach czasowych i prawie zawsze w Lublinie lub najbliższej okolicy. Jest to idealna rzeczy dla miłośników powieści kryminalnych i dla fascynatów historii.

        Z cyklem powieściowym jest trochę tak, jak z serialem, im więcej się go czyta, tym bardziej wciąga. Tak jak i w serialu, jedne tomy podobają się bardziej, inne mniej, ale co do zasady tolerancja do tych ciut słabszych jest większa, niż w przypadku pojedynczych, odrębnych  książek. W przypadku „Haiti” jest to jeden z najlepszych tomów. Podczas czytania cyklu zwraca się większą uwagę na bohaterów drugiego planu. W tym tomie np. rozwiązana jest zagadka , dlaczego inny policjant, Witek Fałniewicz, nigdy się nie ożenił. W wątku uczuciowym Zygi obserwujemy, jakie mogą być konsekwencje,  gdy kobieta wyjeżdża na samotne wakacje.

           Tytułowa Haiti to piękna klacz wyścigowa, w stajni której odnaleziono  martwego mężczyznę z odciskiem kopyta na głowie. Sekcja zwłok wykazała, że zmarł od uduszenia, gdyż ktoś wepchnął mu do gardła medalion z portretem nieznanego mężczyzny z XVIII wieku. Ślad podkowy na twarzy , jak się później okazało, nie należał do Haiti. A tożsamości zamordowanego mężczyzny nikt nie znał. Te wydarzenia rozgrywają się w 1938r., w Lublinie oczywiście. Ale jest drugi wątek, z roku 1951. W tym drugim wątku Zyga , bez cienia wątpliwości alkoholik , pracuje jako stróż i pilnuje właśnie m. in. Haiti. Jest też trzecia płaszczyzna czasowa, rok 1920. Do tej ostatniej bohaterowie muszą często wracać myślami. W tym właśnie roku w czasie wojny polsko – bolszewickiej wydarzyło się coś, co doprowadziło do zabójstwa w stajni Haiti 18 lat później.

   Jak to zwykle u Wrońskiego bywa, nic nie jest czarno – białe, nawet legioniści i żołnierze walczący z Sowietami nie byli ideałami. W wielu wypadkach byli bohaterami, ale zdolni byli też i do innych rzeczy. Zyga będzie musiał więc ustalać, co wydarzyło się w 1920 roku i za wiele więcej nie można powiedzieć.

       W tym tomie historia odgrywa kolosalną rolę. W każdym tomie cyklu Zyga rozwiązuje zagadkę w innym środowisku, raz np. wśród ziemiaństwa, innym razem wśród biedoty żydowskiej i in. Środowisko, z jakim styka się Zyga w tej właśnie powieści, to byli wojskowi, dla których historia dawnych lat cały czas żyje. Jeden z epizodów tamtej wojny, w czasie którego jego dowódca zachował się podle, wspomina także i Zyga. Witek Fałniewicz zaś nie może w 1938r. pojąć , dlaczego zaczęły nagle do niego w snach wracać koszmary wojenne . Teoretycznie przecież wraz z upływem czasu koszmarne wspomnienia  powinny blednąć lub zanikać, a nie wracać ze zwielokrotnioną siłą. Jak się okazuje, nie wszystkie regułki i teorie psychologiczne się sprawdzają.

     Opowiedziana historia jest bardzo indywidualna, nie ma tu żadnych afer gospodarczych, jest zabójca i jest ofiara. Lubię takie kameralne opowieści, na dodatek z historią w tle, dla mnie jest to więc plus.

       Zauważyłam, że w cyklu o Zydze najlepsze są najbardziej mroczne opowieści. Ta do takich należy. Demaskuje bohaterskie mity, a to co się dzieje w 1951 r. z Zygą i nie tylko, może być koszmarnym symbolem tamtych lat.  Wroński pochyla się tez nad losem zwierzęcia. Do tej pory brakowało mi trochę w jego książkach psa czy kota, taki książkowy zwierzak uwrażliwia czytelników na losy innych zwierząt. Teraz pojawił się koń i to rekompensuje tamte braki.

          Kupię szybko „Portret wisielca” i z pewnością będę wracać do Zygi, kiedyś przeczytam wszystkie powieści z Zygą drugi raz. Czekać będę też na dalsze tomy. Ale zaczynam też szukać innego cyklu, z innym bohaterem. Do tej pory jakoś poza Wrońskim, żaden autor kryminałów nie zachęcił mnie, abym przeczytała wszystkie tomy, jakie napisał. Nie liczę trylogii „Millenium” Larssona , to jak dla mnie za mało na cykl.

6/6

wtorek, 28 czerwca 2016

Marek Rybarczyk „Tajemnice Windsorów”

    


Idealna książka na lato, na upał, czyta się lekko.  Tematyka pozornie jest błaha, wyglądać to może początkowo na ploteczki z życia rodziny królewskiej. Ale to bardzo mylne wrażenie, pod pozorem lekkiej opowieści, nawet plotkarskiej, autor niekiedy niezauważalnie dla czytelnika podejmuje poważniejsze watki, np. sens istnienia monarchii . Marek Rybarczyk zna się na rzeczy, jest dziennikarzem, wieloletnim  korespondentem piszącym właśnie z Wielkiej Brytanii. Całość podzielona jest na rozdziały, ułożone nie do końca chronologicznie, sporo jest o okresie jeszcze sprzed II wojny , najwięcej jednak o czasach współczesnych, począwszy od panującej królowej Elżbiety, a skończywszy na Wiliamie i Kate.   Generalnie autor stawia tezę, że rodzina królewska jest szalenie obłudna w tym sensie , że udają świętoszków, niezłomnych, kryształowo uczciwych itp., a w rzeczywistości są jeszcze gorsi od zwykłych obywateli, w zmanierowaniu nikt im nie dorówna. Poza całą masą skandali, która już wyszła na jaw, jest jeszcze szalenie dużo takich, które udało się zatuszować, a które na szerszym tle on przedstawia.   

