środa, 19 listopada 2014

Teresa Lubkiewicz – Urbanowicz „Boża podszewka” – audiobook, czyta Stanisława Celińska




      Książka  jest skrajnie tendencyjna, niewiarygodna , nielogiczna i  nudna,  a wykonanie audiobooka przez Stanisławę Celińską było dla mnie histeryczno – patetyczne, równie trudne do słuchania, jak i sam tekst. Całość jest absolutnie niewarta uwagi, chyba że ktoś chciałby się zastanowić, po co coś takiego powstało, czy to jedynie pomysł autorki, czy może ktoś ją „zainspirował”. Całe to „dzieło” to historia życia  Marysi Jurewicz , urodzonej w 1900r. na Wileńszczyźnie  w rodzinie szlacheckiej, ale  składającej się z samych dewiantów . W okolicy panuje bród, smród, ciemnota , a jedynie pozytywni bohaterowie pojawiają się dość późno, są to Rosjanie, wkraczający na tamte tereny w 1939r.

          Marysia Jurewicz urodziła się w Juryszkach, na dalekiej Litwie w 1900r. w szlacheckiej , ziemiańskiej i wielodzietnej rodzinie , składającej się z samych dewiantów i prostaków, w dodatku niewyżytych seksualnie. Sąsiedzi również nie byli normalni. Jeden z nich miał ulubione zajęcie – wpychanie córki do kurnika i podpalanie. Ojciec – gbur i prostak,  uganiał się stale za służącymi , a celem jego życia było wciągnąć którąś z nich do łóżka. Dzieci swoich nie znosił, nigdy nic dobrego o żadnym nie powiedział , szczególnie zaś nie znosił właśnie Marysi. Trudno powiedzieć dlaczego tak się działo, ale głównie z tego powodu, że była wcześniakiem i uchodziła za mało urodziwą. Ten brak urody , jak się później okazało, był kwestią względną. Jednego razu ojciec uznał za konieczne, aby właśnie najmłodszą Marysię, jako jedyną z rodzeństwa i najsłabszą , wciągnąć w prace polowe, czego o mało nie przypłaciła życiem.   Matka Marysi też córki nie lubiła i to z tego samego powodu, co ojciec. Matka skupiała się głównie na tym, aby odciągać męża od służących. Ale była bardzo postępowa, wraz z córką potrafiła rozebrać się na łące, blisko wiejskiej drogi i kąpać się na golasa. Bracia na wyścigi starali się Marysi dokuczyć, podobnie jak i siostry. Gdy wybuchła I wojna , rodzice postanowili zostawić dzieci w majątku, a sami uciekli, nie zapomniawszy przedtem zakomunikować, że gdy gospodarka nie będzie dobrze prowadzona, to dzieci po powrocie dostaną porządnie w skórę. Jedno z dzieci z głodu, braku opieki i choroby zmarło.

     Po I wojnie Marysia wyszła za mąż za sędziego  sądu grodzkiego. Po ślubie już dowiedziała się, że miał on głośny romans ze służącą, służąca była nawet w ciąży. Szybko pojawiły się problemy z ożenkiem braci, każda potencjalna kandydatka leciała tylko na ich majątek. Jedna z kandydatek mieszkała w syfie tak wielkim, że kury chodziły po pokojach i kuchni, robiły kupy tam, gdzie chciały, nawet i na stole. Siostra  Marysi , Staszka,  wyszła  za mąż za nieudacznika, który zabawiał się szczuciem psa na gości. Na edukacji nie zależało nikomu. Gdy Marysia uniezależniła się od rodziny, tzn. od rodziców, braci i sióstr,  poczuła upodobanie do tego, aby im dokuczać i wyszydzać.

   „Najciekawsze” zaczyna się dopiero w czasie II wojny światowej , gdy Rosjanie wkroczyli do Wilna, gdzie Marysia mieszkała z mężem i z córką.  Marysia wiedziała, że „jej mąż był uczciwy , nie brał łapówek” i z tego powodu „nic złego ze strony Rosjan rodzinie nie mogło  się stać” . Generalnie mało komu cokolwiek złego z ręki Rosjan się stało, nawet spoza rodziny, wspomniane jest tylko, że odbywały się wywózki, ale szczegółów brak. Na opowieści Maryśki , że „nic im się nie może stać”, reagowano  z niedowierzaniem, ale okazało się, że miała rację. Ani nią, szlachcianką z bogatej, ziemiańskiej rodziny, ani jej mężem – sędzią, przedstawicielem inteligencji, Rosjanie zainteresowani nie byli. Nie byli też  zainteresowani majątkiem jej rodziny w Juryszkach. Najwidoczniej zajmowali się wywózką jedynie nieuczciwych obywateli.

     Gdy sytuacja na froncie się zmieniła i do Wilna wkroczyli Niemcy, zrobiło się niebezpiecznie. Maryśka ostatecznie zabrała męża i córkę i wróciła do Juryszek. Tam szybko dały o sobie znać geny rodzinne, szczególnie ojca, Maryśce mąż przestał wystarczać i szybko znalazła sobie kochanka. Kiedy mąż umarł, zaczęły ją dręczyć wyrzuty sumienia, dopiero  kolejne zmiany na froncie i powrót Rosjan przyjęła z radością.

   Chętni mogą uzupełnić sobie szczegóły lekturą lub odsłuchaniem audiobooka.  Ciekawe, czy znajdzie się ktoś , kto przejęty szeregiem opisów horroru, jaki przeżyła Maryśka,  pomyśli sobie, że to dobrze, że Rosjanie wkroczyli na nasze tereny i „oczyścili nas z łapówkarzy i innych nieuczciwych” osób . Jak zauważyłam, książka bardzo się podoba .

     1/6

niedziela, 16 listopada 2014

Jean-Luc Bannalec „Śmierć w Pont-Aven”




Wydawnictwo  Czarne  2014

 
                 Zapowiada się nowy i wreszcie oryginalny cykl kryminalny z komisarzem Dupin w roli głównej . Zapowiada się całkiem    nieźle. W przeciwieństwie do wiele innych kryminałów, nie  ma na szczęście w „Śmierci w Pont- Avon”  opisów przemocy. Przykładowo w „Ofierze” Lemaitre opisy brutalnych pobić były tak bardzo drobiazgowe,  że robiły wrażenie, jakby pisał je autentyczny sadysta i jakby się jeszcze wyżywał podczas pisania. Jak dla mnie nie było to potrzebne.  Nie ma  w „Śmierci” tej skandynawskiej mroczności i pesymizmu. Podczas czytania nie łapie się doła. Nie ma eksploatowanych teraz ponad miarę dewiacji typu pedofilia, nie ma przemocy domowej , ani handlu kobietami. Nie ma nawet opisów seksu, aczkolwiek wiadomym jest, że postaci z miasteczka nie żyją w celibacie, baja nawet poza ślubnymi małżonkami i kochanków.  Komisarz Dupin nie jest neurotykiem, nie ma traumatycznych przeżyć z dzieciństwa, nie cierpi na depresję , a jego nałogiem jest jedynie mało groźna kawa.  Można więc odetchnąć od tych mrocznych postaci policjantów i detektywów z całą masą problemów, które wymagałyby gruntownej kuracji u psychiatry.  Wydarzenia rozgrywają się w pięknej scenerii w  Bretanii , w malowniczym miasteczku Pont-Aven, ukochanym niegdyś przez artystów malarzy, w tym przez Gaugina . Komisarz ma możliwość złapania oddechu nad wodospadem, może też spacerować brzegiem stromego klifu i podziwiać Atlantyk.  Musi jedynie uważać, aby podczas wiatru nie został zepchnięty w przepaść. Jaka to piękna odmiana po częstych w kryminałach opisach różnych obrzydliwych i śmierdzących melin. Dupin gdy jest głodny,  może  zjeść typowy  bretoński posiłek z owocami morza, co ma niewątpliwy urok i powoduje nawet u czytelnika apetyt na coś pysznego . Trudno było nabrać ochoty na jedzenie po opisach obrzydliwych resztek  z lodówki, a w najlepszym razie  mrożonej pizzy , zjadanych nagminnie  przez policjantów skandynawskich.  Miłą odskocznia przy czytaniu są nawiązania do malarstwa impresjonistów. Wśród bohaterów nie ma ludzi z marginesu. Nie ma dewiantów. A w tekście nie ma  wulgaryzmów. Wydawało mi się, że już nikt takich książek nie pisze.    Plusów jest sporo, oczywiście jest to kwestia gustu, czy komuś tego rodzaju literatura odpowiada.