       Odnosząc się do przykładów, aby zobrazować podejście do tematu. Za życia księżnej Diany jeden z radioamatorów przypadkowo wykrył w eterze rozmowę pomiędzy Karolem a jego kochanką Kamillą Parker – Bowles. Rozmowa ta była kompromitująca dla księcia, mocno erotyczna. Wydaje się, że to zwykła ciekawostka, rodem ze współczesnego pudelka. Ale autor odkrywa drugie i trzecie dno tego wydarzenia. Rozmowa odbyła się rok przed jej „odkryciem”. Jak to jest możliwe, aby ktoś ją „odnalazł” w eterze post factum i to po takim czasie? Rybarczyk stawia hipotezę, że służby brytyjskie nagrywały  wszystkie rozmowy różnych członków rodziny królewskiej, a potem działając na czyjeś polecenie, puściły to w wybranym momencie w eter w taki sposób, aby ktoś to „przypadkowo odkrył”. Czyje to mogło być polecenie? Rozważa nawet królową, bo wiadomym jest, że uważa ona, iż Karol  nie nadaje się na króla. A im bardziej będzie on skomplikowany , tym większa szansa, że może po niej ster władzy przejmie ulubiony wnuk Wiliam. Ale gdyby nawet pominąć kwestię, dlaczego ktoś tą rozmowę umieścił w eterze, pozostaje pytanie, czy Karol, opowiadając takie kompromitujące bzdury przez telefon, jest odpowiedzialny i nadaje się na króla?
  
  Omówiona jest też afera z Edwardem VIII i Wallis Simpson, kiedy to  „z miłości do tej kobiety” Edward zrzekł się tronu. Jest to bzdura. Edward VIII był wyjątkowo mało inteligentny, sympatyzował z faszyzmem, krążyły nawet teorie, że był niemieckim szpiegiem . Z pewnością mógł być manipulowany przez  Niemców. Premier już od dawna miał problem z Edwardem, a najsensowniejszym wyjściem było , aby zgodził się na abdykację.  Jak to zrobiono, że wyraził na to zgodę, można poczytać.

      Książkę czyta się lekko głównie z powodu stylu, w jakim została napisana, sporo jest też zdjęć, szczególnie z czasów Karola i Diany, Kate i Wiliama. O dzieciach tej ostatniej pary właściwie nic nie ma, w trakcie pisania książki Kate dopiero spodziewała się dziecka.  Dobrym pomysłem były drzewa genealogiczne na tylnych stronach okładek. Jedno dotyczy czasów wcześniejszych,  zaczyna się od królowej Wiktorii, a na samej górze jest m. in. Elisabeth Bowes-Lyon, czyli matka obecnej królowej. Drugie drzewo od tej ostatniej się zaczyna . Sporo tematów jest znanych chociażby z mediów czy z filmów, np.  „Królowa” o Elżbiecie II, „Jak zostać królem” o dziadkach Elżbiety , szczególnie o jąkającym się Jerzym VI, „Diana”, „Jej wysokość Pani Brown” o królowej Wiktorii. Rybarczyk o tych filmach nie wspomina, ale trudno w trakcie czytania o nich sobie nie przypomnieć.  Każda historia w książce jest jednak potraktowana głębiej. W filmach nie ma za bardzo takich możliwości.
  
Autor nie ukrywa swoich sympatii, moim zdaniem raczej zgadza się co do oceny osób z królową, budzi to emocje, bo czytelnik swoje sympatie może lokować inaczej. Moje wątpliwości wzbudziła bardzo negatywna ocena właśnie Karola, bynajmniej nie z tego powodu , że zdradzał Dianę.   Autor jego tez uważa za niezrównoważonego, śmieszne i dziwaczne wydaje mu się np. to, że interesuje się on alternatywnymi metodami leczenia nawet przy bardzo ciężkich chorobach. Ja z kolei takie zainteresowania oceniałabym na plus. Ale dzięki tym emocjom lektura nie jest nudna.

4/6

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Jakub Szamałek „Czytanie z kości”

  Okładka książki Czytanie z kości           


Sięgnęłam po „Czytanie z kości” z powodu nagrody, jaką ta powieść dostała.  W tym miesiącu Jakub Szamałek za „Czytanie z kości” otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru, czyli najważniejszą i najbardziej prestiżową zarazem nagrodę dla najlepszej polskiej powieści kryminalnej roku . Do nagród podchodzę z dystansem, ale w przypadku Wielkiego Kalibru rzeczywiście nagradzane są pozycje wartościowe, mój ulubiony Marcin Wroński też ja otrzymał i to trzykrotnie , tzn. w jednym przypadku była to nagroda od jury, a w dwóch od czytelników.  Jeżeli ktoś w dalszym ciągu uważa, że kryminały to powieści klasy B czy C, powinien w końcu przeczytać coś nagrodzonego Wielkim Kalibrem, a prawdopodobnie potem zmieni zdanie.

               Książka napisana jest sprawnie, nudzić się w trakcie czytania nie można, można za to oderwać się od rzeczywistości. Wydarzenia toczą się w dwóch płaszczyznach czasowych, w starożytności i współcześnie.  Część starożytna rozgrywa się nieopodal Rzymu, w krainie Etrusków, zaś współczesna wśród archeologów. Czytając można sporo dowiedzieć się o starożytności i o archeologii.  Autor jest z wykształcenia właśnie archeologiem, ukończył Uniwersytet w Oxfordzie, doktoryzował się w Cambridge. Poza historią i archeologią jest jeszcze troszkę dających do myślenia spostrzeżeń psychologicznych. Nie jest możliwe, aby podczas czytania, czy już po przeczytaniu, nie pomyśleć chociaż chwilę o mechanizmach, rządzących dziejami, o tym, czy istnieje coś takiego, jak przeznaczenie. I można się troszkę nawet i pośmiać, humoru nie brakuje.      

      Wątek starożytny rozgrywa się w 421 r. p. n. e., kiedy to  Leochares otrzymał zlecenie ustalenia i odnalezienia zabójcy króla Etrusków. W chwili gdy zlecenie dostawał w jego życiu działo się bardzo źle. Z żoną nie rozmawiał normalnie od paru lat, stracił warsztat złotniczy i nie miał z czego żyć. Zlecenie dał mu osobiście syn zamordowanego króla. Leochares wyruszył z nim w podróż do miejsca zbrodni, gdzie zaczął węszyć i szukać.  Król dwa dni przed zabójstwem odbył tajemniczą podróż, a oficjalnie udawał, że był na polowaniu. Tropów było sporo.

     Część współczesna z kolei  rozgrywa się w Wielkiej Brytanii, gdzie kilku archeologów bada zagadkę tajemniczego szkieletu. Szkielet, a także sposób pochówku są nietypowe. Człowiek po którym został ten szkielet, musiał wieść ciekawe życie , imał się wielu zajęć, nie ulega wątpliwości, że został zabity. Archeolodzy , a szczególnie Inga Szczęsny, usiłują ustalić wszystko, co tylko jest możliwe.  Ustalili, czym ten mężczyzna się zajmował, ile lat miał w chwili śmierci, jak zginął, na co chorował itd. Mimo takich możliwości pewne rzeczy są nie do ustalenia, snują wiec domysły co tych kwestii, których zbadać nie można.

       „Czytanie z kości” to gigantyczna dawka wiedzy o starożytnych Etruskach. Osobiście nie za wiele o nich wiedziałam, najpierw kojarzyłam jedynie, że  Klaudiusz z „Ja Klaudiusz” R. Graves`a pisał ich historię. Frances Mayes autorka „Pod słońcem Toskanii” gdy tylko zamieszkała we Włoszech,w Cortonie,  odnajdowała ślady po Etruskach , co m. in. opisała w swojej książce. Szamałek powiedział o nich znacznie więcej, najbardziej zadziwiający był ich fatalizm i wiara w rozmaite znaki, ubierali się kolorowo, z naszego punktu widzenia byli takimi trochę dziwakami. O Etruskach nie sposób mówić bez odwołania się do starożytnego Rzymu. Etruskowie przegapili moment, kiedy to , jak mówili wioska położona na 7 wzgórzach rozrosła się i zaczęła stanowić dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo. Ciekawie prowadzony jest wątek , nazwijmy to mechanizmu, jakim rządzi się historia. Etruskowie gdy już zdali sobie sprawę z powagi sytuacji, tzn. że Rzym ich pokona i wchłonie, rozważali różne warianty   zachowania: dogadanie się z wrogiem i próbę wynegocjowania najlepszych warunków pokojowych lub straceńczą walkę.  Nawet w tamtych czasach wiadomo było, że wygrać nie mogą, wobec potęgi Rzymu byli niczym. To świetny, historyczny przykład upadku państwa, któremu w pewnym momencie nie można było już zapobiec. Chociaż państwo to chyba niezbyt adekwatne określenie. Mówi się często w kontekście takich upadków o imperium Majów czy Azteków, o Etruskach się nie wspomina. A dylematy, czy lepsze jest w sytuacji beznadziejnej podjęcie próby dogadania się, czy  pozbawiona sensu walka , są aktualne i w czasach współczesnych, właściwie zawsze w pewnych momentach problem ten powraca.

    Książka nie jest absolutnie powieścią psychologiczną, ale są tam warte uwagi spostrzeżenia. Leochares chociażby w pewnym momencie mógł już zakończyć misję i wrócić do domu. Nie za bardzo miał na to ochotę. Wolał dalej szukać zabójcy, mimo, że dostał sowitą zapłatę i że groziła mu śmierć. Sam nie do końca uświadamiał sobie, dlaczego tak się dzieje. Co nie do końca był jasne dla niego, widoczne było jak na dłoni dla jego towarzysza, syna zabitego. Leochares u siebie w tym momencie życia wegetował jako biedak, z którym nikt się nie liczył. U Etrusków był kimś, robił coś pożytecznego, mimo niebezpieczeństw czuł, że żyje. Wolał życie z sensem i z dreszczem emocji, ryzykiem,  a także z perspektywą bliskiej śmierci , niż jałową wegetację przy boku żony, z którą, poza synem, nic właściwie go nie łączyło. 

          Nie czytałam kryminałów, jakie rozgrywałyby się w starożytności, pomysł Szamałka na umieszczenie akcji w tamtym czasie jest więc przysłowiowym strzałem w dziesiątkę.  Narracja w starożytności i współcześnie też jest ciekawym pomysłem. Mimo wszystkich zalet książki jakoś nie mogłam do tych Etrusków zapałać sympatią. Autor wspomniał, że uchodzili oni za bardzo okrutną nację. Przykłady tych okrucieństw są również i w powieści. Wiem, że tak było i że bez niektórych scen opis życia w tamtych czasach byłby niepełny, ale parę opisów, pełnych przemocy i okrucieństwa  było naprawdę strasznych.   Osobiście starożytność nigdy mnie nie pociągała, wolałam historie bliższe nam czasem, nawet i średniowieczne. Mimo wszystkich zalet, prawdopodobnie z powodu braku zamiłowania do epoki, w której toczą się wydarzenia, nie zapałałam chęcią czytania innych pozycji Szamałka. Jedna wystarczy, aby poznać coś nowego i przekonać się, że wolę kryminały retro w innej scenerii, np.  jak u Wrońskiego czy Akunina i to tamte czytam z większym przekonaniem. Ale to naprawdę kwestia wyjątkowo indywidualna.

4/6

sobota, 18 czerwca 2016

Tadeusz Dołęga – Mostowicz „Znachor” – audiobook, czyta Jan Nowicki


                                   Jan Nowicki czyta Znachora - Tadeusz Dołęga-Mostowicz            

                    
Tadeusz Dołęga – Mostowicz był fenomenem pod względem liczby czytelników. Pisząc , zarabiał olbrzymie pieniądze. Zaintrygowało mnie, na czym polega ten fenomen. Czy te książki są rzeczywiście ponadczasowe?  „Kariera Nikodema Dyzmy” rzeczywiście jest rewelacyjna. Spodobał mi się też życiorys pisarza. Nie szedł z prądem i wbrew powszechnym zachwytom nad Piłsudskim, był w totalnej opozycji wobec piłsudczyków . Miał z tego powodu spore problemy.