            „Śmierć w Pont Avon” zaczyna się od odnalezienia zwłok 90-letniego właściciela renomowanego  hotelu. Hotel pamiętajczasy Gaugina i tego Gaugina niegdyś tam właśnie goszczono.  Analiza trybu życia Piera-Lousia Penneca prowadzi szybko do wniosku, że możliwość zabicia go miało dość wąskie grono osób, najbliższa rodzina i najbliżsi znajomi. Sytuacja dość szybko się komplikuje , gdy okazuje się , że parę dni przed śmiercią hotelarz kontaktował się z notariuszką i sygnalizował jej chęć dokonania zmian w testamencie. Zmian nie zdążył dokonać i długo nie wiadomo  , czego miała ona dotyczyć. Wśród osób podejrzewanych są ciekawe indywidua, np. brat polityk, majętny i wysoko postawiony. Jest wśród nich też  znajomy – społecznik, udzielający się w wielu organizacjach . Jest pokojówka, robiącą wrażenie kochanki. Są i inni. Wszyscy mają swoje większe i mniejsze tajemnice. Ukrywają wiele i przed innymi członkami społeczności i przed samym komisarzem. Kolejna komplikacja następuje, gdy na plaży zostają znalezione drugie zwłoki i nie ulega wątpliwości, że ta osoba spadła lub została zrzucona z klifu.

        Mankamentem i to zasadniczym książki, z pewnością jest -  mimo szybkiego tempa akcji – to, że przez długi czas te wydarzenia nie wciągają czytelnika i dzieją się jakby obok. Nie miałam problemu, aby w dowolnym momencie  książkę odłożyć i zająć się czymś innym. Ale tak działo się tylko do pewnego momentu, bo stan ten zaczyna się zmieniać około połowy książki. Akcja zaczyna porywać , ale prawdziwe napięcie pojawia się dopiero pod koniec, gdy zbliża się kulminacja wydarzeń. Nad tym Jan Luc Bannalec powinien trochę popracować, ale ponieważ jest debiutantem,  dam mu szansę i następną książkę , o ile się pojawi,  również zakupię.  Wolniejsze tempo akcji też ma jednak swój urok.

           Bannalec mógłby też pogłębić od strony psychologicznej portrety bohaterów, są one jedynie zasygnalizowane. Może to pogłębienie nastąpi w dalszych częściach serii. Sam Dupin jest postacią zagadkową, z pewnością nie ma żony, ani partnerki. Partnera nie ma również, książka jest przecież nawiązaniem do tradycji . Wiadomym jest, że nie tak dawno zakończył się jego związek z kobietą. Poza siostrą nie utrzymuje on kontaktów z rodziną. Nie wiadomo, czym się interesuje i czy w ogóle się czymś interesuje. Wydarzenia rozgrywają się zaledwie w ciągu kilku dni, a komisarz nie może sobie w tym  czasie pozwolić nawet na chwilowe oderwanie się od pracy . Z pewnością nie jest on konformistą, znany jest z konfliktów z przełożonymi i one właśnie były powodem, dla którego został zesłany ze stolicy na prowincję.   Z pewnością jest czuły na piękno przyrody i szuka chociaż chwili odpoczynku w samotności, na łonie natury. We współpracy z pewnością jest trudny. Nie raczy powiadomić innych policjantów, co już ustalił, co robi i gdzie w ogóle jest. Nie odbiera telefonów i bardzo rzadko oddzwania. Ale tak jak i większość policjantów czy detektywów z różnorakich kryminałów, jest inteligentny i błyskotliwy .

   Na uwagę w przypadku tej książki  szczególnie zasługuje też … okładka. To niby taki drobiazg, ale to przecież na nią się patrzy , gdy książkę bierze się do ręki i wtedy, gdy leży ona na stole.  Czasy, gdy książki wydawano na byle jakim papierze, a okładką mało kto zawracał sobie głowę, dawno już minęły. Okładka naszego, polskiego wydania jest wyjątkowo zachęcająca, zdjęcie tajemniczego wybrzeża i latarni morskiej wyjątkowo kusi  , aby zagłębić się w treść.

5/6

     

niedziela, 9 listopada 2014

Piotr Zychowicz „Opcja niemiecka”




Rebis 2014 

     Niewiele jest osób, które potrafią tak ciekawie opowiadać o historii, jak Zychowicz.  I nikt chyba nie jest tak bardzo atakowany z prawa i z lewa. Nie należy on na szczęście do tych historyków, którzy podejmują jedynie tematy  modne, łatwe i jednoznaczne , gdzie nikt nikomu się nie naraża. Wręcz przeciwnie, podejmuje on  kwestie najtrudniejsze, naraża się i tym z lewa i tym z prawa. Zawsze lubiłam historię, ale lekcje w szkole z reguły do ciekawych nie należały. A gdy się bierze książkę Zychowicza do ręki, okazuje się, że masa rzeczy jest niezwykła. Gdy wydawało nam się, że ktoś był zdrajcą okazuje się, że mogło być zupełnie odwrotnie. I vice versa, postacie uchodzące za kryształowe, po bliższym przyjrzeniu się, okazują się najprawdopodobniej właśnie zdrajcami. Gdy wydawało się nam, że wiemy sporo na jakiś temat i że mamy już wyrobioną opinię, po poznaniu nowych faktów ta nasza dotychczasowa opinia niejednokrotnie przestaje już być taka jednoznaczna, a niejednokrotnie ulega zmianie. Wszystkie  książki Zychowicza, tą również,  czyta się doskonale, tak jakby to był wyjątkowy kryminał. Nie są one wcale przeznaczone tylko dla miłośników historii, czy znawców II wojny światowej. Może je czytać absolutnie każdy.  Nie są to prace naukowe . I podczas czytania nie można się opędzić od stawianych pytań, czy dane posunięcie było słuszne ? Dlaczego ? Są też i dywagacje, przez wielu nie za bardzo lubiane, a które z kolei do mnie zawsze przemawiały, typu „co by było gdyby”.   

    A „Opcja niemiecka” jest pozycją szalenie kontrowersyjną. Zychowicz chronologicznie opowiada o przypadkach , gdy Polacy w trakcie II wojny podejmowali w imię dobra naszego kraju współpracę z Niemcami. Wiem, że brzmi to niedorzecznie. Ale problem polega na tym właśnie, że w wielu wypadkach byli oni w stanie dzięki temu zrobić sporo dobrego.

       Każdy przypadek jest inny. Ale jeden  z najciekawszych  to historia hrabiego Adama Ronikera. Nie jestem fascynatką II wojny światowej i przed przeczytaniem tej książki nic o nim nie wiedziałam, nie wiedziałam nawet o jego istnieniu.  Stał na czele Rady Głównej Opiekuńczej, działającej właśnie w trakcie II wojny zupełnie legalnie. Była to instytucja dobroczynna, mająca na celu niesienie pomocy ubogim z tereny Generalnego Gubernatorstwa. Zychowicz wylicza, ile dobrego Rada ta zrobiła. Jej funkcjonowanie było możliwe tylko dzięki temu, że Roniker miał bardzo rozległe kontakty z wieloma ustosunkowanymi Niemcami. Jak można się domyślić, nie wszystkim Niemcom podobało się to, że taka Rada istniała, Roniker narażał się więc stale gestapo. Miał też świadomość, że jego działalność była bardzo niemile widziana przez nasz rząd w Londynie i przez AK. Narażał się więc jednocześnie na to, że może zostać uznany przez swoich za zdrajcę i może zostać wydany i wykonany na nim wyrok śmierci. Zychowicz ma świadomość, że współpraca z Niemcami od strony etycznej może budzić wiele wątpliwości, z drugiej zaś wie, że to właśnie na skutek takich działań   uratowanych zostało wielu Polaków.  Każdy czytelnik oczywiście sam wyrabia sobie pogląd na tą kwestię i odpowie na pytanie, co jest więcej warte, czy bliżej nieokreślony honor, czy zwykła racja stanu, czyli troska o życie ludzi .

      Autor nie ukrywa, że opowiada się za pragmatyzmem. Mottem książki jest sentencja:  „Zadaniem narodu jest szukać sobie dróg życia, a nie śmierci” Stanisława Cata - Mackiewicza . Występuje ostro p-ko donosicielstwu i szkodzeniu innym Polakom, ale uważa jednocześnie, że bezsensowne umieranie „za honor” i walczenie na wielu frontach w mię cudzych interesów. Naczelną zasadą,  jego zdaniem powinno być, aby w trakcie wojny oszczędzać maksymalnie życie ludzi , dziedzictwo narodowe i mienie, a nie bezustanne narażać się i walczyć za innych. Nie omieszka też przypominać, że za nas jakoś nikt nigdy nie chciał walczyć. Zychowicz idzie nawet dalej i żałuje, że nie powstał rząd polski, który podjąłby współpracę z władzami niemieckimi. W „Opcji niemieckiej” opisuje właśnie próby tworzenia takiego rządu. Ku mojemu zaskoczeniu, chętni byli, a całe przedsięwzięcie nie doszło do skutku tylko  z tego powodu, że ostatecznie nie wyraził na to zgody Hitler. Rok po roku i miesiąc po miesiącu opisywane są działania, zmierzające do powołania oficjalnego rządu polskiego, działającego legalnie.  Jak wskazują przykłady innych krajów, gdzie rządy takie powstały, skutkowało to znacznym ograniczeniem strat i ludzkich i materialnych. Żadne inne państwo  nie straciło 6 mln. obywateli.  

         W „Opcji niemieckiej” jest cała masa nieznanych, albo bardzo mało znanych faktów . Opisane są np. polskie organizacje, które nie popierały działań rządu londyńskiego i uznawały, że naszym największym wrogiem jest Rosja , a nie Niemcy.  Przykładem są chociażby Muszkieterowie. Sporo jest też  w książce o działalności wywiadów, zarówno polskiego, jak i niemieckiego, jak też i NKWD.  

        Pisałam już dwa razy o Zychowiczu, ale jeszcze raz podkreślę, nie każdy czytelnik musi zgadzać się z każdą jego tezą i ja też nie ze wszystkimi jego poglądami się zgadzam.  Ale o tych faktach, o których pisze on, albo nikt inny nie pisze, albo ewentualne inne publikacje mają charakter niszowy i nikt o nich nie wie. A o takich rzeczach warto wiedzieć. I jest to absolutnie nowe spojrzenie na wszystko to, co się rozegrało. Z reguły gdy czyta się coś o wojnie, to działania naszego rządu są opisywane z umiarkowanym krytycyzmem, tutaj zaś na tym rządzie nie została zostawiona przysłowiowa sucha nitka . Wyeksponowany został fakt ucieczki do Rumunii i dalej, co było ewenementem na skalę europejską i wobec braku jakiegokolwiek podmiotu do rozmów z Niemcami, przyczyniło się w sporym stopniu do eskalacji  niemieckiego terroru i przemocy wobec ludności. Książki tego rodzaju znacznie rozszerzają horyzonty, nie jest to tylko , tak jak to często ma miejsce u wielu autorów, suche podanie faktów i na dodatek w nieprzystępnej formie.

      Myślę, za zasadniczy problem przy czytaniu Zychowicza może polegać na tym, że czytelnik prędzej czy później natrafia na pogląd, z którym się nie zgadza i to go zniechęca do dalszej lektury. Tak było i z moim kolegą i z moją koleżanką.  Każdego z nich zdenerwowało co innego . Uznali, że są to bzdury i nie warto tego  czytać, bo natrafią na bzdury jeszcze większe.  Do dalszego ciągu przeszli dopiero po dłuższej przerwie.  Nie zmienili poglądów co do tych spornych kwestii, ale finalnie byli zadowoleni. W dalszej części nic już aż tak bardzo nie denerwowało, a gdy była mowa o tych spornych sprawach nie reagowali już emocjonalnie .   I wiele się dowiedzieli.

6/6

czwartek, 6 listopada 2014

George R.R. Martin „Gra o tron” – audiobook, czyta zespół autorów


Gra o tron

      Bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że jest to najlepszy audiobook,  jaki kiedykolwiek  wysłuchałam.  Nie znałam do tej pory ani książek Martina, ani nawet i filmu. Nie ciągnęło mnie do nich, ale w końcu pojawiła się ciekawość, cóż to takiego jest, że tylu ludzi to czyta. I ciekawość zwyciężyła. Książka naprawdę jest bardzo dobra, a w tym przypadku wykonanie jest absolutnie rewelacyjne. Czyta ją zespół aktorów,   np. Więckiewicz, Adamczyk . O mojej zaś „ulubienicy” – Blance Kutyłowskej, która potrafiłaby zohydzić każda książkę, na szczęście można zapomnieć, nie ten poziom.  Ale to nie wszystko. Specjalnie dla stworzenia audiobooka skomponowana została muzyka i nagrane zostały efekty specjalne, a wszystko to daj taki efekt,  że momentami aż przechodzą dreszcze.   Wyjątkowo wciągająca książka  w takim wykonaniu dała efekt, który przeszedł najśmielsze oczekiwania. Jestem zachwycona, jak nigdy dotąd. Wykonanie jest naprawdę na tak obłędnym poziomie, że tak wysoko postawioną poprzeczkę mało co będzie w stanie przeskoczyć.

      Czy są jeszcze osoby, które nie wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi? Pewnie tak, bo sama jeszcze miesiąc temu nie miałam świadomości, co to jest ta „ Gra o tron”. Wiele mówi sam tytuł, a opowieść  należy do gruntu fantasy. Bohaterów jest sporo. Cześć z nich faktycznie walczy o tron, część walczy o życie, inni próbują trzymać  się na uboczu, jeszcze inni są w tą grę mocno wplątani na skutek zbiegów okoliczności.  Zasadniczy atut książki, to niesamowicie wciągająca intryga.  Ostatnio zwiększyłam wydatnie ilość jazd samochodem , mogłabym sobie bez niego poradzić, ale nie mogłam się powstrzymać, myśl o „Grze o tron”  w samochodowym odtwarzaczu czyniła cuda. Ale wciągająca akcja to nie wszystko,  oczywiście.

        Mocni przyciągały do słuchania sylwetki bohaterów. Co charakterystyczne, nikt z nich nie  jest czarno- biały z charakteru, każdy niemal jest mieszanką dobra i zła,  no może poza drobnymi wyjątkami.  Kolejny atut to psychologia postaci . Są pewne zgrzyty, czyli kilka momentów, kiedy pewne zachowania wydały mi się nieprzekonujące. Są też pojedyncze postacie, które  wydają się mało interesujące, typu wydmuszki. Generalnie większość ma złożone osobowości i słuchanie o ich poczynaniach jest szalenie interesujące. 

        Jeden z moich ulubionych bohaterów,  JON, jest nieślubnym dzieckiem lorda Starka. Żona lorda , Catelyn, rozumna , inteligenta kobieta , mimo że wobec innych jest wrażliwa,  nienawidzi Jona, tym bardziej, że wszyscy mieszkają razem.  Ojciec działa na zasadzie „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”, kocha syna, ale gdy musi opuścić domostwo rodzinne,  nie sprzeciwia się żonie, która chce pozbyć się Jona. Chłopak w takiej sytuacji zgadza się  na to, aby podjąć służbę w Nocnej Straży.  Jest to coś w rodzaju wyroku śmierci za życia, bo strażnicy mają co prawda zapewniony wikt i opierunek, ale  składają przysięgę, że służbę będą pełnić w tym samym miejscu aż do śmierci ,  nigdy nie ożenią się i nie będą mieli dzieci.

       Inny jeszcze bohater to karzeł - Tyrion  Lannister, który jest jedną z najbystrzejszych postaci w książce. Jest wyjątkowo inteligentny i ma niewyparzony język. Jest też piekielnie wnikliwym obserwatorem ludzkich zachowań. Zawsze gdy zaczynał się rozdział o nim, wiadomo było, że będzie to uczta dla intelektu.

   Godne uwagi  okazały się nawet i zachowania bohaterów nieciekawych, jak np. Sansy, córki lorda Starka. Jest ona niezbyt mądra, do tego tchórzliwa i koniunkturalna. Cała masa ludzi taka właśnie jest. I Martin pokazuje , jak  zachowuje się ona  w trakcie rutyny dnia codziennego i w chwilach próby. Nie jest to nic godnego naśladowania, ale godnego obserwacji już tak.