      Mimo najszczerszych chęci do „Znachora” nie mogę podejść na poważnie. Dla mnie jest to  coś w rodzaju prototypu harlequina, ale absolutnie nie żałuje, że poznałam tą książkę. Na samym początku profesor Wilczur, znany i ceniony chirurg dowiedział się, że opuściła go żona. Załamany w knajpie zaczął pić i szybko stał się ofiara napadu . Uderzono go w głowę , obrabowano, ocknął się z głęboką amnezją, bez dokumentów i bez pieniędzy. Teoretycznie taki bieg wydarzeń jest możliwy  , sam pisarz doświadczył czegoś takiego, tyle że obeszło się bez amnezji. Wilczur zaczął błąkać się po całym kraju, najmował się głównie na wsiach jako parobek, co trwało lat 20. Nie do końca jest wyjaśnione, dlaczego nikt go nie szukał . Żona zamieszkała w głuszy leśnej z leśniczym, o niczym nie wiedziała, ale  miał przecież znajomych, były przecież wtedy media: gazety, radio, można było umieszczać ogłoszenia. Ale początek jest bardzo ckliwy. Wilczur zatrzymał się u pewnego młynarza, początkowo jako parobek, szybko jednak uzmysłowił sobie, że potrafi leczyć. Nie wiedział,  skąd ta umiejętność. Wyleczył syna gospodarza, który nie chodził wskutek źle nastawionych kości nóg po złamaniu . Wilczur wykonał operację i stał się znanym i cenionym  w okolicy znachorem. W tym czasie poznał sprzedawczynię z pobliskiego miasteczka, którą bardzo polubił, a nawet pokochał ojcowska miłością. Nie wiedział, ze w istocie była to jego córka, która po śmierci matki tak zarabiała na życie.

     Ten moment był już wyjątkowo niedorzeczny. Niedorzeczne jest też i to, że przez 20 lat Wilczur nie zapomniał swojego kunsztu lekarskiego.  Ale o dziwo, powieść jest napisana w taki sposób, że ją się wręcz chłonie mimo różnych niedorzeczności. To naprawdę wielki talent literacki, potrafić tak pisać. Nie wiem, jak to się stało, ale chłonęłam właśnie opisy różnych zabiegów lekarskich, jakich dokonywał Wilczur, mimo, iż wiedziałam, że jest to niemożliwe, nie miał on żadnych sensownych narzędzi chirurgicznych, w izbie, gdzie leczył, panował bród. Nikt się niczym nigdy jednak nie zaraził i nasz znachor każdemu potrafił pomóc.   

       Dołęga – Mostowicz umiejętnie zadbał, aby odbiorcami tej powieści mogli być przedstawiciele wszystkich warstw społecznych. Na początku czytelnik poznaje Wilczura jako przedstawiciela zamożnej inteligencji, potem jest chłopstwo, jak młynarz i pacjenci znachora.  Córka Wilczura, Marysia to jakby zubożałe mieszczaństwo. Jest wszystko, ale akcja się komplikuje. Marysia zakochała się w młodym Czeńskim, synu lokalnego ziemianina, właściciela majątku w Ludwikowie. Ona była bez majątku, uczciwa, szczera, on zaś nie wiadomo było do końca, czy na pewno ja kochał. Młodzi w tajemnicy przed wszystkimi się zaręczyli.  Wątek romansowy jest pełen napięcia. Matka chłopaka w ogóle nie chciała słyszeć o czymś takim, jak małżeństwo z dziewczyną  bez majątku i bez rodziny. Aby nie było nudno, narzeczeni mieli poważny wypadek, gdy jechali motocyklem.  Trafili do naszego znachora. Marysia była bliska śmierci , lokalny lekarz uznał, że nic już jej nie pomoże.  Ale znachor podjął się trepanacji czaszki.

       Gdy to opisuję i gdy tego słuchałam, miałam świadomość, że jest to absurdalne. Ale nadal słuchałam. Niektóre sceny były przesłodzone, jak lukier, inne z kolei łzawo kiczowate. Dotarłam do końca. Nie wiem, czy bardziej dzięki tekstowi, czy lektorowi. Nowicki czyta fenomenalnie. Potęguje napięcie. Ale nie zmienia to faktu, że książka jest idiotyczna. Wydaje mi się, że może to być jedyna książka tego tupu w dorobku pisarza. Gdy poczytałam o jego twórczości, odniosłam wrażenie, że pozostałe pozycje są zdecydowanie poważniejsze i wartościowe, a autor krytycznie opisuje rzeczywistość wokół siebie.  Ale gdy ktoś chciałby się oderwać się od rzeczywistości, ten audiobook , czy książka będą idealnym rozwiązaniem.

3/6
                                         

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Agatha Christie „Nemezis”

Okładka książki Nemezis           


         „Nemezis” jest tak bardzo oryginalną powieścią Christie, że nie sposób jest pomylić ją z innymi powieściami tej autorki. Panna Marple dostała tym razem zlecenie rozwiązania zagadki od … nieżyjącego już znajomego, niejakiego pana Rafiela. Licząc się z tym, że może szybko umrzeć za pośrednictwem prawników zaproponował pannie Marple wycieczkę po brytyjskich ogrodach i posiadłościach, w a trakcie tej wycieczki miała ona się zorientować, co się stało, komu itd. Detektyw – amatorka szybko  zorientowała się, że zagadka dotyczy Michaela Rafiela, syna zmarłego bogacza. Został on 10 lat wcześniej skazany za zabójstwo narzeczonej. Panna Marple szybko zorientowała się, że zabójcą był ktoś inny. Najpierw podejrzenia  padły na uczestników wycieczki, ale ich było kilkunastu i ustalenie czegokolwiek w tak licznej grupie byłoby bardzo trudne. W trakcie wycieczki na jednym z postojów panna Marple została zaproszona na nocleg do pobliskiego domostwa, gdzie zamieszkiwały 3 starsze siostry. Jak się okazało, zamordowana przed laty dziewczyna mieszkała właśnie u nich. Bardzo realne stało się, że z zabójstwem nie miał nic wspólnego ani młody Rafiel, ani nikt z uczestników wycieczki, ale któraś z sióstr, może dwie, a może trzy, może ktoś związany z ich rodziną. Jeżeli któraś z sióstr to która?  Zrównoważona Clotilde, znerwicowana Anthea czy mało charakterystyczna Lavinia? Zrównoważenie może być pozorne, według panny Marple gdy ktoś nie ujawnia emocji nie oznacza to, że nic nie czuje, może być tak, że w związku z wcześniejszymi trudnymi przeżyciami, ten ktoś nauczył się już nie okazywać emocji. Anthea z kolei wydała się podejrzana z powodu dziwacznego roztrzepania,  na które była za stara.