   Frapujące było  słuchanie o ludzkich postawach. Jedna z postaci, określiłabym ją jako raczej szlachetną, z pewnymi wyjątkami, jest nie tylko prawa i uczciwa, ale i bystra. Postać ta w swej uczciwości jest zarazem tak potwornie naiwna i idealistyczna, że aż budzi irytację.  Brakuje jej odrobiny chociaż przebiegłości. Ostatecznie naraża się osobom najwyżej postawionym i za swoje działania, podjęte w imię prawdy i uczciwości, płaci najwyższą cenę. Inna osoba z kolei jest  początkowo zwykłym zapłakanym popychadłem, też prawym i uczciwym. Los jej nie oszczędza i spotykają ją wszelakie nieszczęścia. O dziwo , zaczyna ją to w pewien sposób hartować i robi się powoli, powoli coraz silniejsza.

      Mankamentem książki jest to, że  jest okrutna i to z kilku powodów. Martin nie oszczędza swoich bohaterów i sporo z nich uśmierca. To, czy ktoś jest dobry, czy zły, nie odgrywa żadnej roli, giną i tacy i tacy.  Większość z nich przechodzi też dość makabryczne koleje losu. Czas jest niespokojny, nadchodzi wojna i nikt nie może żyć w spokoju i siedzieć przy kominku. Na początku nie mogłam się przyzwyczaić do tego.  Akcja moim zdaniem nie ucierpiałaby zbytnio, gdyby z części tych okrucieństw autor zrezygnował, ale trudno.

    „Gra o tron” jest powieścią rozrywkową, nie można jej porównywać np. z „Władcą pierścieni”, ale rzadko się zdarza, aby jakaś pozycja mogła budzić tak wielkie emocje i tak olbrzymie zainteresowanie. Jest to idealna pozycja dla kogoś zmęczonego, w stresie, z masą problemów do rozwiązania. O wszystkim tym można zapomnieć.  

        A co do oceny, to książce dałabym 5, na ocenę zaś wykonania brakłoby mi skali, ostatecznie więc będzie najwyżej, co może być. Czasem się dziwiłam, jak to się dzieje, że różne  grafomańskie gnioty stały się bestsellerami. „Gra o tron” w wersji audiobooka w Audiotece w grupie – Bestsellery wszech czasów,  zajmuje drugie miejsce. I w tym przypadku jest to miejsce absolutnie zasłużone.  Jeżeli tylko ktoś nie jest snobem i nie wmówił sobie, że czytać należy tylko działa Noblistów lub tylko klasyków, będzie zachwycony.

6/6

wtorek, 28 października 2014

Daphne du Maurier „Rebeka”



  
     „Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley”…. Jest to jeden z najbardziej znanych  początków książki. Podobnie jak i Hitchcock  zafascynowałam się „Rebeką” Daphne de Maurier. Czytałam ją już drugi raz, z pewnością kiedyś przeczytam i po raz trzeci.  To jeden z nielicznych przypadków, kiedy to świetna jest i książka i film.  „Rebeka” w 1938r. została nazwana romansem, współcześnie jednak bardziej trafnym określeniem byłoby nazwanie jej naprawdę zaskakującym thrillerem psychologicznym. Dopiero teraz, gdy przeczytałam „Rebekę” po raz drugi , odkryłam , że czytelnik też zostaje wprowadzony na manowce . Trudno jest  dokładnie opisać, co mam na myśli, bez zdradzania puenty. W dalszej części spróbuję zasygnalizować, co chciałam przez to powiedzieć.  Mimo tego, że powieść została napisana w 1938r. czyta się ją świetnie. Jest to bardzo przewrotna historia  bogatego arystokraty,  Maximiliana de Wintera , zaczynająca się od jego spotkania z młodą i uboga dziewczyną w Monte Carlo. Początek wydawać może się banalny, ale potem zaskoczenie goni zaskoczenie. Dziewczyna zatrudniona jest jako dama do towarzystwa koszmarnej prostaczki, van Hopper. Dziewczyna dowiaduje się od van Hopper, że de Winter jest wdowcem, opłakującym śmierć ukochanej żony, Rebeki, która utonęła w pobliżu jego posiadłości . Max szybko oświadcza się dziewczynie i jadą razem do Manderley.

        Książka nosi tytuł „Rebeka” nieprzypadkowo. Okazuje się bowiem, że to właśnie Rebeka, pierwsza żona de Wintera, staje się jedną z głównych bohaterek powieści. Była ona tak bardzo silną osobowością, że przytłacza wszystkich nawet po śmierci.  Domownicy żyją takim rytmem, jaki wyznaczyła Rebeka, wszystko dzieje się tak, jak chciała Rebeka. Pisarka dla spotęgowania tego efektu ani razu nie podaje imienia drugiej żony  de Wintera, mimo, że to właśnie druga żona jest narratorką powieści.  Gdy druga żona robi co inaczej, niż robiła to  Rebeka, służba delikatnie jej przypomina,  że za pierwszej pani de Winter wyglądało to inaczej. I biedaczka zaraz potulnie się godzi, aby wszystko było tak, jak wcześniej. Sytuacja ta coś mi przypomina. Są przecież osoby, które rzeczywiście żyją w cieniu zmarłych. Niekiedy również dotyczy to wdowców, ale nie tylko. Jest to dosyć upiorne, ale czasem tak bywa, jedna z mich sąsiadek w bardzo zaawansowanym wieku,  bezustannie chodzi na cmentarz grób zmarłego męża i „opowiada mu wszytko, co się  stało od ostatniej wizyty”.

    „Rebeka” ma jednak całą masę innych aspektów. Rewelacyjne pokazane jest docieranie się młodej pary. Dzieli ich bardzo dużo, ponad 20 lat wynosi różnica wieku, status majątkowy jest diametralnie różny. Jak można się było spodziewać, szybko dochodzi do coraz większych zgrzytów. Gdy czytałam książkę po raz pierwszy, zachowanie Maxa irytowało mnie dość mocno, traktował żonę protekcjonalnie i nie mógł zrozumieć, dlaczego nie jest ona wstanie uporać się z obowiązkami pani domu. Za drugim razem odbierałam wszystko już nieco inaczej i byłam dla obu stron bardziej tolerancyjna. I Max i nawet jego druga żona zbudowali wokół siebie kordon tajemnic. Dla Maxa tajemnicą była jego przeszłość, o której nie chciał nic mówić. Jego druga żona z kolei nie była w stanie powiedzieć , co czuje w tej sytuacji. Podobnie było z przyjacielem Maxa, Frankiem, z którym również nie byli w stanie podjąć jakiejkolwiek szczerej rozmowy.   Wszyscy żyli niejako obok siebie. Dyskusje młodej pary dotyczyły banalnych kwestii, a każde z nich w środku aż kipiało od ukrywanych emocji.   I oczywiste było to, że dojdzie w ej sytuacji do  przesileni, albo dalsze brnięcie w tajemnice, albo normalność i szczerość. 

        Najbardziej fascynująca była dla mnie ta część powieści, gdzie pewne sprawy zaczynają się już rozwiązywać. Druga pani de Winter na podstawie opowieści różnych osób stworzyła sobie przekonanie o tym, jak wyglądało pierwsze  małżeństwo Maxa, jak przebiegały jego kontakty ze służbą, z sąsiadami.  Miała też przed sobą obraz tego, jaka była Rebeka. O Rebece przecież mówili wszyscy, wszyscy też bezustannie obie kobiety porównywali. W jej otoczeniu nie było , poza pokojówką, ani jednej osoby, która nie znałaby Rebeki. I ku zaskoczeniu czytelnika, okazuje się, że nie wszystkie te wyobrażenia były trafne.  Druga pani de Winter w pewnym sensie żyła w świecie iluzji i wyobrażeń, a gdy pojawiała się możliwość skonfrontowania tych wyobrażeń z rzeczywistością, nie miała odwagi, aby o zrobić. Każdą wypowiedź jakiejkolwiek osoby  interpretowała zgodnie ze swoimi wyobrażeniami. To również sporo mi przypomina. Każdy przecież często coś sobie wyobraża, a potem okazuje się, że nie wszystko wygląda dokładnie tak, jak nam się wydawało. A czasem tak mocno można uwierzyć w te wizje, że rzeczywistość wydaje się nie do uwierzenia i nie przyjmuje się jej do wiadomości. Kobiety wierzą, że mają wspaniałych mężów, chociaż gdyby uważniej przyjrzały się rzeczywistości, zauważyłyby, ze są zdradzane na potęgę. Wiele osób tkwi w takiej pułapce.

     Czytelnicy mogą przyglądać się dojrzewaniu drugiej pani de Winter. Z młodej, bezgranicznie naiwnej dziewczyny zaczyna wyrastać dojrzała kobieta. Ta dojrzałość i mądrość są wręcz fascynujące. Na skutek szeregu makabrycznych wydarzeń, dorasta ona błyskawicznie. Druga pani de Winter szybko zaczyna posiadać mądrość życiową taką, jaką ma mało kto. Gdy uświadomiła sobie np. że bezpowrotnie straciła coś (  nie chcę pisać, co,  bo może jest ktoś , kto nie czytał książki lub nie oglądał filmu) nie rozpacza . Jest całkowicie pogodzona ze stratą i ma świadomość, że to co straciła, było dla niej destrukcyjne i że bez tego również będzie szczęśliwa. Jakże odmienne jest to  od opłakiwania wielu rzeczy . Przemiana ma też drugą stronę medalu. Pani de Winter jako narratorka opowiada też o zbrodni, wobec której ma stosunek bezkrytyczny . Można chyba powiedzieć, że w pewnym sensie jest nawet zadowolona z tego, co się stało.  A jeszcze nie tak dawno była niemal dzieckiem i myśl o zabójstwie, nie wspominając już o akceptowaniu zabójstwa, nie przyszłaby jej do na myśl. I tu dochodzę do momentu, gdy doszłam  do wniosku, że czytelnik przysłowiowo mówiąc jest nabijany w butelkę. Opowieść o przebiegu pewnej zbrodni – jeden z głównych wątków książki - jest bardzo sugestywna, do tego stopnia, że wierzy się jej bez żadnych zastrzeżeń. Problem polega na tym , że przekazywana przez narratorkę wiedza o morderstwie pochodzi tylko i wyłącznie od jednej osoby . A bardzo prawdopodobne jest, że osoba, która została zabita , opowiedziałaby jeszcze inną historię.  Gdy pierwszy raz przeczytałam książkę, nie przyszło mi to w ogóle  do głowy.  Bardziej jasno nie da się tego powiedzieć.

   Podobały mi się też różne refleksje , wplatane w treść książki, niektóre naprawdę zasługujące na uwagę. Najbardziej przypadło mi do gustu zdanie :  „Szczęście  nie jest wartością, którą można oceniać, jest to sposób myślenia, stan umysłu”. Generalnie jest o czym myśleć i nad czym się zastanowić w trakcie czytania.

   Poza tym wszystkim godny uwagi jest też obraz   arystokracji z końca lat 30-tych ubiegłego wieku. Jedno z najstraszniejszych wydarzeń, jakie spotkało Maxa, to było opisanie go w gazecie.
  A poza tym to jedna z moich ulubionych książek i jeśli ktoś powiedziałby o niej coś złego, walczyłabym w jej obronie jak lew.  
  
6/6

sobota, 25 października 2014

Władimir Jerofiejew – „Moskwa Pietuszki” – audiobook, czyta Roman Wilhelmi

Obraz znaleziony dla: Moskwa Pietuszki Książka

Książka jest dla mnie bełkotem wykształconego pijaka. Wilhelmi tak bardzo wczuł się w rolę alkoholika, że miałam wrażenie słuchania autentycznego alkoholika. Z jednej strony , pozornie, niby dobrze, ale  słuchanie pijackich wynurzeń, wygłaszanych przez kogoś, kto autentycznie robi wrażenie, że ma kilka promili , dla mnie było bardzo trudne w odbiorze. Gdyby Wilhelmi był tylko jednym z aktorów, czytających książkę, byłoby to ok. Ale kilka godzin słuchania jakiegoś mamrotania, to dla mnie za dużo.  Pozostaje pytanie, jak czytać partie kogoś, kto – co wynika jasno z tekstu – jest cały czas pijany? Idealnie wybrnął z tego Andrzej Grabowski , czytając „Pod Mocnym Aniołem”.

    Tekst nie podobał mi się.  Książka to opowieść głównego bohatera, alter ego autora. To opowieść o wszystkim i o niczym.  Jerofiejew porusza masę tematów, ale każdy z nich jest  jedynie muśnięty, nie zauważyłam tam żadnej głębi. Całość  wygłaszana jest tonem osoby wszechwiedzącej, która nigdy się nie myli. Przykładowo parę minut poruszana była kwestia pewnej historycznej postaci . Autor bluzgał pod  adresem tego człowieka różnymi epitetami, nie podał  jakiegokolwiek uzasadnienia  tego stanowiska i nastąpił koniec wątku . W taki sam sposób traktowane są inne tematy.  Dla mnie nie jest to żadna erudycja. Jedyny wątek rozbudowany to picie, w tym zakresie można dokładnie dowiedzieć się wszystkiego, gdzie , kiedy , ile i z kim autor pił, jak po tym piciu się czuł itp. Opisy różnych pijackich incydentów też nie były w stanie wzbudzić mojej ciekawości.

    Tego rodzaju tekst nie jest idealny do audiobooka, a już na pewno nie wówczas, gdy książki się słucha, jadąc samochodem.   Dawno nie miałam aż takich problemów ze skupieniem się. Samo wystylizowanie się Wilhelmiego na bełkoczącego pijusa było dla mnie odrażające i autentycznie musiałam mocno zmuszać się do uwagi.  Czas wlókł mi się niemiłosiernie.

   Nie znam jakiejkolwiek innej twórczości Jerofiejewa, nie mam najmniejszej ochoty, aby sięgać po coś jeszcze.  Fascynacja wielu ludzi tą książką jest dla mnie zupełnie niezrozumiała.  Początkowo miałam opory , gdy słuchałam „Pod Mocnym Aniołem”, która przecież także traktuje o piciu. Pilch był jednak w stanie wciągnąć mnie . No i z Pilcha dowiedziałam się co nieco o tym, jak to jest, gdy jest się alkoholikiem. Po lekturze Jerofiejewa takiego efektu nie było. Bohater Jerofiejewa  nie wzbudził we mnie żadnego współczucia. Podziwu również nie wzbudził.

1/6

   

 

poniedziałek, 13 października 2014

Anatol France „Bogowie łakną krwi” – audiobook, czyta Józef Duryasz

Okładka produktu

  
  Jak to się dzieje, że ktoś staje się katem, prześladowcą czy tyranem ? Raz na jakiś czas przychodzi mi to pytanie na myśl, szczególnie pod wpływem jakiegoś filmu, książki, czy chociażby zwykłych informacji z mediów.  Ten temat nie jest chyba zbytnio zgłębiony. A właśnie o nim traktuje książka A. France`a. Wykonanie J. Durysza jest koszmarne, jedno z gorszych,  z jakimi spotkałam się, słuchając audiobooków. Duryasz czyta nie tylko beznamiętnie, cały czas tym samym tonem, ale co najgorsze, robi wrażenie totalnie znudzonego tym czytaniem . Odnosiłam wrażenie, jakby czytał cały tekst po raz pierwszy w życiu. Nie mogłam przyzwyczaić się do czegoś takiego , początkowo nie mogłam w ogóle skupić się na tak czytanym tekście, co chwilę gubiłam wątek,  wydawało mi się , że tekst jest nie do strawienia . Ale mniej więcej po godzinie powieść zaczęła mnie coraz bardziej pochłaniać . O panu Duryaszu nie mogłam niestety zapomnieć, byłby rewelacyjny, grając kogoś, kto za karę   lub jako pokutę , do której podchodzi bez przekonania , musi czytać tą książkę. Dobrze, że nie było widać wyrazu jego twarzy, mogłoby się całkowicie odechcieć. Nie wiem, jak można odwalać tak straszną lipę, lektorzy czytający audiobooki, dostają za to  w zależności od grubości książki kilkadziesiąt tysięcy złotych. Nie wiem, czy zawsze tak jest . Myślę, że dla kogoś, kto nie zna tego dzieła, najlepszym pomysłem byłoby po prostu przeczytanie książki,  ewentualnie odsłuchanie audiobooka w innym wykonaniu, o ile inne wykonanie w ogóle jest.  Ostatecznie wciągnęłam się, tekst obronił się jakby sam, chociaż na początku pewne fragmenty mogły mi jakby uciec.