               Wielokrotnie już pisałam, że Christie była mistrzem psychologii, a swoje obserwacje w tym zakresie przekazywała jako narratorka książek. Uosobieniem wnikliwości i zmysłu obserwacyjnego Christie uczyniła pannę Marple. Tym razem skupiłam się na tym, jak panna Marple ( vel Agatha Christie)  postrzega rzeczywistość.  W trakcie rozmowy  jej uwagę przykuwa, gdy ktoś nagle zmienia temat rozmowy. Zastanawia się więc , dlaczego ten ktoś zrobił to w tym, a nie innym momencie, zapamiętuje, o czym była wówczas mowa. Potem zastanawia się, czy był to przypadek, czy też z nieznanych powodów określony temat jest komuś „nie na rękę”. Można później „przypadkiem” znów ten temat podjąć i sprawdzić, czy znowu dojdzie do zmiany tematu. Gdy ktoś o czymś zbyt często mówi, też zastanawia się, dlaczego , co się za tym kryje. Szybko orientuje się, kto z kilku osób jest dominujący. Jedna z osób gdy wypowiada jakaś tezę, to zerka na tego dominującego osobnika , szukając aprobaty, lub sygnału, że za dużo zostało powiedziane itp. Nie umyka jej uwagi, gdy ktoś zrobił coś bardzo charakterystycznego dawno temu, nawet w dzieciństwie, ma świadomość, że to już był wyraz charakteru, a ludzie generalnie nie za bardzo się zmieniają. Wierzy przeczuciom, zwraca uwagę na to, co np. czuła  pierwszy raz wchodząc do określonego domu lub widząc daną osobę. To tylko oczywiście przykłady, nie sposób wymienić wszystkiego , musiałabym streszczać całą książkę.

        W każdej książce Królowej Kryminału jest pewna myśl przewodnia. W tej na pierwszy plan wysuwa się życie przeszłością, permanentne jej rozpamiętywanie i brak możliwości pójścia naprzód. W ”Nemezis” rozpamiętywaniu przeszłości towarzyszy smutek, a nawet i rozpacz. Atmosfera jest duszna. Wyjście wydawałoby się proste, sprzedać dom, z którym kojarzą się różne straszne rzeczy i wyjechać, okazuje się to jednak za trudne. Jest to też niemożliwe, jak się później okazuje, chociaż nie dla wszystkich. To taka dziwna niemożność podjęcia walki o to, aby być szczęśliwym i poddanie się, wybranie apatii. To jest też świetny obraz tego, jak destrukcyjne mogą więzy rodzinne, gdy ludzie nawzajem unieszczęśliwiają się, a ci, którzy mogliby uciec,  czują  się zobowiązani aby zostać z resztą rodziny, chociaż wcale nie ma takiej potrzeby . Wszyscy stają się więc jakby cierpiętnikami.  Jedyną osobą, która zechce iść do przodu będzie młody Rafiel, który przesiedział niewinnie 10 lat w więzieniu. On mówi, że wszystko, co teraz zrobi, musi być nowe, że musi iść przed siebie. A panna Marple komentuje to w ten sposób, że najważniejsze, że nie stał się zgorzkniały. 

       Mottem książki mogłyby być słowa jednej z uczestniczek wycieczki: ”Miłość to przerażające słowo”. Właśnie w „Nemezis” pokazane jest drugie, mroczne dno relacji rodzinnych.  Temat różnych anomalii w rodzinach jest często podejmowany także i we współczesnych powieściach kryminalnych. W tych współczesnych często jednak jest to traktowane schematyczne, np. eksploatowany do granic możliwości jest temat przemocy w rodzinie, ewentualnie pedofilia, często zaś dewiacjom tym towarzyszy alkoholizm. Skupienie się na tych zagadnieniach i czynienie z nich tematu niejako modnego powoduje, że wszystkie inne anormalne zachowania pozostają niezauważalne.  U Christie w „Nemezis” nie ma tego schematyzmu,  zbrodniarzami są ludzie wykształceni, obyci, majętni, bez nałogów, nie stosują przemocy, nie są pedofilami ani alkoholikami . Na czym konkretnie polegała przyczyna zbrodni w tej konkretnej powieści, napisać oczywiście nie mogę.  

5/6

sobota, 11 czerwca 2016

Paullina Simons „Jeździec miedziany” - audiobook, czyta Dominika Ostałowska

Jeździec miedziany - Simons Paullina


„Jeździec miedziany” to jeden z najbardziej poczytnych romansów ostatnich czasów. Od niejednej osoby słyszałam, że nie sposób jest się od niego oderwać.  I coś w tych stwierdzeniach niewątpliwie jest. Też miałam problem z oderwaniem się od słuchania. To coś w rodzaju „Przeminęło z wiatrem”, a zamiast wojny secesyjnej obserwujemy II wojnę światową w Leningradzie. Wątek romansowy był dla mnie mniej ciekawy, a za to najciekawsze, właściwie arcyciekawe  było tło  historyczne. Autorka urodziła się w ZSRR i wyemigrowała do USA , pisze więc o tym, co się wówczas działo z perspektywy osoby, która zna tą historię  z opowieści członków rodziny i jako była obywatelka ZSRR, ale zarazem jako emigrantka, czyli jako ktoś, kto ma szerokie spojrzenie i rosyjska propaganda go nie mąci. We wstępie autorka wspomina swoich dziadków, pierwowzorów Tani i Aleksandra.