    „Bogowie łakną krwi” to powieść rozgrywająca się w trakcie Wielkiej Rewolucji Francuskiej , to opowieść o Ewaryście Gamelinie , który na oczach czytelnika czy słuchacza przechodzi przeobrażenie. Z młodego nieśmiałego chłopaka, opiekującego się matką, klepiącego biedę i wierzącego  szczerze w ideały rewolucji, przeistacza się w kreaturę - sędziego  w Trybunale Rewolucyjnym, który masowo skazuje niewinnych ludzi na śmierć . Początkowo jest delikatny, trochę nieśmiały i naiwny w swojej wierze w rewolucję. Nie popiera poglądów przeciwników rewolucji, ale do pewnego momentu nie wpada na pomysł, aby kogoś uśmiercać. Do przeobrażenia dochodzi, gdy zostaje sędzią, jest nieprzekupny , gorliwy i coraz bardziej przekonany o swoich racjach.  

    Czytając uważnie można  się zastanawiać, co ostatecznie zadecydowało o przemianie. Nie był to oczywiście jeden czynnik. Był to zespół czynników, przysłowiowe robienie wody z mózgu biednemu i młodemu człowiekowi populistycznymi hasłami,   zrobiło swoje. Wiedział, że bez rewolucji byłby nikim, a dzięki rewolucji został aż sędzią, on, syn ubogiej wdowy. Nie mógł więc  zawieść.  W całej tej sytuacji nie trafił na nikogo, kto spróbowałby mu wygarnąć  , w jak wielkim tkwi błędzie. Znalezienie kogoś takiego było niemożliwe, śmiałek musiałby   liczyć się z karą śmierci, gdyby ktoś taki wykład usłyszał.  Matka tematów politycznych nie poruszała, później zaś najzwyczajniej w świecie zaczęła się syna bać. Śledzenie tej przemiany Ewarysta i wyłapywanie wszystkich elementów, które do niej doprowadziły , jest szalenie ciekawe, nawet Duryasza można znieść i można nie wyłączać audiobooka. Dla mnie ta właśnie płaszczyzna książki była najbardziej frapująca.

     Poza warstwą psychologiczną France zamieścił oczywiście jeszcze więcej . Obraz rewolucji  z punktu widzenia zwykłego człowieka jest przerażający, a co ciekawe, to gdyby usunąć gilotynę i inne elementy, pozwalające jednoznacznie umiejscowić powieść w czasie,  można byłoby przypuszczać, że rzecz dzieje się np. w 1917r.  A gdyby usunąć jeszcze słowo „rewolucja”, mielibyśmy niemal klimat jak z „Mistrza i Małgorzaty”, tylko bez Wolanda i jego orszaku, groźba aresztowania w każdej chwili, kara śmierci za każde niewinnie wypowiedziane zdanie itp., polowania na księży i in.  

     Poza Ewarystem są oczywiście i inni bohaterowie i inne wątki, jak chociażby wątek narzeczonej Ewarysta. Dziewczyna zakochała się w Ewaryście, gdy był jeszcze zwykłym chłopakiem, to ona wzięła sprawy w swoje ręce i niemal oświadczyła mu się.  Była osoba rozsądną i trzeźwo myślącą i miała świadomość tego, co on robi i tego, że czyni on zło w czystej postaci. Ale nie porzuciła go. Z jednej strony bała się go, ale z drugiej jej imponował. Prawdopodobnie nie bez znaczenia było to, że dzięki niemu standard jej życia się podniósł, podobnie jak i prestiż.  Brzydząc się więc jego zachowaniem, czerpała z niego profity i jednocześnie w innych aspektach życia pozostawała pozornie zwykłą, dobrą kobietą . Jej pomysły wpłynięcia na Ewarysta i zmiany jego zachowania, pozostawały jedynie w sferze dobrych życzeń.  To moja interpretacja, każdy może mieć swoją. Elodia jest dla mnie równie ciekawą bohaterką, co Ewaryst. Dla mnie to typowa żona czy narzeczona każdego tyrana.

    Gdyby nie koszmarne odczytanie ocena byłaby oczywiście wyższa , ale Duryasza pominąć nie można.    

4/6

czwartek, 9 października 2014

Łukasz Orbitowski „Szczęśliwa ziemia”


Sine Qua Non  2014

 

     Miała być współczesna Polska  z prowincją w roli głównej i bohaterami, którzy kiedyś podjęli decyzję o opuszczeniu rodzinnego Rykusmyku i wyruszeniu w świat, każdy w innym kierunku. Do tego jeszcze miały dojść elementy fantasy. Mam zbliżone do czwórki bohaterów doświadczenia, od czasów zapoznania się z Tolkienem lubię fantasy , pomyślałam więc, że ze to w sam raz na mnie.  Autor był mi absolutnie nieznany, ale zdobył sporo nagród, czemu więc miałabym go nie poznać ?

    Z kartki na kartkę narastało jednak we mnie totalne rozczarowanie i coraz większa irytacja.  Totalnie nie czuję klimatu „Szczęśliwej ziemii”.  Nie jestem zwolenniczką podziału literatury na kobiecą i męską, ale ten przypadek jest absolutnie wyjątkowy. To jest literatura typowo męska. Widoczna wyraźnie fascynacja autora chodzeniem na siłownię jest dla mnie niezrozumiała, podobnie jak i opisy np., tego, że ktoś na siłowni wziął do podnoszenia zbyt ciężkie ciężary, co w tym może być ciekawego? Ustalanie, kto z obecnych na siłowni używa dopalaczy i różnych innych świństw,  jest dla mnie stratą czasu. Używany tam slang jest nie do przyjęcia, przypomina mowę przysłowiowych  półgłupków. Totalnie niezrozumiała jest dla mnie kolejna fascynacja Orbitowskiego, jeszcze większa od poprzedniej, a mianowicie fascynacja światem przestępczym . Pisze o nim z olbrzymią estymą i do tego jeszcze używa grypsery, która może być dla wielu czytelników niezrozumiała.  Mam znajomych prawników i nie miałam z tym problemu, ale inni mogą mieć.  Wszystkie opisy Rykusmyku, Warszawy czy Krakowa pisane są z prawdziwą odrazą i są odrażające.  Nie wiem, jak można patrzeć na świat tak, aby spostrzegać wyłącznie samą ohydę.  Opisy rzeczywistości skandynawskiej są zupełnie w innym tonie. 

    Czwórka bohaterów : Szymek, Bartek, Karol i Staszek mieszkają od urodzenia w Rykusmyku. Miejscowość jest obrzydliwa z wyglądu i mieszkają w niej sami złodzieje  , gwałciciele i chorzy psychicznie. Normalni uciekają przy pierwszej możliwej okazji. W miasteczku są ruiny starego zamku, a pod zamkiem, o czym nie wszyscy wiedzą, mieszka od wielu wieków straszny , ogromny byk , który po stoczeniu drobiazgowo opisywanych walk ze śmiałkami , którzy tam zeszli, część śmiałków uśmierca, a cześć z nich może wypowiedzieć życzenie, które spełniane jest na opak. Nasza dzielna czwórka również odwiedziła byka, byk jest zresztą na okładce .

     Z racji urodzenia w Rykusmyku nad każdym mieszkańcem ciąży fatum. Szymek słyszy stale straszny skrzek, a jest to głos byka, który nie pozwala mu   normalnie żyć i przez to również nie mógł opuścić Rykusmyku. Ożenił się więc z jedyną kobietą, która potrafi go zrozumieć,  a która również słyszy skrzek.  Po jakimś czasie Tekli zaczyna sama tańczyć noga, co również ma związek z bykiem.

     Bartek wyjechał zagranicę i jego problemy są inne. Związał się z Mayą, która była chora na depresję i potem w ogóle postradała zmysły. Chcąc uciec od niej wrócił więc do Rykusmyku , aby zmierzyć się z bykiem. Było to trudne, po tuż przed wyjazdem w niewytłumaczalny sposób oślepł.

    Nie chcę zdradzać całej fabuły i opisywać wszystkich  historii, ale o super bohaterze muszę napisać. Jest nim przestępca Wilczur, który kiedyś opuścił Rykusmyku, ale potem powrócił. On jako jedyny cenił Szymka.