    Powieść zaczyna się 22 czerwca 1941r., czyli w dniu ataku Niemiec na ZSRR  . Tego właśnie dnia w ówczesnym Leningradzie Tania poznała  młodego oficera Armii Czerwonej, Aleksandra . Nie wiedziała, że Aleksander romansował już z jej siostrą Daszą . On zaś zachowywał się tak, jakby nie mógł się zdecydować, którą siostrę woli.   Obie zakochane były po uszy. Nie będzie to spojler, książka przecież to pierwsza część trylogii , napiszę więc , że ostatecznie Aleksander związał się z Tanią. Wojnę oglądamy z perspektywy Leningradu i jego blokady. Autorka wyjątkowo sukcesywnie opisała  porażający głód, wymieranie miasta, a także jedyną możliwość ratunku, czyli dostanie się na tzw. drogę życia -  zamarznięte jezioro Ładoga.  Nie są to nowości, wiadomo już , jak było. Ale Simmons opisuje rzeczy, o których długo nie wolno było mówić. Oryginalny jest sposób narracji. Tania początkowo przedstawiana jest jako naiwne dziewczątko, które wierzy Stalinowi i wszystkiemu, o czym mowa jest w radiu czy gazecie. Aleksander to jej przeciwieństwo. Miał świadomość fałszu i zakłamania władz, propagandy i to on uświadamiał Tanię o tym, jak naprawdę wyglądała sytuacja.

    W powieści sporo jest mowy o bezwzględności władz, o tym, jak lekką ręką posyłano na śmierć ludzi w boje, które nie miały żadnej  szansy , aby pozytywnie się zakończyć. Simons pisze też o NKWD i o roli, jaką ta służba odgrywała w czasie wojny, o terrorze, „znikaniu” ludzi, donosicielstwie. Rosjanie w czasie wojny  nie mieli tylko jednego wroga – Niemców, ale dwóch : Niemców i radzieckie władze wraz z NKWD. Nie wiem sama, co było gorsze i bardziej niebezpieczne . w każdej niemal wiosce była placówka NKWD, nigdzie nie można było uciec. Nie słyszałam dotychczas nic o tym, jak w ZSRR traktowano w czasie wojny żony dezerterów. Gdy tylko do NKWD docierała wiadomość o dezercji, natychmiast ktoś jechał po żonę dezertera , którą rozstrzeliwano. Wystarczyło najbardziej głupie pomówienie, zwykły donos, że np. ktoś jest szpiegiem i było praktycznie już po tej osobie, w czasie wojny jakiekolwiek śledztwo nie było potrzebne. W tej książce o tego typu kwestiach pisze Rosjanka na emigracji. Aleksander jako żołnierz  w każdej chwili mógł zginąć zabity przez Niemców lub rozstrzelany przez NKWD.  W tych koszmarnych warunkach w wielu wypadkach w ludziach niestety odzywały się najgorsze instynkty. Ojciec Tatiany zaczął coraz bardziej pić, o wszystko miał pretensje i zaczął nawet stosować rękoczyny wobec domowników. Matka  z kolei po kryjomu wyjadała jedzenie, którego były już marne resztki.

      Nie wszystko jest na szczęście takie straszne.  Byli ludzie, którzy sobie pomagali. Poza tymi koszmarami w książce stale przewija się motyw siły zwykłych, prostych ludzi. Byli oni w stanie przetrwać najgorszy koszmar. Słuchając o tym, co oni przeżyli, można sobie uzmysłowić, w jak wspaniałych warunkach żyjemy. Kiedyś czytałam wywiad ze staruszką, która przeżyła blokadę Leningradu, właściwie Petersburga. Mówiła, że potem nie miała już żadnych problemów, tzn.  w porównaniu do tego, co wówczas się działo, nic już nie było dla niej straszne. Część wydarzeń rozgrywa się w latem, w małej wiosce , daleko od frontu, gdzie nie ma głodu, strzelanin i wybuchów. Można wówczas odpocząć od scenerii głodującego miasta. Uczucie między ludźmi niekiedy bywało silniejsze od wszystkiego, co działo się naokoło. Simons nie jest Tołstojem, a „Jeździec miedziany” nie jest „Anną Kareniną”, ale spokojnie można zabrać się za czytanie.  

         Jako audiobook całość wypada całkiem dobrze.  Ostałowska czyta tak, że słucha się bez zgrzytów. No i mimo, że nie przepadam za  romansami , przymierzam się do kupna drugiej części , pierwsza nie ma zakończenia, urywa się nagle i czytelnik pozostaje skonsternowany, jak to możliwe, że to już jest koniec. Podczas jazdy samochodem „Jeździec” jest wręcz idealny. Nie ma tam fragmentów, wymagających wzmożonej uwagi, jak przy nieco trudniejszych tekstach, nie trzeba niczego cofać. Słucha się bez jakiegokolwiek wysiłku, ciężko tylko jest potem wyjść z samochodu.  

4/6

wtorek, 7 czerwca 2016

Jane Austin "Opactwo Northanger"




Jane Austen

Ciekawie jest czytać Remarque`a i Al. Domańską. Historie o ludziach , żyjących w  makabrycznych czasach i zmuszonych do dokonywania ekstremalnych wyborów, są pasjonujące.  Ale takich historii nie jestem w stanie czytać zbyt wiele i zbyt długo.  Jane  Austin opowiada o zwyczajnych ludziach, z angielskiej klasy średniej, żyjących w spokojnych czasach, których głównymi problemami są  nieszczęśliwe zakochanie się,  szczęśliwe zakochanie się i temu podobne historie. Są to, wbrew wszelkim mylnym opiniom, powieści naprawdę wysokich lotów.  Tak się już  jakoś złożyło, że  sięgam po Jane Austin na początku lata, gdy jest jasno, słonecznie i pogodnie i gdy mam czas i nie muszę ciągle odrywać się od książki. Z reguły właśnie sięgam po nią w długi weekend czerwcowy, który paradoksalnie w tym roku wypadł w maju. 