    Cała te historia nie nadawał się do czytania. Może jest w niej ukryty sens, ale nie wiem , jaki.  Z całą pewnością nie ma tam realnych opisów polskiej rzeczywistości , jest za to jakaś prześmiewcza karykatura. Nie ma portretów  psychologicznych bohaterów , są za to dokładne opisy wyglądu byka oraz opisy tego, jak byk się porusza. Bywam na prowincji i widzę, że mieszkają tam normalni ludzie, a nie plejada pomyleńców i nieudaczników .  Nie jestem przeciwnikiem krytykowania różnych rzeczy, można krytykować i prowincję, tak chociażby zrobiła to J. Bator w „Ciemno, prawie noc”. Ona wypunktowała jednak , co jej się tam nie podoba. I są to argumenty poważne, a Orbitowskiemu nie podoba się nic i to nie za bardzo wiadomo dlaczego. Może ktoś będzie miał ochotę na doszukiwanie się sensu w tej książce, ja go nie widzę.  
    Większość czytelników jest odmiennego zdania , niż ja, ale nic na to nie poradzę, że jej totalnie nie czuję. Klimat tej książki jest mi tak bardzo obcy, że nie mam ochoty więcej o niej pisać i się nią zajmować.

2/6  

piątek, 3 października 2014

Francis Scott Fitzgerald „Wielki Gatsby” – audiobook, czyta Marcin Dorociński

Wielki Gatsby - czyta Marcin Dorociński (Audiobook) - 0

   
“Wielki Gatsby” był mi  doskonale  znany, tyle tylko, że znany z filmów, a nie z książkowego pierwowzoru. Audiobook z M. Dorocińskim wydawał mi się świetnym pomysłem. Dorocińskiego lubię już od najwcześniejszych jego filmów i jeszcze się nie rozczarowałam, był i  świetnym policjantem  i SB- kiem i AK-owcem. Jako lektor czytający książkę też jest świetny, książki słuchałam tak, jakby czytała się sama w doskonały sposób, bez głupkowatego zmanierowania, zidiocenia, wrzasków itp.

   Nie widzę sensu w opisywaniu tego, o czym jest „Wielki Gatsby”, jest to chyba pozycja znana niemal każdemu. Podczas słuchania naszły mnie jednak refleksje trochę wykraczające poza treść „Gatsbiego”. Niby wszystko było w porządku, portret klasy zdegenerowanych bogaczy, pozbawionych jakichkolwiek zasad, jest bez zarzutu. Portretom psychologicznym głównych bohaterów, w tym Gasbiego czy Daisy też nie można niczego zarzucić. Nie można przecież wymagać od pisarza, aby opisywał głębię psychologiczną bohaterów, którzy jakiejkolwiek  głębi są pozbawieni. Nie można się go czepiać , że opisuje ludzi zupełnie bezrefleksyjnych, skoro  dokładnie tacy oni byli.

   Wszystko to jest jasne i oczywiste. Problem polega chyba na tym, że są moim zdaniem ciekawsze tematy do opisywania. W powieści wszyscy niemal , poza ojcem Jay`a,  są młodzi , piękni, zdrowi i bogaci, a ich ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu jest imprezowanie i picie. Nie ma tego, co nazywane jest powszechnie prawdziwym życiem, nie ma chorób czy  biedy . Wszystko jest sztuczne, nie ma ani prawdziwej miłości, ani prawdziwej przyjaźni.  I nie ma jakiejkolwiek złożoności czy sprzeczności w charakterach tych ludzi. Wszystko jest proste , jak to mówią, jak budowa cepa. Realne problemy pojawiają się dopiero pod sam koniec. Trudno w moim odczuciu nazwać realnym problemem zauroczenie Jay`a osobą Daisy, była to tylko niespełniona zachcianka bogacza.  Gdyby zaczęli ze sobą żyć, urok prysnąłby tak szybko, jak mydlana bańka.

     Tego rodzaju literatura jest dla mnie – mówiąc wprost - pozbawiona głębi, wszystko jest jasne i proste. Gdybym odsłuchała czy przeczytała książkę po raz drugi, nie za wiele nowego mogłabym odkryć. Odnoszę wrażenie, że problem jest bardziej złożony i dotyczy nie tylko Fitzgeralda, ale w ogóle całej literatury amerykańskiej. Literatura ta nie wytrzymuje konkurencji np. z literaturą rosyjską, która jest szalenie złożona. Amerykanie żyli i żyją we względnym dobrobycie, poza wojną secesyjną na swoim terenie nie mieli żadnych wojen i te problemy, z którymi od wieków borykają się Europejczycy, jak wojny, czy bieda,  są im obce. Nie mogą być ani empatyczni wobec innych narodów ani nie mogą być zbyt refleksyjni. Trzeba się stosować do zasady - keep smiling. Nie znam szczegółowo życiorysu Fitzgeralda, ale z pobieżnego sprawdzenia wynika, że w większości spędził życie na imprezowaniu . Można byłoby dosadnie powiedzieć, że i Scottowi i jego Zeldzie z dobrobytu przewróciło się w głowach. Doskonale to było pokazane u W. Allena w „O północy w Paryżu” .

    Fitzgerald niby wiedział, że środowisko, w którym się obraca i które opisuje, jest fałszywe, ale nie przeszkadzało mu to  w dalszym siedzeniu wśród tych ludzi dniami i  nocami. Pokazywanie czytelnikom, że bogacze są odstraszający pod każdym względem, jest w tej sytuacji mało przekonujące.  

    „Wielki Gatsby” ma swój urok, ale zdecydowanie wolę i literaturę głębszą i zarazem podejmującą bardziej złożone tematy .

4/6

poniedziałek, 29 września 2014

Nicholas Sparks „Dla Ciebie wszystko” – audiobook , czyta Maria Seweryn

Dla ciebie wszystko


   Audiobook to absolutnie skrajnie kiczowata książka świetnie przeczytana przez Marię Seweryn. Dość nietypowe zestawienie. Sama treść jest tak idiotyczna, że nabrałam przekonania, że na koniec roku , obok najlepszych książek roku, będę  też wskazywać najgorsze książki roku , coś w rodzaju anty Oskarów filmowych, czyli Malinek. Nie mam żadnych wątpliwości, że w tej kategorii „Dla Ciebie wszystko” wygra. Rok jeszcze nie minął, ale poprzeczka idiotyzmu została ustawiona tak wysoko, że jest mała szansa, aby inny tytuł odebrał Sparksowi palmę pierwszeństwa. Co ja mówię, nie ma takiej szansy. Z pewnością jest to najgorszy tytuł, z jakim zetknęłam się, od kiedy prowadzę tego bloga.  Nie miałam świadomości, że coś tak idiotycznego można napisać.

     Pisałam już tutaj o romansach. Z reguły w trakcie upałów biorę jakiś romans do ręki, aby zapomnieć o gorącu i trochę , jak to mówi mój kolega, się odmóżdżyć. Tym razem upału nie było, ale miałam do pokonania bardzo długą i nie do końca znaną   trasę samochodem.  Uznałam, że lekki audiobook będzie w tej sytuacji idealny. Liczyłam na niezbyt absorbującą , ale ciekawą opowieść, nie wymagającą zbytniego zaangażowania intelektualnego.

    Nie będę opisywać całej akcji chronologicznie, ograniczę się tylko – hasłowo niemal tylko – do wskazania głównych wątków, jakie w tym dziele występują.

  Wątek ducha mężczyzny – pojawia się jednemu z bohaterów, gdy ten jest w poważnych tarapatach, np. zagraża mu śmierć . Robi wrażenie bardzo realnego, do tego stopnia, ze można rozpoznać rysy twarzy i nasz bohater w pewnym momencie orientuje się , kim ten duch był za życia. Jest widzialny tylko dla jednej osoby. Zawsze ma taką minę, jak tuż przed śmiercią.

  Wątek ducha kobiety     widzi i słyszy ją tylko mąż. Duch ten nie pojawił się od razu po śmierci kobiety, ale dopiero wtedy, gdy  wdowiec zasadził w ulubionym miejscu kobiety kwiaty. Im bardziej one rosły, tym duch był bardziej widoczny. Duch lubi też ulubioną piosenkę małżonków, gdy ją słyszy, też robi się bardziej widoczny,  a poza  tym sam też śpiewa.

    Główny dylemat i zarazem główny wątek całego utworu – czy zostać  z mężem, czy też go porzucić dla kochanka.  Rozwój wydarzeń spowoduje, że wyboru nie będzie .  Jeden z mężczyzn straci życie.

  Konflikt córki z matką , wątek bardzo „oryginalny” – matka jest niezadowolona, że  córka przyjeżdża do niej beż męża, ktoś przecież może to zobaczyć , prawi więc dorosłej córce kazania .

   Opisane wątki przeplatają się ze sobą i tworzą  „Dla Ciebie wszystko”. Wysłuchałam całości tylko dlatego, że nie miałam nic innego w danym momencie. Nie wiem poza tym dlaczego, ale niektóre fragmenty napisane były na tyle interesująco, że ciekawa byłam, co będzie dalej. Dotyczy to nielicznych niestety fragmentów, sporo zaś z nich nudziło potwornie. Przyzwyczaiłam się do audiobooków w samochodzie tak bardzo, że jeżdżę bez nich tylko wtedy, gdy jadę z kimś. Nie mogłam więc zaprzestać słuchać, przyzwyczajenie to w końcu druga natura.   Przypomniało mi się też zdanie z niedawno odsłuchanego I tomu „ W poszukiwaniu straconego czasu”. Babka narratora mawiała, że złe książki są porównywalne do złego jedzenia,  jedno i drugie szkodzi, złe książki szkodzą duchowi, a złe jedzenie, np. słodycze szkodzą zębom.  Gdy potrzebowałam lżejszej lektury,  sięgałam po kryminały, tak też powinno zostać.
    M. Seweryn czytała zaś tak, jakby czytała coś naprawdę wartościowego. Tam gdzie trzeba, zwalniała, gdzie trzeba, stwarzała napięcie, kiedy indziej w ogóle nie miałam świadomości, że jest jakiś czytający. Co do zasady wolę , gdy czyta mężczyzna, ale w tym wypadku nie mogę narzekać.

 2/6

   

czwartek, 18 września 2014

Georges Perec „Kondotier”

Okładka książki Kondotier  

 
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2014

 

   Bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że jest to wyjątkowa książka. Z pewnością  nie jest przeznaczona dla osób, które lubią lekturę wyłącznie łatwą. Ci którzy nie czytają wcale,  lub bardzo mało, lepiej też niech po nią nie sięgają.  Mimo małej objętości – zaledwie 140 stron i to wraz ze współczesnym wstępem – „Kondotiera” czyta się ciężko, a nawet bardzo ciężko. Mnie zajęło to 4 wieczory. Na książkę składają się refleksje głównego bohatera i jest jeszcze jego rozmowa z przyjacielem. Ale czytanie w tym przypadku przypominało mi chodzenie po górach, czyli jest ciężko, bardzo ciężko, ale dość szybko pojawiają się piękne widoki, trud jest wynagradzany, warto iść dalej. I ostatecznie, po zdobyciu szczytu jest się niemal w siódmym niebie. Rzadko kiedy jednak czytało mi się coś aż tak ciężko. Ale jestem absolutnie przekonana, że było warto. Jest to bowiem książka o trudzie bycia sobą, o życiu zgodnie z naszymi autentycznymi potrzebami i o potrzebie realizowania się wyłącznie na swój sposób, a nie pod dyktando innych.

       Pierwsza warstwa książki, ta najbardziej powierzchowna opowiada o osobie fikcyjnej , o genialnym fałszerzu obrazów, Gaspardzie Wincklerze. Był w stanie skopiować wszystko, działał na zlecenie osób, które dysponowały gigantycznymi pieniędzmi , nie musiał oszczędzać na niczym, mógł sobie pozwolić na długotrwałe studia nad oryginałami dzieł , na podróże po świecie do muzeów i w ogóle na wystawne życie. Ale natrafił w końcu na obraz, który go pokonał. Był to właśnie „Kondotier” pędzla Antonella de Messiny. Obraz ten widnieje na okładce książki, co było rewelacyjnym pomysłem, bo trudno mi wyobrazić sobie, że czytam książkę i nie widzę obrazu w każdej chwili, w której mm na to ochotę.  Zmagania właśnie z „Kondotierem” doprowadziły Gasparda do wniosku, że ma dość bycia wyłącznie epigonem, że nie chce już tylko naśladować genialnych twórców.

         Nie zdradzę wielkiej tajemnicy, gdy powiem, że utwór zaczyna się od sceny zabójstwa, Gaspard zabija bowiem swojego pryncypała, zleceniodawcę wielu fałszerstw -  Maderę. Jest to wiadome już od pierwszego akapitu . Ale wszelkie analogie z kryminałami są całkowicie chybione, nie pojawi się ani żaden policjant, ani detektyw , Pereca nie interesuje zbytnio to, czy Gaspard będzie złapany , czy ktoś go  będzie ścigał. On skupia się na czym innym.  Dlaczego mimo kilkunastu lat pracy w fachu fałszerza, Gaspard skończył ten etap życia właśnie wtedy i dlaczego tak gwałtownie? Zadecydował o tym fakt, że kopiował właśnie „Kondotiera.” Co takiego było w „Kondotierze” Messiny, że przez niego nasz bohater znalazł się na skraju szaleństwa ? Dlaczego skopiował ponad 100 obrazów, wcale nie łatwiejszych i żaden z nich , aż do sięgnięcia „Kondotiera”,  nie skłonił go nawet do minimalnej chociażby autorefleksji nad sobą?  Właśnie o tym m. in. opowiada książka.  Ale niech nikt nie oczekuje również żadnych magicznych wydarzeń, nie dzieje się nic w stylu „Portretu Doriana Greya”,  wszystko jest realistyczne aż do bólu. Obraz nie ma żadnego ukrytego znaczenia, – tak jak chociażby w rewelacyjnej „Szachownicy Flamandziej” A. Pereza-Reverte - inny autentyczny obraz, „Partia szachów” Petera van Huysa, okazuje się  kluczem do zagadki zabójstwa sprzed wieków.  W książce najpierw sam Gaspard  zastanawia się nad tym wszystkim, potem rozmawia i o zabójstwie i o zmaganiach z „Kondotierem” i o swoim życiu z przyjacielem.  I jest to chyba pierwsza szczera i głęboka rozmowa, jaką kiedykolwiek z kimś przeprowadził.

       Jeżeli ktoś interesuje się  sztuką, dzieło Pereca  będzie dla niego jeszcze bardziej ciekawe, bo sporo jest w nim  mowy o artystach malarzach, o słynnych obrazach, a nawet i o kopiowaniu .

     Zmagania Wincklera z obrazem Antonella to oczywiście tylko pretekst do ukazania czegoś ważniejszego. To pretekst do uzmysłowienia , że  wartość ma jedynie życie w zgodzie z samym sobą, że świadome czy nieświadome naśladownictwo kogokolwiek czy czegokolwiek zawsze jest i będzie fiaskiem.  Brzmi to banalnie, ale problem banalny nie jest. Ile jest ludzi żyjących pod prąd, inaczej niż inni? Dlaczego tak bardzo jesteśmy zunifikowani? Wystarczy tylko się rozejrzeć, większość ludzi żyje bardzo podobnie , chociażby na urlop wyjeżdża w sezonie do ciepłych krajów, sterczy godzinami w korkach, wyruszając na weekend majowy, czyta wyłącznie bestsellery, chodzi do kina tylko na hity, głosuje na tą partię, co najbliższe otoczenie itp. itd. Bardzo mało jest indywidualistów.  Niekiedy kopiowanie innych jest celowe, czasem kopiujemy bez zastanowienia. Nie mówię tu czerpaniu z innych tego, co wartościowe i co jest tego godne . Czasem nawet małe odstępstwo od ogólnie przyjętych zwyczajów ściąga lawinę pytań,  np. moja koleżanka permanentnie jest pytana o to, dlaczego nie kupi sobie samochodu. Gdy logicznie tłumaczy, że nie ma takiej potrzeby, że sobie bez niego dobrze radzi , a pieniądze, które musiałyby być przeznaczone na utrzymanie samochodu i na benzynę, przeznacza na co innego, wszyscy patrzą na nią, jak na ufo . W bardzo ciekawej przedmowie Claude Burgelin pisze, że „Kondotier” Pereca jest o wyzwoleniu , zgadzam się z tym całkowicie.  Każdy czytelnik oczywiście może inaczej rozumieć , od czego to wyzwolenie było. Można oczywiście odbierać „Kondotiera” jako symbol wyzwalania się spod rzeczywistej przemocy i od całej masy innych rzeczy.  

    Ciekawostka jest fakt, że „Kondotier” powstał w 1960r. i nikt go nie chciał wydać, opublikowany został 30 lat po śmierci autora. Szerzej o tym również jest w przedmowie.

   Jedyna wada tej książki to właśnie ta ciężkość stylu.

5/6