      Pisałam o Jane Austin już kilkakrotnie przy okazji „Dumy i uprzedzenia” i „Perswazji”. Pisałam o tym, że rewelacyjnie, z humorem, dystansem i sarkazmem opisuje ona rzeczywistość. Pisałam, jak z humorem kpi z ludzkich przywar, jak wychwytuje ludzkie wady, fałsz, kłamstwa, prostactwo itp. Tym razem zwróciłam uwagę na jeszcze inną kwestię. Bohaterki u Austin są osobami szalenie uczciwymi, prawymi, bez śladu dwulicowości. Często są mądre, w przypadku „Opactwa” jest inaczej, Katarzyna  intelektem nie grzeszy. Ale też jest dobra i uczciwa. W czasach współczesnych trudno znaleźć ludzi tak prawych i pozbawionych obłudy. Być może Jane Austin trochę przesadzała z tą dobrocią tych kobiet, ale może niekoniecznie. Sama była osobą szalenie uczciwą, nie tylko wobec innych w sensie braku oszukiwania ich, ale uczciwą wobec samej siebie, nie wyszła za mąż bez wzajemnego uczucia, wolała zostać sama. Porównania współczesnych ludzi, zarabiających na własne utrzymanie, mających często kredyty i bojących się utraty pracy, do głównych bohaterek Austin, zawsze wypadają na niekorzyść współczesnych. Kojarzę współczesnych sprawujących różne funkcje, często nie ma takiego upokorzenia, na które by się nie zgodzili, aby tylko tych funkcji nie stracić. Książki Austin , a właściwie wizerunki głównych bohaterek są odskocznią od tego rodzaju zachowań. Pokazują, że można i żyć i myśleć inaczej.

        W tym przypadku Katarzyna była wyjątkowo młodziutka, z początku nie miała w sobie dość siły, aby zachowywać się tak, jak by chciała. Miała problem, aby sprzeciwić się adorującemu ją prostackiemu gburowi.  Aby tak się zachowywać , nie trzeba być takim młodym. Słaby charakter mają niekoniecznie ludzie młodzi. Katarzyna w tej właśnie powieści wyjechała na kilka tygodni wraz sąsiadami i jednocześnie bliskimi znajomymi rodziców do uzdrowiskowej miejscowości Bath, gdzie szybko poznała dwóch młodzieńców. Jeden był aroganckim megalomanem,  a drugi poczciwym duchownym. Jak się można domyślić, Katarzyna zakochała się w tym drugim. W tej książce jest cała masa nieporozumień między przyszłą młodą parą. Jest świetny portret obłudnej pseudo przyjaciółki. No i pokazane jest, jak w tamtych czasach panie próbowały łowić mężczyzn. 
       Pisarka rozprawiła się też z uleganiem różnym modnym trendom. W tamtych czasach na topie były powieści grozy, czytywali je też bohaterowie książki. Katarzyna tak bardzo się w nie wczuwała, że zaczęła mylić fikcją i rzeczywistość, a będąc gościem w Opactwie Northanger wpadła na pomysł , że pan domu uwięził tam swoją żonę. Kilka innych, równie niedorzecznych jej pomysłów , także jest opisanych.  Uleganie idiotycznym trendom to chyba rys charakterystyczny dla wszystkich czasów. Zmieniają się tylko trendy. Ale Austin patrzy na to z przymrużeniem oka. Mnie osobiście najbardziej zabawny wydał się wątek ojca, który „polował” na bogatą synową. Sam był dość zamożny, ale wiadomo, co sąsiedzi na to powiedzą, głupio, aby syn ożenił się z biedaczką. Na pozór wzór wszelkich cnót, a w rzeczywistości był to żałosny pozorant.  

     Szkoda, że pisarka tak krótko żyła i zostawiła po sobie zaledwie 6 książek. Moją ulubioną jest „Emma”, ale to z powodu charakteru głównej bohaterki, która jest dojrzalsza od Katarzyny i wie, czego chce. Ale i „Opactwo” i pozostałe pozycje też warte są uwagi.

4/6

piątek, 27 maja 2016

Aleksandra Domańska „Grzybowska 6/10. Lament”



  
„Grzybowska 6/10. Lament” jest książką absolutnie niezwykłą .  Autorka dokonała podróży w czasie. Podróże takie są tematem wielu filmów, mają one jedną wspólną cechę, wszystko jest w nich zabawne zabawne i dobrze się kończy. Nie ukrywam, że uwielbiam takie filmy, „Powrót do przyszłości”, „Kate i Leopold” czy „Peggy Sue wyszła za mąż” oglądałam kilka razy. W przypadku „Grzybowskiej” podróż w czasie jest umowna i nie kończy się dobrze. Nie ma też żadnych wygłupów w jej trakcie. Autorka wpadła na niesamowity pomysł. Otóż chciała ustalić, co mieściło się na miejscu bloku, w którym mieszka jej matka, zanim ten blok wybudowano. Z benedyktyńską cierpliwością ustaliła. Przed wojną w tym miejscu krzyżowały się ulice Grzybowska i Krochmalna, a zamieszkane były przez Żydów, stały tam wówczas 3 kamienice. W czasie wojny było tam getto. Udało się jej ustalić, kto konkretnie mieszkał w jednej z tych kamienic, ustaliła te osoby z imienia i nazwiska . Jak się okazało, jedna z tych osób żyje i mieszka w Izraelu. Głównym bohaterem, o ile można to tak nazwać, jest właśnie Jurek Glass, który w czasie wojny był dzieckiem. Ten chłopczyk na okładce książki, to właśnie on. Przy nim na zdjęciu, na okładce, jest jego ojciec , lekarz, który niestety zginął. Autorce udało się nawiązać z Jurkiem kontakt , przyjechał nawet do Polski i udał się nawet w miejsce, gdzie dawniej mieszkał.  

       Książka opowiada o losach Jurka i jego bliższej i dalszej rodziny, ale napisana jest w nietypowej, bardzo ciekawej  formie. Z jednej strony jest to książka historyczna, opowiedziana jest  przecież historia rodziny, ale są też osobiste refleksje autorki na różne tematy, a są też i cytaty – refleksje z dzieł innych twórców, którzy podejmowali podobną tematykę . Niektóre fragmenty przypominają z kolei reportaż, szczególnie wtedy, gdy opisywane są poszukiwania ludzi, którzy tam mieszkali. Ta mieszanina form dała rewelacyjny wynik. Książek o Żydach i Zagładzie jest dużo. Kiedy czytała się  je, a przynajmniej kiedy ja je czytałam, często reagowałam tak, jak wówczas, gdy czytałam o wydarzeniach sprzed kilkuset lat, czyli było to dawno, wszystko, jest opisane i nie budzi już emocji. „Grzybowska” emocje budzi.  Jest to zasługa wplecenia w tekst masy refleksji, nie można czytać tego beznamiętnie. Z jednej strony są więc dzieje jednej rodziny, z drugiej dzieje narodu, który został wtłoczony w getto.  

      Gdy sięgałam po ta książkę , zastanowiłam się, co ta lektura może mi dać. O dziejach Żydów w warszawskim getcie przecież tyle już napisano. Czy można napisać coś na ten temat, o czym  się nie wie? Czy można może wzbudzić takie refleksje, które jeszcze nie przyszły do głowy? Obawiałam się , że nie jest to chyba możliwe, ale próby zrekonstruowania dziejów ludzi, którzy mieszkali tam, gdzie ja bez jakiegokolwiek zastanowienia się, wielokrotnie przechodzę, okazały się magnesem.  W kontekście wiedzy o getcie warszawskim książka jednak sporo wnosi. Moja wiedza była jednak mniejsza, niż mi się wydawało. Pewnych rzeczy nie da się jednak zgłębić do końca. Nie będę książki streszczać. Autorka opisuje nie tylko dzieje rodziny w okresie wojny, zaczyna znacznie wcześniej, na wojnie i zagładzie opowieść się kończy. Sporo rzeczy było dla mnie zaskoczeniem, jak chociażby fakt, że szereg rodzin czy osób uratowanych zostało dzięki ich dawnym służącym. Otóż służące  nie zapomniały o ludziach, u których  pracowały i nawet gdy wybudowano mur, dzielący miasto, pomagały im, donosiły żywność, a niejednokrotnie potem przeprowadzały ich na aryjską stronę i ukrywały ich lub znajdowały schronienie. Tak było z rodziną, którą opisuje autorka. Bez służącej nie przeżyliby. Było to dla mnie zastanawiające. Przecież ludzie ci mieli różnych znajomych, być może niektórych uważali za przyjaciół. Gdzie oni byli? Najprawdopodobniej te więzy z innymi ludźmi nie były prawdziwą przyjaźnią. Służące  według mnie nie mogły kierować się wyłącznie względami materialnymi . Perspektywa  zysków finansowych była przyszła i niepewna, a zdecydowanie bardziej realna była perspektywa niezwłocznego rozstrzelania w razie wpadki lub w najlepszym razie obozu koncentracyjnego. Co więc decydowało? Właśnie to mnie zastanowiło. Przed służącymi nie dało się nic ukryć, one znały swoich mocodawców od dobrej i złej strony. Może właśnie to decydowało o tej więzi? Ludzi występowali wobec siebie w tych relacjach bez tych przysłowiowych masek na twarzy.  

     To zaś co wydało mi się przerażające i okrutne, to fakt, że szanse na przeżycie mieli ci najbogatsi i najbardziej bezwzględni. Oni mieli z czego opłacać wyżywienie i pomoc lekarską. Byli lekarze, którzy świadczyli tą pomoc bezpłatnie, ale niekiedy trzeba było ściągać specjalistę  z zewnątrz, leki poza tym też kosztowały. W książce opisany jest przypadek chłopaka, który musiał mieć zrobioną operację kręgosłupa, specjalista , nie Żyd, za odpowiednią opłatą zrobił to. Pieniądze umożliwiały przekupienie policji.

   Zaintrygowała mnie postać Nelki, służącej, która uratowała czworo ludzi, przeżyło dwoje z nich, ale nawet ta dwójka, która umarła, miała dzięki niej dłuższe życie. Co się z nią stało? Czy ciotka Jurka, Roma, podjęła jakąkolwiek próbę odwdzięczenia się na uratowanie życia? Ten wątek nie został domknięty. Pewnie można byłoby się coś więcej dowiedzieć na spotkaniu autorskim z autorką. Inny zastanawiający wątek . Roma zajmowała się Jurkiem tylko do pewnego momentu. Gdy wojna się skończyła , wyjechała za granicę , do męża, a Jurka , cały czas będącego dzieckiem, zostawiła samego. Chłopiec przebywał w domu dziecka. Czy cokolwiek może usprawiedliwić taki czyn? W czasie wojny syn Romy, Rysiu, zginął.  Czy to mogło mieć znaczenie dla jej zachowania? Przecież nic jej nie groziło, gdyby  pomogła Jurkowi, środki finansowe miała. Jak Jurek się na to zapatruje? Z książki wynika, że Jurek utrzymywał z Romą kontakty, były to kontakty na odległość, ona w Kanadzie, on w Izraelu, ale kontakty jednak były. Tych zastanawiających wątków jest dużo. Jeśli ktoś lub twórczość Singera, zaintryguje go zapewne to, że właśnie w tej samej okolicy , w dzieciństwie, pisarz mieszkał. Otóż nestor rodu Glassów, Salomon, opisywany przez Al. Domańską, najprawdopodobniej  był pierwowzorem kupca Meszulama Muszkata , bohatera „Rodziny Muszkatów” Singera.

    6/6

    

 

środa, 18 maja 2016

Filip Springer „13 pięter”